
„Świetne sowy” to już czwarta książka poetycka Filipa Zawady (ur. 1975). Już sama (w pewnym sensie kontrowersyjna) szata graficzna wskazuje na pewne tendencje w tej twórczości. Jest to poeta, u którego albo coś jest oczywiste (jasno określone i możliwe do zdefiniowania) albo nieustannie poddawane w wątpliwość za pomocą niezliczonych znaków zapytania. To działanie nie odbywa się oczywiście bez innych zabiegów. Jednym z najbardziej interesujących i niepowtarzalnych jest surrealistyczne odwracanie rzeczywistości. W wykreowanym na tych stronicach świecie nawet człowiek może „kukuryknąć” i obudzić wszystkie najbliższe mu koguty, które (nie wiadomo dlaczego) są rekwizytem najczęściej pojawiającym się w tym tomie. Zwierzę to staje się podstawą porównania do dokonywania dalekosiężnych badań nad kondycją obecnego społeczeństwa. Szał kogutów postrzegany jest jako zapowiedź końca świata. Tym samym według poety dźwięk jest najlepszym sposobem na przekazanie ostrzeżenia. W jakim celu? Tego także nie możemy się dowiedzieć. Jednak najlepszą reakcją na tego typu działanie powinien być bieg, tylko to jest pewne. Wszystkie elementy rzeczywistości, które są policzalne równocześnie przez bohatera tych wierszy postrzegane są jako „skończone”, łatwe do analizy i nieprzystępne dla dalszych aktów stworzenia. Wszystko to co straszne, destrukcyjne może zaistnieć na szczęście tylko raz:
„(…) przejmujący głód nie może się
powtórzyć.
Nie może się powtórzyć
ze strachu.”[1]
Dotyczy to także sfery myśli, które będąc konstruktywnymi tworami oczekują trwania, a nie upadku:
„Strumień świadomości się nie powtarza.”[2]
Choć oczywiście poeta nie wie czym jest nieskończoność, nie jest w stanie uchwycić jej istoty (lecz jest na jej tropie), to wie na pewno czym ona nie jest. Jedynym pełnoprawnym tworem człowieka są sny. Motyw ten jest w tej twórczości jednym z fundamentów całego programu. W chwili, gdy podmiot liryczny śpi, wszystko się w nim kumuluje, niczego nie traci. Jak wyznaje: „Wszystko naraz mieści się w mojej głowie, kiedy śpię”[3]. Jednak, aby doszło do spotkania np. pomiędzy człowiekiem a nietoperzem sen musi odejść w niepamięć. Tylko wtedy może nastąpić rozejm: „Pogodzić się w chaosie.”[4] to cel naszego bycia na ziemi. Poza tym pojawiają się tutaj także liczne antytezy, aby podkreślić absurd egzystencji w obecnym świecie: „Każdy żyje dzięki swojej śmierci”[5]. Choć wszystko ulega przemianom to jednak jeden element nieustannie pozostaje w tej samej kategorii estetycznej:
„Kształt w kształt.
Źródło w źródło.
Coś w coś.
Tylko po co?”[6]
Ratunek przed tym jest niemożliwy. Przykładem tego jest fakt, że człowiek przez całe życie chroni się przed owadami będąc równocześnie świadomym, że kiedyś będzie musiał im ulec. Podmiot liryczny jednego z wierszy nawet zastanawia się czy miejsce ostatniego spoczynku jest przyjazne w rozumieniu filozofii wschodu. Zadaje konkretne pytanie: „Czy cmentarze są feng shui?”[7] Poza tym autor skupia się także na największych problemach polskiego społeczeństwa. Jednym z nich, bardzo wyraźnie występującym, jest emigracja w celach zarobkowych. Filip Zawada nie jest jedynie biernym obserwatorem. Dla tych, którzy podobnie jak on postrzegają rzeczywistość, pozostawia wskazówki jak można ją naprawić: „Świat można leczyć plastrem / kołyszącym się w powietrzu”[8]. Nie czyni oczywiście tego bezinteresownie. W zamian oczekuje odpowiedzi na zawarte w tym tomie pytania.
Światopogląd tutaj zaprezentowany w całości wpisuje się w programy innych poetów XXI wieku. Przeznaczeniem współczesnego człowieka jest to, aby nieustannie naiwnie liczył na to, że przyszłość na pewno będzie lepsza od teraźniejszości. Świat, w którym przyszło nam żyć jest bardzo różnorodny, zatem należy wykształcić pewne narzędzia pomagające nam odnaleźć się w tym chaosie. Jednym z nich są przekleństwa, które umożliwiają skategoryzowanie istot w pewnym sensie „żywych”. Tylko Bóg trwa ponad tego typu procesami. On „nigdy nie przeklina”[9]. Skąd podmiot liryczny posiada taką wiedzę? Nie wiadomo. Pojawiają się natomiast w związku z tym przeróżne wątpliwości natury moralnej:
„Koguty nie krzyczą i nie przeklinają.
Kto ma w związku z tym przewagę: człowiek czy zwierzę?
Czy jak się jest człowiekiem, zawsze trzeba mieć nad czymś przewagę,
nawet jeżeli to coś jest kogutem?”[10]
Wobec tego typu obiekcji i pytań pozostawianych bez odpowiedzi jedynym ratunkiem jest bezruch, odrzucenie dynamiki, skupienie się na tym co niematerialne:
„Stanie powoduje, że wiadomo czego nie wiadomo.
Nigdzie nie zmierzam.”[11]
Jako, że Filip Zawada to poeta totalny ukazuje także niebezpieczeństwo tego typu działań. Mogą one bowiem prowadzić do zachwiania równowagi psychicznej. Podmiot liryczny kolejny raz pyta:
„Ile pozornych pytań należy zadać, żeby nie zwariować?”[12]
Choć współczesność nieustannie kusi liberalnym podejściem do życia, to człowiek nigdy nie będzie autonomiczną istotą, zawsze będzie zmuszony ulegać wpływom z zewnątrz. Pojawia się zatem teza:
„Każdy ma w sobie coś z każdego.”[13],
która zaraz poddana jest w wątpliwość znakiem zapytania.
Poeta wielokrotnie konfrontuje polską rzeczywistość z antyczną filozofią chińską, a w szczególności swe rozważania na temat „polskości” opiera na koncepcji yin i yang. W tym świetle dokonuje reinterpretacji narodowych symboli:
„W Polsce jest biały i czerwony prostokąt.
Biały symbolizuje prześcieradło, czerwony symbolizuje krew.
Prostokąt symbolizuje historię.”[14]
Rzutuje to również na motyw dzieciństwa i dojrzewania:
„Dzieci upodabniają się do tego, co mają najbliżej siebie.
Wszystkie kurczaki upodabniają się do żarówki.”[15]
Cały tom został wręcz zdominowany przez koguty. Tym bardziej dziwi tytuł mający swe odniesienie tylko w jednym fragmencie: „- I te sowy takie świetne są nocą”[16], za sprawą pozornego dialogu. Kogut w poezji Filipa Zawady potrafi napisać nawet list, chce „spróbować być sobą / i żyć w przyjaźni i pokoju”[17]. Tylko czekać, aż zajmie miejsce człowieka. Co ciekawe po trzech latach czeski fakir ironicznie odpisał zwierzęciu, co postawiło go w bardzo dziwnym, niekorzystnym świetle: „Kto jest na tyle głupi, żeby rozmawiać z drobiem?”[18]. Także dogmaty religii chrześcijańskiej zostały tutaj skonfrontowane z realiami współczesnej egzystencji. Według autora:
„Są trzy osoby boskie:
1. Słońce.
2. Elektrownia.
3. Bóg ojciec.”[19]
I na tym nie koniec. Poeta stworzył także własną, artystyczną wersję przykazań kościelnych, dekalogu i głównych prawd wiary. Przedstawia także „kwestionariusz” Jezusa, aby podkreślić absurd współczesnej biurokracji, gdzie każdy musi być podporządkowanym odpowiednim kategoriom. Nawet koresponduje z Chrystusem. Według niego wiara jest tak ważnym elementem, że aby zrozumieć ją (i samą ideę religii) należy najpierw zrozumieć ludzi. Wielokrotnie rozwiązuje problemy filozoficzne, nad którymi głowili się najwięksi filozofowie. Jednym z nich jest na przykład dylemat – co było pierwsze: jajko czy kura? W tym tomie czytelnik odnajdzie na to odpowiedź. Najciekawszy jest jednak ostatni fragment tej książki, w którym znajduje się kilkanaście krótkich sentencji-definicji-tez, które swą prostotą (ale i wyraźną mądrością życiową) wskazują na wiele prawidłowości naszej i równoległej rzeczywistości.
„Świetne sowy” to wspaniały tom, w którym młody poeta stara się nam uświadomić, że choć chaos jest brutalny i destrukcyjny to można się do niego przyzwyczaić i żyć z nim w zgodzie. Artystyczne operacje na stereotypach poskutkowały dziełem ważnym, wskazującym na liczne powiązania pomiędzy tym co „polskie” i „światowe”.
Autor: Przemysław K.
Filip Zawada „Świetne sowy”, Biuro Literackie, Wrocław 2013, s. 80
——————————–
[1] s. 22
[2] Ibid.
[3] s. 24
[4] s. 27
[5] s. 28
[6] s. 29
[7] s. 34
[8] s. 37
[9] s. 14
[10] s. 13
[11] s. 12
[12] s. 11
[13] s. 14
[14] s. 16
[15] s. 17
[16] s. 18
[17] s. 15
[18] s. 59
[19] s. 19
„Małe lisy” to druga prozatorska książka Justyny Bargielskiej, niezwykłej pisarki młodego pokolenia. Jej dotychczasowym największym sukcesem była opublikowana w 2010 roku powieść „Obsoletki”. Choć na pierwszy rzut oka ta najnowsza pozycja porusza podobną tematykę, to jest jednak zdecydowanie realizacją całkowicie odmiennych zamierzeń twórczych. I w tym wypadku nie brak wątków autobiograficznych. Głównymi bohaterkami są kobiety, których świat skoncentrowany jest wokół rodziny (przede wszystkim dzieci), lecz główną osią narracyjną jest inny element, obdarzony zupełnie innymi powiązaniami semantycznymi. Całość składa się z dziesięciu rozdziałów, które prowadzone są naprzemiennie przez dwie kobiety: Magdę i Agnieszkę. Aby dokonać pełnej analizy „Małych lisów” konieczne jest rozgraniczenie tych dwóch narracji, ponieważ większość motywów w pewnych miejscach celowo się pokrywa i zaciera się tym samym wrażenie odrębności dwóch postaw zaprezentowanych za pomocą uczynienia równoprawnymi narratorkami dwóch osób. To właśnie Agnieszka rozpoczyna całą opowieść, którą kieruje do enigmatycznych „dziewczynek”. Możliwe, że za tymi „istotami” kryją się czytelniczki Justyny Bargielskiej, która poddała się już klasyfikowaniem jej twórczości jako „feministycznej”. Już na samym początku, bez ogródek, bohaterka mówi, że miała „romans z gangsterem z lasu”[1]. Jest „badaczkodziałaczką”, prowadzi kółko literackie. Jest typową kobietą XXI wieku – lubi pływać, chodzi na siłownię i uprawia fitness. Jako, że lubi świeże powietrze (pomaga jej w myśleniu) zaopiekowała się psem, aby często wychodzić na spacery. Podczas jednej z tego typu przechadzek po lesie spotyka ubranego w długi, rozpięty płaszcz, mężczyznę, który pokazuje jej szałas Pajdy, nożownika, mieszkającego tam niedawno z ciężarną konkubiną i dwójką dzieci. Następnym razem natrafiła na młodego pana, śpiewającego dziwną piosenkę, będącego prawdopodobnie wspomnianym bezdomnym. Okazuje się, że bohaterka nigdy nie była w ciąży. Miała żonatego chłopaka, z którym bardzo dużo podróżowała. Podczas wyprzedzania żółtej przyczepy przewożącej konie (przewijającej się potem nieustannie w jej koszmarach) doznali wypadku. Z tego powodu, jak wyznaje, na pewien czas „odpuściła” sobie miłość. Co ciekawe wielokrotnie spotyka Magdę, która prowadzi drugą narrację, lecz nie dochodzi do jakichś szczególnych interakcji, są to przeważnie spotkania przypadkowe, okazjonalne.
Inspiracją do napisania tej książki stała się wizyta José Saramago w restauracji w Salzburgu, gdzie znajdowały się figurki przedstawiające budynki jakie odwiedził pewien słoń podczas swej pamiętnej podróży w 1551 roku. Autor ten podjął się zatem rekonstrukcji historii, która na pierwszy rzut oka nie nosi znamion bycia czymś niezwykłym i tym samym godnym opisania. Wydaje się być bowiem opowieścią jakich wiele, bez zalążków czegoś rzadko spotykanego. Jednak to właśnie język ukształtowany w skondensowaną i aforystyczną treść czyni z tej powieści dzieło nietuzinkowe. Wszystko zaczyna się w Lizbonie, gdzie król Portugalii Jan III, niezadowolony podarowanym kiedyś prezentem, postanawia obdarować swego kuzyna księcia Maksymiliana Austriackiego, regenta Hiszpanii, zwierzęciem o imieniu Salomon. Z tego powodu zwierzę zmuszone zostało do uciążliwej, niemiłosiernie długiej i wyczerpującej podróży z Lizbony do Wiednia. Płonne są zatem nadzieje tych, którzy oczekują po tej książce porywającej fabuły. Tutaj, jak przystało na dzieło wybitnego prozaika, dominuje bowiem filozoficzno-historyczny wymiar egzystencji. Poza tym tę książkę możemy uznać nawet za podsumowanie wcześniejszych twórczych dokonań autora. Jak zwykle za pośrednictwem linearnych historii Saramago chce przekazać treści niezwykłe i uniwersalne. Główne tezy „Podróży słonia” oscylują wokół problemu przeszłości, która jawi się w umyśle autora jako „wielka kupa kamieni”[1]. Wielu chciałoby pominąć ją w swych codziennych obserwacjach rzeczywistości. Niektórzy jednak wciąż są badaczami, skupiającymi się na nawet najmniejszych szczegółach. Tylko oni podnoszą każdy z kamieni, chcąc na własnej skórze sprawdzić „co się pod nimi kryje”[2]. Tym samym za sprawą istnienia wielu podmiotów poznających odmienne mogą być wnioski końcowe, z których nadrzędny jest ten, iż wszystko to co piękne zawsze może zostać skalane. Podobnie dzieje się z charakterem człowieka, w którym wraz z ubiegiem czasu zaczynają dominować wady, a zalety niepostrzeżenie umykają. Słoń jest zatem tylko pretekstem do moralizatorsko-dydaktycznego wydźwięku powieści, czego dowodem są na przykład tego typu fragmenty:
„NN” to powieść awangardowa i z tego powodu nietuzinkowa. Składa się z dwóch części. Pierwsza z nich zatytułowana enigmatycznie „Nikt” wprowadza na scenę tytułowy „rekwizyt”, czyli nikomu nieznanego człowieka o nazwisku Nowak. Zostaje on znaleziony na ulicy przez trzy pozornie przypadkowe osoby prowadzące całkowicie odrębne narracje, dzięki czemu prezentują własną historię i wersję wydarzeń. Pierwszym przechodniem, inicjującym całą opowieść, jest Artur Kochanowski, który w knajpie przeżywa przegraną ukochanej „Wisełki”. Z powodu halucynacji wywołanych marihuaną „ocknął” się dopiero na ulicy. W trakcie rozmyślań nad tym jak zareaguje jego partnerka na tak późny powrót do domu zauważa na ulicy leżącego mężczyznę:
Maciej Niemiec (1953-2012) to odważny i uważny obserwator świata w jego abstrakcyjnym wymiarze, artysta prawdziwie współczesny, wciąż skupiający się na kondycji współczesnego człowieka. Jego najnowszy, pośmiertny tom o znamiennym tytule „Stan nasycenia” jedynie to potwierdza. Jego krytycyzm w tym przypadku operuje kontrastem będącym wynikiem skonfrontowania stanu jawy z konwencją oniryzmu. Zaprezentowane tutaj wiersze są zatem dowodem na to, że różnorodny wybór form utworów gwarantuje ewokowanie znaczeń uniwersalnych i dotąd rzadko spotykanych we współczesnej poezji. Czytelnik odnajdzie także w tym tomie cztery przekłady autora z języka francuskiego, są to wiersze Paula Eluarda („Wiem to i ty wiesz”), Charlesa Baudelaire’a („Odwracalność”) oraz Michela Deguy („Przedczyściec”, ***«Cień pomiędzy cieniami»). Te teksty natomiast wskazują na ogromne podobieństwo światopoglądu polskiego poety z tym co w swych twórczych dokonaniach prezentują Francuzi. Warto zatem przeanalizować główne stany pośrednie tytułowego „nasycenia”. W wykreowanym przez autora świecie wyrazy złości (przekleństwa) bardzo szybko nikną, ulegają autodestrukcji, nie ingerują w rzeczywistość. Natomiast nie tylko nazwy (pewnego rodzaju punkty odniesienia) są nośnikami wspomnień, także ich nieodczuwalny brak wskazuje na pewne wydarzenia. Wszystko to co nieskończone jest sprawiedliwe, a każdy czyn „określa” człowieka. Tytułowy „stan nasycenia”, według autora, na pewno istnieje, jest powtarzalną równowagą. Śmierć karmi się tylko losem człowieka, nie interesuje jej jego życie. Jedynym stałym, niezmiennym elementem egzystencji jest literatura, zaś miłość nie jest możliwa, osiągalna. Sny są „strzępkami opowiadań tych, którzy nie przeżyli”[1] zetknięcia z miłością. Człowiek, choć bardzo tego pragnie, to nigdy nie osiągnie stanu równowagi, czyli tytułowego „nasycenia”. Wszystko to co przyszłe jest „wyczerpane”. Nawet stratę można utracić i tylko to jest najpewniejsze. Poeta stara się dookreślić pojęcia czysto abstrakcyjne, np. czas jest dla niego „niepewną pewnością co do istnienia świata” [2]. Poranek kończy porę dnia, w której można udawać, noc natomiast tylko czyha, aby zniewolić człowieka. Wyrzeczenie się czegoś nie wyklucza pragnienia tego. Dotyk i myśl są ze sobą ściśle sprzężone. Czasem, który przedstawiany jest jako istota mięsożerna, według autora, można się zaopiekować. Bez moralności nasze życie byłoby zniewoleniem, a wolność obrazą. W świecie wykreowanym kłamstwo pragnie być klasyfikowane jako wyobraźnia. Emocje potrafią zmusić myśl do „powiedzenia” prawdy. Wszyscy są dziećmi Boga. Ciało, podatne na zniszczenie, nie może być schronieniem, gdyż człowiek nie posiada o nim wystarczającej wiedzy. Istota ludzka nie ma wyboru, musi istnieć. Bogowie są samotni. We współczesności ważne jest, aby nie „odczuwać”, nie „wiedzieć” i nie „myśleć”. Autor przekazuje także, za pośrednictwem swych utworów, wskazówki dla adeptów poezji: „Jeśli chcesz, by wiersz przeżył ciebie, mów”[3]. Światło wszystko weryfikuje, lecz w nocy (w ciemności) bez problemu można uznawać, że „niczego nie ma”[4]. Pamięć tych wierszy jest bardzo niedokładna. Wszystko to co znajduje się blisko podmiotu poznającego bezsprzecznie musi istnieć. Poetę zastanawiają przeróżne, często sprzeczne, kategorie estetyczne, np. brzydota (jeżeli w wierszu pojawia się diament to zawsze jest on zarówno zakurzony jak i olśniewający), jeżeli podmiot liryczny widzi „piękne i czerwone” czereśnie to równocześnie są one „gnijące”. Maciej Niemiec w swych utworach nie „myśli” o tym co będzie po śmierci, interesuje go przede wszystkim sam akt umierania: pyta sam siebie o to gdzie umrze i w jakim towarzystwie. W jego świecie paradoks wymaga niezrównoważenia, a chwila potrzebuje stałości, aby zaistnieć. Walka ze śmiercią jest także walką z życiem. Obecna cywilizacja chce wszystkiemu zapobiec. Bohater tych wierszy swoje „niedokonane” życie przyrównuje do egzystencji Norwida, któremu w tym tomie „wybacza”. Dla autora sztuka jest powiązaniem irracjonalnych marzeń i realnej wiedzy. Wizualne konfrontacje Andy’ego Warhola postrzega jako „pogrzeb porównania”[5]. Autor także posługuje się tego typu technikami – kota konfrontuje z tekstem, który według niego „lubi być głaskany”[6]. Utwór literacki jest dla niego bólem, chorobą codzienności, który tak samo jak kot nie może oczekiwać na uzdrowienie. Nawet nieistnienie może być „hałaśliwe”. Wszystko to co brzydnie nie powinno istnieć, a wszystko to co istnieje jest piękne. Maciej Niemiec skupia się na obecnych problemach, nawet na „kryzysie” finansowym. Co ciekawe podaje nawet rady jak można z nim walczyć, jedna z nich brzmi: „Codzienne mycie naczyń oduczy cię rozpaczy”[7]. Czas w ujęciu indywidualnym jest dla niego czymś nieprzygotowanym do życia. Wyobraża go sobie jako kogoś „kto wyszedł na ulicę w piżamie”[8]. Podmiot liryczny wierszy równocześnie z lekturą książek Henri Bergsona oczekuje nadejścia „dyktatora”. Ludzi nazywa „armią”, która jest „rozproszona po całym świecie”[9] z powodu bliżej nie określonej „klęski”, wywołującej instynktowny strach. Paryż kreowany jest na utopię. Według podmiotu lirycznego jednego z wierszy: „Jest tu wszystko, o czym mógłbyś pomyśleć – gdybyś zechciał”[10]. Jest to miasto zmienne, bez tajemnic, pełne „kulturalnych” oszustów. Jak widać poezja Macieja Niemca to surrealistyczny miraż, kolaż wrażeń i zdarzeń codzienności. Na szczęście jego świat jest jedynie rzeczywistością równoległą, w której wszystko kiedyś wraca na swoje miejsce.
„Gołębie wzlatują” to druga powieść Melindy Nadj Abonji, która została opublikowana w 2010 roku i w niedługim czasie otrzymała dwie najważniejsze nagrody dla książek niemieckojęzycznych: Deutscher Buchpreis i Schweizer Buchpreis. Wybrana przez pisarkę tematyka wskazuje na silny autotematyzm tej powieści będącej w rzeczywistości opisem zmagań z podziałami zarówno terytorialnymi jak i mentalnymi. Autorka ta urodziła się w małym miasteczku Bečej w Serbii, a jej rodzina należała do węgierskiej mniejszości w prowincji Wojwodina. Już w wieku pięciu lat wyjechała wraz z rodzicami do Szwajcarii. Podobny los spotkał główną bohaterkę opisywanej pozycji. Całość rozpoczyna się opisem jej przyjazdu na serbską prowincję, gdzie próbuje odnaleźć początek swej historii rodzinnej. Ildikó Kocsis uważa, że jej ojczyzna nie powinna się zmieniać. „Obchód” (wykonany zaraz po przyjeździe) miał utwierdzić ją w przekonaniu, że nadal ma coś wspólnego z krajem swoich przodków, którzy w praktyce byli jej zupełnie obcy. Narracją, która składa się z kaskadowo następujących po sobie długich, meandrycznych zdań, kieruje dorastająca dziewczynka wraz ze swoją siostrą Nomi, z którą poznaje świat, walczy z historią swojego narodu i decyzjami rodziców.
„Obcy w domu” to druga wydana w Polsce książka Radży Shehadeha, który w ubiegłym roku dzięki „Palestyńskim wędrówkom” znalazł się w finale Nagrody imienia Ryszarda Kapuścińskiego. Tym samym polski czytelnik ma okazję do zmierzenia się z opowieścią autobiograficzną i z tego powodu wielowymiarową. Już zamieszczone na początku kalendarium, które zawiera najważniejsze daty z najnowszej historii Izraela i Palestyny, może uświadomić odbiorcy z jakiego typu książką obcuje. Głównym bowiem wątkiem, eksplorowanym przez autora na wszelkie możliwe sposoby, jest opis zmagań ludzi ze stale zmieniającą się rzeczywistością polityczną i wyrokami bezlitosnej historii. W tym wypadku Shehadeh bardzo ciekawie podchodzi do tego zagadnienia. W swoich zapiskach zwraca przede wszystkim uwagę na chronologię wydarzeń i ciągłość tematyczną. Rodzina pisarza mieszka w Ramallah, jednak całe wcześniejsze życie spędziła w Jafie, skąd w trakcie wojny domowej zostali wyrzuceni przez Żydów. Opuszczone miasto za sprawą opowieści rodziców i babci zostało wykreowane w umyśle dziecka na miasto snów i niespełnionych marzeń, zaś Ramallah wydawało się mu „burą, zimną, zacofaną mieściną, gdzie nic się nie działo” [1]. Stale przypominano mu, że został stworzony do „lepszego życia” czego konsekwencją było jego przekonanie o tym, iż gdyby jego przodkowie nie opuścili Jafy jego życie potoczyłoby się całkowicie inaczej. Wszyscy inni członkowie rodziny wciąż naiwnie tęsknili za utraconym życiem i mieli nadzieję na bardzo szybkie zakończenie okupacji i szybki powrót w ukochane strony. Ubiegający czas bardzo szybko konfrontował te marzenia z brutalną rzeczywistością. Gdy po dwudziestu latach ojciec autora przyjechał do wyidealizowanej mentalnie Jafy okazało się, że miasto to już nie istniało, zostało doszczętnie zniszczone i zapomniane. Światła, obserwowane każdej nocy i mające świadczyć o rosnącej potędze utraconego miejsca, były tak naprawdę światłami Tel Awiwu, który wcześniej był zaledwie przedmieściem Jafy. Teraz role się odwróciły. Ukochane przez rodzinę Shehadehów miasto było „martwym przedmieściem tętniącej życiem metropolii.”[2]. Z tego powodu dorastający Radża czuł się bardzo zagubiony, nie rozumiał stale zmieniającej się sytuacji rodzinnej. Egzystencję w Ramallach postrzegał jako namiastkę prawdziwego życia w mieście marzeń.
Lektura „Znieważonych” to moje pierwsze zetknięcie z prozą Sándora Máraiego. Zetknięcie, trzeba rzec, zadziwiająco oszałamiające, pełne zachwytu i podziwu. Mój przykład pokazuje więc, że nie jest konieczne chronologiczne podejście do jego dzieł. Powieść ta jest czwartą częścią cyklu „Dzieło Garrenów” (poprzednie to: „Zbuntowani”, „Zazdrośni” i „Obcy”). Została podzielona na dwie autonomiczne części, odrębne tylko pod względem treściowym i tajemniczo zatytułowane: „Głos” i „Zmiana”.
Pozycja „Teorie badań literackich” Zofii Mitosek to publikacja niepowtarzalna, wielopoziomowa, zbierająca w sobie szkice na temat dwudziestu najważniejszych teorii literatury. Opublikowana około trzydziestu lat temu doczekała się sześciu wznowień i sklasyfikowania jako „podręcznik akademicki”. Określenie to jednak jest bardzo mylące. W gruncie rzeczy jest to pozycja bardzo przydatna dla każdego, kto rozpatruje literaturę nie jako niepowiązany i schematyczny ciąg publikacji lecz siłą rzeczy długotrwały proces kształtowania się światopoglądu literackiego. Jedyną możliwą wadą (a może zaletą?) jest wyłącznie skrupulatność autorki, która chce zasygnalizować „wszystkie” kontynuacje opisywanych nurtów i tym samym czytelnik mniej zorientowany może się w tym pogubić, odnosząc równocześnie wrażenie, że napotkał na przestrzeń całkowicie nieuporządkowaną. Porządek chronologiczny pozwala zauważyć różnice i podobieństwa poszczególnych metodologii, co skutkuje ogólną orientacją w każdej z nich oraz zauważaniem korelacji (współzależności). Całość rozpoczyna się rozdziałami poświęconymi Platonowi i Arystotelesowi (autorowi m.in. „Poetyki”, której zasługi dla literaturoznawstwa wszystkich epok nie sposób przecenić), podejmujący problematykę estetyki mimesis, wiernego naśladowania rzeczywistości. Następnie badaczka skupia się na klasycyzmie francuskim, antypozytywizmie oraz tak zwanej metodzie filologiczno-historycznej. Na uwagę zasługują także szkice poświęcone teoriom Kanta, Taine’a, Ingardena, Freuda, Lukács’a oraz Bachtina. Według mnie jednak najciekawsze są rozdziały poruszające metodologie najbardziej popularne w ostatnim czasie: formalizm (ukierunkowany na badanie „literackości”, wewnętrznych cech tekstów), strukturalizm (dopatrujący się w utworach językowej nadorganizacji), semiotyka (doszukująca się znaczeń wykreowanych przez znak), marksizm (kreujący pogląd alienacji sztuki), intertekstualność (dla której każdy tekst jest nieskończonym „plagiatem”), hermeneutykę (skupioną wyłącznie na interpretacji samego tekstu, bez jakiegokolwiek ukierunkowania na konteksty), dekonstrukcjonizm (skupiający się wyłącznie na „linearnej” analizie tekstu) i genetyzm (skierowany w kierunku badania rękopisów). Te krótkie definicje, po przeczytaniu całej tej książki, wydają się jedynie enigmatycznymi sformułowaniami, zupełnie niewnikającymi w problematykę najważniejszych teorii. Publikacja ta jest więc ewenementem. Bardzo długo należałoby szukać, aby odnaleźć równie pełne (lecz siłą rzeczy skondensowane) przedstawienie tematyki potrzebnej każdemu czytelnikowi – interpretatorowi myślącemu o literaturze jako o obrazie pełnym wielu białych plam, oczekujących na zapełnienie kolejnym „niedoczytaniem”.