I.
Joanna Pawlik debiutanckie Alikwoty zaczyna od jednoznacznej deklaracji potrzeby zmiany, wywołanej przez poczucie przesytu, permanentnego trwania w na wskroś znanym obszarze, bez poczucia celu i wśród fenomenów, które wyrażają ciągle to samo i nie poszerzają zakresu doświadczenia, a za to pogłębiają wewnętrzną pustkę i wrażenie beznadziei. Do czasu, gdy jej „ja” powie „dość”, płynna nowoczesność traci kluczowy atrybut, zostaje odbita w krzywym zwierciadle i zdaje się mechanicznie powtarzać to samo, nadpisując treści i osaczając umysły własnych, uwięzionych w niej, mieszkańców. Jej podmiot mimo wszystko nie dochodzi do porozumienia z dookolnością, „stoi na straży niechybnych afazji”, obawiając się nieuniknionego zamilknięcia, wytrącenia sobie z rąk ostatniego narzędzia samoobrony i pragnie „wszystko wymazać, pogrzebać”, bo realność jest dla niego ostatecznie skompromitowana. Przeświadczenie, że już więcej nie zniesie, doprowadza „ja” liryczne Pawlik do punktu, w którym język – jego ostatnia nadzieja, ostoja podmiotowości i stała gwarancja samotożsamości, a więc samookreślenia – przestaje być wydolny w definiowaniu aksjomatów bycia, jakby logos zdradził protagonistę Alikwotów: „dotkliwie spełzł język / z porowatej darni niewidocznych stąd brzegów”. Uwięźnięcie tu-i-teraz, wobec przestoju teraźniejszości i niemoc wyjścia poza aktualne bodźce pociąga za sobą fascynację tym, co „ciągle dalej” – nieuchwytne, niedostępne, utopijne i wymarzone. Co ma więc przywrócić względną równowagę w uniwersum poetyckim Pawlik? Pierwszym środkiem zaradczym jest wyobraźnia, przenikliwie oddająca obraz zdeformowanego, kruchego fundamentu lirycznego status quo. Dzięki imaginacji poetka potrafi sprawnie odnajdywać preteksty do mówienia o zawieszeniu „ja” między byłymi wariantami jego tożsamości a tym, który „ciągle jest”, łącząc różne – faktyczne i wyobrażone – perspektywy czasowe bycia. Wyobraźnia, mimo swojej niestabilności, utrwala antropologię protagonisty Alikwotów, rekonstruuje jego pamięć, precyzyjnie odtwarzając obrazy dzieciństwa:
„dziewczynka i chłopiec w łódce.
limitowana seria chabrowych wieczek
gdzieś na trzeciej, czwartej półce.
osobni, choć wymierzeni w siebie.
asocjacje tak bliskie, że nie sposób
zostawić, nie chcieć dotknąć”.
Drugim źródłem nadziei są odpowiedzialność i czułość „wobec ciał i liter”. Każdy komponent wiersza Pawlik ma nie tylko swój oddźwięk, ale przede wszystkim po jego wybrzmieniu powstaje semantycznie istotne echo. Persony liryczne w Alikwotach wsłuchują się w jego modulację i wielokrotnie odbierają jednostkowe epifanie, niezależnie od ich siły i stopnia harmonizacji, a nawet paradoksalnie zwracają największą uwagę na to, co najsubtelniejsze i najmniej intensywnie domagające się odbioru. Arterie wierszy w Alikwotach zasilane są przez skłonność poetki do muzyki – zarówno jako języka ekspresji, jak i metody samorealizacji. Dlatego źródłem siły metaforyzacji Pawlik jest utrata konturów przez opisywane rzeczy, rozedrganie materii i niejednoznaczna ontologia tego, co widziane. Cudze elementy zewnętrzności nieoczekiwanie stają się tu własnością „ja”, wszczepiają się w jego świadomość, jakby świat przemieszczał się analogicznie do muzyki, wędrującej w przestrzeni i przenikającej znajdujące się w niej obiekty. Uniwersum Alikwotów przedstawia się jako „wsobne” – w charakterze linii melodycznej i stałych miejsc utworu funkcjonuje tu refleksja nad tym, kim jest mówiące, „gęste, bezkresne” „ja”, z jakim uposażeniem egzystencjalnym przychodzi i co może zaoferować światu:
„oglądam się. to już pięć lat od narodzin.
pomiędzy wtedy a tutaj rozciągnięta ledwie welinowa nitka,
w której zakleszcza się ważka. owad bezużyteczny.
więc była pełność. dom.
suchy szelest nasion w palcach, doniczki z aloesem
i klincz oddechów raz w tygodniu. tak trzeba.
władza kości nad tezą.
czasami rozstrzyganie o świecie jest małe, niewymagające
jak zaangażowanie krwi w poruszeniach źrenicy.
co mam. pytałam. co dam, nie mając.
gęsta, bezkresna.
tu jestem. mam imię i kolor krwi,
po którym mnie poznasz.
miasto zbudowane na podskórnych wodach”.
Gdy rozczulone, odsłonięte i transparentne „ja” może powiedzieć o „zmierzaniu fragmentów do skąpych całości”, rozmarzając się nad początkiem bycia rozciągniętym w nieskończone trwanie, staje się jednością z „my” oraz ze światem – wówczas w każdym doznaniu i wspomnieniu podmiot widzi pełne spektrum potencji. Wszystko jest tu podporządkowane różnym trybom modalności: byciem osamotnionym, życiem razem oraz doświadczaniem ontologicznego rozpadu. Celem tego jest stopniowanie człowieczeństwa i obecności „ja”, które nigdy nie jest w pełni sobą, łączy różne sekwencje siebie, odrzuca „rzeczy martwe” i stanowi albo mutację inności, albo skostniałą formę swojego ego. Bycie konglomeratem jest mimo wszystko korzystne – jest rozszerzeniem swojego „ja” i dotknięciem rdzenia otoczenia jako źródła poliwalentnego istnienia. Zrozumienie własnych niedostatków i człowieczej skończoności jest rodzajem poświęcenia się światu i skazaną na porażkę próbą oczyszczenia rzeczywistości sobą jako wybrakowanym negatywem istnienia: „a kiedy już zaczną pleśnieć ci ręce / i zostaniesz sama wśród obcych złych ludzi, / przez bruzdy uwalniaj skażone powietrze. nie płacz. / nie wystarczy mnie. nie wystarczy”. Przez wiersz Pawlik przesącza się atmosfera wzrostu i spadku natężenia graniczności – naoczny dowód na to, że intensyfikacja nie trwa w nieskończoność, „że przez szpary w oknach wpadną ćmy, nie motyle, / że w tej partyturze tylko smuga spalin, / (…) ten kamień czuje. uporczywie zostaje. zostaje”. Alikwoty – krytyka idealizacji świata – oferują nam pełne spektrum dźwięków, całą strukturę melodyczną rzeczywistości. Słowa poetyckie, wpisane w pięciolinię strof, służą w tym tomie temu, abyśmy cieleśnie, podskórnie, doświadczyli mowy poetyckiej docierającej do granic percepcyjnej wytrzymałości, próbującej odpowiedzieć na niepowetowaną stratę i opowiadającej tajemnicę życia, któremu nie było dane się urzeczywistnić: „odnawiam brak, niedosyt twojej skóry. / woda i sól skraplają się na sutkach, kiedy / flotylla łabędzi, tych rzecznych płaczek, / responsorialnie włącza się do śpiewu. cantus doloris, op. 1”.
II.
Alikwoty to tom o egzystowaniu w przestrzeni, która nie oferuje ani objawienia, ani metafizycznej pełni, lecz wymaga codziennych aktów bycia, bezustannej gry z wsobnością świata, wciąż skierowanego do wewnątrz i zagęszczającego się w „ja” – lokując się, w charakterze kopii zapasowej, w ciele, percepcji i pamięci podmiotu. To zapisy konfrontacji z wewnętrznym pęknięciem między pragnieniem intensywności a lękiem przed destrukcyjnym kosztem realizacji swojej popędowości. To relacje z konfliktów między porządkami brzmieniowymi oraz starć rejestrów doświadczenia, o czym poetka pisze w wierszu Mikrokosmos: „boję się, że będę chciała wojny akustyk, / wszystkiego, co przeciwległe, niespójne, szklane. / że zapragnę odpocząć w twoich nogach / i nie uchronisz mnie przed umieraniem podwójnej pięciolinii”. Rolą „ja” odartego z transcendencji i iluzji, wedle Pawlik, jest uświadomienie sobie bycia właśnie tu jako napięcia między „wtedy” a „teraz”, odczuwalnego mimo „krystalicznej struktury pyłu”, i wejście w modus owada zakleszczonego w włóknach czasu, podtrzymującego swoje życie, ale nieosiągającego egzystencjalnego spełnienia. Praktykowane poznanie redukuje się do fizjologii – świat poetycki w Alikwotach nie domaga się znaczących rozstrzygnięć, lecz utrzymania zdolności patrzenia. Wiersze Pawlik to próby odpowiedzi na taką sytuację, na świat trwający mimo niedostatku, na odwrócenie porządku, które polega na tym, że progresję zastępuje krążenie, a tożsamość, zamiast się rozwijać, pozostaje w oscylacji między wariantami, doświadczając zarazem gęstości i bezkresności swojego „ja”, a także dotkliwości doznań i ich niewspółmierności do oczekiwanej, wymarzonej intensywności: „tak dotkliwie spełzł język / z porowatej darni niewidocznych stąd brzegów. / lizałam cierpkie i gorzkie pomosty, / żeby wszystko wymazać, pogrzebać”.
Pawlik kusi taka formułą poetycka, w której pole zagadkowych fenomenów przejmuje sam świat oraz niezgłębione jakości, zdolne do wyrafinowanego ewokowania, ale wciąż niezłożone i także sam „mechanizm wyrażanych dość prosto radości. / mówienie trawą, ziemią, sobą: / jak wielkie nic jest we mnie, w tobie? / ile można się w nic obdarzać?”. Idzie o to, by w obliczu przemijalności, także poza kontekstem muzycznym, złączyć się z rzeczami rozbiegającymi się przed spojrzeniem i wczuć się w proces uobecniającego się życia, bo „w szumie można / przeoczyć / rezonans / szeptu / harmonię ciszy tak subtelną / aż kruszy”. „Ja” liryczne Pawlik – co w tym tomie najciekawsze – na różne sposoby sugeruje, że określa go lęk wobec wewnętrznego pragnienia chaosu oraz przed raniącą, radykalną ekspozycją siebie. Wie, że w jego mentalności ukryty jest pierwotny impuls do eskalacji i przeciążenia zmysłów, przekroczenia możliwości ciała i umysłu. Mikrokosmos doświadczenia w Alikwotach to dramat świata – sprzężenie konfliktu, czułości i sztuki – który rozgrywa się w skrajnie zawężonej, hermetycznej przestrzeni, między dźwiękiem, własnym ciałem a drugim człowiekiem. Wiersz Pawlik ma przyswoić agresję podmiotu, skanalizować ją bez przemocy, poza reżimem linearnie pojmowanej czasoprzestrzeni i oddalić ryzyko rozpadu mimo tego, że w opisywanym przez nie świecie nawet dwa najbliższe sobie głosy, zamiast się zestroić, zagłuszają się, nie potrafią współbrzmieć.
Alikwoty można czytać jako świadectwo utraty bliskości i wiary w sens – w zapis silny, somatyczny i rozgrywający się dzięki temu, co przychodzi spoza „ja”. W wierszu Pawlik treści napływające ze świata wywołują semantyczne zwarcia i są zastępczym sposobem radzenia sobie z brakiem harmonii, ogólnobytowego rytmu i muzycznego crescendo. Z kolei celowe wywoływanie bólu, jako gest kompulsywny, autodestrukcyjny i zarazem doraźny, jest strategią radzenia sobie z tym, co nie ma ujścia ani w języku, ani w relacji. Podstawowy język – język ciała – przestaje tu działać jako przestrzeń kontaktu z przyrodą, drugim „ty” i z samym sobą, nie jest już nośnikiem relacji, znaczenia, czy afektu – jest pustą formą. Wiara w możność zaistnienia cudu, w trwałość sensu i miłości, odsłania prymat tymczasowości, naiwność wszelkiej nadziei oraz absolutną pustkę, powstałą na skutek symbolicznej kradzieży:
„w doskonałym splątaniu oddechów, crescendo
zbyt liczne, niewielkie, niepotrzebne nie. nieodwracalne pęknięcia:
bezpańskie słowa,
odraczane w czasie przepraszam. obca,
krzyżująca się osnowa poduszki jako świadek.
noc. urojenia, niespolaryzowane światła tak ostre, że ranią.
obojętność i kara za wiarę w cud na zawsze, choćby tymczasowy.
ogryzam skórki do krwi. działam doraźnie.
ciało stało się już tylko ciałem,
z którego coś wyjęto”.
III.
Wątki muzyczne w Alikwotach rekompensują lukę ziejącą między tym, co wyrażone i zwerbalizowane, a tym, co niewysławialne. Muzyka reprezentowana jest przez „pękate ćwierćnuty / rugowane przez chmury”, wszelkie fundamenty szybko rozwiewa wiatr, a byty tracą swą ontyczną spoistość. Dźwięki i ich ewentualny brak mają większy potencjał niż słowa w ekspresji podłoża interesujących liryczne „ja” konfliktów, a także w opisie sposobu działania ludzkiej psychiki. Zapis muzyczny nigdy nie jest dopowiedziany ani jednoznaczny, już w trakcie powstawania pełen jest białych plam i wyłącznie orientacyjnych wskazówek instrumentacyjnych, w czym nie chodzi o potencjał interpretacji, konkretyzacji czy aranżacji, ale o semantyczną siłę alikwotu – decydującego tonu, który determinuje wydźwięk utworu, a w tym wypadku wiersza jako ekwiwalentu życia: „po karbach pięciolinii przyjdź, mów jeszcze, / bo właśnie to nieustannie ocala / wszystkie bezdźwięczne miejsca we mnie, / staje się pierwszym alikwotem w tej wojnie”. Podmiot liryczny Pawlik żyje „jak metronom w pogłosach uderzeń”, próbując rozeznać się w położeniu granicy między sacrum a profanum, porządku idealnego z realnym, wyobrażonego z urzeczywistnionym, dźwiękowego z bezsłownym. Jest mu to potrzebne do tego, aby odnaleźć się po rozstaniu, które pozbawiło słownika – korpusu słów, dźwięków i gestów budowanego wspólnie z ukochaną osobą. Bez niej „starannie budowany przez lata” – nie tylko językowy – obraz świata traci głębię, słowa przestają znaczyć, a otoczenie traci dotychczasowe barwy, staje się transparentne, monochromatyczne:
„bardziej tracąc sprężystość tętnic, słuch,
w nieuchronnym procesie abrazji ścian,
starannym wymywaniu z nich bieli.
wszystko, czego nauczyliśmy się razem:
kość, lampa, stół, piach, nic”.
Bycie „samemu w wielkim porządku gór” moduluje sytuacje liryczne, w których podmiot podziwia swoją bezradność i osamotnienie, rozwija wizje adorowania goryczy i rozpamiętywania straty. Wydaje się, że wiersze Pawlik nie mogłyby zaistnieć bez uprzedniego względem poezjowania doświadczenia straty, „odnawiania braku, niedosytu (…) skóry” ukochanej osoby oraz przede wszystkim bez wytężonej obserwacji natury noszącej oznaki opuszczenia przez instancję sensotwórczą. Nurtujący jest ten moment, w którym „ja” Alikwotów zastanawia się, czy śpiew łabędzi, kręgi rozchodzące się po tafli wody i nowe życie powstające w ciele matki, mają ontologiczną rację istnienia w świecie opanowanym przez istoty brutalne i odrzucające oczyszczającą moc współczucia i wybaczenia. W wyniku tych doświadczeń i impresji Alikwoty to „mistyczna logorea, rozmnażanie się liter / w migotaniu świetlików i cykad”.
Pawlik, pisząc o tych zjawiskach, oddaje w niezwykły sposób dynamikę przenikania się obrazów, myśli i zdarzeń. Poetka, jak mało kto z rzeczy pozostających w niejednoznacznych zależnościach, potrafi zbudować konstelację sensów rozjaśniających liryczne status quo i pozwalających na głębsze zrozumienie bycia. Dlatego w Alikwotach mieszają się dźwięki z milczeniem, przekonanie o istnieniu Absolutu konfrontuje się z poglądami wprost przeciwnymi, a dziecięce, „niewinne zabawy” okazują się walką o życie prawdziwe. W ostatecznym rozrachunku nie wywołuje to jednak wrażenia dezorientacji, wręcz przeciwnie – czytając te wiersze, zdajemy sobie z czasem sprawę, że obcujemy z uczciwie przeprowadzoną pracą nad powrotem do stanu, w którym „znów wszystko płynie. zostaje człowiek. dotyka”. „Ja” Alikwotów żyje wśród powidoków momentów, kiedy naprawdę było sobą, było w stanie kanalizować swoje pragnienia i zamiast dostrajać się do zewnętrzności, pozostawało w orbicie kochanego „ty”, które potrafiło czule współistnieć z podmiotem, dzielić uczucie oraz rytm doświadczania. Opuszczenie przez „ty”, dematerializacja jego obecności i zdradzenie podmiotu przez transcendencję, „uwiera” personę mówiącą w Alikwotach, daje jej przedsmak ontologicznego rozpadu i nadciągającego „skażonego powietrza”. Miłość, która nie jest ani wieczna, ani odporna na zakusy codzienności, jawi się tu jako przekleństwo, objaw nieoszczędnego gospodarowania emocjami oraz bezpośrednia przyczyna spękania samoświadomości: „ten kamień czuje. uporczywie zostaje. zostaje. / miłość bez rozstań przytrafia się niewielu. / chłoną ją wariaci, znają psy i matki”. Niemniej te uczucia, dające „doświadczenie przyjemnej nadwrażliwości tkanki”, są nieporównywalne z żadnymi innymi, równocześnie nasycają i przesycają, okaleczają i budują człowieka.
IV.
Uderza częstotliwość, z jaką w Alikwotach pojawia się motyw ziarna i pestki, które funkcjonują jako symbole tajemnicy źródła i celu istnienia, a także oznaki niepewności lirycznego „ja” co do tego, co stanowi rdzeń nieprzeniknionych struktur rzeczywistości i życia: „może co jest prawdziwe i czym to wypowiem, / będzie pestką soli we krwi”. Myśląc o tym, jak powstaje życie, jak się rodzi i z czego może się wyłonić, podmiot Alikwotów chce włączyć energię życiową w tkankę wiersza, uczynić ją osią refleksji lirycznej i zarzewiem filozofii słowa poetyckiego, ściśle związanego z egzystencją telluryczną i świadomością pryncypiów trwania, zakorzenioną zresztą w żywej materii, w żywiole Matki Ziemi:
„słowa nie uczyły wtedy świata,
świat w słowach jednak się zawierał,
cząstka jego, ta wypowiadalna,
tak tak nie nie
(…) żniwa się toczyły, trwało przemijanie
i nikt nie rozmawiał o życiu,
a ono przecież było”.
Podmioty Alikwotów fascynuje różnica między wiecznotrwałością praw rządzących światem ożywionym i „martwym”, a krótkotrwałym istnieniem wszystkiego, co ludzkie: emocji, bólu czy szybko płowiejących wspomnień. Poprzez swoje liryczne narracje „ja” liryczne zadomawiają się w świecie, czynią z niego swoje mikrouniwersum – dom będący figurą spełnienia, pełności i doskonałej harmonizacji. Ten dom to środowisko przeznaczone dla „doskonałego splątania oddechów” – koegzystencji z tym, co ukochane i zjednoczeniu się z bliźnim. Poza tą ucieleśnioną utopią podmiot Pawlik „działa doraźnie”, jest zdane na urojenia i ogranicza się do tymczasowych rozstrzygnięć. Każda jego myśl jest niekonkluzywna, nie prowadzi do poznawczego przełomu, i tym samym do rozwiązania trywialnego bądź zasadniczego problemu. Jak przekonują się persony Alikwotów, przyroda to nie tylko afirmacja siły życiowej, ale też mroczna determinanta istnienia – śmierć i zniweczenie: „patyk utknie w sitowiu, nie dotrwa, / pestka obumrze. / bóg już nie wróci”.
Niemoc porozumienia się z żywą i martwą zewnętrznością oraz jej pojęcia, być może motywowana przez metafizyczną siłę rytmu wiersza i muzyki, stanowi w Alikwotach symptom daleko idącej transgresji. Jej kolejnymi aspektami są ciągła dystrakcja, odczuwanie permanentnego zagrożenia na skutek niedopasowania do teraźniejszości i jej warunków, arbitralne odrzucenie dziedzictwa człowieka jako gatunku o długiej i niezakończonej historii ewolucji, oraz manipulowanie kodem genetycznym kolejnych organizmów. Wszystko to pozornie wypacza nadrzędną myśl stojącą za istnieniem, zaciemnia obraz przedziwnej symbiozy wnętrza i zewnętrza (psyché i soma) oraz oddala ludzkość od zrozumienia biologicznego stanu rzeczy. Determinują to amnezja i skostnienie, które stają się dominantami Alikwotów i zarazem czynnikami, które podmioty Pawlik próbują przezwyciężyć:
„bo my ze zlepków popiołu, od jednej pramatki niby,
wyhodujemy ci nerkę, jak chcesz nowe serce.
czy świat przypadkiem nie zaczął się od słowa?
odwieczne żyj nakreślone palcem nad wodami”.
V.
W wierszach Pawlik poszczególne składniki tworzywa poetyckiego „asocjują” i dysocjują. Rzeczy przenikają się, czas miniony rezonuje w teraźniejszości i zatrzymuje się w miejscu. Rozproszenie, wibracja i koniunkcja to różne formy integracji, które spinają te wiersze w całość. Właściwie wydaje się, że poetka tworzy tak pejzaże, nie poprzestając na portretowaniu natury i odnosząc się do przestrzeni zarówno wewnętrznych, jak i industrialnych. Jest tam, gdzie przypadek lokuje człowieka. Jej wiersze, utrzymane w niepowtarzalnej stylistyce, cechują się inną logiką niż pozatekstowa, bo nie służą odzwierciedleniu jakiejś sfery życia. Teksty te tworzą zjawiska przemijające w życiu codziennym, a w realiach lirycznego dziania się wciąż trwają i kontekstualizują poetycką aktualność, tworząc tło dla tego, co właśnie uobecniane. Nie znaczy to wszak, że wedle Alikwotów nic nie może ostatecznie przeminąć i trwamy w wiecznym łańcuchu repetycji. Bardziej chodzi tutaj o wyczuwanie pod powierzchnią rzeczywistości i przez ludzką skórę istnienia niematerialnych śladów przeszłości, które podmiot liryczny nieustannie wdycha i wprowadza w swój krwioobieg, nie mogąc uwolnić się spod jarzma tego, co było przeszłością i wciąż żyje dzięki reaktywacji. Esencją działania poetyckiego w Alikwotach jest odzwierciedlanie dostrzeżonych w świecie płynnych obrazów, jak czytamy na przykład w Modus operandi: „pisanie pełza / światłem i światem. / w ciekłych literach / skaczą pstrągi, płoszą się / cedry”. Dlatego jedną z największych porażek, o jakich traktują Alikwoty, jest wyryta w drzewie i szybko zarastająca deklaracja miłości, która oznacza niemoc wskrzeszenia uczucia przez słowa i powrót myślami do przeszłości. Jest to objaw braku sprawczości, potrzebnej do wpłynięcia na rzeczywistość materialną i mentalną za pośrednictwem ekspresji i wręcz fizycznego przeniesienia się przez wiersz z powrotem, do dawnych doświadczeń: „nie zostało nic z twojego pisania palcem na korze, El, / nieważki to gest, zbyt miałki, / żeby złamać gładź rzeki, żeby skazać”.
U Pawlik czas pęcznieje, sączy substancję życia i pączkuje tak jak grzyby. Egzystencja zdaje się rozpięta w Alikwotach między życiodajnym mlekiem – od którego każdy człowiek zaczyna trwanie – a ziemią dającą pokarm i miejsce wiecznego spoczynku. „Ja” poświęca się w doświadczeniach żegnaniu tych bytów, które nie zdołały zrealizować swojej potencji i przedwcześnie odchodzą, stanowiąc namacalną metaforę przemijania i niezrealizowanej intencji życia. Myśląc o tym wszystkim, „ja” próbuje zatrzymać empatią trwanie ulatujące „w samo pęknięcie” ziemi:
„przywarło do mnie jeszcze trwalej, mocniej,
lecz wędrujące ciała są nieugięte,
niestrudzone kładą się
jak kłosy pszenicy na chwilę potrącone wiatrem,
żeby wstać z porannym klangorem żurawi”.
W Alikwotach rzeczy bez tego, kto wpisał je w swoje przeżywanie, są pustymi desygnatami, „najcierpliwszymi świadkami” przemijania. Podmiot zaś, „tam, gdzie w ciszy dzieją się szczeliny, / a na skórze modlą się rozstępy”, szuka miejsca opuszczonego, zredukowanego i wykluczonego poza postrzeganie. Nie tylko „ja” Alikwotów patrzy, ale i rzeczywistość bacznie je obserwuje i jest czujna na wszelkie poruszenia każdej osoby. W podmiocie „rozgrywa się” pełen horyzont codzienności i aspektów wolicjonalności: wszechmoc i bezsilność, świętość i bezbożność, życie i śmierć, konserwacja fatamorgany pełni oraz bezkompromisowa redukcja wszystkiego, co wybrakowane i wymagające troski.
VI.
Alikwoty organizują rejestry intymne. Ich wybrzmiewanie w naszych umysłach w toku lektury tych wierszy może wydawać się niestosowne – dostępujemy tu bowiem myśli skrajnie osobistych i idiomatycznych, ściśle związanych z konkretną podmiotowością. Doświadczenia tak wyrażone są niemożliwe do przetworzenia, odarcia ich z emocji i specyficznego klimatu, ale równocześnie mają ogromny potencjał w konceptualizacji naszej empirii i tym samym kojarzeniu konkretów i wyobrażeń z wierszy z naszymi, prywatnymi i niewypowiedzianymi narracjami o tym, co w nas najsekretniejsze. Siła Alikwotów drzemie w języku poetyckim, który obciążony bagażem emocjonalnym bardzo sprawnie rozładowuje patos od razu, gdy ten pojawia się w ledwie zalążkowym stadium, jakby dzięki biegłości poetki w dynamicznym przechodzeniu między kadrami, strofami i liniami melodycznymi można było oglądać, słuchać i opisywać świat w sposób naturalny, niezsynchronizowany i pozostawiający ważny element niedopowiedzenia, jawiący się pod postacią śladów doznanych strat i zranień. Wiersze Pawlik przywierają do problematyzowanych rzeczy, wywierają na nie nacisk, stygmatyzując je jakby w odwecie za napór rzeczywistości na człowieka, i w ten sposób próbują (re)aktywować coś, co „było ważne”, choć równocześnie „całkiem bez znaczenia”, lub – w innym wypadku – ożywić niezależnie od nieugiętych praw naoczności „coś, / co nie przestaje, co ma być”.
Bez fragmentów imitujących bezdźwięczność i ciszę, Alikwoty nie byłyby tym, czym są – tomem pełnym wierszy podobnych do partytur i filtrujących treści między innymi przez pryzmat języka muzyki. Poetka wykorzystuje wrażliwość dźwiękową do odbicia w poetyckim piśmie rozumowo niezbadanych, a możliwych tylko do usłyszenia rezonansów, oddźwięków i ech momentów przełomowych dla doświadczania świata. Dotyczą one stanięcia oko w oko z przeznaczeniem i emocjami, ze świadomością istnienia słów, które nie mogą wybrzmieć i „zwyczajnie mają / inne wody”, inny tok narracji, życia i ekspresji. Tak „ja” Alikwotów przeżywa mikroapokalipsy, mierząc się z problemem opuszczenia przez Absolut lub konfrontując się z nietzscheańską śmiercią Boga, przez którą w poetyckim świecie „wylały / z brzegów w czas końca świata łzy, morza” i trudno o zwycięstwa egzystencjalne, jak na przykład te związane z poszerzeniem terytorium swojej obecności. Zamiast tego w Alikwotach możliwe jest zwycięstwo troski o bliskich i zależnych od człowieka bytów nad atawizmem i nieczułością. Nazywana „przylgnięciem” miłość w Alikwotach jest trudnym do zrozumienia doświadczeniem łączącym ból i rozkosz, cierpienie i ekstazę. W swej ambiwalencji stwarza sytuacje, w których persony mogą rozpaczliwie prosić: „ratuj mnie”. To pożądane ocalenie ma silny duchowy wydźwięk, w istocie jest marzeniem o wybawieniu, a nawet pozafizycznym odkupieniu. Tom Pawlik przenika silne przeświadczenie o straceńczym losie człowieka podporządkowanego różnym formom nicości. Poetka unika górnolotnych formuł opisujących kondycję podmiotu, który nadal z zastanowieniem może powiedzieć o sobie „tak niewytłumaczalnie jestem”. W kilku mistrzowsko skreślonych słowach udaje jej się uchwycić głębię sytuacji prowadzącej do uprzytomnienia sobie, także negatywnie waloryzowanego, faktu istnienia: „postać kobiety. fluorytowa poświata / przed nim. ratuj mnie, woła wyraźnie, tak / blisko. jej włosy, sukienka mogą uwikłać”. Co więcej, Pawlik najciekawsze obserwacje oddala od siebie, jakby wedle niej liryczne „ja” nie mogło ich dostąpić bezpośrednio i czyni z nich wytwór szerzej oddziałującego „mechanizmu wyrażanych dość prosto radości. / mówienie trawą, ziemią, sobą”. Obok refleksji nad barierami i potencjami człowieczeństwa w Alikwotach możemy znaleźć zalążkowe wersje krytyki ponowoczesnej nowomowy, kapitalistycznego wyzysku czy nieskończonego wzrostu konsumpcji. Niezależnie od tematu i jego wagi, imaginarium Pawlik przenosi do tkanki wiersza napięcie między enigmatycznym „nic” a tym, co choćby prowizorycznie udomowione, określone i przynajmniej domniemane, w jakikolwiek sposób możliwe do umiejscowienia na mapie świata. Proponowany przez Alikwoty modus vivendi łączy lęk przed pustką (horror vacui) z życiem w podróży, to jest definiowaniem siebie przez pryzmat fizycznych i wyimaginowanych migracji (homo viator). Wysiłek poetycki, jaki stoi za Alikwotami, wydaje się zadośćuczynieniem słowom tych momentów, w których były uznane za zbędne i niepotrzebne, ich komunikacyjno-społeczne zadania spełniało bowiem milczenie, przewidywalność zdarzeń niewymagających opisu, mimika jako rodzaj bezsłownej komunikacji, oraz podskórna, prymarna, zrozumiała sama przez się świadomość konsekwencji powiązania cyklu wegetacyjnego z rytmem ludzkiego życia:
„tamtego lata trwały żniwa.
miały kolor bursztynu.
zmęczenie wdzierało się
w kręgosłupy i zmarszczone palce,
opalone policzki szarzały przy zachodzie.
pamiętam, nie było czasu,
trwały tylko żniwa (niekiedy się piło),
pytania o świat, o przemijanie, o miłość
wywoływały śmiech
(…)
żniwa się toczyły, trwało przemijanie
i nikt nie rozmawiał o życiu,
a ono przecież było”.
Podmiot Alikwotów żyje przeszłością, w jego wypowiedziach powracają symptomatyczne obrazy, ilustrujące liryczną prehistorię i architekturę jego mentalności („pod powiekami zostanie alikwot światła. rzeka”). Szczególnie często powtarza się motyw puszczania patyków rzeką i obserwacji ich ruchu – wydarzenie to stanowi mit założycielski wrażliwości, która zrodziła te wiersze: „niewinne zabawy, puszczane wzdłuż rzeki patyki, / czy któryś dotrze do wybranego mostu, miasta”. Język poetycki – powołany, by uskuteczniać w wierszach te zjawiska – dryfuje pośród konstelacji bodźców, w żadnym momencie nie tracąc równowagi, bo posiada oś równowagi w fundamentalnym przekonaniu, że niczego nie da się unieśmiertelnić. Rolą poezji jest praca nad niekończącym się, stale ponawianym ocalaniem, a właściwie upamiętnianiem przeszłych uobecnień i proaktywnym zabezpieczaniem przyszłych – pozytywnych – metamorfoz. Pomiędzy tym, co przez Pawlik zapisane, zieje zawsze biała plama – przerwa wyrażająca skomplikowanie utraty: doświadczonej i przeoczonej (zachodzącej mimochodem), świadomej (zainicjowanej przez samo „ja”) oraz samoistnej (niezależnej od podmiotu). Bywa, że człowiek, odczuwający skutki uszczerbku, nie miał zawczasu kontaktu z tym, co zneutralizowane, jakby ulatniająca się rzeczywistość wydarzała się poza jego obecnością. Pawlik bardzo umiejętnie ujmuje sytuację bytu, który już nigdy z tym, co przepadło nie będzie mógł wejść w bezpośrednią, cielesną/intymną i poznawczą relację.
VII.
Podmioty wypowiadające się w Alikwotach korzystają z języka, który „spełzł (…) z porowatej darni niewidocznych stąd brzegów” i ma biologiczno-metafizyczną proweniencję. To jego zadziwiające pochodzenie nieco tłumaczy wyjątkowość, wielowątkowość i subtelność wierszy Pawlik. Mimo rozległości tematycznej Alikwoty są tomem spoistym i metaforycznie nasyconym, słusznie nazywanym klasterem-wielodźwiękiem, a liczne zwroty tematyczne i metaforyczne, nadające tempo ewolucji książki poetyckiej, dialektycznie łączą antynomiczne pola semantyczne. Pod względem formalnym Alikwoty również zaskakują – znajdziemy w nich zarówno obszerne narracje liryczne, nierzadko wielowątkowe i podzielone na kilka etapów, jak i krótkie świadectwa wglądów w rzeczywistość oraz zamknięte w kilku słowach miniaturowe olśnienia o wielkim potencjale znaczeniowym. Pawlik wypróbowuje różne rejestry swojej wrażliwości i formuły wysłowienia, zderza konfesyjność z perspektywą abstrahującą od konkretnego „ja”, i nie obawia się skrajnie różnych odmian duktu wiersza. Budulcem poetyckiego pisma są tu „bawełniane słowa, miękkie, / znoszące wysokie temperatury i ciszę”. Ich wytrzymałość, mimo delikatności i gracji, z jaką współgrają ze sobą, wynika z poetyckiej praktyki, łączącej wątki w egzystencji nierozdzielne: miłość i śmierć, narodziny uczucia i jego kres, czułość i nienawiść, wiarę i zwątpienie, autoalienację (bycie poza społeczeństwem) i zaangażowanie w najbardziej palące problemy. Teraźniejsza struktura poetyckiego słowa nie ma wpływu na jego ponadczasowość i uniwersalność, o czym „ja” liryczne napomyka w autotematycznym fragmencie Alikwotów, charakteryzując równocześnie materię, z którą mamy do czynienia w przypadku idiomu Pawlik, i zdradzając, być może, dewizę jej tworzenia:
„wcale nie przywiązuj się do rzeczy martwych
(choć śmierć jest najwierniejszym przyjacielem człowieka),
mów oszczędnie, bądź jednak hojna w wersach, puencie,
świat i tak w spadku po mnie skaże cię na wiersze”.
Czytając te wiersze, czujemy wręcz, jak wibrują w nim manifestowane emocje. Podmiot mówiący w Alikwotach sytuuje się między słodyczą a goryczą, omnipotencją a bezradnością, eterycznością a cielesnością, sensualizmem a racjonalizmem, nieskończonością a tym, co przypadkowe. Rozmaitość tych dualizmów sprawia, że w przestrzeni Alikwotów rozchodzi się aria głosów opisujących to, co (nie)słyszalne – dotkliwe, przenikliwe i niepomijalne bądź wymykające się ludzkim receptorom, to jest bezgłośne. Różne dźwięki oraz dostrzeżone naocznie i odczute somatycznie drgania układają się w konstrukcję pełną życia, tchnącą ożywczy podmuch w krajobraz najnowszej poezji.
Autor: Przemysław Koniuszy
Joanna Pawlik, „Alikwoty”, Wydawnictwo j, Wrocław 2019, s. 48.