To dom jest ideą

W gruncie rzeczy książka „Dom na rozdrożu” warszawskiej autorki Ewy Bieńkowskiej (ur. 1943) to pozycja bardzo tajemnicza i trudna, przede wszystkim z powodu lawirowania pomiędzy wieloma życiowymi momentami w historii rodzinnej. Jednak brak sztywnego zachowywania chronologii jest tutaj tak wykorzystany, aby odbiorca był w pełni świadom, że to nie opowieść o wydarzeniach historycznych ostatniego wieku lecz o interesujących losach kilku osób poświęcających swoje życie dla sztuki, w czym skutecznie przeszkodziły (i czasem pomogły) przeróżne zawieruchy światopoglądowe. Już w pierwszym rozdziale jesteśmy wprowadzani w najbardziej intymniejszą sferę – w środowisko rodzinne. Przedwojenna kamienica nazwana przez Stefana Kisielewskiego „akwarium” w pobliżu Trasy Łazienkowskiej i placu Na Rozdrożu, a przed nią kilka sędziwych dębów będących „prawdziwą ozdobą”. I nieustanne pytania: „Jak dęby przetrwały wojnę? Dlaczego nie zniknęły choćby w dniach likwidacji powstania warszawskiego?”[1]. I brutalny fakt, o którym trudno zapomnieć: „tu znajdowało się biuro i kazamaty gestapo”[2]. Drzewa te były niewątpliwą dumą mieszkańców, czymś co przypominało im codziennie o własnej wyjątkowości, o mieszkaniu w miejscu całkowicie nietkniętym. Natomiast w bramie dwoje żołnierzy, który specjalne powitanie „zachowywali dla wyższych szarży”[3], ważnych w obecnym ustroju, często przywożonych „w samochodach z kierowcą”[4]. I wspomnienia, miliony wspomnień. Nauka w szkole podstawowej, podwórkowe spotkania z „córką generalską”[5], znikanie z mieszkań tych już niepotrzebnych, przenoszonych „do najzwyklejszych dzielnic”[6]. Czy ci, którzy tam mieszkali byli „Grupą wybranych, którzy chcą zapomnieć o swojej kondycji i udają, że są tacy jak wszyscy”[7]? Czy istniały pomiędzy nimi, a tym „co nazywano społeczeństwem” tak zwane „ukryte przedziały”[8]? Zapewne. Kamienica „w istocie żadnej wspólnoty nie tworzyła”[9], silnie zarysowane „podziały”, a sąsiedzkie kontakty bardzo oszczędne. „W miarę” upływu czasu sytuacja się poprawiała, „zanikał styl wojskowy” równolegle ze starzeniem się mieszkańców. Jako, że jest to opowieść autobiograficzna to kluczowe w niej miejsce zajmuje Rodzina: Rodzice i Brat, pisani zawsze z szacunkiem z dużej litery. Wojna nie poczyniła w ich życiu strat nie do odrobienia, stracili „tylko” księgozbiór, z pewnością obszerny. To właśnie sztuka stała się ich całym życiem, „królestwo książek i królestwo muzyki” były „dla Rodziców uprzywilejowaną formą kontaktu z dziećmi”[10] oraz twórczość Szekspira jako „patrona (…) wykształcenia”[11]. Jednak to matka, Flora z Trynkusów Bieńkowska (1909-1990) była prawdziwą duszą artystyczną, to ona była powieściopisarką (jej największym dziełem jest trylogia „Dalekie drogi”: „Czyściec”, „Pusta kwinta” oraz „Smuga światła”), poetką i dramaturgiem, to ona grała na fortepianie. Ojciec zaś był mistrzem działania, które powiązane było przede wszystkim „z zajmowanym urzędem”[12] w czym pomagały mu namiętnie gromadzone gazety. Czynnie uczestniczył w życiu politycznym Polski. Był uznanym publicystą, socjologiem, ministrem oświaty (w latach 1956–1959), organizatorem PPR oraz KRN; kierownikiem propagandy – jednak jak wszyscy przeżywał wzloty i upadki. Będąc następnie jawnym krytykiem realnego socjalizmu stał się przeciwnikiem panujących, co zostało skutecznie pogłębione przez współpracę z zagranicznymi mediami, między innymi z pismem Jerzego Giedroycia. Ewa Bieńkowska jest także w stanie bardzo racjonalnie scharakteryzować ich stosunek do świata:

Myśl teoretyczna może dawać autorom zawrotne uczucie posiadania świata, ogarniania go jednym rzutem oka. Tak nie jest z literaturą, gdzie świat można kochać, nienawidzić, ale jest się wobec niego bezradnym. Abstrakcja jako oswojona forma woli mocy. Tak się też wykłada dwoistość temperamentu moich rodziców. Ona przyznawała się do miłości i bezradności, on chciał intelektualnego władztwa[13].

Nie brakuje tu także rozważań na temat wkraczających na szerokie łamy dzisiejszych klasyków literatury: „pojawia się Iwaszkiewicz, obaj Brandysowie, Konwicki, Białoszewski, Grochowiak, Herbert, Jasienica”. Literatura zagraniczna także daje o sobie znać – publikuje się tłumaczenia Ernesta Hemingwaya, Patrica White’a, Virginii Woolf, Jamesa Joyca, Dostojewskiego oraz Thomasa Eliota. I słowa, które użyte w innym kontekście, dają nam pewien obraz kiełkującej fascynacji, mającej dać znać o sobie w przyszłości: „Niezapomniana przygoda czekała mnie z książkami (…)”[14].

Niniejsza książka jest próbą zarysowania portretu światopoglądowego intelektualnego środowiska na przykładzie rodziców autorki, która omawia tutaj ich losy, szczegółowo rozważa dokonania twórcze (także te nigdy nie opublikowane), sporządza „listę” osób odwiedzających rodzinny dom, a także dokonuje bardzo dokładnej analizy, choć siłą rzeczy zakrojonej na małą skalę, ówczesnego świata polityki i kultury. Najwięcej uwagi poświęca „trudnym latom sześćdziesiątym” oraz Polsce Ludowej. Opowiada o ludziach jakich wielu. Dlaczego więc to oni mieliby doczekać się upamiętnienia za sprawą tej pozycji? Dlaczego to akurat opis ich życia zostanie utrwalony dzięki tej książce? Nie wiem. Jestem pewien natomiast tego, iż to oni właśnie zasługują na pamięć. Szkoda, że inni nie mają (i prawdopodobnie nie będą mieć) takiego szczęścia. Pewne wytłumaczenie czytelnik zauważy w tym zdaniu: „Dopiero po latach zaświeciła w głowie Brata myśl o wydaniu Południa wieku – a mnie śmiały pomysł spisania wspomnień. Coś w rodzaju portretu podwójnego, by utrwalić ślad ich przejścia przez życie…”[15]. Bez wątpienia nadchodzi nowa epoka w dziejach świata, w której jedni widzą zapowiedź trzeciej wojny światowej, zaś drudzy przyszłą reformę światopoglądową mającą odmienić nasze społeczeństwo na lepsze. Aby jednak coś mogło się rozpocząć coś musi zostać definitywnie zakończone. I ta książka jest właśnie jednym z takich impulsów, które w pewnym momencie zbiorą się w jednym miejscu na świecie, gdzie wydarzy się coś o czym pamiętać będą wszyscy.

Ewa Bieńkowska „Dom na rozdrożu”, wydawnictwo Sic!, Warszawa 2012, s. 260

Autor: Przemysław K.


[1] s. 7.

[2] Idem.

[3] s. 11.

[4] s. 12.

[5] s. 15.

[6] Idem.

[7] s. 12.

[8] s. 16.

[9] s. 18.

[10] s. 26.

[11] s. 27.

[12] s. 28.

[13] s. 238-239.

[14] s. 23.

[15] s. 252.

To dom jest ideą

Miłosna nienawiść

Świat trzynastowiecznego islamu brutalnie zestawiony z dwudziestopierwszowiecznym Northampton w stanie Massachusetts. Powieść będąca dosadnym rzuceniem wyzwania wobec świata opętanego dżihadem i brakiem tolerancji pomiędzy kulturami. Całość rozpoczyna się wprowadzeniem w świat Elli Rubinstein, której życie „wypełniały (…) przewidywalne, powtarzające się czynności i przyzwyczajenia” (s. 7). Pomimo tego, że „było pospolite i monotonne, nie uważała go za męczące” (s. 7), wręcz przeciwnie – jest zadowolona z obecnego stanu rzeczy. Czuje się uwięziona w swym małżeństwie, które mimowolnie podporządkowało sobie „jej życzenia, przyjaźnie” oraz „wszelkie podejmowane przez nią decyzje” (s. 8). Jej mąż „był cieszącym się wzięciem dentystą, który ciężko pracował i sporo zarabiał”, więc ona mogła spokojnie zająć się prowadzeniem domu i opieką nad trójką dzieci: studiującą Jeannette i nastoletnimi bliźniętami – Orly i Avi. Bardzo bliski był jej także pies „rasy golden retriever”, „towarzyskie i wesołe zwierzę od początku przysparzało im radości” – teraz jednak widać na nim bierzmo upływającego czasu: „zestarzał” się, „był otyły, całkiem głuchy i niemal ślepy” (s. 8). To właśnie on stał się symbolem stosunku Elli do obecnej sytuacji: „Nigdy dotąd, nawet wówczas, kiedy fakty były nieuchronne i oczywiste, nie umiała zmierzyć się z prawdą o tym, że coś umiera lub się kończy: obojętne, czy chodziło o przyzwyczajenie, etap życia czy małżeństwo” (s. 8). Byli bardzo majętną rodziną: mieszkali w bogatym, „dużym wiktoriańskim domu” oraz „dysponowali jeszcze dwoma luksusowymi mieszkaniami” (s. 8-9).  Ich życie było jednak niedokładnym odbiciem oczekiwań. Już na samym początku autorka ujawnia czytelnikowi główną oś fabularną powieści. Zgodnie z tytułem tej książki to miłość odegra tu kluczową rolę: „Wszystko to nie pomoże nam wyjaśnić – Elli tym bardziej – co takiego sprawiło, że jesienią 2008 roku, po dwudziestu latach małżeństwa, wniosła pozew o rozwód. Istniał jednak powód tej decyzji: miłość” (s. 10). Warto się jednakże zastanowić jak do tego doszło. Ella, jako specjalistka od literatury angielskiej,  znalazła zatrudnienie w bostońskiej agencji literackiej, gdzie jej pierwszym zleceniem było zrecenzowanie powieści „Słodkie bluźnierstwo” tajemniczego autora Aziza Z. Zahary. Nie miała oczywiście świadomości tego, że ta książka „odmieni jej życie, czy wręcz pokieruje nim na nowo” (s. 25). W tym momencie domyślamy się, że będziemy mieć do czynienia z konwencją powieści szkatułkowej. Przeplatają się tutaj ze sobą dwie historie. Pierwsza to opowieść o odwzajemnianej fascynacji Elli autorem przeczytanej książki, która przerodziła się natychmiastowo w ogromną miłość, w gruncie rzeczy nieszczęśliwą. Zaś druga część to historia legendarnego braterstwa Rumiego (1207-1273), wybitnego poety sufickiego oraz Szamsa z Tebrizu (1185-1248). To właśnie ona zawarta jest w powieści Aziza Z. Zahary, zaprezentowanej tutaj w całości. Każdy z rozdziałów, którego tytułem najczęściej jest miano osoby będącej głównym jego bohaterem,  rozpoczyna się od litery „B”, ponieważ „Masnawi Ma’navi” („Poemat duchowy”, uważany za najwybitniejsze dzieło Rumiego skonstruowane z sześćdziesięciu tysięcy wierszy) także rozpoczyna się na tą literę. Już na samym początku Elif Shafak uświadamia czytelnika z większością faktów, które będą później fabularnie rozwijane. Dzieje się to na przykład w „Słowie wstępnym” do powieści „Słodkie bluźnierstwo”, które rozpoczyna się wprowadzeniem w burzliwe czasy w jakich toczyć się będzie akcja: „Barbarzyński wiek trzynasty zapisał się w dziejach Anatolii starciami religijnymi, sporami politycznymi oraz nieustanną walką o władzę. Ciągnący z Zachodu na Jerozolimę krzyżowcy zajęli i splądrowali Konstantynopol, co doprowadziło do podziału cesarstwa bizantyjskiego” (s. 29). W tych oto czasach „żył wybitny uczony islamu, znany jako Dżalaloddin Rumi”, który „był uważany za światło przewodnie dla wszystkich muzułmanów” (s. 29, 30). W 1244 roku nastąpiło wydarzenie, które miało zdeterminować całe jego przyszłe życie – poznaje Szamsa, „wędrownego derwisza, który dał się poznać z niekonwencjonalnych obyczajów i heretyckich wypowiedzi” (s. 30), które nie przypadały ludziom do gustu z powodu ich niepodważalnej trafności. To spotkanie wywołało w nim nieodwracalną przemianę: „przeistoczył się z ortodoksyjnego duchownego w zagorzałego mistyka, żarliwego poetę, piewcę miłości i twórcę ekstatycznego tańca wirujących derwiszy, ośmieliwszy się złamać wszystkie obowiązujące zasady i konwenanse” (s. 30). Ich „potężna więź duchowa” spowodowała, że „zostali zdradzeni przez najbliższych” i bardzo szybko zostali zdradzeni. Powodem tego stało się niezrozumienie. I w tym momencie warto zauważyć, iż niniejsza książka jest próbą pokazania wielu ludziom z islamskiego świata, z radykalistami na czele, że źle interpretują Koran co zapewne im się nie spodoba. Postać Szamsa z Tebrizu została tutaj w taki sposób ukazana, aby pokazać zachodowi, gdzie Elif Shafak także jest bardzo poważana, iż nie każda osoba wyznająca islam jest złą osobą – wręcz przeciwnie ludzi ortodoksyjnych jest bardzo mało. Po tym wprowadzeniu następuje właściwa część książki, gdzie rozdziały dotyczące historii Rumiego przeplatają się z opowieścią o życiu emocjonalnym Elli. A wszystko to poszerzone o systematyczne ujawnianie kolejnej z tytułowych zasad miłości. Bardzo przemyślana książka w kategoriach powiązań fabuły z kwestiami polityczno-religijnymi. Na pierwszy rzut oka napisana prostym językiem, jednak to właśnie w prostocie ukryte jest prawdziwe piękno literatury.

Elif Shafak „Czterdzieści zasad miłości”, Wydawnictwo Literackie, przekład Ewa Elżbieta Nowakowska, Kraków 2012, s. 480

Autor: Przemysław K.

Miłosna nienawiść

Mnie tu nie ma

Pierwszy tom „Dziennika pisanego nocą”. Całość rozpoczyna się dodatkiem Z dawnych dzienników, w którym odnajdziemy trzy obszerne zapisy poczynione od listopada 1969 roku do września 1970 roku. Pierwszy wpis z tego okresu, dokonany w Belgradzie, zawiera relację z wizyty u Milovana Dżilasa (1911 – 1995), jugosłowiańskiego pisarza i polityka, autora między innymi Rozmów ze Stalinem oraz Ziemi bez sprawiedliwości, który w 1954 roku został, za krytykę komunistycznych rządów, całkowicie odsunięty od środowiska politycznego. Okazuje się, że powodzi mu się (…) lepiej niż tylu innym, nie może się (…) uskarżać na kłopoty materialne i, co najważniejsze, nie jest nadzorowany lub pilnowany (s. 17). Lecz pomimo tego jego sytuacja nie jest godna pozazdroszczenia: Widuje tylko najbliższych krewnych i nielicznych wiernych przyjaciół, rzadko wychodzi z domu (s. 17). Jako osoba postrzegana przez społeczeństwo jako trędowaty, czuje się skazanym na orwellowskie „nie-istnienie” (s. 17). Jak zauważa autor jest to człowiek obdarzony ogromną wewnętrzną siłą: Lata więzienia (w sumie dwanaście […]) nie nadłamały go duchowo (s. 18). Jednak teraz, gdy wiek daje o sobie powoli znać niekiedy widać na jego twarzy jak gdyby cień zmęczenia i grymas rozpaczy, ale otrząsa się natychmiast (…) (s. 18). Wydaje się, że ten jeden z wielu wpisów w tym tomie nie ma większego znaczenia, jednak jego objętość mówi nam co innego. Fakt, że Gustaw Herling-Grudziński poświęcił tej osobie prawie dziesięć stron wskazuje na to, że była to postać bardzo mu bliska. Można mieć nadzieję, że dzięki tej wzmiance wielu polskich czytelników tego dzieła dowie się czegoś więcej o nim, dzisiaj całkowicie zapomnianym. I to właśnie los ludzi doświadczonych przez życie będzie tego autora najbardziej interesował, czego wyraz da w kolejnych licznych wpisach, jakby świadomy własnej roli i odpowiedzialności wobec przyszłych pokoleń. Nigdy nie wiadomo bowiem ile pozostanie wspomnień z dawnych lat. Pod koniec niniejszego tomu dojdzie nawet do wniosku, że to pewne schorzenia podtrzymują jego zasób informacji, tak naprawdę pomniejszający się zmiana dzień – 26 października 1981 roku notuje: Znowu to samo: rekonwalescencja wywołuje u mnie potrzebę grzebania się w odległych wspomnieniach, starych notatkach i listach, jakbym chciał sprawdzić, czy choroba nie okaleczyła mojej pamięci (s. 746).

Następny wpis, już z Neapolu, dotyczy trzęsień ziemi. Przyczyną do obrania takiego tematu wydaje się być tom związanego całe życie z Neapolem Bernadetto Crocego pod tytułem: Memorie della mia vita, w którym ten znany esteta opisuje wydarzenie, które przeżył (…) ze złamaną prawą ręką i zmiażdżoną kością udową, obrażeniami, których późniejszy ślad bliski był częściowego niedowładu (s. 24-25). Pomimo tego, że większość jego bliskich wtedy zginęła trudno jest mówić o jakimkolwiek załamaniu psychicznym. W przypadku większości włoskiego społeczeństwa istnieje (…) coś w rodzaju atawizmu klęsk żywiołowych, który pomaga ludziom chodzącym po tak niepewnej skorupie ziemskiej (s. 25)przyzwyczaić się co codziennego niebezpieczeństwa i widoku czuwającego Wezuwiusza. Tego typu refleksje skłaniają autora do zwierzeń na temat własnych początków życia w tym kraju: Pierwsze kroki we Włoszech stawiałem w roku 1944 przy blasku erupcji Wezuwiusza, w deszczu popiołu i pod pociemniałym złowróżbnie niebem (…) (s. 25).. Po długim czasie znów wraca do postaci Crocego, przy okazji opowiadania Gruzy (także zamieszczonego w tym tomie). Nazywa go najwybitniejszą indywidualnością we włoskim życiu umysłowym epoki faszyzmu (s. 714). Porusza także temat trzęsienia ziemi w kontekście socjologiczno-kulturowym. Dotyczy to na przykład wpisu z 9 maja 1976 roku, gdy zapisuje: Od wczoraj otwieram co jakiś czas telewizor, szukając obrazów trzęsienia ziemi w Friuli. Istnieje jakoby punkt nasycenia grozą, poza którym do naszych reakcji wkrada się otępiałe zobojętnienie. Może i tak, ale w każdym razie ta reguła nie dotyczy trzęsienia ziemi (s. 386).Tego typu rozważania stają się pretekstem do zastanowienia nad granicami ludzkiego cierpienia: Wojny, rewolucje, masakry, pożogi, epidemie, powodzie – wszystko to nie przerasta człowieka bezapelacyjnie, nie napełnia go przerażeniem równie stężonym i bezsilnym jak ziemia drżąca pod nogami, nie podcina w nim elementarnego, pierwotnego poczucia własnej egzystencji (s. 386).I w tym przypadku nie brak wspomnień. Autor wyznaje: Przeżyłem lekkie trzęsienie ziemi w Neapolu, w sierpniu 1962 roku. Spędzałem lato sam, rzadko wychodząc z domu. Wstrząs – w południe – był słaby, ale nie zapomnę tej chwili zdrętwienia, okamienienia, gdy w kuchni zadzwoniły talerze. Ludność wyległa natychmiast na ulice, do ogrodu miejskiego, na place. Uderzyło mnie, że neapolitańczycy, nie grzeszący sympatią do zwierząt, ciągnęli za sobą psy i koty. Uważano je za żywe sejsmografy (…) (s. 386).Motyw ten będzie się nieustannie w dalszych zapiskach pojawiać. Jednym z ostatnich najbardziej wyrazistych przykładów tego jest zapis z 24 listopada 1980 roku, w którym autor ma świadomość istnienia obok niego ogromnej siły żywiołu, od którego nie ma ucieczki: Wczoraj, siódma trzydzieści pięć wieczorem. Myłem ręce w łazience, do szumu wody dołączył się inny szum, jakby kamienny. Mur spęczniał, sufit obwisł wybrzuszeniem. W pierwszej chwili, zatoczywszy się lekko i pamiętając sierpniowy atak zawrotów głowy, pomyślałem, że to powtórka. Naraz ogarnęło mnie, a właściwie przeszyło, uczucie, którego nie umiem opisać. Nie, nie strach, znam strach dobrze, jest w nim świadomość konkretnego źródła zagrożenia; i świadomość, że istnieje przecież jakieś wyjście. Tu nie. Tu osaczało coś bezkształtnego, nieodpartego i wszechobecnego, coś daleko poza mną, tuż obok i równocześnie we mnie (s. 677).

Ostatni, trzeci wpis poświęcony został setnej rocznicy śmierci Aleksandra Hercena (1812 – 1870) i podarowaniu paryskiej Kulturze fragmentu dziennika jego córki, która w pierwszych dniach lutego przyjeżdża do Genewy (s. 29), gdzie poznaje Nieczajewa, rosyjskiego rewolucjonistę, wprowadzającego ją w świat gdzie Wszystko, dosłownie wszystko musi być oceniane z punktu widzenia użyteczności dla Sprawy. Kto nie jest z nami, jest przeciwko nam. Przyjaciołom zaufanie, wrogom oszustwo i zniszczenie (s. 31).

Choć na pierwszy rzut oka widać, że w dziele tym autor stara się jak najrzadziej unikać pisania o sobie samym to niekiedy spośród przeróżnych omówień na moment uważny odbiorca jest w stanie dostrzec rysy potęgującej się tęsknoty za Ojczyzną, z której wynika także depresja. Tego typu unikalne zapisy warto więc tutaj odnotować. Widoczne jest to na przykład we wpisie z 2 marca 1971 roku: Od bardzo dawna nie wychodzę prawie z domu; a był czas, gdy włóczęgi po Neapolu należały do moich największych przyjemności (s. 39). Swoim wnikliwym okiem potrafi także zauważyć stale ewoluującą wokół niego rzeczywistość, przedstawia strukturę społeczeństwa w jakim się znalazł: Dzisiejszy Neapol ma coraz mniej wspólnego z wczorajszym. W tradycyjny, lecz znośny dotąd kołowrotek miasta przeludnionego, cierpiącego na asfiksję, wdarło się nagle z całą swoją brutalną i wściekłą agresywnością „społeczeństwo, w którym wszystko wolno”(…) (s. 39). Zauważa, że nieograniczona wolność jest wyłącznym atrybutem młodych (s. 39). Powoli także zaczyna się z nim jednoczyć, czuje się częścią dużej wspólnoty, widoczne jest to na przykład w zapisie z 20 maja 1971 roku: Idąc do kiosku po poranne gazety, natknąłem się na pogrzeb. Okazało się, że to pogrzeb doktora M., którego przelotnie znałem. Wypadało, zgodnie z tutejszymi obyczajami, odprowadzić zmarłego do zakrętu ulicy (s. 70).Motyw ten powraca także, co oczywiste, w Dzień Zaduszny 1979 roku gdy to autor ma okazję do bezpośredniego przypatrzeniu się ludziom obchodzącym tą uroczystość według rodzimych obyczajów: Na cmentarz, do Poggioreale: od wczesnego rana cały ruch uliczny zmierza w tym samym kierunku. Kiedy nasz tramwaj zajeżdża na plac przed jedną z bram cmentarnych, oblega ją już duży tłum. Gwarny, pstry, z naręczami kwiatów i torbami wypchanymi jedzeniem, obficie przetkany dziećmi, którym u progu cmentarza kupuje się słodycze, baloniki, plastykowe śmigła na patykach. Dzień Umarłych? „Festa”, wspólne Święto Żywych i Umarłych! Za murem, na pochyłości zbocza, las wieżyczek: kaplice, grobowce rodzinne, zbiorowe groby konfraterni dzielnicowych (s. 595). Nie bulwersuje go jednak taki stan rzeczy, wręcz przeciwnie – pozostaje chłodnym na otaczający świat obserwatorem i zgadza się z ludźmi, których obycie na cmentarzu nie wskazuje na to, że tęsknią za zmarłymilecz cieszą się z ich egzystencji w innym (lepszym) świecie: Nie odwiedza się tu tylko własnych, najbliższych umarłych. Żywi krążą alejami o poetycznych nazwach, zaglądają do cudzych grobowców, odczytują napisy na płytach i tabliczkach, głośno wymieniają informacje, cieszą się, jeśli udaje im się napotkać umarłych znajomych lub takich, o których cokolwiek słyszeli. W porze obiadowej wszystkie ławki w alejkach są zajęte, wiatr porywa papiery z odwijanych pakunków i znosi je razem z liśćmi, dzieci bawią się między grobami. Z megafonów ukrytych w gałęziach drzew płynie ciurkiem nieokreślona muzyka, ni to żałobna, ni pogodna (s. 595). Wszystko to doprowadza do kolejnego z kolei zmierzenia się z upływającym czasem i własną nieprzystawalnością do zmieniającego się społeczeństwa: Odkąd zamieszkałem w Neapolu, uderzała mnie ta zażyłość, ze śmiercią. Parokrotnie o niej pisałem: o euforycznym czyszczeniu kości na Poggioreale, o całowaniu i pieszczeniu „cudownych czaszek” w katakumbach kościelnych, gdzie w XVII stuleciu grzebano bezimienne ofiary dżumy. W ciągu tylu lat powinienem się był z nią oswoić albo przynajmniej rozumieć ją na tyle, by mnie za każdym razem nie zaskakiwała. Ale nie takie to łatwe. Stosunek neapolitańczyków do śmierci, odarty z Nieznanego, będzie mi zawsze uprzytamniał, jak bardzo jestem w tym mieście obcy; i jak bardzo jest mi ono obce (s. 595). Pod koniec tych rozważań jest już pewien źródła tych zachowań: Tutaj poufałość ze śmiercią jest fizyczna i naturalna, jak gdyby Poggioreale było nie cmentarzem, lecz odmienną nieco od innych, „specjalną” dzielnicą Neapolu (s. 595).

Jednak pomimo tak długotrwałego pobytu we Włoszech nie potrafi zrozumieć mentalności żyjących tam ludzi, ich przyzwyczajenia są często dla niego całkiem niezrozumiałe: (…) w rzeczywistości „cień” i „światło” przenikają się tu wciąż nawzajem, tworzą przedziwną mieszaninę, której po tylu latach pobytu w Neapolu nie jestem w stanie uchwycić (s. 70).Topograficzne granice zaczynają się w jego umyśle zacierać, a wszystko, wydające się całkowitym chaosem, podlega licznym zasadom, pomagającym w zachowaniu porządku: Śmierć w Neapolu nie jest ani śmiercią w Europie, ani śmiercią w Indiach. Chyba czymś pośrednim. W każdym razie cień i światło towarzyszą tu sobie jak w zegarze słonecznym (s. 71). 24 grudnia 1971 roku, w trakcie świąt Bożego Narodzenia, podczas wędrówki po ulicach Neapolu obserwuje Miasto kompletnie już zeszpecone gwiazdkowymi wisiorami i bohomazami (…) (s. 114).  Zauważa zmieniający się w sobie stosunek do miast, w których przebywa kilka razy w roku: Od lat wpadam do Rzymu niechętnie, jak po ogień, staram się tu nie nocować. Niegdyś lubiłem Wieczne Miasto, podobała mi się jego pretensjonalna nazwa (s. 82). Jest zafascynowany Wenecją, niepokoi go to, że mogłaby kiedyś zniknąć pod powierzchnią morza: Jeżeli (rzecz we Włoszech dość prawdopodobna) Wenecja nie zostanie ocalona, Europa zachoruje na „zatrucie psychiczne”; tak psychiatrzy określają stan ludzi, którzy nie cierpią wprawdzie na bezsenność, lecz tracą zdolność śnienia (s. 91). To właśnie sen jest ważnym aspektem jego miłości do tego miasta: Czym jest Wenecja? Wenecjanin, postawiony wobec takiego pytania, odpowie w dziewięciu wypadkach na dziesięć, że cudem (…). Dla mnie, odkąd spędziłem w Wenecji tydzień zimą, raczej snem niż cudem (s. 90). Po długim czasie uświadamia sobie, że Wenecja ma posmak mitu, legendy o nowożytnej „polis” (s. 559). Jest jednakże mitem dogasającym, przeczuciem śmierci, rozpadu, ruin (s. 559). Znów powraca tym samym do motywu jej unicestwienia: Wenecja? Zachwycająca Wenecja? Czy to możliwe? Jak u człowieka na pozór i z wyglądu zdrowego widać czasem w oczach nagły cień śmierci, tak od końca zeszłego stulecia Wenecja stała się dla zakochanych w niej przedmiotem obaw i potajemnych westchnień. Zdawała się coraz bardziej nierealna, zbudowana z materii prześnionego już snu, niezdolna do przetrwania w nadchodzącym świecie. Mówiono o niej „cudowny grobowiec”, szukali często w jej podmywanych i nadgryzanych wodą domach schronienia ci, którzy własne umieranie chcieli zharmonizować z umieraniem miasta (s. 559-560). Jednak tak na prawdę fascynuje go Florencja, która ofiarowuje mu lekkość, cudowną swobodę łażenia bez celu po mieście żyjącym wciąż jeszcze (jak długo?) na miarę ludzką. Dochodzi nawet do wniosku ostatecznego – zapisuje bowiem: Mogąc wybrać we Włoszech miejsce zamieszkania, wybrałbym jednak Florencję (s. 354).

Przychodzi jednak chwila w której jest prawie pewien, że Zmienili się Włosi w ciągu dwudziestu przeszło lat mojego pobytu w tym kraju? (s. 446) Dzięki temu możemy poznać proces ewoluowania jego stosunku do rodzimych mieszkańców: Kiedy się tu osiedliłem, polubiłem ich (a może i więcej) za dwie cechy, rzadkie raczej albo zbyt powierzchowne w innych krajach Europy Zachodniej: dość głęboko zakorzeniony sceptycyzm i podskórny wstręt do fanatyzmu (s. 446).Jednak pomimo tego nieukrywanego podziwu postanawia zaznaczyć także swoje zastrzeżenia: Nie, nie twierdzę, że są to zawsze cechy chwalebne, że nie grożą nigdy przegięciem w stronę oportunizmu i kultu combinazione na ruchomych piaskach. Twierdzę tylko, że we włoskim wydaniu złożyły się na stop bardzo ludzki, budzący mimo wszystko zaufanie w sytuacjach krańcowych (s. 446).Jest otwarty na zmiany, choć zauważa, że nie zawsze przebiegają one prawidłowo: Więc zmienili się Włosi? Niedzielny raban oratorski na Piazza Navona wolno chyba potraktować jako lekcję poglądową. Ci sami ludzie, którzy siedząc na skraju placu, czytają gazety i rozmawiają półgłosem, są resztkami „moich” Włoch, spychanych na margines i zastraszonych. Sam plac drży od przemówień i debat ludzi młodych, którzy reprezentują Włochy nowe. Gwałtowność tego potoku wymowy, jego ładunek irracjonalny i wybuchowy z bezustannym odwoływaniem się do „jedynego i suwerennego argumentu siły”, dają sporo do myślenia (s. 446).

Miłe i wzruszające są dla niego jakiekolwiek kontakty z Polską. Wielokrotnie w ciągu roku przyjeżdża do Francji, do Maisons-Laffitte. Jest to jedna z nielicznych okazji w ciągu roku do spotkania z innymi pozostającymi w takiej samej sytuacji życiowej. 23 marca notuje: W szufladzie biurka któryś z moich poprzedników zostawił kartkę z okrzykiem Apollinaire’a: „Nasze stopy na próżno usiłują oderwać się od ziemi kryjącej zmarłych!” Jest dokładnie na odwrót: nasze stopy kurczowo lgnął do ziemi kryjącej zmarłych (s. 51). W Sztokholmie spotyka się z młodym studentem, który po usunięciu z Uniwersytetu Warszawskiego (po wydarzeniach marcowych) przybył do Szwecji. Jego warunki życia i nauki znakomite, a o czymś podobnym nie śniło się naszej powojennej emigracji w przeklętym Londyniszczu (s. 44). Wydaje się jakoby autor czuł się usatysfakcjonowany takim stanem młodych polskich emigrantów, będących prawdopodobnie przyszłością całego narodu: Mówi spokojnie, rzeczowo, wyraźnie dba o ścisłość sformułowań, jest na swój wiek nieprzeciętnie oczytany (s. 45). Pewnego razu, przebywając w Londynie, wspomina przebyte tam chwile, wyczuwa powolny rozpad tego miasta, w którym kiedyś był zmuszony zamieszkać. Pisze: Mizerny ogródek; za nim skład budowlany firmy Kirk and Kirk, góry rupieci, desek, zardzewiałych i połamanych maszyn, pękniętych bloków cementu, bezużytecznych przęseł konstrukcyjnych; dalej na horyzoncie, skrawek szarego i brudnego miasta (s. 468).Można by rzec, że z żalem w głosie wspomina tamte lata: Ile lat przy tym oknie i ze wzrokiem utkwionym w tym obrazku! Ile rozmów dziennych i nocnych, ile życia na obczyźnie ciężkiego jak żadne, ile śmierci najbliższych osób! Jakby ich wzrok błąkał się również w mizernym ogródku i wśród rupieci składu, jakby ich twarze były przywarte do szyby! Nie czas miniony, o nie! Czas podobny do wykresu gorączki nad wezgłowiem chorego w szpitalu. Dla mnie Londyn od bardzo dawna to L. i A. przy stole w kuchni na Balmuir, coraz bardziej zmęczeni i samotni; ogródek i widok opuszczenia za oknem; i cmentarze (s. 486).

W pewnym momencie próbuje nawet skonstruować model światopoglądu współczesnego mu Polaka. Na warsztat bierze wizerunek Polaka poczciwego, który objawia się pisarzowi jako zetatyzowany chudopachołek w zaścianku, chory na atrofię więzi społecznej, wysilający się z plebejską zaciekłością cały swój spryt na znalezienie i wykorzystanie szczelin i luk w samorodnym bycie instytucjonalnym państwa; żadnym elitom słusznie już nie wierzy, bo na nieco wyższym i mniej plebejskim poziomie uprawiają taką samą jak on grę, może się więc w nich przeglądać niby w lustrze pogrubiającym; czuje, że to wszystko trochę nie w porządku, co popycha go do przywoływania na pomoc starych wiar i wzorców osobowych (s. 198-199).Warto dodać, że przyczynkiem do poczynienia takich refleksji stały się dwa artykuły opublikowane w krakowskim „Znaku”. Pierwszy z nich to tekst Jana Błońskiego Polak jaki jest, każdy widzi (autor charakteryzuje go jako majstersztyk inteligentnej obserwacji [s. 196]), rozwinięty później przez Tadeusza Chrzanowskiego artykułem Polak poczciwy u schyłku trzeciej ćwierci XX wieku. Natomiastdrugi to dyskusja wynikła z powodu publikacji pozycji Rodowody niepokornych Bohdana Cywińskiego, w którym najbardziej zainteresowała go wypowiedź Elżbiety Grażyny Boruckiej – jest to prawdopodobnie pseudonim Jacka Kuronia, który był przez niego używany podczas działalności opozycyjnej. W kontekście tym interesujące jest to czy Gustaw Herling-Grudziński o tym wiedział… Przebywając na emigracji, zwiedzając wiele państw świata, miał wielokrotnie okazję do zetknięcia się z poglądami obcokrajowców na temat polskiego społeczeństwa, które zawarł na przykład we wpisie z 11 października 1977 roku, zainspirowanym twórczością Witolda Gombrowicza: Polacy uchodzą na świecie za naród „dumny”, ale w tej „dumie” więcej jest sztucznego ogona pawiego, przesłaniającego udręki niepewności, niż poczucia godności, która implikuje odwagę spojrzenia na siebie bez przymrużania oczu, wolę dystansu wobec własnych wartości, tragedii, błazeństw, okaleczeń, deformacji (s. 462). Jest świadomy, że taki stan odgrywa ogromną rolę w literaturze naszego kraju, na bieżąco śledzi wszystkie największe wydarzenia wydawnicze: Z literatury polskiej dobywa się, głośniej lub ciszej, pojękiwanie szlachetnych zranionych i poparzonych. Pisarzom polskim brak, z nielicznymi wyjątkami, gombrowiczowskiej postawy „ponad, powyżej, z góry” (mówię o postawie, powierzchowne małpowanie stylu Gombrowicza zatacza coraz szersze kręgi). Wyczuwam ją teraz w „Kompleksie polskim” Konwickiego (…) (s. 462-463).Równolegle zauważa rozwarstwienie polskiego społeczeństwa pod względem rozpatrywania kwestii patriotycznych: Wiele jest odmian polskości, o której Polacy rozprawiają z zapałem przy lada sposobności (…) (s. 463).

Dla jego samopoczucia bardzo ważna jest przyroda, jego życie wydaje się być jej całkowicie podporządkowane, to ona determinuje jego tryb dnia. 11 kwietnia zapisuje: Wiosna ociąga się w tym roku, noce są chłodne, dnie często pochmurne. Tuż przed świtem przeszła tędy szybka i gwałtowna burza. Obudzony piorunem, który strzelił gdzieś w pobliżu, zapaliłem światło i sięgnąłem po książkę. Siekł ulewny, pośpieszny deszcz, urwał się nagle, wróciła cisza. (…) Wciąż paliła się na nocnym stoliku zapomniana lampka (…) (s. 56). Również zwierzęta są mu bardzo bliskie, jednym nawet dłużej się zaopiekował – dnia 5 lipca odnotowuje: Bardzo wcześnie obudził mnie lizaniem i poszczekiwaniem nasz piesek. Podrzucono go nam kilka tygodni temu na podwórko, maleńkiego jak kłębek wełny, zabiedzonego, zapchlonego, pokrytego wrzodami. (…) Dałem mu jeść i zabrałem go na skały (s. 77). Jednak, co widoczne jest na przykład omawiając ten element jego zapisków, bardzo rzadko Gustaw Herling-Grudziński opisuje własne stany emocjonalne, a gdy nawet to czyni to postępuje tak, aby następującej po tym opowieści, czy też rozważaniom, nadać pewne zabarwienie, czy stworzyć dla nich odpowiednie tło. Niekiedy przybiera to formę bardzo interesującego opisu, o którego skomentowanie trudno się pokusić – czego dowodem może być wpis z 22 grudnia 1972 roku: Nie był to sen w każdym razie nie tylko sen. Deszcz rozpadał się na dobre wieczorem, bijąc w szyby cienkimi wodnymi powrósłami. Próbowałem zmusić się do czytania, ale kłucie pod powiekami było znowu tak bolesne, że zgasiłem lampę. Nie zamknąłem oczu, jestem pewien, a mimo to jakbym naciśnięciem guzika wyłączył równocześnie w sobie przytomność: ze snu było w tym rozsypanie się klocków czasu, połączone z amnezją teraźniejszości; z jawy – przerzedzenie się ciemności za oknem ociekającym wodą, podobne do zdarcia grubej zasłony. Widziałem w deszczu naszą londyńską ulicę , ludzi jak z obrazów Bacona, tu zakręt pod górę, do parku, tam w dół, na cmentarz. Nagle zapaliło się światło, stałą obok mnie L. Twierdzi, że majaczyłem (s. 216). Zaburzenie świadomości czasu doprowadza go jak widzimy do całkowitego otępienia, a wreszcie do retrospekcji miasta zwanego czasami w tych zapiskach Londyniszczem. Podobny opis odnajdziemy we wpisie z 15 czerwca 1974 roku, gdy to autor jest w pełni świadomy swego stanu: Obojętnie jak to nazwiemy – martwą pogodą, depresją czy czarną passą. Choćby się przeżywało takie okresy regularnie, za każdym razem odzywa się w nas głos: „nie, z tego już nie wybrnę, to koniec” (s. 289).Swój stan przyrównuje do natury, która bez ingerencji swych żywiołów jest bez wątpienia martwa: Groza martwej pogody, próżni, której nie zakłóca najlżejszy podmuch wiatru, tkwi właśnie w przekonaniu o jej nieodwracalności (s. 289).Na dodatek świadomy jest tego, iż nie ma na to skutecznego lekarstwa: Nie pomagają doświadczenia przeszłości, próby pocieszeń: „bywało gorzej, a jednak mijało”, autoperswazje: „trzeba cierpliwie przeczekać”. Więcej nawet – pocieszenia drażnią i rozjątrzają (…). Na depresję nie działają środki uśmierzające, skoro jej istotą jest ciągłość bólu (s. 289).Wie także, że umysł ludzki niekiedy w takim przypadku ogarnia nasilające się poczucie niebezpieczeństwa, z którym nie potrafi samodzielnie sobie poradzić: Gdy stan depresyjny przedłuża się w rozpacz, duszę ogarnia noc. Czasem zapala się w niej światełko wiary; częściej dojrzewa samobójstwo, które być może wolno określić jako akt religijności negatywnej. Człowiek jest porażony (i przerażony) poczuciem własnej skończoności. I dwojako na nie reaguje: albo z pokorą oddaje się w ręce Boga, albo z wściekłością kieruje rękę przeciw sobie (s. 289).

Nieustannie zastanawia się nad prawidłowym modelem państwa, które przede wszystkim nie powinno krzywdzić, a wspomagać rozwój człowieka. Dokonuje bardzo szczegółowych analiz politycznych dotyczących krajów położonych w różnych częściach świata. Co najważniejsze jest świadomy tego, że w każdym państwie najważniejszy powinien być człowiek, brany pod uwagę jako indywidualna jednostka: Naród, narodem, narodowi, narodu: słowo-alibi, słowo-plasterek, słowo-zastrzyk uśmierzający i usypiający. Robi karierę, nie schodzi z ust rządzących i rządzonych. Od kiedy? Od roku 1968? Nie, raczej od przewrotu pałacowego Gierka. Rządzący wynoszą pod niebiosa „zwarte narodowo państwo”, mrugając porozumiewawczo do rządzonych (s. 77).

Marta Herling, córka pisarza, wyznaje, że wielokrotnie w nocy słyszała nie kończące się kroki swego ojca, jak na więziennym spacerniaku, które dopiero cichły nad ranem. Jak się później okazało: Tak pracował. Chodził godzinami, głośno, szybko i nerwowo maszerował[1].Podobny również opis znajdziemy w Dzienniku pisanym nocą, we wpisie z 3 listopada 1971 roku, gdzie próbuje dokonać analizy własnej techniki pisarskiej: Piszący dzielą się na przykutych do stołka i perypatetyków. Należę do drugiego gatunku. Gdybym miał wmontowany w organizm licznik, okazałoby się, że podczas pisania obszedłem w moim pokoju kulę ziemską. Nałóg chodzenia przy pracy po własnym pokoju jest czynnością mechaniczną, pokrewną transowi, nie angażującą zmysłu obserwacji, nastawioną wyłącznie na refleksję. Czasem jednak następuje jakby ocknięcie się z transu (…). Trwa to ułamek sekundy, ale wystarczy, by zrozumieć, ile się w przeszłości przeoczyło. W kącie obok mojego okna wisi płótno przedstawiające nasz pokój londyński, z czarną kotką na kufrze i szybą zamalowaną na zielono. Tam też chodziłem, pisząc, też przystawałem często na wprost okna i nie pamiętam, czy widać z niego było skrawek Fortune Green (s. 100-101).

Systematycznie odnotowuje upływający czas od momentu jego przybycia do Neapolu. Na przykład 9 grudnia 1972 roku notuje: Schodziłem dziś po obiedzie z Posillipo, cały czas miałem przed oczami miasto – tak cudowne i szlachetne na odległość, tak chore i wyniszczone z bliska – i myślałem o moich siedemnastu przeżytych w nim latach. Cudzoziemiec, jeśli tu długo mieszka, niech nie marzy nawet o zakorzenieniu. Niech lepiej wyprawia się często na Posillipo, skąd w słoneczne dni zobaczy „szkarłatną intensywność wypieków na bladych policzkach”. Pogodzi go to z Neapolem, smutnie pięknym w swej śmiertelnej chorobie (s. 212). Widać więc, że autor ma pełną świadomość tego, iż większość z piękna jakie może nam zaoferować świat wydaje się jedynie nieskazitelne i pełne z daleka. Z bliska zaś tak naprawdę przedstawia obraz degrengolady, chaosu w którym nie ma gdzie się zatrzymać, śmiertelnego organizmu o tkance podatnej na uszkodzenia. Pięć lat później dojdzie do wniosku, że to co kiedyś tak bardzo go fascynowało dzisiaj nie oddziałuje na umysł z taką samą siłą: Dwadzieścia dwa lata w tym mieście ani pięknym, ani brzydkim, ani lubianym, ani znienawidzonym; obojętnym. Trzydzieści osiem lat temu leżałem w trawie naszego dawnego sadu, słuchając szumu rzeczki płynącej od upustu. W dwa tygodnie później dopadł mnie w tym samym miejscu daleki huk bomb w stronie Skarżyska. I tyle ocalało, tyle trzeba nieść dalej: „ciemną miłość najnieszczęśliwszej ziemi” (s. 460). Kolejny przykład tej systematyczności odnajdziemy we wpisie z 29 maja 1980 roku gdy autor odnotowuje: Całe przedpołudnie słoneczne, rzadkość podczas tej obrzydliwej wiosny-nie wiosny. Udał mi się więc pierwszy po chorobie dłuższy spacer, pojechałem wyciągiem do górnego Neapolu, na taras panoramiczny Floridiany, skąd widok zatoki i miasta jest równie piękny jak z dachy Pałacu Królewskiego na Capodimonte. I tam, siedząc na ławce obok parapetu, szczęśliwy, ale równocześnie zmęczony, jakbym miał za sobą wielokilometrowy marsz, zastanawiałem się, czy w dwudziestą piątą rocznicę zamieszkania w Neapolu uchowało się coś jeszcze z mojej zadawnionej do niego niechęci (mówiąc eufemistycznie) (s. 637-638).

Wielokrotnie wspomina swoją młodość. Jako jeden z przykładów takiego zachowania możemy potraktować wpis z 23 lipca 1974 roku, kiedy autor zastanawia się co najbardziej wzrusza go w Dragonei, w której ma możliwość „wysapać się nerwowo”. Dochodzi do wniosku, że są to dwie rzeczy: gdy po północy Casa Rossa tonie w ciemnościach, jakby uniosły się do góry mosty zwodzone łączące ją ze światem, a psy po tamtej stronie wąwozu odzywają się natrętnym szczekaniem; i gdy wstaje świt za Górą Krzyżową – ospały, przetarty, triumfujący. I tym sposobem teraźniejszość staje się pretekstem do odniesienia się do własnej przeszłości, do czasów swego dorastania: Po śmierci matki takie były kilka lat klamry mojego życia w S. Dojeżdżałem do szkoły w K. pociągiem, wiosną wychodziłem z domu ze świtem, przecierał się podczas mojego marszu przez las, wybuchał jasnością, kiedy biegiem wpadałem na stację, widząc dym pociągu za wzgórzem w stronie R. Do S. wracałem o zmroku i natychmiast waliłem się spać. Budziłem się po północy do odrabiania lekcji. Nasz dom był pogrążony w ciemnościach, odcięty od świata, za stawem i za rzeką szczekały psy. Co ważne w tym przypadku jest on świadomy własnego bagażu wspomnień, który nie pozwala o sobie zapomnieć, daje nieustannie oznaki swojej obecności: Więc to tak, więc w Dragonei przyłapuję ocalały kawałek mojego cienia w przeszłości? Więc ta wypłowiała resztka wzrusza mnie i pozwala mi wydłużyć oddech?[2] Niecały rok później znów przychodzi pora na kolejne wspomnieniowe olśnienia, tym razem w Maisons-Laffitte, 4 marca: Sen lingwistyczny, inaczej nie potrafię go nazwać. Nagłe wchodzenie (ściślej: wbieganie) w krajobraz dzieciństwa i młodości jest w snach motywem częstym, chociaż u emigrantów posiada specjalny posmak (s. 324).Po chwili następuje opis tej sennej retrospekcji: Nowe było to, że wszedłem w mój nie sam, lecz w towarzystwie przyjaciół-cudzoziemców; i że naraz, na grobli w S., wszyscy zaczęli do mnie mówić po polsku. Sen związany, jak sądzę, z moimi przyjazdami do Laffitte; które w moim życiu, mówionym po włosku, są także gwałtownymi przeskokami językowymi (s. 324).Kolejny przykład takiego typu prowadzenia rozważań, będących tak naprawdę pretekstem do powrotu w przeszłość, która już na szczęście nie powróci, odnajdujemy we wpisie z 29 stycznia 1977 roku. Autor, po długim i męczącym spacerze, dociera do kościoła Świętej Klary: Dalekie echo bólu wywołuje w nim bardzo dziwny stan, którego owocem stał się ten opis: Obsunąłem się na ławkę koło jedynego oświetlonego ołtarza bocznego i natychmiast zapadłem w częsty teraz u mnie stan ni to płytkiej drzemki, ni halucynacji. Zaśnieżone i wyludnione miasto na tle białych gór, bardzo cicha muzyka spoza zamkniętych okiennic na wąskich uliczkach, oblodzone zatoki placów, gładka tafla nieba z dużą przeręblą księżyca pośrodku. Salzburg? Po tylu latach? Spędziłem tam Boże Narodzenie 1952 roku, w jednym z najcięższych okresów mojego życia (s. 437).

Wspomnienia dotykają także czasów późniejszych. Przebywając kolejny raz na Monte Cassino, w trzydziestą rocznicę zdobycia klasztoru, przechodząc między grobami usiłuje przypomnieć sobie bitwę. Po niedługim czasie przychodzi refleksja: Tak, wielka bitwa, wolno o niej myśleć z dumą, a przecież z upływem lat nad wszystkim, choćby nad tym moim łażeniem między grobami, unosi się natarczywiej i natarczywiej poczucie klęski. Wiele jest powodów, dla których miałbym prawo być tutaj kiedyś pochowany. O dodatkowym dowiedziałem się niedawno od Z.: po bitwie wciągnięto mnie na listę poległych, wychodząc pewnie z założenia, że ze szczytu 593 droga wiodła jedynie do grobu (s. 286).Niemal miesiąc wcześniej, spacerując po londyńskim Hyde Parku, dochodzi ze smutkiem do wniosku, że to miejsce, kiedyś tak dobrze znane, dziś już nie istnieje. Ponuro odnotowuje kolejne różnice: Kiedyś był to Ogród Antropologiczny o wielkim bogactwie okazów i głosów. Teraz stoją naprzeciw siebie dwa stadka wyjców. Cierpliwie obszedłem chyba dziesięciu, wszędzie ta sama muzyka: biali ujadają na kolorowych, kolorowi na białych (s. 282).Pod koniec tej wędrówki pojawia się jednak pewna nadzieja, jak się okazuje płonna: Dopiero przed wyjściem natknąłem się na pijanego kloszarda (uderzająco podobnego do Marksa) z kupą papierów pod pachą i butelką sterczącą z obwisłej kieszeni kapoty, który bardziej na własny niż publiczności użytek znęcał się nad ironiczną frazą poety o „systemach tak doskonałych, że nikt nie będzie w nich musiał być dobry”; jeżeli go dobrze zrozumiałem, wierzył mimo wszystko w systemy doskonałe, w bezgraniczną nobilitację społeczeństw i w ogóle ludzkości, i poetę oskarżał o zaśmiecanie umysłów religianckimi odpadkami średniowiecza. Byłem, nie licząc policjanta, jedynym słuchaczem jedynego mówcy w Parku. Zresztą, jego wywody zagłuszył niebawem bęben ustawionego w sąsiedztwie oddziału Armii Zbawienia (s. 282). Widać w tym przypadku, że to właśnie literatura jest sztuką najbardziej społeczną, a dosadna, klasycystyczna puenta jedynie to podkreśla. Po kilku dniach następuje kolejna adnotacja na temat Londynu, tym razem z perspektywy okna hotelowego – szaro-brudne zwały, gdzieniegdzie pokrapiane światełkami, w powietrzu koloru atramentowych popłuczyn. I niemrawe, półsenne myśli o tamtych dalekich czasach. Jest pewnie dowodem złego starzenia się, gdy duży kawał przeszłości wygląda we wspomnieniach jak lej po wybuchu bomby (s. 282).

Bliska jest mu literatura rosyjska – w swoich zapiskach najczęściej wspomina Aleksandra Sołżenicyna (charakteryzuje go nawet jako wybitnego pisarza, który porywa i często zniewala [s. 319]), Osipa Mandelsztama oraz Fiodora Dostojewskiego, bliska jest mu twórczość Wasilija Grossmana (nazywanego przez niego prominentem literatury sowieckiej [s. 40]i największym współczesnym pisarzem rosyjskim [s. 380]) i Anny Achmatowej. Otrzymanie nagrody Nobla przez autora Archipelagu staje się dla niego punktem wyjścia dla zdiagnozowania obecnej sytuacji pisarzy w Ojczyźnie: Nagroda Nobla jest od pewnego czasu (żeby użyć zwrotu Iwaszkiewicza o Sołżenicynie) „wyraźną manią prześladowczą” pisarzy polskich(s. 60). Chłodno ocenia polskie szanse na to wyróżnienie: Sytuacja realna natomiast wygląda tak, że mieliśmy tylko dwóch poważnych kandydatów do lauru Akademii Szwedzkiej: Dąbrowską (…) i Gombrowicza, który zostałby w końcu prawdopodobnie w końcu przez Sztokholmskich jurorów uhonorowany, gdyby nie jego przedwczesna śmierć (s. 60). Temat ten powraca także we wpisie z 16 listopada 1971 roku, gdy to autor tego dzieła postanawia się w miarę możności dokładnie przyjrzeć nowemu laureatowi Nobla(s. 103)i nabywa tomik poezji Nerudy, którego po chwili nazywa imbecylem i wytyka mu dwa wiersze o Stalinie. Choć autor Dziennika pisanego nocą prezentuje odpowiednio wiarygodną argumentację do postawionej oceny, to aż tak kategoryczny osąd może wydać się dziwny gdy zestawimy go z opinią Gabriel Garcíi Márqueza, który nazwał Nerudę największym poetą XX w. wszystkich języków[3].

Oczywiście nie brakuje w tych zapiskach słów o literaturze rodzimej. Warto między innymi wspomnieć o wpisie z 27 czerwca 1975, gdy to  autor zachwycony spędzonym wieczorem u palotynów gdzie Miłosz czytał swoje wiersze, a jego pierwszą reakcją było wzruszenie, tylko wzruszenie (s. 340). Bez mrugnięcia okiem uznaje jego bezsprzeczną wielkość. Pisze: nie mam wątpliwości, że jest jednym z najwybitniejszych poetów współczesnych (s. 340).Pojawiają się jednak pewne wątpliwości, szybko jednak rozwiane: Że wszystko potrafi? Że poezja jest w jego rękach instrumentem tak posłusznym, tak giętkim, z taką cudowną swobodą i umiejętnościom sięgającym, gdzie chce? Zapewne, również i to, ale byłaby to jedynie pochwała wybornego majstra. A Miłosz jest czymś więcej, poetą, który panując bezbłędnie nad instrumentem, stale pamięta o jego ograniczeniach. Wszystko potrafię i – patrzcie – jak mało, nieuchronnie mało jest to, co potrafię (s. 341).Za moment dokonuje także krótkiego opisu jego twórczości: Miłosz jest poetą dramatu poezji, świadomego i męskiego; dopiero to czując w jego poetyckich „próbach nazywania świata”, ocenia się siłę ich bezsilnego piękna, podziwia się daleki, lecz uparty odblask „ogromu rzeczy istniejących” (s. 341).Po otrzymaniu przez niego Nagrody Nobla zapisuje: Miłosz laureatem Nagrody Nobla. Chociaż się tę szansę brało od pewnego czasu w rachubę (w zeszłym roku jego nazwisko figurowało na liście kandydatów w depeszach agencji prasowych ze Sztokholmu), wielka i radosna niespodzianka (s. 665). Wspomina swoje pierwsze zetknięcie z Miłoszem (s. 665)i zauważa, że Nagroda Nobla dla Miłosza pociąga za sobą, marginesowo, jedno niebezpieczeństwo i jedno błogosławieństwo (s. 667). I w tym przypadku autor nawiązuje do sytuacji w Polsce, znów przypominając anegdotę związaną z Jarosławem Iwaszkiewiczem: Od bardzo wielu lat „noblizm” jest chorobą chroniczną pisarzy polskich. Dałoby się bez trudu wymienić ze dwa tuziny pisarzy polskich (w kraju i za granicą), którzy się z większą lub mniejszą otwartością do lauru szwedzkiego przymierzali, odwołując się do dziesiątków swoich grubych czy cienkich „grzbietów” na półkach bibliotecznych. Iwaszkiewicz pochlipywał z rozbrajającą szczerością w roku 1971, po przyznaniu nagrody Sołżenicynowi: „Znów nas odetną od Nagrody Nobla na dłuższy czas”. To „odcięcie” nie trwało aż tak długo, jakkolwiek wolno wątpić czy Iwaszkiewicz włączał (w myślach) Miłosza do słówka „nas”. Teraz „odcięcie” potrwa o wiele dłużej, co umożliwi pisarzom polskim, po krótkim okresie rekonwalescencji, odzyskać nieodzowną w pracy pisarskiej równowagę ducha (s. 667-668).

Wielokrotnie wspomina w swoich zapiskach Franza Kafkę, z którego postacią związany jest chyba jeden z najbardziej interesujących fragmentów tego dzieła. Chodzi oczywiście o zapis z 3 czerwca 1976 roku, w którym autor w sposób zaskakująco szczegółowy opisuje swój jednodniowy pobyt w Pradze z okazji obchodów pięćdziesiątej drugiej rocznicy śmierci autora Procesu, połączonymi z zamontowaniem tablicy upamiętniającej. Dzięki notatce z następnego dnia okazuje się, że Wszystko to jest naturalnie zmyśleniem, płodem imaginacji powstałym z notatki we wczorajszym „Le Monde”(s. 405). Podobne zjawisko możemy zaobserwować w zapiskach dotyczących ostatnich chwil życia Nietzschego, gdzie autor dokonuje osobliwej opowieści, posiadającej pewne znamiona odrębnego opowiadania. Jak się okazuje pod koniec nie wszystko było w nim prawdą: Moje są, naturalnie, wiązania narracyjno-opisowe. Oraz dwa zmyślone elementy. Nie ma dowodów, że przed ostatecznym atakiem obłędu Nietzsche przeczytał na nowo „Zbrodnię i karę”, chociaż znane jest jego zafascynowanie Dostojewskim. Zmyśliłem też gasnącego Antychrysta, który mówi o sobie „un povero cristo”. Żaden chyba, poza włoskim, język na świecie nie posiada takiego wyrażenia dla oddania ludzkiej prostracji. Chrystus pisany jest w nim z małej litery (s. 528).

Drugą wielką fascynacją autora jest oczywiście malarstwo, którego potęgi jest w pełni świadom, a jego przewaga nad innymi dziedzinami sztuki w upamiętnieniu sytuacji tragicznych jest oczywista. Widoczne jest to na przykład we wpisie z 5 maja 1971 roku: W San Martino, muzeum historii Neapolu, wisi obraz „Episodi della peste del maggio 1656 al Largo Mercatello” pędzla Micco Spadaro (…) świadka naocznego dżumy neapolitańskiej z roku 1656. Da się powiedzieć wiele dobrego o ścisłości i zwięzłej rzeczowości kronik pisanych, nie potrafią one jednak rywalizować z przekazami wizualnymi, gdy chodzi o oddanie zgęszczonej i nieuchwytnej zarazem atmosfery grozy, owej szczególnej tonacji koszmaru, która albo wymyka się słowom, albo, częściej jeszcze, uwięziona w słowach, odpowiada głuchym echem (s. 63).Przyznaje, że jego percepcja malarstwa jest zdana na to co wykształciła w nim literatura. We wpisie dotyczącym wystawy prac Francisa Bacona pisze: Wyszedłem (…) przekonany o wielkości Bacona, ale nie potrafiąc sobie na własny użytek wyjaśnić w słowach, na czym polega sekret tej wielkości. „Klucz” do wielkiego artysty nie jest aż tak ważny, chociaż w mojej sytuacji bywalca wystawowego o typowo literackich reakcjach na malarstwo jego brak ociera się o udrękę (s. 444).

Autor wielokrotnie dokonuje wyznań na temat własnego ideału dziennika. We wpisie z 11 sierpnia 1974 roku relacjonuje rozmowę ze znajomą i admiratorką Cesarego Pavesego, której usiłował wytłumaczyć dlaczego nie przypadł mu do gustu jego dziennik. Tego typu refleksje stają się okazją do osobistych wynurzeń i ujawnieniem własnych sympatii. Wyznaje, że nie toleruje w ogóle dzienników zbyt osobistych, ponieważ prawie zawsze narzucają autorom reguły gry, nad którymi stopniowo, krok po kroku, zaczyna panować przyszły czytelnik (s. 296). Doprowadza to do obaw hipotetycznego autora czy zostanie właściwie zrozumiany: Do twarzy mi z tym? A z tym? Jęknąć głośno? Przyciszyć jęk? Zostanie to dostrzeżone? Zaangażować się głębiej? Jeśli powiedziało się „a”, trzeba powiedzieć „b? Jak wyglądam w takim ustawieniu rzeczy? (s. 296) Zaznacza, że ważne jest przede wszystkim zachowanie prywatności: W człowieku istnieje i powinna istnieć strefa, gdzie nikt prócz Boga nie potrafi i nie ma prawa go dosięgnąć (s. 296). Wskazuje także swój ideał dziennika, prawidłowy (według niego) model: Paradoksalnie, dziennik dobry, czy w każdym razie wart czytania, jest ten, w którym pisarz wysuwa tylko co pewien czas czułki ze skorupy. I natychmiast je chowa (s. 296).Tego typu twórczość wiąże się z wielorakimi niebezpieczeństwami, o których autor nie waha się wspomnieć: Kiedy wyłazi ze skorupy cały, staje się całkowicie bezbronny, mówiony przez innych. Maksymalna szczerość jest w literaturze wyobrażalna, dopóki korzysta z licencji osoby trzeciej albo pierwszej osoby umownej. W dzienniku jest zgodą na suflerów czy szczerością aktorską. Z czego wynika, że wyznaczam mu status specjalny, na peryferiach literatury (s. 296). Zauważa jednakże pewien wyjątek – zdarza się bowiem, że czasami dziennik świadomie i z góry przyjmuje reguły gry, rozgrywa je sam jako temat. Wtedy zamienia się w swoisty pojedynek pisarza z innymi: przeciw deformacji z zewnątrz, o własną „nagość” lub „autentyczność”, która nigdy zresztą nie zostaje w pełni odsłonięta, bo primo – znana jest mgliście, secundo – boi się nazwania (s. 297). Co ciekawe za sześć lat w Dzienniku… odnajdziemy pewnego rodzaju uzupełnienie tych rozważań, tym razem zainspirowanych lekturą dziennika Edwarda Stachury pod tytułem: Pogodzić się ze światem. Uważa go za dzieło przejmujące, piękne i dokonuje tym razem pochwały polskiego autora, połączonej równolegle z kolejną programową refleksją: Rzadko, niezmiernie rzadko, autorzy dzienników zapominają albo w ogóle nie myślą o czytelnikach. Gdy się to zdarza, i gdy dziennik taki staje się szeptem duszy, czymś w rodzaju mówienia do siebie językiem poruszanych niemal bezgłośnie – jak w modlitwie – warg, z zakłopotaniem posługujemy się zwrotami „utwór literacki”, „piękny i przejmujący tekst”. Czujemy, że to inny niż literatura wymiar, ten na przykład, w którym upłynął ostatni dzień życia dwóch bolońskich kobiet. Chyba tylko Dostojewski potrafił się w nim niekiedy poruszać, wychodząc nagle poza literaturę (s. 652). Przy okazji wspomnienia o dzienniku Samuela Pepysa kolejny raz ujawnia własną percepcję dziennika: (…) mój dziennik nie jest prowadzony szyfrem: nie ma u mnie nadmiernego przemieszania spraw publicznych i prywatnych (s. 535). Również kilka stron dalej powraca do tego tematu: Mój ideał dziennika, niedościgniony, to prawda, nie ma jednak powodu, by go nie wyznać. Przesuwa się w nim raz szybciej, raz wolniej, raz na scenie, raz w tle, „historia spuszczona z łańcucha”, jak nasze czasy znakomicie określił Jerzy Stempowski. A w lewym dolnym rogu, wzorem niektórych malowideł renesansowych, miniaturowy i ledwie naszkicowany autoportret obserwatora i kronikarza (s. 547). I znów, za kilkanaście dni, ten aspekt wraca jak bumerang, tym razem na wskutek lektury Pojedynku Casanovy i uświadomienia sobie obowiązku jaki posiada autor wobec czytelnika: Nałóg pisania dziennika zmusza (albo przynajmniej zachęca) do stawiania sobie (…) pytań, do tropienia odcisków, jakie w pamięci pozostawiają szybkie i ulotne asocjacje (s. 559). Wie także, że jego Dziennik… jest także idealnym miejscem do zamieszczenia fragmentów wartych zachowania, czego przykładem może być ten oto cytat: Odgrzebałem za to mój artykulik okolicznościowy z roku 1969 o obchodzie ćwierćwiecza. Chciałbym bardzo ocalić jego fragmenty w dzienniku (s. 564). Na bieżąco śledzi opinie na temat swojej pracy: Zdarza mi się czasem słyszeć zarzut „nocnego czarnowidztwa” pod adresem mojego dziennika (s. 601). Odnotowuje dwa, autorstwa Konstantego Jeleńskiego i Wojciecha Karpińskiego, szkice na temat swojego dzieła. Oboje zgadzają się w jednym bardzo ważnym aspekcie i tym samym potwierdzają przypuszczenia autora, który po skrótowym przedstawieniu ich wniosków pisze: To prawda, jeżeli przystoi w ogóle autorowi takie publiczne przytaknięcie. Ale myślę, że można ją, zmieniając proporcje, rozszerzyć na „Inny świat” i niektóre moje opowiadania: codzienność, „szarość” ludzkiego bólu w sytuacjach dramatycznych; tłumik ukrytej tonacji osobistej, nałożony na pokusy „donośności wyrazu”. Bardzo lubię zdanie Flauberta: „Gdy piszę, mam przed oczyma jakiś kolor, jakiś odcień” (s. 746).

Podobne rozważania, tym razem o literaturze w kontekście ogólnym, odnajdziemy w obszernym wpisie z końca listopada 1978 roku gdy to autor zauważa koligacje bezpośrednie i niejako naturalne pomiędzy literaturą, a malarstwem. Na uwagę zasługuje w szczególności ten fragment: (…) literatura w ogólności jest ustawicznym wysiłkiem przechwycenia na chwilę nieuchwytnego, skrywanego, umykającego. Kiedy jest literaturą na serio, ma pełną tego świadomość. Żadna wielka powieść nie daje poczucia skończoności, żadna wielka postać powieściowa nie jest portretem zamkniętym. Są i zawsze będą regiony nietknięte stopą artysty, granice, których nigdy nie przekroczy inteligencją, wyobraźnią, intuicją. I dotyczy to nie tylko artysty (s. 530). Będąc osobą o bardzo dużej świadomości kulturowej i miłości do sztuki zastanawia się nad jej definicją i tym co zachęca tak dużo ludzi na całym świecie do tworzenia. 29 czerwca 1979 roku, zainspirowany listem Czechowa, notuje: Sztuka ma również swoje źródła w pokonywaniu pokus zachłanności i wszechwiedzy. Prawdziwy artysta umie tak patrzeć, jak gdyby po raz pierwszy oglądał i odkrywał rzeczy na pozór widziane po wielokroć przez innych. Nic a nic z nich nie rozumie, bo jego niezrozumienie jest darem bezustannego zdziwienia. Świat ukazuje mu się niepojęty, gdyż nie ufa światu wytłumaczonemu i „oczywistemu”. Odmawia sądzenia, nie przyjmując jednowymiarowości ludzi i jednoznaczności faktów. Jest wrogiem spłaszczenia i redukcji rzeczywistości (s. 578). Przy różnych okazjach jest chętny także do spojrzenia na własną twórczość i technikę pisania: Przy moim pociągu do zwięzłości, przy rosnącej i alergicznej już prawie niechęci do elokwencji, a nawet zbytniej swady, nieufny stosunek do sztuki aforyzmów (s. 750).

Podczas długotrwałej lektury tego obszernego tomu zastanawiałem się wielokrotnie nad tym czy w swoim tekście zarzucić autorowi (czy też zwrócić na to uwagę przyszłych czytelników) na nieustanne powracanie w tych zapiskach do kwestii ideologii: komunistycznej, faszystowskiej, hitlerowskiej i sowieckiej, co interesujące najrzadziej w kontekście Polski. Pewnego rodzaju wytłumaczenie możemy odnaleźć we wpisie z 6 października 1980 roku gdy Gustaw Herling-Grudziński zapisuje: Moje częste powracanie do głębszych powinowactw „ideologicznych” (…) nie jest „dziwną zaiste manią i obsesją”, jak pisze do mnie urażony czytelnik z Kopenhagi, który „mimo doznanych krzywd osobistych, nie pozwoli sobie odebrać, u progu starości, a może już nad grobem, głównego sensu własnego życia: walki, dopóki to było możliwe, o realizację szczytnych rewolucyjnych ideałów wyzwolenia człowieka”. Jestem po prostu przeświadczony, że jeśli się te powinowactwa dostrzeże i zbada z całą uwagą, na jaką zasługują, odpadną liczne przeszkody w dotarciu do jądra współczesnego „fenomenu totalitarnego” (s. 664).

Tego typu dzieła znajdują zapewne najwięcej odbiorców w gronie miłośników twórczości danego autora. Czytelnicy odnajdą tutaj wiele wskazówek interpretacyjnych do poprzednich utworów autora, przekazywanych niekiedy w sposób zawoalowany, a niekiedy bezpośredni. Za przykład tego może nam posłużyć zakończenie wpisu z 28 sierpnia 1978 roku: Znowu, jak po odejściu Nicoli, skurczył się dla mnie Rzym; nie będę więcej jeździł na małą uliczkę w okolicach Piazza Bologna. Podwójny emigrant Silone (wiele jego rysów posiada Battaglia w moim opowiadaniu „Książę Niezłomny”) wrócił na zawsze do swoich rodzinnych Abruzzów (s. 521).

A na koniec warto zacytować wpis z 13 grudnia 1981, z Maisons-Laffitte, który nadaje się tylko i wyłącznie do indywidualnej interpretacji: Ani słowa. Prócz daty, ani słowa (s. 764).

PS. Wszystkie zaprezentowane powyżej rozważania są niczym w porównaniu z ogromem zagadnień jakie Gustaw Herling-Grudziński porusza w pierwszym tomie Dziennika pisanego nocą. Na uwagę zasługuje także fakt, że drugi tom także został już opublikowany, a trzeci zostanie wydany już we wrześniu – oba o znacznej objętości. Dokonałem więc egoistycznie wyboru tych elementów, które mnie najbardziej zainteresowały, a do zbadania innych, prawdopodobnie bardziej ciekawszych, z pełną życzliwością zachęcam.

Gustaw Herling-Grudziński „Dziennik pisany nocą” Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011, s. 796

Autor: Przemysław K.


[1] Cytat zaczerpnięty z ostatniej strony okładki.

[2] Wszystkie cytaty wykorzystane w tym akapicie (do tego miejsca) pochodzą ze strony 293.

[3] http://www.democracynow.org/2004/7/16/the_greatest_poet_of_the_20th [dostęp: 08.08.2012 r.]

Mnie tu nie ma

Niezwykły portret „zwykłego” człowieka

Co łączy ze sobą dwie dziennikarki: Joannę Sczęsną oraz Annę Bikont? Między innymi współpraca przy założeniu dwóch pism – „Gazety Wyborczej” oraz „Tygodnika Mazowsze”, a w szczególności autorstwo biografii Wisławy Szymborskiej. Jej pierwsza odsłona, pod tytułem „Wisławy Szymborskiej pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny”, wydana w rok po otrzymaniu przez poetkę nagrody Nobla, doczekała się ostatnio (w pięć miesięcy po jej śmierci) reedycji, oczywiście znacznie poszerzonej, uaktualnionej i przejrzanej.

Już pierwsze słowa tego opracowania ukazują nam całą specyfikę tej postaci: Wisława Szymborska nie lubiła wścibstwa, nawet zaświatowego. Nigdy nie chciała mieć „biografii zewnętrznej”, zawsze uważała, że wszystko, co ma do powiedzenia o sobie, jest w jej wierszach. (s. 5) Do czasu „tragedii sztokholmskiej” zauważana jedynie przez środowisko kulturalne stała się mimowolnie osobą publiczną. Bardzo  rzadko udzielała wywiadów, za każdym razem dziennikarz (przyzwyczajony do wylewności telewizyjnych celebrytów) podejmujący się trudnego zadania rozmowy z nią napotykał na opór, którego nie sposób było pokonać. Od razu dawała mu odczuć, że nie lubi odpowiadać na pytania dotyczące swojego życia i nie rozumie ludzi, którzy zwierzają się ze wszystkiego. (s. 5)

Choć nie była zachwycona, gdy dowiedziała się o tym, że ktoś pracuje nad książką o niej, to pierwsze wydanie niniejszej pozycji wywołało w niej oszczędny entuzjazm: Miałam wielkie szczęście, że moją biografię pisały prawdziwe dziennikarki, które wiedziały, że człowiekowi nie wchodzi się z buciorami do duszy. Przy redagowaniu pierwotnej wersji bardzo uważała, aby pod żadnym względem nikogo nie urazić. Przy tej okazji doszła do wniosku, że jej całe życie było wyprane z dramatyzmu. Pomimo tego wyznaje: Życie miałam właściwie szczęśliwe, jednak było w nim wiele śmierci, wiele zwątpień. Unikała mówienia o swoim charakterze, była świadoma tego, że wielu zna ją od strony anegdotycznej (wesołej), poświęcającą większość dnia na gry i zabawy. Co ciekawe taki stan rzeczy był z góry zamierzony, a ona nie próbowała tego nigdy zmienić, mając ciężkie zapaści, ciężkie zmartwienia,ukrywała się, aby nie pokazywać ponurej twarzy.

Mam wrażenie, że biografia ta nie została napisana dla ludzi, którzy wraz z Wisławą Szymborską przeżyli najważniejsze wydarzenia ostatniego wieku, dla tych miłośników jej poezji znających wszystkie nieliczne fakty, jakie przeniknęły do obiegu publicznego. Jej zadaniem nie jest uzupełnienie luki widocznej nawet nieuzbrojonym okiem. W książce tej takie osoby prawdopodobnie nie odnajdą nic nowego, co najwyżej uzupełnienie (uściślenie) dotychczasowych wiadomości i anegdot lub szczegółowy portret środowiska w jakim żyła. Większość zawartych tutaj wniosków oparta jest na znanej już nam argumentacji. Jednak pomimo tego pozycja ta bezwzględnie powinna się ukazać. Prawdopodobnie największą tajemnicą naszej noblistki był brak tajemnicy, której wszyscy u niej z niecierpliwością poszukiwali. Widać, że niniejsze opracowanie stanie się więc najbardziej „przydatne” dla jej przyszłych miłośników, nie mających jeszcze okazji poznać jej dorobku i specyficznego usposobienia, siłą rzeczy powiązanego z wierszami.

Całość składa się z dwudziestu dwóch rozdziałów. Zważywszy na specyfikę postaci Wisławy Szymborskiej nie mamy tutaj do czynienia z ujęciem chronologicznym, a jedynie z omówieniem poszczególnych wydarzeń i aspektów jej życia i twórczości. I tak, wzorem poetki, warto wymienić niektóre z nich, poruszane przez autorki. Omawiane są jej podróże, zmiany mieszkań, praca publicystyczna (np. w ramach cyklu „Lektur nadobowiązkowych” czy w czasopismach m.in. w „Życiu literackim”), losy przodków, dzieciństwo, małżeństwo, związki miłosne (na czele z miłością do Adama Włodka i Kornela Filipowicza), rolę jaką w jej życiu odegrali Michał Rusinek, Czesław Miłosz czy inni, bliscy jej ludzie. Nie brakuje także próby (oczywiście z góry skazanej na porażkę, czego świadome są autorki) opisania jej techniki tworzenia, co zostało oparte na wnikliwej analizy wierszy w kontekście wydarzeń biograficznych.

Bardzo dobrze napisana biografia, choć wyznawcom konkretyzmu i miłośnikom linearnej interpretacji faktów zapewne nie przypadnie do gustu. Autorki deklarują, że swoje wnioski oparły o cykl rozmów, jednak tak naprawdę nie sposób, po przeczytaniu tej pozycji, nie dojść do wniosku, że większość z zaprezentowanych tutaj rozważań została wysnuta z domysłów i zwierzeń przyjaciół noblistki, dzięki którym jedynie można było stworzyć taki spójny portret.

Na koniec warto dodać, że w tej publikacji odnajdziemy bardzo szczegółowo opracowane kalendarium życia Wisławy Szymborskiej, bibliografię podmiotową (w której co ciekawe odnajdziemy spis wielu wydań obcojęzycznych na temat poetki) oraz bibliografię przedmiotową.

Autor: Przemysław K.

Anna Bikont, Joanna Szczęsna „Pamiątkowe rupiecie. „Biografia Wisławy Szymborskiej”, wydawnictwo Znak, Kraków 2012, s. 576

Niezwykły portret „zwykłego” człowieka

Opole – bestia, nie miasto

Bestiarium to debiut powieściowy Tomasza Różyckiego (ur. 1970 r.), który dotychczas zasłynął utworami pisanymi wierszem. Jednak w tym przypadku pisanie prozą jest działaniem pozostającym jedynie w sferze formalnej utworu. Po głębszym przestudiowaniu faktury całości wydaje się, że po drobnych przeróbkach z tego tekstu łatwo dałoby się uczynić poemat, a nawet tematyczny cykl wierszy. Jako, że główna oś narracyjna tej powieści jest bardzo wyraźna, została nawet szczegółowo zaprezentowana na okładce, to odnoszę wrażenie, że to nie zaprezentowanie przygód głównego bohatera jest głównym celem autora. Jednak mimo to warto zwrócić na nie uwagę. Młody człowiek w środku nocy budzi się z przekonaniem, że jego życie zrobiło pół obrotu, a świat zatrzymał się nagle ze zgrzytem i łomotem (s. 7). Wszystko wydawało się zastygłe w ruchu, pozostawione bez kontroli, a noc stała się fioletowa i ciężka (s. 7).  Poczucie osamotnienia jeszcze bardziej potęguje trwogę, na razie kiełkującą w duszy bohatera: Nie wiedziałem dobrze, gdzie jestem. Krzesła, ściany, sufit były znane i nieznane, jak to bywa we śnie (s. 7). Jednak już po chwili przychodzi pewne zrozumienie, umysł zaczyna łączyć w spójną całość nieliczne fakty: Na podłodze ciała jakieś skłębione (…). Dyskurs głębi, ponieważ w tym kłębowisku na pewno widzę ciało pedagogiczne i akademickie ciało i ich dyskurs tam trwa, mamrocze coś (s. 9). I, co najważniejsze, bohater zdaje sobie sprawę z własnej osobowości: I oto ja, magister filologii obcej, w cudzym mieszkaniu, w takim położeniu, ze śladami walki na ubraniu. Wieczorek zapoznawczy? Integracja ciała pedagogicznego (s. 9). Po tym (nie)przebudzeniu (wprowadzeniu) i przegranej walce o zdobycie wody przychodzi pora na wyjście z dotychczasowego środowiska w noc, w sen, z psem przewodnikiem o sierści koloru niejasnego, niepewnego (s. 12). Po stosunkowo krótkiej wędrówce, która także nie obyła się bez zbędnych trudności, dociera do kamienicy gdzie spotyka członków swojej rodziny: babcię, która niepostrzeżenie daruje mu wszystko otwierający klucz, wuja zbierającego jako ksiądz dusze do butelek i kontrolującego drugi, podziemno-piwniczny świat miasta. Pod jego przewodnictwem indywidua z nizin społecznych konstruują tam nieudolnie arkę mającą już za chwile uchronić wszystkich przed nadchodzącą powodzią. Okazuje się bowiem, że od przeszło czterdziestu dni nieustannie pada deszcz, zesłany przez tajemniczych polityków chcących uczynić z Opola (bo w nim prawdopodobnie toczy się akcja tego utworu) drugą Wenecję. Jak się jednak łatwo domyślić powódź stanie się przydatnym oczyszczeniem kapitalistycznego świata, podatnego na globalizację, a nie jego doszczętnym unicestwieniem. Nie to jest główną przyczyną: trzeba teraz potopu, żeby po tym, co się działo w ostatnim wieku, ziemię obmyć, może już nie ma na nic pomysłu (…). Ani na cywilizację, ani na system polityczny, wszystko źle. Było już, i źle. Liberalizm, komunizm, socjalizm, nic nie działa dobrze. Ani iść na wojnę, bo wojna to koniec nas wszystkich. (…) A sztuka doszła do ściany, nie można już dalej, nie można. Nic już więcej, pożeranie ogona własnego od lat (s. 123) – jak trafnie diagnozuje stryj nocnego lunatyka. I w tym momencie znów przychodzi głównemu bohaterowi odbyć długą podróż, wydającą się nie mieć końca, po zakamarkach podziemnego świata i niezliczonych piętrach kamienicy. Choć fantasmagoryczna rodzina prowadzi bohatera przez stworzone uniwersum to równolegle prosi go o ostateczną decyzję, jakby wymuszając na nim jakieś uporządkowanie: Zdecyduj się: raz latasz, innym razem pływasz, potem przez ściany przechodzisz bez szwanku. Zdecyduj się w końcu. Dzień jest czy noc? Wszystko pomieszałeś. Brak konsekwencji w twojej historii (s. 201).

Nazywana powieścią, nie jest jednak podręcznikowym przykładem powieści, wydaje się być czymś więcej… Bez wątpienia autor dotarł do samych granic polszczyzny, za którymi znaleźć można jedynie słowotwórstwo. Już na pierwszy rzut oka widać, że nie obcy jest mu poetycki dynamizm, który wykorzystał w ukazywaniu snów jako codzienną iluzję, otaczającą smutną rzeczywistość. Choć reklamowana jest jako zabawna to wydaje mi się, że zawarty tutaj humor jest jedynie śmiechem przez łzy, pozostającym jedynie w sferze groteski i satyry.

Autor: Przemysław K.

Tomasz Różycki, „Bestiarium”, wydawnictwo Znak, Kraków 2012, s. 198

Opole – bestia, nie miasto

Poczuj to, kres się zbliża

Poczucie kresu – nagrodzona w 2011 roku nagrodą Bookera najnowsza książka Juliana Barnesa (ur. 1946), wybitnego angielskiego pisarza, poddaje w wątpliwość dotychczas nam znaną konwencję powieści. Tym razem autor Papugi Flauberta postanowił złączyć ze sobą kilka aspektów: esej, fabułę oraz próbę stworzenia autobiografii, której autorem miał być główny bohater. Już pierwszy, bardzo intrygujący, akapit tego dzieła uzmysławia nam, że nie jest to klasyczne ujęcie tematu. Sześciopunktowy plan (zarys) całości pozwala odbiorcy już na początku zapoznać się z kompendium różnobarwnych plam wspomnień bez znajomości ich szerszego kontekstu. Później przychodzi pora na osobliwą wędrówkę podczas której dotychczasowa niewiedza ma zostać uzupełniona w sposób równoległy, w tym samym momencie bowiem z faktami oswajać się będzie i czytelnik i bohater.

Reklamowana przez wydawcę jako Podróż w czasie do zaskakującego celu rozpoczyna się w sposób czysto linearny. Narrator, będący (jak dowiadujemy się później) już na emeryturze, dokonuje myślowej retrospekcji do czasów swojej młodości, gdy był częścią grupy młodych intelektualistów, chociaż określenie to, jak sam wyznaje, jest zbyt przesadzone w tym kontekście. Pewnego dnia ich grono nieznacznie się powiększa o Adriana Finna – wysokiego i nieśmiałego chłopca, który spuszczał wzrok i nie zdradzał swoich myśli (s. 10). Choć na początku czekali na jego pierwszy krok, nie zwracali na niego uwagi, to już po kilku dniach stali się pewnego rodzaju, idealnie uzupełniającą się, jednością. Jednak, co okaże się później znamienne, nie wstąpił on świadomie do ich wspólnoty, a jedynie pozwolił się wchłonąć, nie dając po sobie poznać, że mu na tym zależy (s. 14).

Od razu uświadamiają sobie, że nowy nie przystaje do nich, ponieważ na ogół zachowywał się poważnie, z wyjątkiem chwil, kiedy robił sobie jaja (s. 13). Prezentuje całkiem odmienny od swoich kolegów światopogląd: w trakcie modlitwy porannej wygłaszał stosowne kwestie, czynnie uczestniczył w zajęciach wychowania fizycznego i przychodził do szkoły z klarnetem (s. 14). W dodatku miał w zwyczaju zachowywać swoje opinie dla siebie, co jego zbuntowanym przeciw rzeczywistości rówieśnikom nie przypadło do gustu. Choć jego życie nie zawsze było kolorowe to nie szukał w nim powodów do narzekań. W międzyczasie bohater dokonuje ocen swojej postawy w tamtym czasie. Zauważa, że czuł się uwięziony w jakimś kojcu i z niecierpliwością oczekiwał na czas gdy zostanie uwolniony, na czas gdy w pełni dorośnie i jego życie nabierze tempa. Bardzo się jednak mylił. Dorosłe życie okazało się bowiem jeszcze większym niewolnictwem niż dotychczasowa egzystencja, a obowiązek dokonywania nieustannych wyborów coraz bardziej go przytłaczał. Jak wszyscy w ich wieku był spragniony prawdziwego życia, wątpił w polityczne i społeczne systemy oceniając je jako skorumpowane i nie miał świadomości pretensjonalności własnego zachowania i wypowiedzi. Nie poszukiwał jednak racjonalnego zamiennika uważając, że jedynie chaos będzie skutecznym rozwiązaniem. Refleksje te poparte filozoficznymi rozważaniami często stają się zawarte w filozoficznych quasiesejach, nie będących jednak próbą ujęcia własnych poglądów w ogólnym tle filozoficznym epoki.

Z biegiem czasu w grupie młodych ludzi coraz bardziej stała się widoczna filozoficzna rola Adriana, który nakłaniał pozostałych do posługiwania się w życiu myślą oraz regułami. Ich pierwszymi młodzieńczymi lekturami były dzieła Russela, Wittgensteina, Camusa, Nietzschego, Orwella, Huxleya, Baudelaire’a oraz Dostojewskiego, choć każdy z nich miał własne określone preferencje i starał się nie wykraczać poza  nie. Co oczywiste nie szanowali zdania rodziców, którzy widzieli sprawy inaczej, traktując swoje dzieci jak niewiniątka zagrożone niespodziewanie przez trujące wpływy (s. 17). Pewną przerwą w codziennej rutynie stało się samobójstwo Robsona z szóstej klasy o profilu ścisłym, który zabił się prawdopodobnie po tym jak dowiedział się, że zostanie ojcem dziecka swojej dziewczyny. To pozornie nic nie znaczące wydarzenie stanie się później pewnym znakiem, modelem postawy człowieka nie mogącego poradzić sobie z nadmiarem czekającego go obowiązku. I na tym wypadałoby skończyć opis tła tej powieści, gdyż później wydarzeń (faktów) jest niewiele. Ich miejsce zajmuje często eseistyczny ton, przeplatany z mimowolnym podążaniem za dotychczas rozpoczętą fabułą, co prowadzi do (nie)rozwiązania (?) tajemnicy spadku, na który złożą się dwa dokumenty i pięćset funtów, będące tak naprawdę przyczyną wszczęcia całego zamętu i główną osią fabularną powieści.

Jak wiemy Julian Barnes jest przedstawicielem współczesnego postmodernizmu. Nie powinien więc zaskakiwać fakt, że w swojej najnowszej książce chce w oryginalny sposób zawrzeć opowieść na temat największego problemu dzisiejszego świata – starzenia się. Obecne społeczeństwo źle znosi kontakt z ludźmi w wieku poprodukcyjnym, tworzących przez to mimowolnie pewnego rodzaju zasłony mające na celu zniekształcenie ogólnego obrazu rzeczywistości i zręczne omijanie pułapek pamięci, która z biegiem czasu zaczyna szwankować. Bardzo interesujący, ciekawie i dynamicznie, wprost na oczach czytelnika,  rozwijany koncept.

Autor: Przemysław K.

Julian Barnes „Poczucie kresu”, Przekład Jan Kabat, wydawnictwo Świat książki, Warszawa 2012, s. 176

Poczuj to, kres się zbliża

Kontakt

Komunikacja werbalna (dźwiękowa) jest w gruncie rzeczy najważniejszym narzędziem poznawczym człowieka. We współczesnym świecie stereotyp mówiący o tym, iż to język „mówiony” jest jedynym możliwym sposobem komunikacji coraz bardziej się pogłębia, a dla większości z nas mowa jest czymś tak fundamentalnie naturalnym, że nie możemy zrozumieć ludzi muszących porozumiewać się za pomocą innych technik. Olivier Sacks, wybitny autor popularnonaukowych książek, w tej kolejnej pozycji dokonuje pewnego rodzaju próby zebrania wszystkich dostępnych nam informacji na temat problemów ludzi głuchych, które stara się umiejscawiać równolegle w kontekstach kulturowych, historycznych i etnicznych. Autor, tak samo jak większość jego czytelników, na początku sam musiał dogłębnie zbadać dziedzinę, która pochłonęła go w rezultacie bez reszty. Co najważniejsze nie pozostał on jednak naukowym dydaktykiem, jak wyznaje: „Poznałem wiele osób niesłyszących i ich rodziny; odwiedziłem szkoły dla niesłyszących oraz jedyny w swoim rodzaju uniwersytet dla niesłyszących (Gallaudet University); poznałem Marthę Vineyard, której cała rodzina, ze względu na istniejące zaburzenie genetyczne, jest głucha i używa języka migowego; miałem przyjemność poznania autorytetów naukowych, którzy poświęcili swoje życie badaniu języka migowego i fukcjonowania osób niesłyszących w społeczeństwie, i przekazali mi swoją wiedzę, pasję – były to siły motywujące mnie do pracy – oraz uzmysłowili mi istnienie obszarów jeszcze nie zbadanych” (s. 9-10). Badacz uzmysławia nam, że badanie i nauka języka migowego pozwala nam zrozumieć prawa rządzące całą naszą cywilizacją – w dzisiejszym świecie bardzo trudno wyobrazić nam sobie jak życie człowieka wyglądałoby bez komunikacji. Co oczywiste rozwój kultury oraz samego człowieka byłby wtedy niemożliwy lub bardzo utrudniony. Mimo tego, że wspomniane procesy powinny interesować każdego z nas, Sacks w przedmowie stara się jeszcze przekonać nieprzekonanych: „Mogłoby się wydawać, że badanie życia ludzi niesłyszących i języka, którym się posługują, to zagadnienia bardzo wąskie, interesujące jedynie nielicznych” (s. 11). Wszystko to jest jedynie pretekstem do ukazania miejsca człowieka w obecnej, trudnej rzeczywistości, jak uzasadnia autor: „dochodzimy do wniosku, że cechy, które wyróżniają człowieka spośród innych stworzeń –  język, myślenie, kultura – nie pojawiają się w nas automatycznie, nie są funkcjami czysto biologicznymi; jest to dar – jeden z największych, jakie można sobie wyobrazić – który przekazywany jest z pokolenia na pokolenie” (s. 11). Istnieje jednak ostateczna nadzieja. Wszystkie dotychczasowe badania naukowe wykazują, że nasz mózg posiada niewyobrażalne zdolności adaptacji do nowych warunków, do których należy na przykład pozbawienie ciała zdolności odbierania dźwięków. Olivier Sacks stosuje bardzo specyficzną technikę wywodu. Jego rozważania rozgałęziają się na wiele dygresji, umiejscowionych czy to w samym tekście czy w licznych, nadużywanych przypisach, których nie sposób pominąć – często bowiem wiele wnoszą do ogólnego toku wypowiedzi, niekiedy jednak wydają się zupełnie zbędne. Autora jednak usprawiedliwia fakt, że wybrana tematyka jest tak rozległa, że nie sposób omówić ją w całości; siłą rzeczy kształtują się więc przeróżne nieformalne podrozdziały – wiele wyjaśniające jednak powodujące ogromny zamęt w umyśle odbiorcy. Największą ich część stanowią opisy sytuacji ludzi dotkniętych głuchotą, które powiązane są z opiniami Oliviera Sacksa zespolonymi natomiast z różnorakimi propozycjami ich rozwiązania. Należy także zwrócić uwagę na to, że pozycja ta została pierwszy raz opublikowana w 1989 i (co oczywiste) nie może zawierać wszystkich aktualnych informacji na temat sytuacji głuchych w dzisiejszym świecie. Bardzo trudna książka, nie tylko ze względu na obrany przez autora temat. Wymaga zastanowienia i zmusza do działania, aby nieustannie pracować nad równouprawnieniem każdego członka społeczeństwa.

Autor: Przemysław K.

Oliver Sacks, „Zobaczyć głos”, wydawnictwo Zysk i Spółka, Poznań 2012, przekład Adama Małaczyńskiego, s. 260

Kontakt

Chęć

 Aż cztery lata minęły od wydania ostatniej powieści Jerzego Pilcha i zapewne jeszcze trochę przyjdzie nam czekać na następny pokaz jego twórczych dokonań. Tymczasem w nasze ręce trafia „Dziennik” z lat 2010-2011, publikowany we fragmentach w „Przekroju”. Napotykamy więc na felietony siłą rzeczy poruszające różnorakie tematy, w danym czasie interesujące większość społeczeństwa, czy też poszczególne jego grupy, jak środowisko literackie. Już na pierwszy rzut oka widać, że Jerzy Pilch nie jest obserwatorem starającym się pisać o wszystkim co dzieje się w interesujących go dziedzinach – z oczywistych względów wybiera on bowiem co pewien czas tylko jeden ich element, który następnie opisuje i komentuje w kolejnych wpisach, następujących po sobie w sposób chronologiczny. Bardzo trudno oceniać dokonywane tutaj przez autora oceny, możemy jedynie skupić się na tym jaki obraz wewnętrznego życia tego wybitnego prozaika wyłania się z tych zapisków. Na okładce widzimy bowiem poważnego, dojrzałego, prawdziwego intelektualistę-literata, który całe swe życie poświęcił literaturze. Jednak podczas lektury nietrudno zdać sobie sprawę z tego, że pisarz ten ma o wiele bardziej złożoną osobowość. Bez zbędnego skrępowania potrafi kpić, wychwalać i ganić w wieloraki sposób, często bardzo skryty, pełny aluzji, a często w pełni otwarty, wzywający do ożywczej polemiki. Zawiedzie się jednak ten, który od tego tomu będzie oczekiwał barwnych, osobistych wyznań – w tym przypadku rzadko natrafimy na takie fragmenty, jednak, jeżeli w końcu je odnajdziemy, w pełni zaspokoją nasz głód bezpośredniego obcowania z tą osobowością. Jednym z przykładów takiego uzewnętrzniania się jest ten oto cytat, pochodzący z 3 lipca 2011 roku, chyba najbardziej wyrazisty: „Nawet gdy chlanie przerodziło się w horror studzienny, radziłem sobie: wpadałem na dno flaszki na tydzień i po tygodniu wypływałem na wierzch ze zdwojonym zapałem do życia i ze zdwojonym zachwytem dla świata. Sypiałem dobrze, tak dobrze, że w pewnym sensie nie mogłem się doczekać, kiedy się obudzę i zaznam żarliwej bujności kolejnego dnia. Świeżutki jak szczygiełek wstawałem wczas, pełen werwy zabierałem się do pracy. Dla jeszcze znaczniejszego wzmożenia pisarskiej jazdy wypijałem morza mocnych jak samogon i gęstych jak wulkaniczna lawa kaw; popołudniami ruszałem na miasto. Centrum Warszawy, w którym się obracałem, zwłaszcza w upalne dni, upajało mnie narkotycznie. Pisałem książki, które osiągały wysokie, coraz wyższe nakłady; kolejni wydawcy (zmieniałem ich z nieomylną intuicją) coraz więcej mi płacili, kolejne redakcje (zmieniałem je w identycznym trybie), w których ogłaszałem felietony, podpisywały ze mną sute, gwiazdorskie kontrakty, kobiety były mi przychylne (…). Byłem wybrańcem i wiedziałem, że jestem wybrańcem. Bóg, jeśli istniał, czuwał nade mną. Wprost tego nie wypowiadałem, że mój fart jest dowodem na Jego istnienie.” (s. 364) Autor rzadko odnosi się do własnej osoby. Choć uważa się za kogoś wyjątkowego to cóż mu jednak z tej wyjątkowości jeżeli żyje w tak zepsutym kraju, pełnym psychopatów gotowych w każdej chwili wbić mu nóż w plecy? Nie waha poruszać się trudnych tematów, będąc w pełni świadomym swojej pisarskiej roli. Obserwuje świat, wytykając mu jednocześnie wiele niepotrzebnych zmian, niewprowadzających tak naprawdę niczego wartościowego. Oczekuje, aby zawsze było tak samo: „Żeby zawsze rankiem pić kawę z tej samej filiżanki, po południu w tej samej kawiarni, żeby, tak jak czyni to zdecydowana większość ludzkości, w nocy spać, w dzień pracować, żeby określoną liczbę godzin pisać, określoną czytać, żeby regularnie chodzić na spacery, do kina i na mecze, żeby początek „Faktów” o dziewiętnastej to była święta godzina, czyli początek zawsze takiego samego wieczoru, żeby – poza tym, że latem zawsze w to samo miejsce i na tak samo długo – nigdzie nie wyjeżdżać, w ogóle – błagam – żadnych podróży, też żadnych arcyważnych spotkań na mieście.” (s. 21). Od razu widać, że technika prowokacji także nie jest mu obca, swobodnie przeplata autoironię z charakterystyczną dla niego „samobójczą” szczerością. Przykład Pilcha pokazuje, że współczesny twórca musi być osobą pełną sprzeczności – dopiero wtedy staje się najbardziej wiarygodnym i zaufanym towarzyszem, co szczególnie ważne w felietonach. Warto także zwrócić uwagę, że nie jest fundamentalistą w swych refleksjach, potrafi wrócić do swych dawnych przekonań.

Autor: Przemysław K.

Jerzy Pilch, „Dziennik”, wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2012, s. 464

Chęć

Ktoś zadaje mi ból…

Pierwsze polskie tłumaczenie najbardziej różnorodnego tomu korespondencji Franza Kafki (1883-1924), jednego z najwybitniejszych niemieckojęzycznych pisarzy. Jest to bardzo trudna i wymagająca zaangażowania książka ze względu na niewyobrażalną ilość poruszonych tutaj tematów. Każdy więc kto chce ją nawet ogólnikowo omówić napotyka na ogromną trudność, niesłychanie ciężko bowiem jest wybrać spośród nich te najbardziej ciekawsze, pokazujące, że pozycję tą naprawdę warto znać, bez względu na to jaką sympatią darzymy „Proces”, „Zamek” czy „Amerykę”.

Pierwszy wpis jaki odnajdziemy w tym tomie to zapis dokonany w pamiętniku. Został on poczyniony w 1900 roku, czyli w czasie, gdy autor miał dopiero siedemnaście lat. Pomimo młodego wieku widać w nim ogromną dojrzałość literacką, dostrzegalną między innymi w tym interesującym cytacie, który szczególnie przypadł mi do gustu: „Słowa są bowiem złymi alpinistami i złymi górnikami. Nie przynoszą skarbów ze szczytów gór ani z głębin kopalni! (…) Ale nie można niezdarną dłonią i topornym narzędziem wpisać się w tę nieskalaną pamięć, można tylko na te białe, skromne strony. To uczyniłem 4 września 1900 roku.” (s. 7). Jak widzimy już tutaj jest świadom, że w jego życiu główną rolę odegrają słowa, łączone w wielowymiarowe obrazy. Wie także, iż tego typu intelektualne zniewolenie nie przyniesie mu materialnych korzyści, jedynie, przy założeniu powodzenia w literackiej materii, wpisanie w pamięć papierowych stron, szybko ulegającym zniszczeniu. Z biegiem czasu następuje bardzo znaczny wzrost formy w pisaniu listów, a przede wszystkim w ich ilości – wraz z upływem lat znacznie powiększa się zakres korespondentów i zażyłość z jaką do siebie piszą. Po upływie kilkunastu miesięcy od wspomnianego wpisu Franz zaczyna wysyłać listy do Oskara Pollaka, swojego szkolnego kolegi. Zwierza się mu ze swoich przyrodniczych doznań, jakie stały się jego udziałem podczas pobytu w Liboch na przełomie sierpnia i września 1902 roku. Pozwolę sobie zacytować ten bardzo wyrazisty fragment: „Przedziwny jest czas, który tu spędzam, co pewnie zauważyłeś, a ja potrzebowałem tak przedziwnego czasu, czasu, gdy godzinami leżę na murze winnicy i gapię się na deszczowe chmury, które nie chcą stąd odejść, albo na dzikie pola, które stają się coraz dalsze, kiedy ma się w oczach tęczę, albo gdy siedzę w ogrodzie i opowiadam dzieciom bajeczkę (…), albo buduję zamki z piasku, albo bawię się w chowanego, albo rzeźbię stoły (…). Przedziwny czas, czyż nie? (…) Czy dostrzegłeś już, jak cienie późnego lata tańczą na zoranej, ciemnej ziemi, jakby były żywe? Czy dostrzegłeś, jak ziemia podnosi się ku jedzącej krowie, jak ufnie się podnosi? Czy dostrzegłeś już, jak ciężka, tłusta gleba kruszy się pod zbyt delikatnymi palcami, jak dostojnie się kruszy?” (s. 13). Jesteśmy więc świadkami poetyckich medytacji, pozostających często w sferze fragmentu, jednego ułamka całości wszechświata, podatnego na rozszczepianie. Jednak na największą uwagę, biorąc pod uwagę tę część epistolografii, zasługuje list z 8 listopada 1903 roku, gdzie Kafka zamieszcza „kilka wersów” i zachęca swojego przyjaciela do przeczytania ich „w dogodnej chwili” (s. 20). Napotykamy więc na ogromne zaskoczenie: autor „Procesu” pisał wiersze!

Po chwili, w 1904 roku, do grona adresatów dołącza Max Brod (1884-1968), prawdopodobnie najbliższy przyjaciel Kafki i największy propagator jego twórczości. Tutaj z kolei następuje ukierunkowanie na tematy ściśle literackie. Już teraz, u samych początków twórczych zmagań, odczuwalny jest, potem stale powracający, fizyczno-duchowy ból: „…dźwigam tak moje bóle głowy od jednego mocnego postanowienia do drugiego, równie mocnego, ale przeciwnego. A wszystkie te postanowienia ożywiają się, znoszą wybuchy nadziei i życia w zadowoleniu, ten chaos następstw jest jeszcze gorszy niż chaos postanowień. Jak kula z dubeltówki lecę z jednego w drugie i zsumowana irytacja, którą w mej walce dzielą między siebie żołnierze, widzowie, kule z dubeltówki i generałowie, przyprawia mnie samego o drżenie. Ty jednak chcesz, żebym całkiem nie mógł bez Ciebie żyć, żebym przez jakiś długi spacer uczuć zmęczył je i usatysfakcjonował, podczas gdy Ty ciągle się płoszysz, a latem wkładasz futro tylko dlatego, że zimą może być chłodno. Poza tym nie mam żadnego życia towarzyskiego, żadnych rozrywek. Wieczory spędzam na małym balkonie nad rzeką, czytam nieraz czasopisma dla robotników i nie jestem dobrym człowiekiem.” (s. 38). Adresatką tych słów, co znamienne, jest Hedwiga Weiler (1888-1953) – jedna z pierwszych i największych młodzieńczych miłości pisarza. Niestety, jak pokazują dalsze losy Franza Kafki, nigdy nie zwiąże się na długo z tą samą kobietą – idealnym dowodem na to jest jego owiany dziś aurą tajemniczości legendarny związek z Felicją Bauer, który swoją kulminację miał nawet w postaci zaręczyn zawartych 30 maja 1914 roku. Jednak już po chwili, w tym samym roku, 12 lipca doszło do ich zerwania. Później następują wzmianki jakoby jednak pomimo tego miał być planowany ślub z Felicją, lecz dopiero po wojnie, po nastaniu lepszych czasów. Także te plany spaliły na panewce. Franz Kafka do końca życia więc pozostał kawalerem. Już w tym momencie pisarz zdawał sobie sprawę z tego jakim człowiekiem jest naprawdę. Choć na początku znajomości kobiety bardzo go pociągały to na dłuższą metę nie wytrzymywała jego wątła psychika. Wydawało mu się, że samą swoją stałą obecnością krzywdził otaczających go ludzik, których w głębi duszy przecież ogromnie kochał, dlatego też starał się zawsze pozostawać poza wszystkim. Jego umysł odczuwał zatem ogromne męczarnie – chcąc być czynnym uczestnikiem życia przeróżnych społeczności stale musiał pozostawać w samotności. Ponad wszystko cenił ciszę, ma się rozumieć przez nic nie zakłócaną, i bezgraniczny spokój. Nie znosił więc długotrwałego przebywania z tą samą osobą, a tym bardziej obcowania z nią do końca swoich dni, każda obecność wiązała się bowiem z drażnieniem jego artystycznej duszy. W licie do Broda pisze: „Czy mam dziękować, że nie mogłem się ożenić? Stałbym się wówczas taki, jakim się teraz stopniowo staję: szalony” (s. 296). Ciągle zrywane zaręczyny, z kobietami o odmiennych charakterach, uzmysłowiły mu, że jest skazany na samotność, która go zaspokajała w zupełności. Daje tego wyraz między innymi w tym fragmencie: „Brak odpowiedzi przyczynia się też do pragnienia, żeby wokół człowieka zrobiło się cicho, i najchętniej zanurzyłbym się w tę ciszę i nigdy nie wynurzył. Jak bardzo potrzebuję samotności i jak zanieczyszcza mnie każda rozmowa! W sanatorium właściwie nie mówię, przy stole siedzę pomiędzy starym generałem (…) a małą Szwajcarką o włoskiej aparycji i przytłumionym głosie, która jest niezadowolona ze swego sąsiedztwa. Zauważam właśnie, że nie tylko nie mogę mówić, ale też i pisać, chcę Ci powiedzieć mnóstwo rzeczy, ale nie pasują one do siebie albo obierają fałszywy kierunek. Naprawdę nie napisałem od jakichś czternastu dni zupełnie nic, nie prowadzę dziennika, nie piszę listów, im cieńszą strużką płyną dni, tym lepiej.” (s. 115, list z 28 września 1913 do Maksa Broda). Z biegiem czasu wszystko to zaczyna przybierać bardziej łagodniejszą formę, jakby Kafka rozumiał, że nie ma dla niego idealnego miejsca, gdzie mógłby bez przeszkód żyć w hermetycznym, utopijnym dla niego, środowisku. Widoczne jest to między innymi w liście do Valli Pollak z początków listopada 1923 roku: „Gdybym w ten sposób chciał Ci napisać o wszystkim, z czym się stykam, nie doszedłbym oczywiście do końca i powstałoby wrażenie, jakbym prowadził bardzo intensywne życie towarzyskie, w rzeczywistości jednak jest wokół mnie bardzo cicho, choć nigdy zbyt cicho. Podniet Berlina, złych i dobrych, doświadczam niewiele, tych pierwszych oczywiście więcej.” (s. 503).

Z nadmiaru anegdot jakie tutaj napotkamy chyba najlepszym przykładem przedziwnego poczucia humoru Franza Kafki jest opowieść o walce z myszami zakłócającymi świętą ciszę snu. Z listu do Maksa Broda, z 24 listopada 1917 roku: „Dziwnym sposobem nie ma dużo wolnego czasu na pisanie listów. Zważ: od plagi myszy (…) nie mam właściwie pokoju. Z kotem, ale tylko z nim, mogę tam od biedy przenocować, ale siedzieć tam na przykład, żeby raz za koszem, raz przy oknie słyszeć chrobotanie (słychać pazur za pazurem), na to nie mam ochoty; kłopotliwe jest też jednak pilnowanie kota, który zresztą jest nader dobrym zwierzątkiem, by podczas pisania albo czytania nie wskoczył na kolana albo by zdążyć na czas z popiołem, gdy załatwia swe wielokrotne potrzeby; jestem, mówiąc krócej, nawet z kotem niechętnie sam – jeśli są przy nas jacyś ludzie, to niemiłe uczucie mija, poza tym jednak jest już dość uciążliwie rozbierać się przed nim, gimnastykować i iść spać.” (s. 197). Nawet z taką istotą jak kot Kafka czuł się więc bardzo obco. Za kilka dni ten drażniący dla niego temat znów powraca w korespondencji z Brodem: „Myszy okazały się straszne, niemożliwe jest trzymanie tego przed Tobą w ukryciu; z pomocą kota, którego zawsze wieczorem niosę przez rynek do domu „w ciepłych ramionach”, nieco je przepędziłem, ale już wczoraj znów wpadł do mnie z niezwykłym łoskotem zza kuchennego pieca grubiański szczur, którego prawdopodobnie nigdy jeszcze nie było w sypialni, musiałem zawołać kota z pokoju obok, gdzie go trzymam, gdyż nie jestem w stanie wychować go do czystości i boję się, że skoczy mi na łóżko; jakże ochoczo dobre zwierzę wyłoniło się z jakiegoś pudła o nieznanej zawartości, które w żadnym wypadku nie było przeznaczone do spania i należało do mojej gosposi; potem zrobiło się cicho.” (s. 199). Po chwili znów następuje kulminacja: „Drogi Maksie, odpowiadam dopiero dziś tylko przez przypadek, a także przez szczególne warunki lokalowe, świetlne i mysie. (…) Przed kilkoma dniami znalazłem dobre, nawet jeśli tylko prowizoryczne wyjście. Zostawiam kota na noc w pustym pokoju obok, zapobiegam w ten sposób zanieczyszczaniu mojej sypialni (trudno się w tym względzie porozumieć z tym zwierzęciem. Wydaje się, że zachodzą wyłącznie nieporozumienia, ponieważ kot wskutek razów i różnych innych objaśnień wie, że załatwianie naturalnej potrzeby jest czymś nielubianym i miejsce do tego musi być starannie wyszukane. Jak więc to robi? Wybiera na przykład miejsce, które jest ciemne, które prócz tego dowodzi mi jego przywiązania, a poza tym jest oczywiście także dla niego wygodne. Patrząc na to z ludzkiej strony, miejsce to jest przypadkiem wnętrzem mego pantofla. (…))” (s. 202)

Tego typu listy są także wspaniałymi dokumentami epoki. Podczas ich lektury dowiemy się na przykład o problemie z dostępem do żywności. Kafka, podczas pobytu na wsi, cały czas starał się oszczędzać jedzenie, by następnie wspomóc nim swoją rodzinę i przyjaciół, mieszkających w mieście, gdzie sytuacja była o wiele gorsza. W liście wysłanym z Turnau we wrześniu 1918 roku do Feliksa Weltscha czytamy: „Mleka i masła, mimo dostatku dobrego mydła i papierosów, nie dostałem ani odrobiny, a czyniłem już najrozmaitsze starania. Kobiety są jednak pod tym względem zręczniejsze. Chleb, który daje gmina, jest bardzo podły, a będzie jeszcze gorszy, nie znoszę go”. Interesujący jest także przypis do tego akapitu: „Już od ciężkiej zimy 1916/1917 w dotkniętych kryzysem Austro-Węgrzech wyrabiano chleb zmąki ziemniaczanej, żołędzi i trocin”. [oba cytaty ze strony 242] Bardzo ciekawe są także opisy dotyczące ówczesnych realiów środowiska literackiego. W liście do swego wydawnictwa pisze: „Przypadkiem dowiedziałem się od osoby trzeciej, że „Przemiana” i „Wyrok” ukazały się w 1922 roku w węgierskim przekładzie w koszyckiej gazecie (…).” (s. 457). W dzisiejszym, współczesnym świecie taki fakt bardzo dziwi – jak to możliwe, by pisarz nie wiedział gdzie ukazują się jego utwory, a informację na ten temat zdobywał „przypadkowo”?

Po lekturze tych listów bardzo trudno ocenić czy Franz Kafka czuł się doceniany przez swoje środowisko za literacką pracę, która kosztowała go tak wiele poświęceń. Choć jego książki osiągały minimalne nakłady (często nie przekraczając tysiąca egzemplarzy) w swojej epistolografii nie daje nam odczuć choć najmniejszych oznak rozgoryczenia z tego powodu. Wręcz przeciwnie – w pewnym momencie jest nawet zadowolony z nikłej sprzedaży swojego debiutanckiego tomu opowiadań. W liście z 6 listopada 1917 roku do Maksa Broda pisze: „Od Wolffa [wydawcy – przypis P.K.] dziś rozliczenie ponad 102 sztuk „Rozważania” [za lata] 16/17, zadziwiająco dużo (…).” (s. 191).

Kluczowym elementem tej epistolografii są rozważania na temat aktualnych lektur pisarza, wśród których przeważają dzienniki i zbiory listów. Tym bardziej więc dziwi, że Kafka nie zgadzał się na publikację swojej korespondencji między innymi z Maksem Brodem i Felicją Bauer. Prawdopodobnie nawet nie podejrzewał, że ktoś będzie mógł i przede wszystkim chciał aż tak dogłębnie poznać jego światopogląd, który był bezgranicznie wypełniony delikatnością. W swojej korespondencji zawsze starał się nikogo nie urazić, zawsze gdy o coś prosił umieszczał w tekście wiele zapewnień o tym, że gdyby prośba nie została zrealizowana, to on nigdy nie poczułby się urażony i zlekceważony. Odczuwał wielką estymę wobec swojego rodzeństwa. W liście do Ottli Kafki z 11 listopada 1918 roku pisze: „Twoje położenie nie jest łatwe, wiem. Być głodną, nie mieć własnego pokoju, tęsknić za Pragą i przy tym uczyć się tak wielkiego materiału to wielka próba, przetrwać ją to oczywiście także coś wielkiego” (s. 243). Życie było dla niego nieustanną przeszkodą, praktycznie nie do pokonania. Taki stan był jedynie trochę złagodzony przez fakt, że kiedyś w końcu ból ten przestanie mu doskwierać, a osiągnie to dzięki zbliżającej się śmierci. W jednym z kolejnych listów do siostry, z końca maja 1920 roku, czytamy: „Ze słów dyrektora można by wywnioskować, że chętnie wysłałby mnie na rentę. Bez sensu jest bowiem trzymanie urzędnika, którego uważa się za tak wymagającego odpoczynku, że ciągle trzeba dawać mu urlop. Albo jest to znak dalszego upadku świata?” (s. 295). I to właśnie siostra była dla pisarza prawdopodobnie najbliższą osobą; choć autor „Procesu” nigdy nie został formalnie mężem, to wielu wysnuwa tezę, że to z nią czuł się duchowo związany węzłem „małżeńskim”. Według biografów Kafki rodzeństwo tradycyjnie spotykało się w łazience swego rodzinnego domu przy Niklasstrasse 36, aby omówić ważne dla siebie kwestie bez udziału innych domowników.

Już w wieku 31 lat uważał się za „starego człowieka”. Franz Kafka to artysta z pewnością wykraczający poza swoją epokę. Obdarzony słabą siłą fizyczną, duchowo przewyższający wszystkich, Troszczył się o swoją rodzinę, nigdy nie chciał być dla kogoś ciężarem. W liście do Oskara Bauma z końca czerwca 1922 roku czytamy: „A więc nie zapominaj o mnie w Georgental, ale nie nadwerężajcie się też poszukiwaniem mieszkania. Jeśli nic nie znajdziecie, będzie to dla mnie smutek, ale nie nieszczęście, przed emerytowanym urzędnikiem świat stoi wszak otworem, dopóki ów świat nie zażąda więcej niż tysiąc koron miesięcznie.” (s. 415).

Jak wiemy autor „Procesu” zmarł z powodu gruźlicy. Jednak, jak pokazują te listy, „dziura w płucach” była jedynie symbolem dziurawej egzystencji, niepełnego życia, pustych miejsc których nie można było nigdy w pełni wypełnić. I takie właśnie było jego życie: na zewnątrz pozornie szczęśliwe, choć nękane przez przeróżne dolegliwości, to wewnętrznie od pierwszych chwil skazane na powolny rozpad i systematyczną degradację. Nieustanie czuje się skrzywdzony przez kogoś kto zmusił go do życia na tej niegościnnej dla niego ziemi. Niespokojna dusza, którą porównać można chyba jedynie do zepsutego nadajnika radiowego, w którym co chwilę występują zakłócenia w odbiorze i nadawaniu. Najgorsze jednak jest to, iż tak genialny artysta miał tego pełną świadomość, co w przypadku innych ludzi występuje bardzo rzadko. W liście do siostry i jej męża z czerwca 1921 roku czytamy: „tyle spokoju, ile potrzebuję, nie ma na świecie, z czego wynika, że prawdopodobnie człowiekowi tyle spokoju nie potrzeba (…) Zresztą jeśli każde popołudnie byłoby takie, a świat by mnie zostawił, zatrzymałbym się tu tak długo, aż trzeba by było mnie nosić w leżaku” (s. 371). W tym samym tekście mamy okazję także do przeczytania bardzo przerażającego w pewnym sensie takiego oto wyznania: „cofnąłem się wprawdzie w rozwoju do dziecka” (s. 371). Widzimy więc, iż autor czuł pewien dyskomfort tym, że ktoś musiał się nim cały czas opiekować jak człowiekiem, który dopiero co przyszedł na świat, a to mijało się z jego filozofią życiową – zawsze chciał być samotny ze stałą świadomością bliskości jaką miał ze swoimi korespondentami, do których mógł w każdej chwili skierować swoje myśli. Choć był przez całe życie, z różnych ewoluujących powodów, związany z Pragą to i tak miasto to pozostawało dla niego obce i zbyt klaustrofobiczne, zapewne takie odczucia były związane z ogólną niechęcią do większych zbiorowisk ludzkich i umiłowaniem naturalnego środowiska. W liście do Oskara Pollaka, z 20 grudnia 1902 roku, czytamy: „Praga nie popuszcza. Żadnemu z nas. Ta mateczka ma szpony.  Musielibyśmy podpalić ją z dwóch stron, (…), wówczas moglibyśmy się uwolnić. Być może rozważysz to do karnawału” (s. 13). Taka postawa nie zmieniła się nawet po kilkunastu latach – w liście do Roberta Klopstocka motyw ten znów powraca: „A Pan chce natychmiast do Pragi, do miasta? W ciepłe popołudnie przejść przez centrum, a i to jeszcze powoli, jest dla mnie jakbym był w długo niewietrzonym pokoju i nie miał sił nawet otworzyć okna, by w końcu odetchnąć. A być tu ciągle? W prosektorium? Zimą, w ogrzewanych, niewietrzonych pokojach?” (s. 399).

Był człowiekiem spokoju, bezgranicznej, niczym niezmąconej ciszy. Jakiekolwiek od tego odstępstwo bardzo go drażniło. Nie znosił ruchu oraz ludzi, którzy swą nieudolnością wzniecali huk, nie pozwalający osiągnąć mu stanu zobojętnienia, zadowolenie bowiem rzadko stawało się jego udziałem. W jednym z listów do Maksa Broda czytamy: „Abym się jeszcze trochę odciążył skargą: dziś od wpół do czwartej znów rampa przeładunkowa, młotki, turlanie bali, nawoływania ładowaczy, wczoraj o ósmej rano wreszcie się skończyło, dziś jednak pociąg towarowy przywiózł nowy ładunek, tak że prawdopodobnie będą to tak ciągnąć dalej także w porze przedpołudniowej, która dotąd przeważnie piękna. Aby wypełnić przerwę, właśnie teraz jakieś sto kroków ode mnie uruchomiono kierat, przeważnie stoi on cicho albo jest obsługiwany przez rozsądne konie, którym nie trzeba dodawać otuchy, dziś jednak zaprzężono woły, a im trzeba każdy krok objaśniać (…). Co ma znaczyć to życie?” (s. 428). Z tego wszystkiego wyłania się obraz pisarza przepełnionego stwarzanymi samemu sobie ograniczeń – bojaźń przed podróżą i chęć poszukiwania odpowiedniejszego miejsca to jego nieustanne bolączki: „Napisałem wczoraj do Oskara, wspomniałem wprawdzie o strachu, ale obiecałem przybyć, list jeszcze niewysłany, tymczasem była noc. Być może odczekam jeszcze jedną noc; jeśli tego nie wytrzymam, będę jednak musiał wysłać odmowę. Tym samym zapadnie decyzja, że nie wolno mi już wyjeżdżać z Czech, następnie zostanę za jakiś czas ograniczony do Pragi, potem do swego pokoju, potem do łóżka, potem do określonej pozycji ciała, potem już do niczego. Być może będę mógł potem dobrowolnie – polega to na dobrowolności i radości – zrezygnować ze szczęścia pisania.” (s. 424). Spośród tych zrozumiałych utyskiwań na niesprawiedliwość losu uwydatniają się też rozważania na temat pisarstwa: „A pisanie? (To zresztą dalej idzie tu gorzej niż marnie, nie inaczej, i bezustannie pod groźbą hałasu). (…) A z pewnością istnieje ta różnica, że gdy kiedyś poza pisaniem i tym, co się z nim wiąże, miałem być szczęśliwy (nie wiem dokładnie, czy byłem), wówczas byłem zupełnie niezdolny właśnie do pisania, przez co wtedy wszystko, co ledwie zaczynało się rozkręcać, natychmiast się wywracało, gdyż tęsknota za pisaniem wszędzie ma przewagę. Z czego jednak nie da się wyciągnąć wniosku o zasadniczej, wrodzonej, godnej szacunku właściwości pisarstwa. (…) Całe to pisanie nie jest niczym, tylko flagą Robinsona w najwyższym punkcie wyspy.” (s. 428) Niekiedy tego typu refleksje przyjmowały całkiem inny kierunek: „Pisanie mnie trzyma, ale czy nie słuszniej będzie powiedzieć, że utrzymuje ono taki rodzaj życia? Nie mówię tym samym, że moje życie jest lepsze, gdy nie piszę. Jest wtedy raczej o wiele gorsze i absolutnie nie do zniesienia, i musi się skończyć obłędem. Ale to zapewne pod warunkiem, że – co faktycznie ma miejsce – także gdy nie pisze, jestem pisarzem, a niepiszący pisarz jest jednak dziwolągiem, który rzuca wyzwanie obłędowi. Ale jak to jest z samym byciem pisarzem? Pisanie to słodka, wspaniała zapłata, lecz za co? Nocą stało się to dla mnie jasne z wyrazistością lekcji poglądowej dla dzieci, że to zapłata za usługi diabła. To zejście ku ciemnym mocom, owo rozkucie natury z krępujących duchów, wątpliwe objęcia i wszystko, co jeszcze może odbywać się na dole, o czym w górze już się nie wie, pisząc historie w blasku słońca. Być może istnieje też inne pisanie, ja znam tylko takie (…). A to diabelstwo w nim jest dla mnie nader jasne. To próżność i poszukiwanie przyjemności (…).” (s. 422-423). Definiując swój stan wobec społeczeństwa dochodzi do zaskakująco brutalnych wniosków dla przyszłych adeptów literatury – według niego pisarz „to kozioł ofiarny ludzkości, pozwala ludziom bezkarnie cieszyć się grzechem, prawie bezkarnie” (s. 424).

Zastanawiają mnie także dwa pominięcia poczynione przez tłumaczy. W przypisie do listu napisanego około 6 października 1917 roku czytamy: „Następuje kilka zdań, w których Kafka rozważa detale przekładu Broda; z uwagi na swój ściśle filologiczny charakter praktycznie tracą one rację bytu poza oryginałem, dlatego też opuściliśmy je w przekładzie.” (s. 178). Kolejny tego przykład znajdziemy także w przypisie do jednego z grudniowych listów 1917 roku: „Pominięto nader rozbudowane, szczegółowe, wyrafinowane omówienie Estery, zupełnie nieznanej polskiemu czytelnikowi.” (s. 209). Dlaczego wydaje się to zaskakujące? Ponieważ w obu przypadkach, po ewentualnym przetłumaczeniu, mielibyśmy okazję do zmierzenia się z prawdopodobnie najbardziej krystalicznymi opiniami Kafki na temat twórczych dokonań Maksa Broda, który jest przecież jego najbliższym przyjacielem! Byłoby to idealne dopełnienie całego obrazu, którego, moim zdaniem, nie wypada zakłócać takimi operacjami. Włączenie tych fragmentów tylko nieznacznie poszerzyłoby objętość tego i tak obszernego tomu. Do własnej oceny pozostawiam także fakt, że w żadnym z tekstów, które dotychczas przeczytałem w różnych mediach nie znalazłem nawet wzmianki o tej operacji.

Z biegiem czasu intensywnie przybywa w tych listach pewnego rodzaju raportów z przebiegu choroby pisarza, co oczywiście ma swoją kulminację kilka miesięcy przed jego śmiercią. W liście do Roberta Klopstocka z 7 kwietnia 1924 roku czytamy: „Tylko sprawy medyczne, wszystko inne jest zbyt uciążliwe, te jednak – to ich jedyna zaleta – po prostu pocieszające. Przeciw gorączce trzy razy dziennie pyramidon w płynie; przeciw kaszlowi demopon (niestety nie pomaga) i cukierki znieczulające; do demoponu także atropina, jeśli się nie mylę. Główną sprawą jest chyba krtań. W słowach nie dowie się człowiek niczego konkretnego, skoro przy omawianiu gruźlicy krtani każdy zaczyna mówić lękliwie, wykrętnie, wytrzeszczając oczy. (…) Nie miałem okazji wspomnieć o odmie płucnej, przy złym stanie ogólnym (49 kg w zimowym ubraniu) nie wchodzi to przecież w rachubę. Z resztą budynku zupełnie się nie kontaktuję, leżę w łóżku, mogę też tylko szeptać (…).” (s. 525).

W książce tej nie odnajdziemy niestety odpowiedzi na pewne kwestie, lecz jedynie inspiracje do zadawania sobie kolejnych pytań o to, jakim człowiekiem był Franz Kafka. Dla wielu pozycja ta będzie zapewne początkiem fascynacji tą wybitną jednostką i ogromną zachętą do lektury jego dzienników i innych tomów korespondencji w których na pewno odnajdą wiele wyjaśnień, lecz sfera niedomówień i tajemniczości nadal się nie zmniejszy i nieustannie będzie im przypominać o swym istnieniu. Największym problemem jaki napotkamy podczas interpretacji tych listów jest to, że znamy jedynie tą część, która pochodzi od samego Franza Kafki, nie znamy odpowiedzi jego odbiorców. Z tego powodu wiele zawartych tutaj aluzji z góry skazanych jest na niezrozumienie.

Autor: Przemysław K.

Franz Kafka, „Listy do rodziny, przyjaciół, wydawców” Wybrał, przełożył i komentarzem opatrzył Robert Urbański, we współpracy z Anną Urbańską, wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2012, s. 544

Ktoś zadaje mi ból…

Twardy orzech do zgryzienia

W najnowszym zbiorze opowiadań Szczepana Twardocha odnajdziemy sześć tekstów mających więcej zalet niż wad. Każde inne, będące literackim teatrem, kontrastową stylizacją. Choć poruszają innych tematów, zawierają niepowtarzalną fabułę to i tak wszystkie są bardzo swobodną wariacją na temat ludzkiej cielesności, z którą bohaterowie nie mogą sobie poradzić. Czy jednak to właśnie ono musi być naszą największą słabością, daną nam już w pierwszych chwilach istnienia i zabraną dopiero po końcu ziemskiego bytowania? Czy to nie ciało jest naszą zewnętrzną, delikatną i wrażliwą na wszystko powłoką, która zawsze (niestety) musi dać o sobie znać w każdym z możliwych bezpośrednich kontaktów międzyludzkich? Bohaterowie świadomi swych niedoskonałości, umiejący odnaleźć w sobie drzemiącą gdzieś siłę, siłę miłości, która tylko czeka na odkrycie. Jednak i ona kiedyś będzie przecież musiała się wyczerpać i da o sobie znać świadomością utraty czegoś bliskiego i samotnością zagubionej duszy, pożądającej czegoś oddalonego w inny wszechświat. Widać więc od razu, że Szczepan Twardoch chce uzmysłowić swojemu czytelnikowi, że od samych początków w ludzką egzystencję na trwale została wpisana walka, przede wszystkich z samym sobą: delikatnym ciałem, podatnym na zarysowania i słabą psychiką, która na pozór wydaje się bardzo silna i niewzruszona jednak po delikatnych wstrząsach rozpada się jak domek z kart. Warszawska oficyna Powergraph otwiera tym zbiorem serię „Kontrapunkty”, w której ma ukazywać się „polska proza wymykająca się ze schematów, uciekająca z szufladek. Łączy walory literackie z niekonwencjonalnymi fabułami”. Tom ten idealnie spełnia te założenia. Każdy z tekstów wydaje się wyjęty z jakichkolwiek form, uciekający spod jarzma czasu. Każda opowieść zawiera historię, która po głębszym zastanowieniu wydaje się czystą abstrakcją, nie przystającą do współczesnej rzeczywistości. Spotykamy tutaj autora pesymistę, skrajnego piewcę nieuniknionej katastrofy. Z tego wszystkiego wyłania się przerażający uniwersalizm – na miejscu każdego z tych bohaterów możemy przecież znaleźć się my, bezbronni. Postać osiemdziesięcioletniego ślązaka, żołnierza nie rozumiejącego swojej brutalnej wojennej przyszłości („Gerd”). Motyw nieukojonego ludzkiego pragnienia, krew przechodząca z żył jednego człowieka do organizmu drugiego („Ona płynie w moich żyłach”), całość ludzkiej nienawiści skompresowana do jednego, krótkiego momentu: „Nagle kobieta wychodzi z kręgu, z ramion brodatego mężczyzny wyrywa kilkuletniego chłopczyka i wbija w dziecięce gardło zęby i biegnie gdzieś pod boczny ołtarz, a tam spomiędzy ławek wypadają dziewczynki i chłopiec znika pod małymi ciałami w piżamach. Mężczyzna, z którego ramion zniknął syn, wrzeszczy i rzuca się w pogoń za drapieżnikiem, który porwał mu dziecko.” (s. 55). Metamorfoza nastolatki nienawidzącej swojego ciała w zamożną, naprawiającą swoje ciało kobietę („Masara”). Mężczyzna o potężnej tuszy, który cale swe życie związał z matką, szuka akceptacji, znajduje ją i… („Dwie przemiany Włodzimierza Kurczyka”). Uznany architekt, świadomy własnej wartości i kierujący jego życiem demon, ukrywający się gdzieś za wątrobą („Uderz mnie”). Podróżnik, straciwszy całą rodzinę, wyrusza w podróż życia na Spitsbergen, gdzie odnajduje swoją (katastroficzną) utopię („Tak jest dobrze”).

Autor: Przemysław K.

Szczepan Twardoch, „Tak jest dobrze”, wydawnictwo Powergraph, Warszawa 2011, s. 234

 

Twardy orzech do zgryzienia