„Krajobraz z chmurą” Witolda Dąbrowskiego (1933-1978) to wybór wierszy dokonany przez Justynę Dąbrowską. Czytelnik odnajdzie w tym tomie utwory z wszystkich książek poety: „Rocznik 33” (1957), „Koncert hebanowy” (1966), „Ognicha” (1971). „Arrasowanie” (1976), „Portret trumienny” (1982) oraz wiersze odnalezione, czyli teksty całkowicie dotychczas nieznane.
Całość otwiera chyba najbardziej jego znany utwór o tytule „Piosenka o Kolchidzie”. Wyznaje w nim, że życie jest wiecznym poszukiwaniem „obiecanego kraju”, o którego istnieniu powinien być przekonany każdy człowiek. Choć odczuwana jest jej bliska obecność to dotarcie do niej zajmie jeszcze naszej cywilizacji wiele czasu. Okazuje się, że pośrednią winę za to ponosi edukacja: „Nauczono nas rezygnować, / a tęsknoty nie oduczono”[1]. Wszystko jest nieustannym wypatrywaniem drogi, a tę właściwą znają niestety tylko duchy zła: „Moja droga – za jaką miedzą? / Diabli wiedzą, mnie nie powiedzą”[2]. Definiuje nową rzeczywistość, w której noc jest „piątą porą roku”[3]
W poezji tej widoczne są bardzo dojrzałe refleksje na temat miłości:
„Niech nie smucą daty urodzin,
niech nie martwią nas kalendarze,
bo i cóż mi po twej urodzie,
kiedy chcę się z tobą zestarzeć?…”[4]
Jeżeli jest się z kimś silnie emocjonalnie związanym to wszystko (a przede wszystkim miłość) jest podwójne, dualistyczne. Związane z tym są także rozmyślania o czasie i przemijaniu, sprzężone z jego postrzeganiem rzeczywistości:
„Kalendarz jest bezstronny,
nie ocygani, nie zmami”[5].
Obecność człowieka w danym miejscu bardzo szybko się zaciera, jest błyskawicznie zastępowana innym istnieniem:
„A robotnicy
na spory z diabłem
czasu nie mają,
z ziemią równają
mury osłabłe”[6].
Śmierć jest w tym świecie niemiłą koniecznością. Jeżeli już będzie musiała nadejść to alter ego poety pragnie „umierać niespodzianie”, najlepiej „w zdziwieniu, w zdumieniu”[7]. W wyobrażeniach podmiotu lirycznego piekło kreowane jest nawet na pewnego rodzaju idyllę, która pozbawiona jest jedynie miłości:
„Piekło to tylko miłości niemożność,
samotność, jedność i biedność, i zdrożność
(…)
piekło, piekielne jak w słowie ostrożność”[8].
Tak samo zapewne jest z pięknem i brzydotą. Pomimo tego, że wydają się być tworami utopijnymi, to w rzeczywistości zapewne kryją swą diabelską naturę. Choć każdy liczy na to, że będzie mu dane długie życie, to ślepy los bardzo szybko to weryfikuje:
„O tym się boję nawet słówkiem –
tak bardzo krucha jest ta przestrzeń
między porodem a pochówkiem”[9].
Z tej perspektywy pojawia się refleksja, że celem najbardziej możliwym do osiągnięcia są codzienne próby przeżycia „o dobę dłużej”[10]. Jednostka ma natomiast tylko prawo do jednego „wystrzału”, jednej próby własnych sił. Gdy jej odpowiednio nie wykorzysta zostanie zmuszona do obcowania z „cieniami” przeszłości. Dla Witolda Dąbrowskiego każde z narodowych powstań było zauważalną chęcią zmian, która realizowana za pomocą „metody wielokrotnych prób”[11] stała się czymś bezcelowym. Warto w tego typu sytuacjach mieć na uwadze główne przesłanie tego tomu:
„Ten, co nie poddał się rozpaczy,
ojczyzny jeszcze też nie poddał”[12].
Wszystko to konfrontowane jest z motywem (i samym pojęciem) mądrości, która jest dla bohatera tych wierszy wcielona w „niematerialne” ciało kobiety. Okazuje się, że mądrości nie można posiadać, tylko ktoś z zewnątrz (w tym wypadku jej władczyni) może nam przekazać jej wskazówki. Autor kładzie zatem szczególny nacisk na powtarzalność życia. Choć wszystko z nim związane wydaje się całkowicie nowe, to jednak musiało wcześniej gdzieś zaistnieć. Tym samym należy zwrócić szczególną uwagę na pamięć o tym co obecne. Jak wyznaje: „Pamięć. / I tylko ona się liczy”[13], tylko dzięki niej można odnaleźć pewien punkt odniesienia dla tego co zmienne. Dzięki temu o wiele łatwiej jest coś zepsuć niż naprawić. Nie należy się martwić brakiem jakichś elementów otaczającego nas świata, gdyż pamiętanie o istnieniu utraconego staje się konsekwencją straconych szans. Tylko ból potwierdza fakt istnienia: „Serce bije i boli. Nie powinno tak boleć, / nie powinno oczekiwać łaski”[14].
Oczywiście nie brak tu także refleksji metapoetyckich. Zdaniem autora im większe uporządkowanie wiersza tym mniejszy utylitaryzm jego przekazu, co nieco kłóci się z jego neoklasycystycznym podejściem do pisania. Autor pragnie, aby jego utwory były „szorstkie”, a więc dogłębnie wnikające w tkankę rzeczywistości i potrzebne jak „drewniana belka”. W jego wyobrażeniach wiersz potrafi nawet oddychać, kochać i myśleć. Namiętność obserwacji poetyckiej jest dla Witolda Dąbrowskiego bardzo linearna, wręcz prosta, niezbyt skomplikowana. Wystarczy patrzeć i widzieć, co nie zawsze idzie ze sobą w parze u poetów XXI wieku. Celem pisania poezji jest wymierzanie sprawiedliwości w bezprawnym świecie.
Życie autora, jeżeli wierzyć zawartym w tych wierszach wyznaniom, ukierunkowane było na naśladownictwo i próbę osiągnięcia ideałów młodości. Chciał być godnym „wielkim” i „wyklętym”. Zatem wśród swych wzorców wymienia Mickiewicza, Giordano i Michała Anioła. W początkowych wierszach stara się jednoczyć ze swymi rówieśnikami. Swe pokolenie charakteryzuje jako to, które nie waha się iść pod wiatr, wciąż podąża ustaloną drogą i pewne jest swych marzeń. Ważne jest także dla ludzi urodzonych w tak niegościnnych czasach, aby znali własną siłę, byli jej świadomi, nie szukali nigdy schronienia w czasie walki i zawsze (nawet w chwili wypełniania swych codziennych obowiązków) byli przygotowani do obrony. Dzieciństwo i dojrzewanie jawi się podmiotowi lirycznemu jednego z tego typu wierszy jako „pomnik” dokonań przodków, którzy umyślnie pozostawili nam swoją odwagę, dziś już dawno zapomnianą. Naiwnie wierzyli oni „jak dziś wierzą dzieci” w „stałość gwiazd i niezmienność świata”[15]. Jak widać były to płonne nadzieje. Ideałem szczerości w ówczesnym czasie jest dla niego przekornie śpiew gniewnego kota do oszalałej kotki. Z tym okresem należy również łączyć jego przyjaźń z „aniołami żołnierki”, którzy proszą go o chleb i kawę, gdyż uznają siebie za istoty tego najbardziej potrzebujące. Później, jak wiadomo, mimowolnie został outsiderem i w tomach późniejszych (niestety) nie odnajdziemy tego typu wyznań.
Jeden z bohaterów tych wierszy zastanawia się dlaczego akurat cywilizacja śródziemnomorska jest tak ważna dla współczesnego człowieka, w większości ukształtowanego przez historię wielu zdrad i hańb, przez „gruz własnych miast”[16]. Pojawia się zatem teza: wybitne dzieła antyczne prezentują bowiem całkiem inne wzorce od tych przydatnych w XXI wieku. Jako jeden z kluczowych argumentów podaje to, że ludzie tylko złudnie przekonani są o potędze własnego umysłu, który nie może rozwijać się bez tego co przeszłe. Wobec kosmosu dotychczasowa wiedza człowieka nadal jest wiedzą „jaskiniowców”. Największym przekleństwem naszej cywilizacji jest zamiłowanie do porównywania całkiem odmiennych składowych rzeczywistości, co bardzo doprowadza do katastrof. Alter ego poety już samą egzystencję postrzega jako coś o co można zostać oskarżonym w metaforycznym sądzie. Na początku swojej „rozprawy” każdy jest w stanie przyznać się do swojej winy odważnie deklarując: „Czy się przyznam do winy? / Tak, bez wątpienia”[17]. Lecz później, po zdobyciu doświadczenia, nie jest to takie pewne, dawne przekonania nie przedstawiają już tak dużej wartości: „Czy przyznaję się? / Nie wiem. / To bez znaczenia”[18]. Autor uważa, że człowiek może bez przeszkód bawić się w chowanego z Bogiem, gdyż nic mu nie grozi dopóki będzie w stanie nadać imię gwieździe, która kieruje jego losem. Bycie człowiekiem żyjącym we współczesności wyklucza się z byciem patriotą. Po apokalipsie pozostanie tylko głos, którego nie będzie miał kto wysłuchać. Autorami nowej mowy będą rośliny i ziemia:
„Usłyszany szept od nowa
powtórz głośno, jak najgłośniej –
oto ziemi twej surowa
mowa, która w trawie rośnie”[19].
Witold Dąbrowski wnioskuje, że wszystkie zbrodnie wciąż prześladują ludzkość:
„dym Troi się włóczy
przez setne pokolenia”[20].
Autor we wszystkim doszukuje się przejawów brzydoty. Można nawet powiedzieć, że piękno jest dla niego sztucznym tworem, a więc nie zasługującym na dłuższą obserwację. Dowodem na to jest już nawet sam tytuł wyboru jego wierszy. W tej twórczości chmury zawsze zakłócają harmonię krajobrazu, nadrzędnym celem ich istnienia jest zniwelowanie piękna krajobrazu. Jednak błękit w świecie Dąbrowskiego tak łatwo się nie poddaje, także potrafi odnaleźć swoje miejsce „w szczelinie”, gdzie „z nagła się zawrze”[21] jego estetyzm.
Zaprezentowany w tym tomie Witold Dąbrowski to przedziwny przypadek poety-realisty, który skupia się wyłącznie na przekazywaniu metaforycznego obrazu bez wskazówek do dalszych badań. Dużo zależy zatem od czytelnika, nie mogącego (na szczęście) wyrazić w takiej sytuacji ani jednego słowa sprzeciwu. Jeżeli cokolwiek w zastanym pejzażu jest niepewne autor nie waha się przed zadawaniem pytań, lecz nikt na nie mu nie odpowiada, jakby był samotnikiem bezpowrotnie utraconym dla świata. Nie ma tu ironii, sarkazmu, irracjonalności – na scenie widać tylko realność, codzienność i historię. Już na pierwszy rzut oka widać, że obcuje się z poezją wybitnego obserwatora rzeczywistości, który bez problemu właściwy obraz łączy z rytmem wybranej formy wiersza. Według niego poezja pochodzi z przepaści, a tym co czyni ją wyjątkową jest możliwość modlitwy za jej pośrednictwem o przeszłość. Obcowanie z jej kruchą materią uświadamia nam, że jest ona tworem niezwykłym, żyjącym własnym życiem. Podmiot liryczny tych wierszy wręcz wprost prosi: „Pomódl się za swoich zmarłych, / poezjo”[22]. To, co ma do zaoferowania światu ten twórca to nie „banany, ładne pomidory”, lecz „pytanie, gorycz” własnego Ja. Stara się swą artystyczną odwagę jak najczęściej wykorzystywać, gdyż jej nadmiar jest w jego rozumieniu „pychą”, a więc czymś złym, niepasującym do ekshibicjonizmu poezji. Cały tom kończy się wzruszającym utworem, w którym poeta wyraża swe pragnienia o ujrzeniu świata „za głupie kilkadziesiąt lat”[23] i zastanawia się „dokąd doprowadzi” ta „dróżka”, na której pozostał także jego „ślad”.
Czytelnik odnajdzie w tej książce także trzy teksty wspomnieniowe o poecie. Ich autorzy (Andrzej Mandalian, Edward Pałłasz i Michał Głowiński) prezentują spójny portret człowieka będącego zarówno „poetą dziewiętnastowiecznym” jak i „szlacheckim romantykiem”. Był znakomitym tłumaczem i miłośnikiem literatury rosyjskiej. Choć o jego genialnych wierszach mało kto pamięta to do dziś wielokrotnie wznawiane było jego tłumaczenie „Mistrza i Małgorzaty”, którego dokonał wraz z Ireną Lewandowską. Wbrew wszystkiemu i wszystkim nieustannie kultywował swój neoklasycyzm z zachowaniem właściwej sobie precyzji, dokładności, za co podziwiany był przez swych kolegów i czytelników. W czasie, gdy wielu podążyło za awangardą on wciąż „Dbał o proporcje, o harmonię, wysmakowane rymy, rytm”[24].
Delikatny, charyzmatyczny, odważny w głoszeniu niepopularnych poglądów i „dający się lubić”[25] wielki Poeta.
Autor: Przemysław K.
Witold Dąbrowski „Krajobraz z chmurą”, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2012, s. 230
——————————–
[1] s. 9
[2] s. 13
[3] s. 11
[4] s. 12
[5] s. 20
[6] s. 47
[7] s. 70
[8] s. 93
[9] s. 153
[10] s. 155
[11] s. 159
[12] s. 162
[13] s. 99
[14] s. 16
[15] s. 46
[16] s. 56
[17] s. 123
[18] s. 124
[19] s. 133
[20] s. 138
[21] s. 85
[22] s. 193
[23] s. 209
[24] s. 215
[25] s. 219

„Małe lisy” to druga prozatorska książka Justyny Bargielskiej, niezwykłej pisarki młodego pokolenia. Jej dotychczasowym największym sukcesem była opublikowana w 2010 roku powieść „Obsoletki”. Choć na pierwszy rzut oka ta najnowsza pozycja porusza podobną tematykę, to jest jednak zdecydowanie realizacją całkowicie odmiennych zamierzeń twórczych. I w tym wypadku nie brak wątków autobiograficznych. Głównymi bohaterkami są kobiety, których świat skoncentrowany jest wokół rodziny (przede wszystkim dzieci), lecz główną osią narracyjną jest inny element, obdarzony zupełnie innymi powiązaniami semantycznymi. Całość składa się z dziesięciu rozdziałów, które prowadzone są naprzemiennie przez dwie kobiety: Magdę i Agnieszkę. Aby dokonać pełnej analizy „Małych lisów” konieczne jest rozgraniczenie tych dwóch narracji, ponieważ większość motywów w pewnych miejscach celowo się pokrywa i zaciera się tym samym wrażenie odrębności dwóch postaw zaprezentowanych za pomocą uczynienia równoprawnymi narratorkami dwóch osób. To właśnie Agnieszka rozpoczyna całą opowieść, którą kieruje do enigmatycznych „dziewczynek”. Możliwe, że za tymi „istotami” kryją się czytelniczki Justyny Bargielskiej, która poddała się już klasyfikowaniem jej twórczości jako „feministycznej”. Już na samym początku, bez ogródek, bohaterka mówi, że miała „romans z gangsterem z lasu”[1]. Jest „badaczkodziałaczką”, prowadzi kółko literackie. Jest typową kobietą XXI wieku – lubi pływać, chodzi na siłownię i uprawia fitness. Jako, że lubi świeże powietrze (pomaga jej w myśleniu) zaopiekowała się psem, aby często wychodzić na spacery. Podczas jednej z tego typu przechadzek po lesie spotyka ubranego w długi, rozpięty płaszcz, mężczyznę, który pokazuje jej szałas Pajdy, nożownika, mieszkającego tam niedawno z ciężarną konkubiną i dwójką dzieci. Następnym razem natrafiła na młodego pana, śpiewającego dziwną piosenkę, będącego prawdopodobnie wspomnianym bezdomnym. Okazuje się, że bohaterka nigdy nie była w ciąży. Miała żonatego chłopaka, z którym bardzo dużo podróżowała. Podczas wyprzedzania żółtej przyczepy przewożącej konie (przewijającej się potem nieustannie w jej koszmarach) doznali wypadku. Z tego powodu, jak wyznaje, na pewien czas „odpuściła” sobie miłość. Co ciekawe wielokrotnie spotyka Magdę, która prowadzi drugą narrację, lecz nie dochodzi do jakichś szczególnych interakcji, są to przeważnie spotkania przypadkowe, okazjonalne.
Inspiracją do napisania tej książki stała się wizyta José Saramago w restauracji w Salzburgu, gdzie znajdowały się figurki przedstawiające budynki jakie odwiedził pewien słoń podczas swej pamiętnej podróży w 1551 roku. Autor ten podjął się zatem rekonstrukcji historii, która na pierwszy rzut oka nie nosi znamion bycia czymś niezwykłym i tym samym godnym opisania. Wydaje się być bowiem opowieścią jakich wiele, bez zalążków czegoś rzadko spotykanego. Jednak to właśnie język ukształtowany w skondensowaną i aforystyczną treść czyni z tej powieści dzieło nietuzinkowe. Wszystko zaczyna się w Lizbonie, gdzie król Portugalii Jan III, niezadowolony podarowanym kiedyś prezentem, postanawia obdarować swego kuzyna księcia Maksymiliana Austriackiego, regenta Hiszpanii, zwierzęciem o imieniu Salomon. Z tego powodu zwierzę zmuszone zostało do uciążliwej, niemiłosiernie długiej i wyczerpującej podróży z Lizbony do Wiednia. Płonne są zatem nadzieje tych, którzy oczekują po tej książce porywającej fabuły. Tutaj, jak przystało na dzieło wybitnego prozaika, dominuje bowiem filozoficzno-historyczny wymiar egzystencji. Poza tym tę książkę możemy uznać nawet za podsumowanie wcześniejszych twórczych dokonań autora. Jak zwykle za pośrednictwem linearnych historii Saramago chce przekazać treści niezwykłe i uniwersalne. Główne tezy „Podróży słonia” oscylują wokół problemu przeszłości, która jawi się w umyśle autora jako „wielka kupa kamieni”[1]. Wielu chciałoby pominąć ją w swych codziennych obserwacjach rzeczywistości. Niektórzy jednak wciąż są badaczami, skupiającymi się na nawet najmniejszych szczegółach. Tylko oni podnoszą każdy z kamieni, chcąc na własnej skórze sprawdzić „co się pod nimi kryje”[2]. Tym samym za sprawą istnienia wielu podmiotów poznających odmienne mogą być wnioski końcowe, z których nadrzędny jest ten, iż wszystko to co piękne zawsze może zostać skalane. Podobnie dzieje się z charakterem człowieka, w którym wraz z ubiegiem czasu zaczynają dominować wady, a zalety niepostrzeżenie umykają. Słoń jest zatem tylko pretekstem do moralizatorsko-dydaktycznego wydźwięku powieści, czego dowodem są na przykład tego typu fragmenty:
„NN” to powieść awangardowa i z tego powodu nietuzinkowa. Składa się z dwóch części. Pierwsza z nich zatytułowana enigmatycznie „Nikt” wprowadza na scenę tytułowy „rekwizyt”, czyli nikomu nieznanego człowieka o nazwisku Nowak. Zostaje on znaleziony na ulicy przez trzy pozornie przypadkowe osoby prowadzące całkowicie odrębne narracje, dzięki czemu prezentują własną historię i wersję wydarzeń. Pierwszym przechodniem, inicjującym całą opowieść, jest Artur Kochanowski, który w knajpie przeżywa przegraną ukochanej „Wisełki”. Z powodu halucynacji wywołanych marihuaną „ocknął” się dopiero na ulicy. W trakcie rozmyślań nad tym jak zareaguje jego partnerka na tak późny powrót do domu zauważa na ulicy leżącego mężczyznę:
Maciej Niemiec (1953-2012) to odważny i uważny obserwator świata w jego abstrakcyjnym wymiarze, artysta prawdziwie współczesny, wciąż skupiający się na kondycji współczesnego człowieka. Jego najnowszy, pośmiertny tom o znamiennym tytule „Stan nasycenia” jedynie to potwierdza. Jego krytycyzm w tym przypadku operuje kontrastem będącym wynikiem skonfrontowania stanu jawy z konwencją oniryzmu. Zaprezentowane tutaj wiersze są zatem dowodem na to, że różnorodny wybór form utworów gwarantuje ewokowanie znaczeń uniwersalnych i dotąd rzadko spotykanych we współczesnej poezji. Czytelnik odnajdzie także w tym tomie cztery przekłady autora z języka francuskiego, są to wiersze Paula Eluarda („Wiem to i ty wiesz”), Charlesa Baudelaire’a („Odwracalność”) oraz Michela Deguy („Przedczyściec”, ***«Cień pomiędzy cieniami»). Te teksty natomiast wskazują na ogromne podobieństwo światopoglądu polskiego poety z tym co w swych twórczych dokonaniach prezentują Francuzi. Warto zatem przeanalizować główne stany pośrednie tytułowego „nasycenia”. W wykreowanym przez autora świecie wyrazy złości (przekleństwa) bardzo szybko nikną, ulegają autodestrukcji, nie ingerują w rzeczywistość. Natomiast nie tylko nazwy (pewnego rodzaju punkty odniesienia) są nośnikami wspomnień, także ich nieodczuwalny brak wskazuje na pewne wydarzenia. Wszystko to co nieskończone jest sprawiedliwe, a każdy czyn „określa” człowieka. Tytułowy „stan nasycenia”, według autora, na pewno istnieje, jest powtarzalną równowagą. Śmierć karmi się tylko losem człowieka, nie interesuje jej jego życie. Jedynym stałym, niezmiennym elementem egzystencji jest literatura, zaś miłość nie jest możliwa, osiągalna. Sny są „strzępkami opowiadań tych, którzy nie przeżyli”[1] zetknięcia z miłością. Człowiek, choć bardzo tego pragnie, to nigdy nie osiągnie stanu równowagi, czyli tytułowego „nasycenia”. Wszystko to co przyszłe jest „wyczerpane”. Nawet stratę można utracić i tylko to jest najpewniejsze. Poeta stara się dookreślić pojęcia czysto abstrakcyjne, np. czas jest dla niego „niepewną pewnością co do istnienia świata” [2]. Poranek kończy porę dnia, w której można udawać, noc natomiast tylko czyha, aby zniewolić człowieka. Wyrzeczenie się czegoś nie wyklucza pragnienia tego. Dotyk i myśl są ze sobą ściśle sprzężone. Czasem, który przedstawiany jest jako istota mięsożerna, według autora, można się zaopiekować. Bez moralności nasze życie byłoby zniewoleniem, a wolność obrazą. W świecie wykreowanym kłamstwo pragnie być klasyfikowane jako wyobraźnia. Emocje potrafią zmusić myśl do „powiedzenia” prawdy. Wszyscy są dziećmi Boga. Ciało, podatne na zniszczenie, nie może być schronieniem, gdyż człowiek nie posiada o nim wystarczającej wiedzy. Istota ludzka nie ma wyboru, musi istnieć. Bogowie są samotni. We współczesności ważne jest, aby nie „odczuwać”, nie „wiedzieć” i nie „myśleć”. Autor przekazuje także, za pośrednictwem swych utworów, wskazówki dla adeptów poezji: „Jeśli chcesz, by wiersz przeżył ciebie, mów”[3]. Światło wszystko weryfikuje, lecz w nocy (w ciemności) bez problemu można uznawać, że „niczego nie ma”[4]. Pamięć tych wierszy jest bardzo niedokładna. Wszystko to co znajduje się blisko podmiotu poznającego bezsprzecznie musi istnieć. Poetę zastanawiają przeróżne, często sprzeczne, kategorie estetyczne, np. brzydota (jeżeli w wierszu pojawia się diament to zawsze jest on zarówno zakurzony jak i olśniewający), jeżeli podmiot liryczny widzi „piękne i czerwone” czereśnie to równocześnie są one „gnijące”. Maciej Niemiec w swych utworach nie „myśli” o tym co będzie po śmierci, interesuje go przede wszystkim sam akt umierania: pyta sam siebie o to gdzie umrze i w jakim towarzystwie. W jego świecie paradoks wymaga niezrównoważenia, a chwila potrzebuje stałości, aby zaistnieć. Walka ze śmiercią jest także walką z życiem. Obecna cywilizacja chce wszystkiemu zapobiec. Bohater tych wierszy swoje „niedokonane” życie przyrównuje do egzystencji Norwida, któremu w tym tomie „wybacza”. Dla autora sztuka jest powiązaniem irracjonalnych marzeń i realnej wiedzy. Wizualne konfrontacje Andy’ego Warhola postrzega jako „pogrzeb porównania”[5]. Autor także posługuje się tego typu technikami – kota konfrontuje z tekstem, który według niego „lubi być głaskany”[6]. Utwór literacki jest dla niego bólem, chorobą codzienności, który tak samo jak kot nie może oczekiwać na uzdrowienie. Nawet nieistnienie może być „hałaśliwe”. Wszystko to co brzydnie nie powinno istnieć, a wszystko to co istnieje jest piękne. Maciej Niemiec skupia się na obecnych problemach, nawet na „kryzysie” finansowym. Co ciekawe podaje nawet rady jak można z nim walczyć, jedna z nich brzmi: „Codzienne mycie naczyń oduczy cię rozpaczy”[7]. Czas w ujęciu indywidualnym jest dla niego czymś nieprzygotowanym do życia. Wyobraża go sobie jako kogoś „kto wyszedł na ulicę w piżamie”[8]. Podmiot liryczny wierszy równocześnie z lekturą książek Henri Bergsona oczekuje nadejścia „dyktatora”. Ludzi nazywa „armią”, która jest „rozproszona po całym świecie”[9] z powodu bliżej nie określonej „klęski”, wywołującej instynktowny strach. Paryż kreowany jest na utopię. Według podmiotu lirycznego jednego z wierszy: „Jest tu wszystko, o czym mógłbyś pomyśleć – gdybyś zechciał”[10]. Jest to miasto zmienne, bez tajemnic, pełne „kulturalnych” oszustów. Jak widać poezja Macieja Niemca to surrealistyczny miraż, kolaż wrażeń i zdarzeń codzienności. Na szczęście jego świat jest jedynie rzeczywistością równoległą, w której wszystko kiedyś wraca na swoje miejsce.
„Gołębie wzlatują” to druga powieść Melindy Nadj Abonji, która została opublikowana w 2010 roku i w niedługim czasie otrzymała dwie najważniejsze nagrody dla książek niemieckojęzycznych: Deutscher Buchpreis i Schweizer Buchpreis. Wybrana przez pisarkę tematyka wskazuje na silny autotematyzm tej powieści będącej w rzeczywistości opisem zmagań z podziałami zarówno terytorialnymi jak i mentalnymi. Autorka ta urodziła się w małym miasteczku Bečej w Serbii, a jej rodzina należała do węgierskiej mniejszości w prowincji Wojwodina. Już w wieku pięciu lat wyjechała wraz z rodzicami do Szwajcarii. Podobny los spotkał główną bohaterkę opisywanej pozycji. Całość rozpoczyna się opisem jej przyjazdu na serbską prowincję, gdzie próbuje odnaleźć początek swej historii rodzinnej. Ildikó Kocsis uważa, że jej ojczyzna nie powinna się zmieniać. „Obchód” (wykonany zaraz po przyjeździe) miał utwierdzić ją w przekonaniu, że nadal ma coś wspólnego z krajem swoich przodków, którzy w praktyce byli jej zupełnie obcy. Narracją, która składa się z kaskadowo następujących po sobie długich, meandrycznych zdań, kieruje dorastająca dziewczynka wraz ze swoją siostrą Nomi, z którą poznaje świat, walczy z historią swojego narodu i decyzjami rodziców.
„Obcy w domu” to druga wydana w Polsce książka Radży Shehadeha, który w ubiegłym roku dzięki „Palestyńskim wędrówkom” znalazł się w finale Nagrody imienia Ryszarda Kapuścińskiego. Tym samym polski czytelnik ma okazję do zmierzenia się z opowieścią autobiograficzną i z tego powodu wielowymiarową. Już zamieszczone na początku kalendarium, które zawiera najważniejsze daty z najnowszej historii Izraela i Palestyny, może uświadomić odbiorcy z jakiego typu książką obcuje. Głównym bowiem wątkiem, eksplorowanym przez autora na wszelkie możliwe sposoby, jest opis zmagań ludzi ze stale zmieniającą się rzeczywistością polityczną i wyrokami bezlitosnej historii. W tym wypadku Shehadeh bardzo ciekawie podchodzi do tego zagadnienia. W swoich zapiskach zwraca przede wszystkim uwagę na chronologię wydarzeń i ciągłość tematyczną. Rodzina pisarza mieszka w Ramallah, jednak całe wcześniejsze życie spędziła w Jafie, skąd w trakcie wojny domowej zostali wyrzuceni przez Żydów. Opuszczone miasto za sprawą opowieści rodziców i babci zostało wykreowane w umyśle dziecka na miasto snów i niespełnionych marzeń, zaś Ramallah wydawało się mu „burą, zimną, zacofaną mieściną, gdzie nic się nie działo” [1]. Stale przypominano mu, że został stworzony do „lepszego życia” czego konsekwencją było jego przekonanie o tym, iż gdyby jego przodkowie nie opuścili Jafy jego życie potoczyłoby się całkowicie inaczej. Wszyscy inni członkowie rodziny wciąż naiwnie tęsknili za utraconym życiem i mieli nadzieję na bardzo szybkie zakończenie okupacji i szybki powrót w ukochane strony. Ubiegający czas bardzo szybko konfrontował te marzenia z brutalną rzeczywistością. Gdy po dwudziestu latach ojciec autora przyjechał do wyidealizowanej mentalnie Jafy okazało się, że miasto to już nie istniało, zostało doszczętnie zniszczone i zapomniane. Światła, obserwowane każdej nocy i mające świadczyć o rosnącej potędze utraconego miejsca, były tak naprawdę światłami Tel Awiwu, który wcześniej był zaledwie przedmieściem Jafy. Teraz role się odwróciły. Ukochane przez rodzinę Shehadehów miasto było „martwym przedmieściem tętniącej życiem metropolii.”[2]. Z tego powodu dorastający Radża czuł się bardzo zagubiony, nie rozumiał stale zmieniającej się sytuacji rodzinnej. Egzystencję w Ramallach postrzegał jako namiastkę prawdziwego życia w mieście marzeń.
Lektura „Znieważonych” to moje pierwsze zetknięcie z prozą Sándora Máraiego. Zetknięcie, trzeba rzec, zadziwiająco oszałamiające, pełne zachwytu i podziwu. Mój przykład pokazuje więc, że nie jest konieczne chronologiczne podejście do jego dzieł. Powieść ta jest czwartą częścią cyklu „Dzieło Garrenów” (poprzednie to: „Zbuntowani”, „Zazdrośni” i „Obcy”). Została podzielona na dwie autonomiczne części, odrębne tylko pod względem treściowym i tajemniczo zatytułowane: „Głos” i „Zmiana”.