Makro i mikro spójnego świata

Pozycja „Mikrokosmos wiersza. Interpretacje poezji współczesnej” Piotra Michałowskiego wydaje się publikacją bardzo przełomową. Według konceptu autora fundamentem zawartych w niej rozważań nie są próby całościowego ujęcia dorobku ostatnich pokoleń twórców lecz liryczny konkret – cała uwaga badacza skupiła się na poszczególnych tekstach w celu skonstruowania ich spójnego „portretu”. Już w tym momencie warto zauważyć silnie widoczny dydaktyzm tej książki. Jej celem jest nauczenie hipotetycznego czytelnika sensualnego obcowania z tkanką lirycznego wyznania bez pośpiechu i z pełnym skupieniem.

Zostały tutaj omówione utwory Bolesława Leśmiana („Tęcza”), Ewy Lipskiej („Na szczęście”), Zbigniewa Herberta („Głos”, „Wyspa”), Heleny Raszki („Logiczny układ”), Mirona Białoszewskiego („Przejście 2”), Anny Piwkowskiej („Kolejka elektryczna”), Krzysztofa Kamila Baczyńskiego („*** [Gdy za powietrza zasłoną]”), Jerzego Ficowskiego („Kolejka”), Witolda Wirpszy („Purpurowy zbiór legend”), Czesława Miłosza („Piękna nieznajoma”, „Przepis”, „TO”), Wisławy Szymborskiej („Wypadek drogowy”), Bohdana Zadury („Zbuntowane komórki”), Jacka Podsiadły („Kadra na mecz z Francją została już powołana…”), Anny Frajlich („Elegia o kaflowym piecu”),  Ryszarda Krynickiego („Mój przyjaciel odcina się od świata”), Marcina Świetlickiego („M – w sierpniu”), Tadeusza Dąbrowskiego („Geologia”), Stanisława Barańczaka („Jakieś Ty”, „To, co jest wierszem nie do pomyślenia”), Edwarda Balcerzana („Poeta”) a więc twórców znanych, szanowanych i wielokrotnie interpretowanych. Tom ten wprowadza jednak tak zwaną „nową jakość” dzięki swojemu rozpatrywaniu „wszelkich” możliwych sensów.

Jak wiadomo do dnia dzisiejszego teoretycznie nie została radykalnie wyznaczona granica pomiędzy przypuszczeniami interpretacyjnymi (nadinterpretacją) a „właściwą” i „dobrą” analizą, pełnym zdekodowaniem znaczeń utworu. Z tego powodu, iż istnieje wiele teorii na ten temat niemożliwym jest ocenienie zawartych w analizowanym tomie szkiców. Warto jednakże zauważyć, że ich autor balansuje niekiedy pomiędzy dwiema, wymienionymi wcześniej, przestrzeniami; ociera się także o zbyt dalekosiężne ujmowanie przesłanek zawartych w wierszach. Jednak w gruncie rzeczy czytelnik niniejszego zbioru dostaje do rąk tom bardzo przydatny w niewątpliwie trudnej nauce analizy tekstów literackich, wspaniale zorganizowany pod względem tematycznym. Zebrane tutaj dwadzieścia trzy szkice podzielone zostały na odrębne działy oscylujące wokół tematu przyrody (poznania jej przez człowieka – czytelnika), miłości (prawdopodobnie najsilniejszego uczucia doprowadzającego wielokrotnie do śmierci), dojrzewania tożsamości ludzkiej, dojrzewania fizyczno-intelektualnego oraz „burzliwego” nurtu autotematycznego traktującego o roli, miejscu poety w świecie i istocie jego wytworów. Jako, że na każdą analizę poświęcono około dziesięć stronic widoczne jest oczywiste zaangażowanie interpretatora – każdy utwór analizowany jest z wielu perspektyw (pomagających w dotarciu do samego sedna) z zachowaniem i wykorzystaniem możliwych kontekstów, w szczególności filozoficznego, intertekstualnego, religijnego oraz historycznego.

Z nieznanych mi względów do niniejszego tomu został dodany artykuł pod tytułem „Między szkołą interpretacji a interpretacją w szkole”, który wraz z zamieszczonymi na końcu publikacji „Propozycjami do konspektów lekcji interpretacji” wskazuje na to, iż książka ta adresowana jest przede wszystkim do ludzi zajmujących się nauczaniem języka polskiego w szkołach co wydaje się pewnym nieporozumieniem. W eseju tym autor argumentuje, iż nadrzędnym celem edukacji polonistycznej jest opanowanie przez uczniów technik pełnego „czytania” tekstów kultury w późniejszym życiu, co nota bene wydaje się słuszne lecz całkowicie nieprzystające do rzeczywistości współczesnego polskiego szkolnictwa. Dziwne jest więc, że w swoim autorskim zbiorze interpretacji Piotr Michałowski zamieszcza dla nauczycieli gotowe plany lekcji w gruncie rzeczy z założenia odrzucających nietuzinkowe myślenie uczniów w pełni predestynowanych do wysnucia całkiem odmiennych tez niemieszczących się w programie.

Autor: Przemysław K.

Piotr Michałowski „Mikrokosmos wiersza. Interpretacje poezji współczesnej”,Oficyna Wydawnicza Impuls, Kraków 2012, s. 284

Makro i mikro spójnego świata

Poeta – „Topielec” obarczony „tajemną wiedzą kwiatów”

„Z tamtej strony ciszy” to kolejna odsłona cyklu „44. Poezja polska od nowa”. Tym razem padło na twórczość Bolesława Leśmiana (1877-1937). Bez wątpienia trudnego wyboru czterdziestu czterech utworów podjął się Jacek Gutorow, także poeta. Zaprezentowany tom jest bardzo reprezentatywny, prezentuje różne nurty w twórczości tego wybitnego artysty. Wbrew pozorom wiersze te nie są przesycone leśmianizmami, neologizmami pomagającymi mu w zarysowaniu pożądanych obrazów poetyckich. Pojawiają się wyłącznie w miejscach centralnych, kulminacyjnych, w których należy doszukiwać się puenty, „słów-kluczy” i czytelniczego olśnienia. Bardzo interesujący jest proces konfrontowania świata realnego z irracjonalnym, będącym w gruncie rzeczy o wiele bardziej rzeczywistym. W wielu utworach znajdują się wyraźne wskazówki pozwalające uznać nam te liryki za poezję apelu, między innymi gdy podmiot liryczny apeluje o poszukiwanie inspiracji w działaniach przyrody. Warto więc prześledzić ich przesłanie.

Pojawia się przekonanie o istnieniu świata pozostającego poza percepcją człowieka, istoty nieudolnej w swych poszukiwaniach celu życia, szybko dochodzącej do wniosku, że jej czas przeznaczony na bytność na scenie „dramatu” dawno się skończył. Przyroda jest dla niego wieczną zagadką, a on (jako jej hipotetyczny miłośnik) powinien być pewien, że ona nigdy nie pozwoli mu poznać wszystkich swoich tajemnic, pozostawiając sobie tym samym ostatnią możliwość ucieczki. Wspomnienia podmiotu lirycznego z dzieciństwa nierozerwalnie związane są z klimatem wsi, z jej realiami. Świadomość obecności siły wyższej, niepojmowalnej zmysłami, pomaga mu w realizacji własnych zamierzeń – między innymi w zadurzeniu się w zieleni jak „topielec”, demon zieleni.

Jeżeli autora niniejszych wyznań utożsamimy z Bolesławem Leśmianem to przed naszymi oczami momentalnie pojawi się obraz twórcy cierpiącego, rozpaczającego nad upadkiem świata. Widoczne jest to między innymi w wierszu „Sen”, który kończy się w gruncie rzeczy katastroficznymi słowami: „I tak mi źle na świecie – tak mi strasznie źle!” (s. 21) mającymi wyrażać żal nad nieustannym obiegiem materii w przyrodzie, która czuje i pamięta „zbyt” wiele. Jednak miłość do niej powinna być miłością bezgraniczną, skorą do poświęceń i nieograniczonego zrozumienia. Środowisko naturalne, uosobienie piękna i namiętności, wbrew pozorom nie jest przeszkodą w rozwoju ludzkiej cywilizacji, która uzmysławia każdej jednostce jak mało ma możliwości na wyrażanie swoich prawdziwych emocji w porównaniu z przyrodą, będącą na z góry uprzywilejowanej pozycji. Wspominając utratę osób bliskich własnemu sercu należy zatracić kontakt ze światem realnym, w przeciwnym razie oczekiwane przeżycie nie będzie zupełne. W analizowanym tomie pojawiają się także wizje apokaliptyczne. W utworze „Tam na obczyźnie, gdy próżni ostoję” zawarte jest przerażające wyznanie osoby opuszczonej, zdanej na samą siebie, która jest przekonana o tym, że nawet w obcym, nieznanym świecie będzie poszukiwać Boga w jego znanych, materialnych wcieleniach: „kwiatach jaśminu” oraz „ptasim gnieździe”. Krzywdy doznane przez człowieka na ziemi wbrew oczekiwaniom nie zostaną szybko zapomniane. Nie pozostanie po nich jednak żaden widzialny, materialny ślad. Śmierć nie niszczy tylko istnień – jej działaniom ulega także „wysiłek”, „zgroza”, „zagłada”, „rany” i stracony bezpowrotnie czas.

Wspaniały tematyczny wybór poezji człowieka, który żył tak naprawdę w niegościnnych dla siebie czasach. Doświadczenia wyniesione z tradycji baroku i romantyzmu (egzystencjalna niepewność, religijność, „pojemne” gatunki literackie) pomogły mu w wykreowaniu własnego hermetycznego i poetyckiego świata ukazującego nowatorskość oraz indywidualność niezwykłego warsztatu twórczego, którego niepowtarzalne wytwory cieszą się coraz większym uznaniem. Czytelnik tego tomu, po lekturze obszernego posłowia, dojdzie jednak do wniosku, że twórczość tą należy interpretować z pewnym dystansem, gdyż współczesne dokonania poetów ingerują nieco w klimat liryków Leśmiana, nad którymi powoli pojawia się „widmo” nieudolnej krytyki. Olśnienie wywołane „wielkimi metaforami” oraz wyszukaną metaforyką zostanie zapewne zaburzone zważywszy na to, iż twórczość autora „Topielca” znajduje się od pewnego czasu w dziwnym umiejscowieniu. Warto oddawać się lekturze tych utworów, aby choć w skompresowanej formie podzielić los Jacka Gutorowa, który w swoim posłowiu zawarł taką wzruszającą myśl:

Kiedy wiedziałem już, że wrócę do wierszy Leśmiana, że będę odnajdywał w sobie zapamiętane, a czasami na poły zapomniane wiersze (…), że będę składał z nich „mojego” Leśmiana, ucieszyłem się jak dziecko. Nareszcie! Być może taka radość jest największym komplementem, na jaki może sobie zasłużyć poeta? Jeśli tak właśnie jest, to niech to będzie mój hołd złożony temu nieco staroświeckiemu panu od liryki, autorowi nieco dziwacznych wierszy o zwykłym, niezwykłym świecie. (s. 86)

Niech te słowa posłużą nam za puentę, wskazującą na olbrzymią odpowiedzialność jaka ciąży na ludziach żyjących w kraju, w którym więcej ludzi pisze wiersze, niż je czyta.

Bolesław Leśmian „Z tamtej strony ciszy”, wybór i posłowie Jacek Gutorow, Biuro Literackie, Wrocław 2012, s. 96

Autor: Przemysław K.

Poeta – „Topielec” obarczony „tajemną wiedzą kwiatów”

Lapidarny i konkretny – cały Sławomir Mrożek

Kolejny wybór opowiadań Sławomira Mrożka ukazał się pod tytułem „Krótkie, ale całe historie”. Jeden z czołowych polskich dramaturgów z kręgu tak zwanego „teatru absurdu” jest również, o czym warto wiedzieć, mistrzem krótkiej formy, oscylującej w podobnej tematyce. Niniejsze utwory każdy czytelnik wychowany na tradycjach polskiej kultury rozpozna jako jawną aluzję do naszej historii, dziedzictwa poprzednich epok czy też mentalności ludzi mieszkających w Polsce. Jest to więc nieskrywana kreacja sztucznego i hermetycznego świata, mającego tak naprawdę swój odpowiednik w rzeczywistości.  Zastanawiająca jest kwestia gdzie należy poszukiwać niewątpliwego geniuszu tych opowiadań? Zapewne w błyskotliwej puencie, wstrząsającym wyczuciu obranej formy, eksploracji wszystkich niuansów i w twórczym dotarciu do jej granic. Dlaczego większość z nich „ograniczyła” się jedynie do kilku stronic? Możemy przypuszczać, iż inny model tych utworów zwyczajnie nie wytrzymałby pod naporem prostych w budowie, lecz skondensowanych w przekazie konstrukcji fabularnych. Teksty zebrane w analizowanym tomie łamią więc wszelkie reguły, jako „twory” nieosadzone w czasie i przestrzeni pojmowanej zmysłami. Wskazują tym samym na uniwersalność i ponadczasowość własnych znaczeń. Gdy z tej perspektywy spojrzymy na tytuł tej książki może nam się on wydać błędny. Zawarte w niej teksty są poniekąd „krótkie”, lecz nie „całe” z powodu skonfrontowania większości z wykorzystanych chwytów ze świadomością nieskończoności ludzkiego losu, przekonania o tym, że nasza cywilizacja (oparta w gruncie rzeczy całkowicie na wytworach imaginacji i strachu) ma przed sobą jeszcze długą historię powolnej degrengolady. Wrażenie to jest tym bardziej wyraziste jeżeli weźmiemy pod uwagę, że Sławomir Mrożek motywy klasyczne zestawił w tym przypadku z „tłem” współczesnym, z rzeczywistością z którą mierzy się codziennie każdy z nas, także sam autor. Nie łudźmy się jednak, że wartość tych bez wątpienia mistrzowskich opowiadań wzrasta wraz z postępem cywilizacyjnym. Historia pokazuje, iż wielu jeszcze tego typu artystów będzie musiała „wydać” polska ziemia, aby wreszcie dokonała się od dawna oczekiwana transformacja.

Sławomir Mrożek „Krótkie, ale całe historie”, Oficyna Literacka Noir sur Blanc, Warszawa 2011, s. 360

Autor: Przemysław K.

Lapidarny i konkretny – cały Sławomir Mrożek

Angielska powaga, gorzki mistycyzm

Ten biało-czerwony tom zbiera w sobie 154 sonety autorstwa jednego z najwybitniejszych pisarzy angielskich. Wnikliwy badacz jego twórczości od razu zakwestionowałby informacje zawarte w tym pierwszym zdaniu. Nikt bowiem nie ma pewności co do tego czy William Szekspir zgodził się na wydanie tych utworów, czy rzeczywiście to on był autorem wszystkich z nich i czy miał wpływ na ostateczny kształt pozycji, która ukazała się w 1609 roku w wydawnictwie wówczas mało znanego wydawcy Thomasa Thorpe’a. Te trzy zastrzeżenia są oczywiście niczym w porównaniu z wszystkimi pytajnikami jakie możemy odnaleźć w publikacjach naukowych na temat tego zbioru. Pewne logiczne usystematyzowanie dotychczas zebranej wiedzy (a nie „pseudoteorii”!) polski czytelnik odnajdzie we wstępie zatytułowanym „Nie Igraszka Czasu” autorstwa Stanisława Barańczaka, który podjął się także opracowania całej publikacji (wraz z zawartymi na końcu objaśnieniami, niekiedy wręcz niezbędnymi do pełnej interpretacji tekstów) oraz przetłumaczenia „Sonetów”. Oczywiście nietrudno jest sobie wyobrazić na ile trudności ten skądinąd wybitny poeta natrafił podczas tej żmudnej pracy. Wszystko to dopełnia fakt, iż niniejsze wydanie jest dwujęzyczne – obok polskiego tłumaczenia znajdziemy także angielskie wersje.

Pierwsze siedemnaście sonetów zwane jest utworami „prokreacyjnymi”, gdyż nadawca wyznania lirycznego zachęca swojego ukochanego do przekazania swych idealnych „genów” potomności. Pozostałe, aż do 126, oscylują wokół tematyki miłości do tego mężczyzny. Podmiot liryczny analizowanych tekstów jest świadomy, że jego uczucie nie jest zbytnim ewenementem w otaczającej go rzeczywistości. Wydaje się mu być bardzo powtarzalne: „Jak słońce – wieczne, chociaż rodzi się co rano – / Moja miłość wyznaje, co dawno wyznano”[1]. Jednak spośród innych zakochanych wyróżnia go sposób wyrażania emocji. W niniejszym tomie znajdują wykorzystanie klasyczne motywy horacjańskie („exegi monumentum” oraz „non omnis moriar”), które w połączeniu z ujmowaniem poezji jako „sarkofagu z kryształu” i występowaniem postaci poety-rywala dają nam wiele nowych wskazówek interpretacyjnych. Wie, że jego ukochany pozostanie nieśmiertelny, dzięki napisanym przez niego słowom, aż do skończenia świata: „Słów, w których żyjesz, w których żyć będziesz już zawsze. / (…) / Będziesz wciąż iść przed siebie, a chwały twej ślady / Ujrzą oczy potomnych, wszystkich, którzy mogą / Żyć jeszcze na tym świecie aż po dzień zagłady”[2]. Tym samym odbiorca niniejszego tomu może dojść do wniosku, że autor jest przekonany o potędze własnej twórczości, gdyż tylko utwory najwybitniejszych przetrwają do końca ludzkiej cywilizacji. W pewnym momencie taka postawa jest kategorycznie skonfrontowana z przekonaniem o własnej bezwartościowości i świadomością idealności osoby kochanej, której (nieliczne) wady wydają się być bez znaczenia. Jest ona przyrównywana do róży – kwiatu, którego symbolikę oraz ewokowane przez niego znaczenie zna każdy czytelnik Szekspira. Siła miłości „ja” lirycznego jest nieporównywalna do uczucia osoby przez niego kochanej: to on jest wszystkim „obarczony”, to on poznaje dobre i złe strony zakochania. Jest to więc miłość prawdopodobnie niespełniona, nieodwzajemniona i platoniczna ze skrajną melancholią i tęsknotą. Zastanawia mnie dlaczego tak duże grono badaczy tego zbioru właściwie „z miejsca” uznaje, że miłość będąca punktem centralnym tych utworów istniała w rzeczywistości. Czy założenie, iż jest to jedynie sytuacja celowo wykreowana przez autora mającego (jak niewielu ludzi w ówczesnym czasie) tak cenną świadomość granic ludzkiej psychiki, jest z góry skazane na porażkę? Zaskakujące jest, iż tak wielu literaturoznawców postulujących za rozgraniczaniem postaci twórcy od nadawcy (czy też niekiedy odbiorcy) wyznania lirycznego w tym przypadku całkowicie ignoruje tę niepisaną zasadę. Inną przesłanką do snucia podobnych tez może stać się sonet 62, w którym czytamy: „Grzeszna miłość do siebie samego pomału / Owłada moim wzrokiem, duszą, całym ciałem”[3]. Dzięki temu jeden z licznych odbiorców może bez problemu przeforsować własną interpretacje uznając, że nie ma żadnego kochanka, a słowa: „Piękność, bystrość, bogactwo, świetne urodzenie”[4] należy odnosić bezpośrednio do samego autora! Niestety, tego typu teza szybko może zostać podważona z powodu kolejnych utworów będących podstawą do snucia całkiem odmiennych „teorii”. Warto więc sobie uświadomić, że każda próba zestawienia semantyki tych sonetów ze światem rzeczywistym przynosi więcej szkody niż pożytku. Dopiero utwór 126 (nie będący, co ciekawe, sonetem!) przynosi pewną odmianę, uważany jest przez to za epilog pierwszej części. Od tego momentu utwory (o numerach: 127-152) traktują o miłości do Czarnej Damy – kobiety o czarnych włosach, w przypadku której początkowa fascynacja dynamicznie przekształciła się w dogłębną frustrację, zniechęcenie i zwątpienie w wcześniej opiewaną siłę miłości.

Zbiór sonetów Szekspira zachwyca pod każdym względem, a nieliczne przypadki niekonsekwencji w warsztacie twórczym (geniusza) wprowadzają oczywisty klimat tajemnicy, który powinien zachęcać nas do dekodowania znaczeń tych tekstów z równoległym porzuceniem dorobku biografizmu. Od ich opublikowania upłynęło ponad czterysta lat, a współczesny czytelnik nadal może zachwycać się ich pięknem i swobodą przekazywania treści w gruncie rzeczy skomplikowanych i uniwersalnych.

Autor: Przemysław K.

William Shakespeare „Sonety”, Przekład, wstęp i opracowanie: Stanisław Barańczak,  Wydawnictwo a5, Kraków 2012, s. 216


[1] Sonet 76, s. 113.

[2] Sonet 55, s. 93.

[3] Sonet 62, s. 99.

[4] Sonet 37, s. 75.

Angielska powaga, gorzki mistycyzm

Jesteśmy apokaliptycznymi trocinami, czyli reminiscencyjny pamphlet na własne gniazdo

„Trociny” to kolejna powieść w dorobku twórczym Krzysztofa Vargi. Jest to bardzo odważny współczesny pamflet mający na celu zdemaskowanie wraz z równoczesnym ośmieszeniem (czy też poniżeniem) całego polskiego społeczeństwa. Podniesienie wszystkich naszych niechlubnych zachowań do rangi elementu dzieła sztuki wskazuje na jawną próbę dokonania całościowego (choć nie docierającego do „drugiej strony medalu”) portretu otaczającej nas rzeczywistości. Autor, jako absolwent warszawskiej polonistyki, z zupełnością zapewne był świadomy reguł jakimi rządzi się obrana konwencja. Dowodem na to może być to, że w niniejszej pozycji trzy główne płaszczyzny: religijna, społeczna i obyczajowa nieustannie się zacierają w swych granicach i deprecjonują wartość pozostałych.

Całość została utrzymana w jednolitym, melancholijnym i smętnym tonie, przypominającym „zaspane” cząsteczki mgły snujące się za oknem pociągu, z których pomocą główny (i w gruncie rzeczy jedyny) bohater-komiwojażer przemierza swoją znienawidzoną pseudo-ojczyznę. Nawet pierwsze zdanie tej powieści wydaje się być tego zapowiedzią: „W dniu, w którym umarła Amy Winehouse, miałem potężną biegunkę”(s. 5). Ta spowiedź powstała z powodu zatrzymania pociągu w nieustalonym punkcie na trasie pomiędzy Poznaniem a Wrocławiem, podczas jednej z wielu „pielgrzymek” pięćdziesięcioletniego człowieka, znużonego życiem. Jego wędrówka do „miejsc kultu” jest pracą, której znaczenia nie rozumie, a nawet świadomy jest jej bezużyteczności: „Ludzie, z którymi się spotykam, nie mają żadnej mocy, to zwykli posłańcy (…). Nic od nich nie zależy, ode mnie też nic, to są wszystko ruchy pozorowane (…)” (s. 52). Przekonanie o tym, że Polska składa się jedynie z niezmierzonych pól ziemniaków, buraków i kapusty doprowadza do skrajnej nienawiści, której ostrze skierowane jest tak naprawdę w stronę własnego wnętrza, własnych niepowodzeń i niedoskonałości. Wstręt do ludzi pozbawionych „wszelkiej refleksji”, podążających w każdą niedzielę do kościoła w „czystych koszulach” i „wyjściowych sukienkach”, zmusza go do skonstruowania własnego, hermetycznego świata, w którym nie ma miejsca na pospolitość. Oczywiście w tym przypadku bohater jest jedynie pretekstem – dopiero pod koniec powieści czytelnik ma okazję dowiedzieć się, że nazywa się on Piotr Augustyn, co wskazuje tylko na jego enigmatyczną „funkcję” w utworze. Jego istnienie oscyluje jedynie wokół nieustającego procesu zauważania i odnotowywania kolejnych ubytków w wielu dziedzinach życia. Drugą pasją bohatera jest słuchanie muzyki dawnej, jakby to w archaicznych utworach poszukiwał dawnych, utraconych  ideałów. Wszystko to jest na dodatek potęgowane przez rodziców, nękających go od lat tymi samymi zarzutami: „(…) że się starzeję, że zmarnowałem życie, że niczego tak naprawdę nie osiągnąłem, że nie mam żadnych zainteresowań (…). Jakby oni cokolwiek osiągnęli! Jakby mieli jakieś zainteresowania! Jakby nie zmarnowali życia” (s. 277-278). Wszechobecna toksyczność środowiska w jakim żyje zmusza go do jednego lecz bardzo drastycznego czynu, mającego pomóc mu nie tyle nawet w dokonywaniu innowacji w swoim życiu lecz w utrzymywaniu obecnego znienawidzonego stanu rzeczy.

Utwór ten ma zamkniętą kompozycję – rozpoczyna się zatrzymaniem pociągu i opowieścią bohatera spisywaną na laptopie, a kończy się wraz z zakończeniem pewnej jej fazy i wznowieniem podróży. Niniejszą powieścią Krzysztof Varga chce stoczyć walkę z obiegowymi w polskim społeczeństwie stereotypami poprzez ich karykaturalne przedstawienie. Dzięki takiemu poznaniu „wroga” będzie go można bardziej dynamiczniej usunąć z naszej mentalności. Należy także mieć na uwadze, że są to tylko „teoretyczne” założenia, które od samego początku skazane są na unicestwienie przez kulturę masową, która dziwnym trafem nie zauważyła jeszcze „nadejścia złego”.

Autor: Przemysław K.

Krzysztof Varga „Trociny”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012, s. 368

Jesteśmy apokaliptycznymi trocinami, czyli reminiscencyjny pamphlet na własne gniazdo

„Wesoły pielgrzym” – jak walczyć ze współczesną idyllą?

Najnowszy, można rzec: tematyczny wybór wierszy Leopolda Staffa pod tytułem (oczywiście zaczerpniętym z jednego utworu) „Wyszedłem szukać” został dokonany przez Justynę Bargielską, poetkę młodego pokolenia, autorkę m.in. nagradzanych ostatnio „Obsoletek”. Twórczość tego poety jest absolutnym ewenementem w skali całej polskiej poezji. Przypadająca na trzy bardzo burzliwe epoki (Młoda polska, dwudziestolecie międzywojenne, czasy powojenne), nieustannie ewoluująca, poszukująca nowych form, stała się do tego stopnia wielowymiarowa, że nie sposób się w niej odnaleźć. Niniejsza publikacja zawiera jednak pewne wskazówki interpretacyjne. Odnajdziemy na jej końcu dwa krótkie teksty. Pierwszy z nich jest refleksją autorki zbioru na temat poezji Leopolda Staffa, natomiast drugi krótką jego biografią. Oba są jedynie „zapałką”, a nie wielką „pochodnią” mającą pomóc swoim światłem w trakcie lektury. Wypada zauważyć, iż w tym przypadku takie postępowanie jest bardzo uzasadnione – dekodowanie znaczeń tych utworów będzie przeżyciem zbyt intymnym, aby zakłócać je niepotrzebnymi ingerencjami z „zewnątrz”. Wielokrotnie przyjdzie nam przyjąć postawę „Wesołego pielgrzyma” (jak sam siebie nazwał niegdyś Leopold Staff), który lawiruje pomiędzy dynamicznymi obrazami poetyckimi w poszukiwaniu ukrytego dla czytelnika skarbu znaczeń. Warto choć w znikomym stopniu prześledzić ich różnorodność, aby uświadomić sobie mnogość poruszanych w tym zbiorze tematów.

Poeta apeluje, aby nie inspirować się doświadczeniami wcześniejszych pokoleń, które w gruncie rzeczy bardzo się różnią od współczesnych, uczestniczących w całkiem innych procesach. Podstawowym warunkiem uniknięcia zbliżającej się nieuchronnie katastrofy jest niepowielanie „nawyków” i „nałogów” naszych poprzedników. Jedynie kształtowanie własnego wnętrza wydaje się być zespołem czynności przynoszącym wymierne korzyści. Strach odczuwany podczas rozmyślania nad przyszłością jest tylko złudzeniem, wywoływanym przez imaginację, która tylko czeka na nałożenie sobie przez nas na plecy „płótna ze strachem” z wiersza „Płótno żywota”. Autor nie skupia się jedynie na perspektywie ludzkiej – także los zwierząt jest mu bardzo bliski. W utworze pod tytułem „Zwózka” podziwia pszczoły za ich nieustającą chęć powrotu do ula, do miejsca będącego miejscem ich narodzin i hipotetycznej śmierci. Nawet te niepozorne stworzenia potrafią walczyć o swój dobrobyt z osami, które zostały tutaj przedstawione jako „miodów rabusie”, pasożytujące na czyjejś ciężkiej pracy. Innym przykładem wykorzystania tego motywu w analizowanym zbiorze może być wiersz „Ciąg żurawi” będący tylko pozornie kolejnym wariantem wyeksploatowanego już obrazu poetyckiego. Ptaki te, z żałością uciekające przed martwą, jesienną przyrodą, zostały porównane do „płynącego” westchnienia, jęku i krzyku tęsknoty przed odchodzącą już epoką. Wszyscy je żegnają, wszyscy chcieliby podążyć ich śladem, będącym zawoalowaną zapowiedzią przyszłej odnowy. Niestety, pozostaje im tylko „Długo za nimi pozierać łzawie” (s. 7). Nawet podmiot liryczny poddał się tej pokusie. On jednak jest człowiekiem zniewolonym – musi pozostać na ziemi, aby towarzyszyć swoim „smutkom” i cierpieniom, które bez jego opieki szybko uległyby zniszczeniu. Za kilka chwil, gdy ptaki znikną za linią horyzontu, jedynym śladem ich pobytu na scenie „dramatu życia” pozostaną westchnienia nigdy niezaznanej radości. Już w następnym wierszu („Druh”) powraca do tematów metafizycznych. Leopold Staff uważa, że przez całe życie podąża za człowiekiem „cień”, który na początku mówi: „Dobry dzień!”, a na pożegnanie „Dobranoc!” – smutne jest jednak to, że prawdopodobnie tytułowa „istota” musi wraz z nami odejść z tego świata, aby w innym wymiarze nadal śledzić nasze poczynania. Świadomy jest także siły literatury, która w sposób duchowy potrafi połączyć losy całkowicie obcych sobie ludzi. Nie wszystko jednak wydaje się być takie oczywiste – już w następnym utworze oświadcza, że „można kochać i nie wiedzieć o tem!” – człowiek nie ma więc możliwości panowania nad swoimi uczuciami, co doprowadza do oczywistego zniewolenia. W rytmie życia kryje się prawda o jego przeznaczeniu oraz prawo do działań przełomowych, mogących zmienić oblicze świata: „Do dumy, do wielkości, do światów zdobycia”, lecz wszystko może zostać bardzo szybko odrzucone przez „lęk życia”, przez bojaźń przed nieznanym wrogiem. Ważna jest zatem pamięć o własnych błędach i chwilach, które łagodzą tak zwany „ból istnienia”, rzecz jasna nie tylko fizyczny. Pojawia się więc konstatacja, iż nie warto żałować przeszłych, niewykorzystanych możliwości. Poeta świadomy jest także jak ogromną rolę w życiu człowieka (nazywanego przez podmiot liryczny „synem ziemi”) odgrywa wiara. Dzięki niej nie zawsze musimy ślepo wierzyć w przeznaczenie, tęsknotę i wierność. Jednak wiara przodków wydaje się być już zbyt zamierzchłą, aby nadal ufać jej „wróżbom” i „Drodze”. Tym samym najbardziej dramatyczniejszym błędem istoty ludzkiej jest jej wyodrębnienie z „gleby”, z materii społeczeństwa, będącego fundamentem istnienia. Dokonuje licznych prób jednostkowego ujęcia miłości, jako walki toczonej na pograniczu szczęścia i zbrodni, której owocem może być tylko pulsujące „źródło” klęski. Zauważa upływający czas – wie, że jego kres jest już bliski: „Mnie jesień czeka, tobie wiosna wschodzi” (s. 16), co doprowadza do „żalu wyrzeczenia”. Uznaje siebie za istotę nieważną („Jestem robak maleńki” [s. 17]), która jest tylko pasożytem czerpiącym energię z „owocu” niemającego prawdopodobnie swojej „jabłoni”, „sadu” i „ogrodnika”. Nie rozumie dlaczego Bóg musi „rodzić się przez wieczność” (s. 18), jakby ktoś z nas, obecnych tutaj na ziemi, przeszkadzał mu w tej intymnej chwili.

Siódmy już tom serii „44. Poezja polska od nowa” pokazuje, że warto powracać do twórczości „klasyków”, aby uświadomić sobie jak kształtowany przez nich świat poetycki ma liczne konsekwencje (odniesienia) we współczesnych dokonaniach twórczych. Życzmy sobie więc, aby wielu miłośników literatury „wychodziło szukać” i nie pozostawało we własnym, toksycznym świecie, w którym szczytne idee bardzo szybko korodują.

Autor: Przemysław K.

Leopold Staff „Wyszedłem szukać”, wybór i posłowie Justyna Bargielska,  Biuro Literackie, Wrocław 2012, s. 60

„Wesoły pielgrzym” – jak walczyć ze współczesną idyllą?

Świat potrzebuje poetów

Celem tej publikacji jest skonstruowanie pełnego opisu sytuacji w jakiej znalazł się Osip Mandelsztam i jego ojczyzna w 1917 roku, czyli w okresie licznych światopoglądowych zawirowań. Był to czas bardzo nieprzyjazny dla tego poety. Został brutalnie odciągnięty od „radosnego czasu rozkwitu poezji i sztuki w Srebrnym Wieku” (s. 16-17) i natychmiast wciągnięty w wewnętrzne walki społeczeństwa, w których nie było miejsca na prawdziwy patriotyzm i miłość do ukochanego kraju. Dokonanie szczegółowej analizy siedmiu napisanych w tym okresie wierszy stało się punktem wyjścia do zarysowania portretu rzeczywistości w jakiej znalazła się tytułowa „odwieczna Rosja” po tak zwanej bolszewickiej katastrofie, po zniszczeniu przez bolszewików ostatniej nadziei środowiska dekabrystów na wprowadzenie demokracji. Idealnym uzupełnieniem dla tego pozornie mało obszernego zbioru narzędzi badawczych stały się wspomnienia wybitnej poetki rosyjskiej Anny Achmatowej, która wraz ze swoim przyjacielem była zaliczana do kręgu akmeistów, poetów postulujących odejście od techniki pisania wierszy konstytuujących wieloznaczność.

Jeszcze w przededniu rewolucji ludziom mieszkającym w Petersburgu wszystko pozostające poza ich perspektywą wydawało się nieistotne. Społeczeństwo było oczywiście świadome, że „Na rubieżach państwa, w Prusach i w Galicji, toczyły się krwawe boje” (s. 19) lecz były to walki zbyt odległe, aby ich echo miało dotrzeć aż do stołecznego miasta, gdzie wszystko przebiegało zwyczajnie: „Działał uniwersytet, teatry dawały przedstawienia, a w traktierniach jak zawsze było tłoczno” (s. 20). Jednak już 23 lutego zdeterminowany tłum apelował poprzez demonstracje o zakończenie wojny i kasację instytucji cara. Mikołaj II, przyzwyczajony do „fanaberii” swoich poddanych, „beztrosko” rozkazał zażegnać awanturę najbliższemu garnizonowi. Wojskowi zaś, w większości pochodzący przecież ze wsi, sprzeciwili się nakazowi i już cztery dni później dołączyli do protestu. Tym samym zostały poruszone liczne trybiki mechanizmu, którego nikt już nie potrafił zatrzymać. Liczne przetasowania w kręgach władzy nie obyły się oczywiście bez ofiary najwyższej, a poeci zostali mimowolnie zobowiązani do „pamiętania”, w myśl utworu Czesława Miłosza „Który skrzywdziłeś”: „Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta. / Możesz go zabić – narodzi się nowy. / Spisane będą czyny i rozmowy. / Lepszy dla ciebie byłby świat zimowy / I sznur i gałąź pod ciężarem zgięta”.

Wspaniała wieloaspektowa publikacja, która pokazuje jak dużą rolę w życiu jednostki może odegrać „niechciana” historia, jak wiele może zmienić, jak istotnie może wpłynąć na proces formowania świata humanistyki.

Autor: Przemysław K.

Ryszard Przybylski „Odwieczna Rosja. Mandelsztam w roku 1917”, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2012, s. 190

Świat potrzebuje poetów

Opowieści moderny

Pierwszy kompletny zbiór opowiadań Virginii Woolf („jednej z najważniejszych pisarek XX wieku” – jak deklaruje wydawca) w mistrzowskim przekładzie Magdy Heydel nagrodzonej niedawno przez „Literaturę na świecie” za nowe tłumaczenie „Jądra ciemności” Conrada. Wszystko więc wskazuje na to, że przyjdzie czytelnikowi zmierzyć się z prozą tak zwanej „wielkiej próby”. I, co zaskakujące, nie skończy się w tym przypadku zapewne jedynie na niespełnionych nadziejach.

Wydaje się, że Virginia Woolf podczas działalności pisarskiej wykreowała własne, hermetyczne uniwersum, w którym toczy się akcja większości z jej tekstów. Dzięki temu można teoretycznie bardzo łatwo opisać ich formułę. Bohater, będący ściśle związany z tytułem danego utworu, wkracza w świat pozornie mu znany, jednak zawierający nadal tajemnicze „miejsca” będące osobliwą zachętą do dalszej egzystencji. Rzeczywistość z jaką przychodzi mu się zmierzyć swoim niezamierzonym chaosem ma uzmysłowić nam (czytelnikom) jak w istocie złudne jest tak zwane pierwsze wrażenie. Siłą rzeczy narzuca się spostrzeżenie, iż większość z zaprezentowanych w tym tomie utworów wydaje się być ze sobą luźno powiązanych.  Jednym z najbardziej widocznych symptomów tego jest światopogląd głównych postaci. Uważają, że należy pozbywać się zewnętrznych ograniczeń uniemożliwiających działanie umysłu na wyższych poziomach postrzegania. Wielu z nich podziela poglądy pana Carslake’a, który uważa iż „ludzie są bardzo prości”, a więc kłótnia z nimi nie przyniesie żadnych konstruktywnych korzyści, jest „wielką stratą” (s. 321).  Zjawisko to znacznie przybiera na sile dzięki wykorzystaniu przez autorkę prawdopodobnie tych samych bohaterów, prezentowanych jako postaci nastawione do świata w sposób indywidualistyczny, nonkonformistyczny, ukierunkowany na odwieczną walkę ze wszechobecną niesprawiedliwością i stereotypami. Dlaczego używam w tym kontekście słowa „prawdopodobnie”, jakbym nie był pewien własnych wniosków? Nie wiemy bowiem, czy natrafiamy jedynie na chytrze wykreowaną zbieżność nazwisk, czy też umyślne (od początku do końca zaplanowane) stwarzanie charakterologicznych synonimów. W większości zaprezentowanych w tym tomie opowiadań występuje na przykład postać pani Dalloway – co ciekawe Virginia Woolf popełniła także powieść o takim tytule, w którym jest ona główną bohaterką.

Autorka nieustannie lawiruje pomiędzy płaszczyznami narracyjnymi, co nie wydaje się zbytnim novum w przypadku utworów powstałych w modernizmie. W jej opowiadaniach wszystko płynie (panta rhei), podlega nieustannym przemianom i nawet dzieło malarskie ma wiele innych (niewidocznych) elementów, które nieumyślnie potrafi wykreować nawet adept sztuk plastycznych. Jest to jednak sprzeczne z innym zaprezentowanym tutaj poglądem – według niego wszystko powinno być ściśle uporządkowane i podporządkowane zasadom pozwalającym na stworzenie hermetycznego ciągu przyczynowo-skutkowego.
Autor: Przemysław K.

Virginia Woolf „Nawiedzony dom”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012, s. 460

Opowieści moderny

Optyka spojrzenia

„Wyostrzyć wzrok” to jedna z kilku publikacji wydanych przy udziale Fundacji Malta, która w tym roku zaprosiła do Poznania Johna Maxwella Coetzeego. Ten dwukrotny laureat Nagrody Bookera uhonorowany także Nagrodą Nobla w 2003 roku przygotował tekst libretta do „Slow mana” – niesamowitej opery powstałej na podstawie powieści o tym samym tytule. Fundamentem tej pozycji jest dokonanie próby odpowiedzi na niewielki odsetek pytań jakie stawiają powieści tego autora. Redaktorzy postanowili przeprowadzić jedenaście wywiadów z ludźmi, którzy w swoim życiu artystycznym wielokrotnie inspirowali się twórczością autora „Hańby”. Odnajdziemy tutaj rozmowy z osobami chyba najbardziej kompetentnymi w poruszanej materii: utytułowanymi badaczami literatury:  Derekiem Attridge’em (wykładowcą York University), Przemysławem Czaplińskim (profesorem zwyczajnym, pracownikiem Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu); ludźmi związanymi ze sztukami audiowizualnymi: Lukiem Percevalem (dyrektorem Thalia Theater w Hamburgu), Kornelem Mundruczó (węgierskim reżyserem), Krzysztofem Warlikowskim (reżyserem teatralnym), Mają Kleczewską (reżyserką wspomnianego tutaj „Slow mana”), Nicholasem Lensem (kompozytorem, który stworzył muzykę do opery Coetzeego); osobami zajmującymi się badaniami nad filozofią, kulturą i funkcjonowaniem społeczeństwa: Jerzym Szackim (profesorem Uniwersytetu Warszawskiego), Andrzejem Klawiterem (przewodniczącym Zarządu Polskiego Towarzystwa Kognitywistycznego), Markiem Krajewskim (profesor UAM w Poznaniu, socjologiem) oraz Krzysztofem Moraczewskim (kulturoznawcą także związanym z ośrodkiem poznańskim). Na część drugą składają się osobliwe dokonania kilku artystów (Wojtka Ziemilskiego, Macieja Kuraka, Mikołaja Długosza, Dominiki Knapik, Iriny de Vlaam-Propovej oraz Wojciecha Pusia), którzy starają się zaprezentować swoją perspektywę analizy twórczości Coetzeego do czego wykorzystują szkice, kolaże, fotografie lub przeróżne (mniej lub bardziej formalne) projekty.

Mottem niniejszej publikacji stał się fragment „Zapisków ze złego roku”, w którym Coetzee postuluje za tym, aby w swoim „byciu artystą” pozostawać pomiędzy postawami dwóch rosyjskich klasyków: Dostojewskiego i Tołstoja. Dzięki temu automatycznie powinny zniwelować się w nas „czyste pretensje”, a działania staną się bardziej etyczne, skłonne do poszukiwania inspiracji w obiegowych prawdach moralnych. Na uwagę zasługuje również to, że tego typu poczynania „wyostrzają nam wzrok i wzmacniają rękę”, co we współczesnej sztuce wydaje się synonimem podążania za odwiecznymi (niedoścignionymi) wzorcami.

Co mają do powiedzenia nam, hipotetycznym miłośnikom twórczości Coetzeego ci badacze, artyści i intelektualiści? Na pierwszy rzut oka tylko to, że bez zarysowania ogólnych interdyscyplinarnych horyzontów interpretacyjnych dekodowanie znaczeń jego powieści jest z góry skazane na porażkę. Wydaje się, że omówienie ich wypowiedzi nie przyniesie żadnego pożytku. Już sama pozycja jaką zajmują ci ludzie w świecie nauki i kultury uświadamia nam jak ich osądy mogą być nam przydatne w obcowaniu z twórczością wybitnego człowieka, którego świat docenia jedynie w sposób oficjalny, bez „zbędnych” czułości. Warto podążać za wytyczonymi tutaj „liniami prowadzącymi” podczas intymnego poszukiwania własnych etycznych wzorców, stającymi się niekiedy bardzo zbieżnymi z tymi, które już komuś pomogły wyostrzyć wzrok i wzmocnić rękę w codziennej walce o sprawiedliwą organizację świata.

Autor: Przemysław K.

Opracowanie zbiorowe, „Wyostrzyć wzrok. J.M. Coetzee: Sztuka, świat i polityka”, wydawcy: Fundacja Malta oraz Wydawnictwo Homini, Poznań-Kraków 2012, s. 320

Optyka spojrzenia

Niezauważalny geniusz

Michał Komar, autor wywiadów-rzek z takimi osobistościami jak Władysław Bartoszewski i Stefan Meller, uważa że „Hen jest mistrzem krótkich opowiadań”. I nie sposób się z tym osądem nie zgodzić, nota bene opublikowanym także przez wydawcę na okładce tej książki. Po lekturze jego najnowszego zbioru opowiadań każdy uważny czytelnik dojdzie bowiem do wniosku, że bardzo trudno jest odnaleźć w polskiej literaturze współczesnej po 1945 roku prozaika posiadającego tak wyszukane zdolności w tej materii, które w połączeniu z ogromnym doświadczeniem dają nam tak niezwykłe teksty, zachwycające w każdym calu. Coraz częściej nazywany przez środowisko „mistrzem drugiego planu”, nigdy w pełni doceniony, w swych kolejnych książkach nieustannie utwierdza nas w przekonaniu, że prawdziwa i realistyczna polska proza nadal trwa i ma się (co doskonale widać na tym przykładzie) bardzo dobrze.

Analizowany tom składa się z trzech części, odrębnych pod względem formalnym: pierwszą z nich jest zbiór „Bokser i śmierć” pierwotnie opublikowany w 1975 przez wydawnictwo Czytelnik, drugą „Powiernik serc” wydany przez Wydawnictwo Literackie w 1988 roku, którą zamyka tekst nowy – „Klarysa”, napisana w 2006 roku. Tom kończy zbiór „Niebo naszych ojców”, w którym znajdziemy dwa nowe opowiadania: tytułowe „Szóste, najmłodsze” napisane w 2011 roku oraz „Długa chyża łódź”, powstałe w 2010 roku. Od razu widać więc, że natrafiamy na ogromną rozciągłość w czasie – najstarszy opublikowany tutaj utwór powstał w 1948 roku, a „najmłodszy” kilka miesięcy temu. Pomimo próby zwrócenia uwagi na poszczególne miniatury warto pokusić się także o jakąś namiastkę całościowego ujęcia tego jakże bogatego dorobku. Niektóre z tych opowiadań zostały skonstruowane w sposób hermetyczny, skierowane pozornie na jeden (nieprzypadkowy, z góry oczywiście określony) tor myśli, nie pozostawiający czytelnikowi wyboru interpretacji. Inne zaś wydają się dziełami otwartymi, pozwalającymi nam zanurzyć się w coraz to nowe ewoluujące intelektualne doznania, wspomagane niekiedy przez egzystencjalne przemyślenia głównych bohaterów. Jeśli z takiej perspektywy uszeregujemy zebrane tutaj opowiadania to już bardzo blisko do sklasyfikowania Józefa Hena jako pisarza doświadczenia, wnikającego w przeszłość, unikającego pisania o teraźniejszości i przyszłości, na której weryfikację jeszcze przyjdzie odpowiedni czas, a teraz należy zająć się przeszłością, nieustannie przypominającą nam o swym bolesnym dla wielu z nas istnieniu.

Józef Hen chce nam uświadomić, że życie ludzkie podlega nieustannym zmianom, jedynie siła marzeń, ukrytych pragnień i miłości pozostaje zawsze taka sama. Każda ze skonstruowanych na oczach czytelnika puent udowadnia nam największą prawdę współczesnej egzystencji człowieka: na trwałość naszego istnienia mają wpływ tylko emocje, których istnienie zauważamy dopiero w sytuacjach krytycznych. Prawdziwą naszą siłą jest to, że potrafimy walczyć z własnymi słabościami, tak jak Janusz Kominek, główny bohater jednego z pierwszych opowiadań zawartych w tym tomie, ocalony jedynie dzięki swej dwupłaszczyznowej, najpełniejszej walce, walce toczonej z własnym ciałem i duszą. Wybrany przez swego oprawcę, niemieckiego komendanta obozu koncentracyjnego, na boksowego sparing-partnera.

Wiele z wykorzystanych tutaj rekwizytów jest jedynie pretekstem do ukazania prawdziwej siły człowieka, który często nie zdaje sobie sprawy z drzemiącego w nim potencjału, czekającego na odkrycie. Nie zawsze jednak bohaterzy tych opowiadań potrafią docenić to co dostają od losu tak jak Ludwika ze wzruszającego utworu „Cud z chlebem”.

Wszechobecny w tych opowiadaniach narrator nie znosi sprzeciwu, wszystko musi toczyć się po jego myśli, a jego egzystencjalizm i daleko posunięta melancholia nieustannie oddziałuje na odbiorcę. Przede wszystkim warto zwrócić uwagę na przesadną nawet metodyczność, brak dygresji, dynamiczne podążanie za z góry ustalonym celem (puentą). Czasami jednak „mnóstwo ważnych spraw rozstrzyga na tym świecie przypadek”, a „wszystko mogło potoczyć się inaczej” – do takich wniosków dochodzi także bohaterka opowiadania „Czechow”.

Niekiedy smutne, niekiedy wesołe, lecz zawsze idealnie wnikające w sedno problemu, w kwintesencję epoki i mentalność naszego społeczeństwa, które przeszło już bardzo wiele i jeszcze nie raz przyjdzie mu walczyć o swoją obecność na mapach Europy. Te krótkie formy powstawały oczywiście w różnych okresach życia i twórczości autora. Dzięki temu czytelnik bez problemu może zaobserwować, że Józef Hen zawsze „trzymał rękę na pulsie”, zawsze był świadomy tego, iż prawdziwa siła literatury ukryta jest właśnie w tego typu utworach.

Autor: Przemysław K.

Józef Hen, „Szóste, najmłodsze i inne opowiadania”, wydawnictwo WAB, Warszawa 2012, s. 464

Niezauważalny geniusz