Bodajże – skutecznie przyciągający uwagę tytuł tomu Andrzeja Ballo – w lekturze kieruje czytelnika w stronę oczekiwania, że tu oto będziemy obcować z opisem mierzenia się z przewidywaniami i przybliżeniami różnego rodzaju. Podmiot liryczny, nie będąc w stanie i wręcz nie chcąc wi(e)dzieć wszystkiego, w swoich wglądach poznawczych pozostawia pewną lukę między tym, co zastałe, nieporuszone i tkwiące w nieprzeniknionych, wyblakłych rezerwuarach pamięci, a elementami tworzącymi dynamicznie przekształcający się obraz teraźniejszości, która stale wymyka się zmysłom. Okazuje się, że to w przerwie między poznanym a nieznanym sytuuje się przestrzeń wierszy i wysłowienia Ballo. Mówienie bodajże nie jest tu tylko oznaką niemocy przywołania czegoś na tyle konkretnie, by myśl i wypowiedziane słowa były satysfakcjonujące, ale także stanowi element „unikania rozczarowań” [11], gdy zdarzenia nie przebiegają tak, jak założyliśmy, a rzeczy okazują się zdradliwe i wymykają się. Gdy persony Ballo mówią lub myślą bodajże, wówczas mimowolnie manifestują niechęć do danego tematu, nie chcą zdradzać swojej niewiedzy lub – najczęściej – boją się rozdrapywać rany na świadomości. O tym ostatnim mówią najczęściej w sposób subtelny, tak jak wtedy, gdy pytają „czym się różni / tęsknota od marzenia? // tym / że między nimi / jest teraz” [16]. Co więcej, tytułowa formuła jest na tyle pojemna, że obejmuje przynajmniej jeszcze jeden wymiar, a mianowicie bardzo często tu wykorzystywany model doświadczenia lirycznego, który polega na zderzaniu porządku wyobrażonego z faktycznym, mieszaniu perspektyw czasowych i tworzeniu onirycznych wizji. Dlatego w wierszach Ballo bodajże coś mogło mieć miejsce, albo wręcz przeciwnie – nigdy nie zaistniało poza kartą wiersza. Poetykę wątpliwości dopełnia tu swoisty koktajl materii tych poetyckich tekstów, które na poziomie szczegółowym tworzą ironia, pastisz czy groteska. Erudycyjne gry, jakie uprawia poeta z kulturą, egzystencją, emocjonalnością, samym sobą i – prawdopodobnie – swoim czytelnikiem, służą więc – wedle logiki tytułu – zdystansowaniu się od niewiadomych i zdania sprawy z głębokiego rozczarowania światem, którego nie sposób odbierać jako fundamentu myślenia i ramy istnienia. Pokorne bodajże – możliwa emanacja zgorzknienia i znaczący postęp w poetyce szczerości – nadto zdaje się manifestem bezradności wobec braku realnego, namacalnego pożytku z krytyki, zaangażowania i wychodzenia poza stan zastany. Te gesty przynoszą bowiem wciąż niewiele więcej niż zdystansowany, niespieszny opis napotykanych artefaktów, obserwowanych zjawisk czy doświadczanych wydarzeń.
Pojawia się pytanie o to, czy trwanie przy formule bodajże, ujmowanie fenomenów w nawias wątpliwości oraz ramy kondycji „ja” wyznającego, że „przekroczyło limit rozczarowań” [20], jest oznaką lekceważenia bliźnich i świata ze strony podmiotu mówiącego w tych wierszach? W przypadkach, gdy formuła ta dotyczy czegoś poszczególnego, jest zgoła przeciwnie. Bodajże otwiera przestrzeń weryfikacji, z jakim zjawiskiem mamy do czynienia, a o czym należy mówić mimo niewiedzy, by choć trochę zbliżyć się do tajemnicy tej natury. Zarazem jest swoistym ostrzeżeniem przed przekroczeniem granicy między prawdą a kłamstwem, jakby bodajże miało pozostawić wentyl bezpieczeństwa. Bodajże uobecnia brak zakorzenienia „ja” lirycznego, jego zdanie się na płynność ontologiczną i poszukiwanie jakiegoś założenia, pozwalającego na zakotwiczenie się. Tym samym tytuł tomu Ballo jest znakiem egzystencji nieoczywistej, wygnanej poza to, co pewne i nieosiągającego ani punkt optymalnego, ani złotego środka, czyli zadowalającego kompromisu: „środek ma to do siebie / że do niego najdalej // z początku i końca / których nie znamy” [7]. Istnienie w obrębie formuły bodajże, bądź – co bardziej prawdopodobne – wiedzione z konieczności, jest dane wówczas, gdy „ja” zostało wrzucone w świat i skazane na śmierć, cechuje się radykalnym znaczeniowym wyczerpaniem. Nie tylko słowa utraciły desygnaty, ale i zabrakło tych pierwszych, co prawda wtórnych wobec rzeczy, niemniej równie niezbędnych w procesie komunikacji: „ubyło wyrazów / twarzy // w środku dnia / czyli wtedy / kiedy najbardziej potrzeba” [7]. Dlatego wyobcowane „ja”, pozbawione sensów zwerbalizowanych, jak i tych manifestujących się w materii i ciele, wyzwala w sobie straceńczą siłę cieszenia się światem mimo wszystko. Chce egzystować niezależnie od semantycznej niejednolitości otaczającej przestrzeni i złudnej wiary człowieka w słuszność dowodzenia tego, co jest „pewne”. Życie wewnętrzne i uniwersum imaginatywne, bazujące wszak na realności („żołędzie spadają / zaciągam się literaturą / powietrze jest rześką narracją” [52]), wydają się w tomie Bodajże nęcącą alternatywą, choć „ja” i tak nie potrafi wyrzec się doświadczenia konkretu i olśniewających epifanii: „kradłem ostatnie letnie słońce / zbierałem je jak liście” [8]. Podmiotu Ballo nie można jednak oskarżyć o negację wszystkiego, co skażone logiką bodajże. Jego persony lubują się w szukaniu sprzeczności i przeglądaniu się w nich, a dzięki tej płynności osiągają epistemiczną satysfakcję. Monotonię rzeczywistości w poetyce bodajże przełamują zatem epizody stopienia się sytuacji lirycznej ze sceną filmową bądź manifestacjami reminiscencji czasów minionych. Wyjątkowo często protagonistę tomu Ballo odwiedza gwiazda kina, będąca przesłanką do tego, aby uważnie przyjrzeć się architekturze lirycznej teraźniejszości i zbadać dynamikę relacji jej komponentów:
Rita Hayworth
leżała przeziębiona w łóżku
paliła cygaretkę
jej wytworność pozostawała mimo wszystko
na swoim miejscu
nic mi nie pomaga – powiedziała
a najbardziej szkoda mi słońca [21].
Ballo kreśli obraz świata, w którym jakości nie tyle zwalczają się, ile wprost nie pozwalają na zaistnienie w swoim horyzoncie potrzebnej im antytezy siebie. Najbardziej zaborczą z nich jest pustka, swego rodzaju dominanta egzystencji w Bodajże, gdyż nie da się osłabić jej wpływu, a ontologia żadnego z podmiotów nie daje się odłączyć od jej destrukcyjnego patronatu. Wszelki postęp poznawczo-refleksyjny jest możliwy tylko wówczas, gdy „ja” jest wyłączone spod jej władzy lub gdy ona sama ustaje w wytwarzaniu swoich paradoksalnych manifestacji. Owe momenty „ja” wykorzystuje szczególnie do pracy poetyckiej: „napisz wiersz / powiedziała do mnie pustka / oznajmiając iż abdykuje / na kilkanaście wersów” [14]. Tym samym wiersze powstają nie mimo napierającej nicości, ale wyłącznie wtedy, gdy zaprzestaje ona ekspozycji własnej obecności. To, co zostaje wyrażone, objawia się, by przeciwstawić się totalnej monotonii, do jakiej pustka przyzwyczaja. Jakiekolwiek osiągnięcie – rozumiane jako ucieleśnienie myśli – najwidoczniej poza szczęściem, jakie spotyka jednostkę, potrzebuje również wystarczającego stopnia intencjonalności po obu stronach poznawczej interakcji: „Le Verrier na podstawie jednego obliczenia / przewidział istnienie Neptuna / i gdy rzeczywiście astronomowie znaleźli go / nie był nawet zainteresowany widokiem” [14]. U podstaw tych spostrzeżeń leży myśl, że nic nie może zaistnieć zarówno bez – manifestowanej literalnie lub ledwie zasugerowanej – przeciwwagi, jak i – co bardziej interesujące dla person Ballo – symbolicznego lub realnego centrum, lecz zawsze najtrudniej osiągalnego: „środek ma to do siebie / że do niego najdalej // z początku i końca / których nie znamy” [7]. Chcąc osiągnąć którykolwiek z tych punktów, podmiot musi zaryzykować, i ta postawa – poddanie siebie ślepemu losowi, by sprostać egzystencjalnym ambicjom, celowe zagrożenie własnego bycia – stanowi jeden z najważniejszych tematów poezji Ballo, która podejmuje kwestię upominania się o to, co ontologicznie do nas przynależy:
musisz
podjąć walkę
o ten moment
o dzień
o skrawek materii
kto tak nie czekał
nie może być pewien niczego [17].
Bodajże zostaje podporządkowane wyłącznie pozorowanemu przyzwyczajeniu do celowości istnienia. Zdaje się to wynikać z przysłonięcia tego tomu mgłą niewiedzy – niemoc rozeznania się, dokąd zmierzamy, jest dla podmiotu Ballo przytłaczająca i stanowi impuls do utraty wiary w sensowność szukania uzasadnień bycia oraz wyjaśniania jego teleologii. Stopień, w jakim odciąża to umysł lirycznego „ja”, zdradza obraz zawarty w wierszu genius loci:
idę promenadą w Menaggio
słońce miesza się z górami
w tyglu jeziora
wiszące nade mną chmury
mają lekko słodki zapach
nie mam przymusu
zrobienia czegokolwiek
nie mam też przymusu nazywania
nie znam tu nikogo
i nikt mnie nie zna
dlatego tak mi lekko
każda znajomość
oddala nas od piękna [23].
Równie prawdopodobną przyczyną porzucenia metafizycznych eksploracji jako źródła wykładni siebie jest odrzucenie wymagań zewnętrzności i uczynienie psyche ośrodkiem życia wewnętrznego. Choć to ruch dobrze skalkulowany w obrębie doświadczeń lirycznych, to jednak pozbawiony jest on świadomości, że to, co ogólnoludzkie bądź intersubiektywne, już samo w sobie, genetycznie jest nieprzeniknione w swej martwocie, za wszelką cenę unika wyjawienia i dlatego wymaga czegoś innego niż formuła bodajże (jako milczenia lub niedopowiedzenia), a mianowicie całkowitego braku dostępu do wiedzy, niekompetencji oraz ignorancji poznawczej (jako sposobów na wszczęcie rewolucji w rozumieniu świata i kultury oraz pogłębienie relacji z samym sobą, ze swoim życiem wewnętrznym):
dookoła było mnóstwo prawdy
ale nie domagała się
ani szukania
ani odkrycia
szedłem bez zmęczenia
jednak gdy zobaczyłem
pierwsze zabudowania
zawiązano mi oczy [18].
To nie wyłącznie świat w ogólności skazuje liryczne „ja” Ballo na zmaganie się w myślach z tym, co leży poza biegunem wyrażalności, ale winna jest też wywodząca się z historii ludzkości hierarchia tego, co można przekuć w wypowiedź, uzewnętrznić i zdemaskować. Co więcej, treści budujące życie społeczne, zdają się rozbieżne z założeniami egzystencjalnego programu podmiotu mówiącego w tych wierszach. (Auto)alienacja jako rodzaj wymuszonej warunkami bycia emancypacji i niewysłuchane żądania rewizji status quo deleguje „ja” Ballo poza obręb porządku społeczno-ekonomicznego:
zapowiadają jakiś nowy ład
kolejny raz od kilku tysięcy lat
a mi chce się mocno palić
i zastanawiam się czy ustawić się
na północ czy na południe
od spojrzenia [20].
Wiersz w Bodajże jest ekspresją prośby o to, by aktualne, prowizoryczne usankcjonowanie „ja” przekształciło się w wartość stałą, ocalającą jego istnienie i zasklepiającą wszelkie dziury w podmiotowej samoświadomości. Rzeczywistość poetycka nie jest rejestracją, lecz projekcją i liryczne „ja” „traktują wszystko jak film / który można obejrzeć kolejny raz” [16]. Podmiot nieustannie kieruje się w stronę enigmatycznego bliźniego, a jego uobecnienie byłoby rozbłyskiem absolutnie dopełniającym dzieło życia: „mogłabyś mnie / wsadzić do swojej torby / która zawiera wszystkie pierwiastki” [24]. Konstelacja potencjalnych manifestacji upragnionej, wyczekiwanej inności jest budulcem tak samo zasadniczym dla wyobraźni Ballo, jak i – inicjujące ruch ideowo dokładnie przeciwny – wizja, że w nieokreślonej oddali znajduje się byt równie silnie pożądający „ja”, jak ów podmiot liryczny uparcie wypatruje tego, co inne: „łokciem / wybiła szybę / i wzięła mnie sobie z wystawy (…) // nie protestowałem / potrzebowałem świeżego zachwytu” [25]. Afirmacja (nie)potencjalnego, ambiwalentnie (nie)zamanifestowanego, (nie)doszłego prowadzi w Bodajże do wrażenia zatopienia się w emocjach, które co chwila zwiększają swoją intensywność, i sprawia, że z otoczenia ulatnia się zbędne tło przeżywania bliskości z drugim człowiekiem: „odgłosy ludzkie / w dali / tak banalne / że nie mogą być kontrapunktem” [26]. Ballo charakteryzuje w tym kontekście życie jako akt niedopełniony, otwarty i temporalnie rozdarty między przeszłością a teraźniejszością:
księżyc w pełni przebijał się
mimo granatów i czerni
ludzkiego niepatrzenia
i pośpiechu
był właściwie gwiazdą
tego wieczoru [31].
Cel właściwy miłości, a mianowicie absolutna dominacja, polegająca na tym, że nic nie może się z nią równać oraz sprowadzenie bycia „ja” wyłącznie do niej, mimochodem zapowiada przemieszczenie w strukturze rzeczywistości. Ballo ukazuje je w obrazie alienacji rekompensowanej uczuciem, czyli zupełnego oddania się innemu w totalnej – epistemologiczno-ontologicznej – redukcji, która w istocie jest otwarciem na pełnię o niewysłowionej skali, na penetrujący świadomość i zmysły korelat radykalnej jedni, zdolnej usunąć ograniczenia ciała i umysłu:
pusto
jak kiedyś w pewnym sklepie
gdzie pod ladą znalazłem jej uśmiech
i to jest właśnie remanent [26].
U podstaw mówienia o świecie w kategoriach opatrzonych etykietą bodajże, leży zwłaszcza chęć wypracowania swoistego przewężenia między elementami postrzegalności a następstwami rozszczelnienia zastałych form i ujrzenia różnic w tym, co przy pierwszym wejrzeniu wydawało się tożsame. W poetyckiej praktyce efektem tego jest nabieranie dystansu do rzeczy, mówienie nie wprost, w sposób jeszcze bardziej zawoalowany niż pozwala na to metaforyzacja i kierowanie się podmiotu w stronę konkretu, skoro czuje się on odrzucony przez ideologizację i procesy przerastające go skalą oddziaływania. Bodajże zawiera takie składniki świata poetyckiego, które znamionują oddalanie się od tego, co jest doświadczane, poprzez tworzenie barier między sobą a rzeczonymi przedmiotami refleksji, by z rusztowania zbudowanego z przybliżeń – związanych nie tylko z perspektywą, ale i niewiedzą oraz przewidywaniem, czym w istocie może być to, co doświadczane – można było widzieć rezonanse naturalnych dla świata metamorfoz i ujrzeć esencję upływu czasu. Chodzi o działanie i myślenie bez ingerencji w empirycznie motywowaną obecność podmiotu. Dlatego formuły bodajże nie można utożsamić z zaślepieniem, wyciszeniem czy uzyskaniem równowagi, w której nie liczy się już różnica, co stwierdza sam podmiot:
bardziej potrzebujemy jakiejś dynamiki
i napięcia
które biorą się z rozdźwięku
to podnosi do walki [29].
Innymi słowy, „ja” Ballo nie chce pozostawać w tyle za rozrastającą się bez granic wspólnotą istot, które mogą pozwolić sobie na walkę prowadzoną bez praktycznego celu, a więc taką, za którą nie stoi potrzeba samoobrony ani imperatyw przetrwania. Podmiot Bodajże posługuje się tytułową bronią, domysłami będącymi wielowarstwową aluzją i częścią strategii ukrywania prawdziwych zamiarów. Gest swobodnego wykorzystywania wieloznacznego bodajże można odczytać jako terapeutyczny i oczyszczający. Nie tylko kompensuje nieosiągalność przedmiotu poznania i ubogi charakter tego, co ujmowane percepcyjnie, ale i pozwala podmiotowi uniknąć wyniszczającego wyzwania w postaci konieczności zamaskowania faktu, że wie, czym są jawiące się mu fenomeny i jaka jest ich treść. Bodajże – jako skrótowa forma wyrażenia subiektywnego wglądu i likwidatorski względem wszelkiego doktrynerstwa gest – jest ucieczką poprzez formę liryczną przed udosłownieniem tego, co staje się udziałem podmiotu. Ballo dopuszcza w następstwie tych zjawisk wariantywność poetyckiego uobecnienia, płynność obrazu oraz rozwichrzenie doświadczenia lirycznego i jego wypadkowej, czyli (re)prezentacji. Staje się to widoczne, gdy podmiot kolejny raz wspomina Ritę Hayworth:
(Rita posiada jeszcze jedną cenną umiejętność
zwaną powściągliwością werbalną)
zatem w półmilczeniu przyglądamy się sobie
akompaniują nam najpierw Herb Ellis
a potem Joe Pass
i nagle dostrzegam
że Rita wygląda jak Michelle Pfeiffer
(to chyba przez ten deszcz i wiatr) [30].
Życie zgodnie z logiką bodajże – rozumiane jako uciekanie za wszelką cenę od konstatacji – zdaje się wiązać z „dość osobliwym scenariuszem / bez punktów kulminacyjnych / z samą ekspozycją” [31], bez przywdziewania kostiumu zaprzeczającego prawdzie rzeczy, ale z perspektywą skierowaną tam, gdzie „ludzkie niepatrzenie” [31] dotrzeć nie może. Ballo tworzy świat poetycki, w którym podmiot nie jest zdolny „zmienić / konsensusy i paradygmaty” [32], a bodajże samo w sobie rozświetla lukę między prawdą a fałszem, bielą a czernią, ciszą a hukiem. Jest rozwiązaniem dylematu o tym, czy „jest coś między / Chaosem i Porządkiem” [33]. Wszystko to, co inne niż utrzymane w paradygmacie bodajże, zostaje wysłowione literalnie i jest zależne od konkretu głosem wołającego na pustyni („vox clamantis in deserto” [37]) przez tego, kto łudzi się, że zdoła odrzucić uogólnienia, zareagować zawczasu, a tym samym przewidzieć zdarzenie zanim stosowne okaże się twierdzenie zamykające drogę jakimkolwiek domniemaniom i sugestiom. Spośród powodów, dla których warto posługiwać się formułą bodajże, podmiot Ballo wymienia więc fakt, że odbiór rzeczywistości samej w sobie nie potrzebuje dodatkowych stymulantów i jest ponad miarę sycący poznawczo, gdy obcuje się z jej jednorodną, choć nieopisywalną expressis verbis strukturą: „jeżeli jesteś w pełni / nic cię nie zakryje / pomyślałem // i szkoda mi potem było zasnąć” [31]. Gdy czujemy się zmuszeni do wypowiedzenia czegoś wprost i ad hoc, wymagamy od świata narzędzia określanego mianem filtra epistemologicznego. Dzięki niemu mieszanina realności znajduje odbicie w znormatywizowanym, uproszczonym obrazie, a podmiot „ucieka w blichtr” [32] językowego pustosłowia i przedwczesnych diagnoz. Natomiast bodajże jest obietnicą olśnienia – momentu, w którym niepewność rozpłynie się w powietrzu, i przypomnieniem o tym, że teraźniejszość nie przynosi doświadczeń najbardziej intensywnych i to nie na niej kończy się życie. Bodajże leczy z bojaźni, pozostawia pole do ewolucji i przemiany, jest otwarciem na to, co nieujęte i skrajnie różni się od szybkiego zamknięcia sprawy.
„muszę zanurzyć się / w złowrogość przestrzeni” [35] – tak pokrótce określa swoje przeznaczenie i potrzebę „ja” liryczne tomu Bodajże. Negatywne pole bycia, w którym sytuuje się ów podmiot, zawdzięcza swój charakter konkurującym ze sobą czynnikom. W sytuacji walki o dominację „spojrzenia boją się // nie mając odbicia” [35] – podczas widzenia nie natrafia się tu na to, co spodziewane i oko wpada w depersonalizującą pustkę. Co istotne, nawet jakości pozornie tożsame, choć wyróżniające się odmienną teleologią i proweniencją, sprzeciwiają się sobie, inicjując bratobójczą walkę i dążąc do tego, by naoczność dopasowała się do ich mglistej konstytucji:
ta cisza
podszyta strachem
nie jest ciszą
ale wyparła
ciszę z wyboru
która ma coś z majestatu
i dostojeństwa [35].
Człowiek opisywany przez Ballo wydaje się żyć dzięki obojętności na niuanse tej sfery i wszystko to, co „na bieżąco” [37] zmienia formę. Dla niego „nie ma przed / nie ma potem” [37] – jest tylko procesualność rozciągnięta w czasie teraźniejszym, dostarczająca reminiscencje i antycypacje, przez które podmiotowi trudno się rozeznać, co jest nieśmiertelne i obiektywne, a co wręcz przeciwnie: efemeryczne i odpodmiotowe. Innymi słowy, idąc za logiką Bodajże, dla „ja” pozbawionego czasoprzestrzennych ograniczeń i niewierzącego w uniwersalia możliwe „jest tylko / udawanie zrozumienia / w ramach / tak zwanych rozkładów / teorii i przyzwyczajeń” [37]. Wynika z tych słów kolejne pryncypium wyobraźni poetyckiej Ballo: różnicowanie myśli prowadzone siłą nawyku już na poziomie tego, co wydaje się oczywiste.
Celem poezji Ballo jest uwydatnienie związku między przyjemnością a wiedzą. Utrudnieniem dla utrzymaniu stałego paralelizmu między tymi czynnikami jest zdradliwość tej ostatniej i wąski margines między pewnością a tym, o czym można powiedzieć cokolwiek tylko pod sankcją bodajże. Obrazuje to bardzo ciekawy obraz: „między morzem a plażą / ta wspólna / skrupulatnie obmywana część / po której iść najprzyjemniej” [38]. Jeżeli spróbować wysnuć z tego roboczą definicję prawdy, wówczas ukaże się ona jako lokalnie oddziałujący środek, który, o ile ma przynieść deklarowane uzdrowienie, musi cechować się intersubiektywizmem, ściśle reglamentowaną (pod względem czasowym i przestrzennym) przydatnością oraz nadwrażliwością na wszystko, co ma potencjał zanieczyszczenia jej struktury. Nie sposób zlikwidować w świecie poetyckim Bodajże barier między faktycznością i prawdą a domniemaniem i kłamstwem, dlatego jakości podające się za prawdziwe zawsze przyjmowane są w uniwersum Ballo na chłodno, z wyczekiwaniem na ich sprawdzenie w praktyce egzystencji, tym bardziej że prawda nigdy nie zjawia się tam, gdzie jest oczekiwana i nie jest dana raz na zawsze. Myśl ta ujawniana jest w wypowiedzi podmiotu o „przemywaniu oczu / aby wiedzieć gdzie iść // żeby tę część / znaleźć gdzie indziej” [38].
Formuła „skrupulatnego obmywania” [38], rozumiana jako dbanie o pojemność i czystość lirycznej frazy, kieruje czytelnika Bodajże w stronę myśli o tym, że tom Ballo – obok troski o nieskazitelność widzenia, bliskość reprezentacji i kondycję pośredniczącego medium wyrazu, dającego możność wypowiadania bodajże zamiast na pewno – pozostaje mową obrończą, w której obiektem zainteresowania jest człowiek: byt naiwny, w gruncie rzeczy nieskomplikowany, przewidywalny i warunkujący swoje istnienie na rzeczach najbardziej go pogrążających, najwyraziściej uwydatniających jego złe oblicze. Trudność ustawienia podmiotu ludzkiego na powrót w miejscu korony stworzenia, „ja” Ballo uzmysławia sobie na skutek odnotowywania coraz większej liczby przykładów sytuacji, w których człowiek likwiduje fundamentalną przewagę swojego bycia: rozum. W świecie poetyckim Bodajże nawet wtedy, gdy fakty są ewidentne, persony robią wszystko, by postawić między nimi (dowodami) a sobą (obserwatorami) szereg barier ograniczających pole widzenia, niekonfrontujących bezlitośnie „ja” z rzekomą prawdą świata. Podobnie sztuczka cyrkowa i gest prestidigitatora – przemycające do status quo czynnik obcy i indyferentny – są tu bardziej autentyczne niż to, co jawi się niezależnie od intencji. Człowieka bardzo łatwo jest zgubić – zauważają podmioty Ballo – nie tylko dlatego, że on sam łatwo zwodzi siebie na manowce. Słabych punktów ludzkości „ja” upatrują w ruchomych ramach egzystencji – w relatywnej aksjologii, niestabilnej moralności i nieprzeniknionej biologicznej stronie istnienia. Ten ostatni aspekt bardzo interesuje „ja” liryczne. Myśląc o podporządkowaniu siebie regułom stanowiącym wypadkową całego ekosystemu („obowiązuje cię regulamin / pisany wokół / tysiącami rąk i nóg” [41]) i uwięzieniu w klatce ciała, „ja” podejmuje kwestię niedoboru „pożywienia” [41] stymulującego odczuwanie i pracę samoświadomości, zastanawiając się przy tym również nad wyczuwalnością granicy między życiem a śmiercią: „badaj sobie puls / (tylko on / wskazuje na to / że żyjesz)” [41].
Poddanie siebie – wedle prawa wolnej woli – zjawiskom bezdyskusyjnie hańbiącym delikatną strukturę człowieczej psychosomatyczności, stanowiące podstawowy przedmiot krytyki w Bodajże, uwypukla elementarną alternatywę egzystencji podmiotów Ballo: „są dwie możliwości / albo zniszczysz sobie życie / albo ono zniszczy ciebie” [43]. Brak stanu równowagi i niedosiężność harmonii, dramatyczne albo–albo, stawia człowieka w centrum stałego konkurowania o zasoby, praktykowania niemożliwych do urzeczywistnienia marzeń o nieskończonej obfitości oraz walki o to, by przywdziana maska nie opadła i by nadal można było wieść życie nieautentyczne. Nielicząca się z potrzebami „ja” przestrzeń, w której rozgrywa się ów konflikt, „jest to stół do ping ponga // olbrzymi i obfity / z punktu widzenia // piłeczki” [44], permanentnie oscylującej wokół potencjalnie zaspokajających jej żądze i pragnienia obiektów, wciąż okazujących się niedosiężnymi fatamorganami. Przez reprezentacje (nie)spełnienia, które igrają z „ja” lirycznymi Bodajże i skazują je na bycie zgodnie z prawem antynomiczności, owe obiekty powodują niekiedy – odzwierciedlane w wierszach – zastygnięcie podmiotów mówiących w pozie niepozwalającej na żaden rewolucyjny ruch, na wyjście poza fatum bodajże. Zarazem jasno zdefiniowana w tym świetle zostaje naczelna cecha życia, które jawi się jako gra o sumie zerowej, a jej stawką jest podtrzymanie pozorów egzystencji intensywnej „na miarę naszych wyobrażeń” [44].
Ustanawiana figura bodajże jest niepodzielna, cała i konsekwentna w swym stronieniu od apodyktyczności. Właściwości poezji Ballo wynikają z przedkładania milczenia nad wysłowienie, afirmowanie rozrastających się sensów i tych „rzeczy trudnych zaraz oblepiających się / jakimiś metaforami i patosem” nad wyłączne dopasowywanie pojęć do desygnatów. Wydaje się bowiem, że „są rzeczy / których nie da się wytłumaczyć innym // można próbować jedynie to zapisać” [45] w skrótowej formie. Zamiast wyobrażeń rozmytych i mglistych podmioty Ballo wkraczają na poziom poznania indukujący asocjacje i wykorzystujący – powielany przez wiersz – linearny, choć otwarty ciąg zdarzeń semantycznych: „świerkowe gałęzie / miliony igieł / na obrazie zielona plama” [45]. Tak ucieleśnia się w Bodajże idea lokalności, odmienna od jałowego obnażania przedmiotów refleksji w sposób totalny. Samo bodajże jest znakiem praktykowania „trzeźwej oceny” [46], zorientowanej na przedmioty tu i teraz uchwytne, dlatego istnieje silny związek między nim a skłonnością do skrupułów. Choć podmioty Ballo otacza opresyjna zewnętrzność, to celebrują one własną niewiedzę, niemoc dotarcia do tego, co niejawne, nieme i przede wszystkim wykluczone. Tak Bodajże sprzeciwia się uprawomocnianiu kłamstw, odrzuceniu metody poznawczej, która pozostawia przestrzeń do działania dla przypadku, preferowaniu unifikującej (odpodmiotowej) kategorii, zapominaniu o nieprzewidywalnych fenomenach i doprowadzaniu do tego, że „wszystko powoli niknie” [46], przeobrażając się w pył pozbawiony znaczeniotwórczej potencji.
Strategii bodajże przyświeca jedna z zasad prawa rzymskiego, będąca tytułem jednego z wierszy – condictio indebiti. Mówi ona o należności niesłusznie opłaconej, poniesieniu kosztów, choć zobowiązanie nie zaistniało i tym samym o bezpodstawnym wzbogaceniu się drugiej, nienależycie obdarowanej strony. Możemy odnieść to do sytuacji, w której wypowiedzenie bodajże tworzy stosunek zobowiązaniowy – każdy, kto posługuje się tym słowem, płaci należność za to, czego nie uzyskał, a poczynione nakłady są nadmiarowe względem korzyści. Sens staje się tak wierzytelnością w lirycznym dzianiu się. Posłużenie się bodajże odsyła do punktu wyjścia, nic nie wnosi lub – jak mówi podmiot wiersza – „początek zawsze jest końcem // a my to spłacamy” [47]. Wszelki koszt nadmiarowy, wyrażenie więcej niż jest to konieczne przez wzgląd na prawo współżycia społecznego, jest szkodzeniem samemu sobie, zubożeniem na własne życzenie i negacją praktyki życia. Za bodajże – jako figurą powściągliwej konstatacji – kryje się także antycypacja spełnienia poznawczego oraz metaforyczny zbiór „długów”. Chodzi o sytuacje, w których rzeczywistość nie odpowiadała na wezwania podmiotu bądź persona liryczna, zamiast powiedzieć, jak sprawy mają się naprawdę, skłamała, opatrując swoją wypowiedź klauzulą niedopowiedzenia i niedosłowności w obawie przed zarzutem przeinaczania faktów. Innymi słowy, Ballo fascynuje szereg zjawisk, które albo innym umykają, albo są przez nich celowo ignorowane. Należą do nich między innymi filozofia obrazu malarskiego i wszelkiego wizualnego przedstawienia (bezwzględnie demonstrującego lęk przed pustką, będąc w zupełności wypełnionym treścią, notabene znaczącą bądź tylko ramującą przekaz), brak idei porządkującej rzeczywistość, radykalne reglamentowanie harmonii, czy współtworzącą świat bliskość jakości stapiających się ze sobą, nieodpornych na kontakt oraz czyniących siebie nawzajem niejednorodnymi oraz niepełnowartościowymi:
dlaczego na obrazach nie ma
niezamalowanych miejsc
przecież zieleń
przechodzi w żółć
potem w brąz
a potem w nic
wszystkiemu
a zwłaszcza temu
winne są ramy [49].
Podmiot Bodajże nie dokonuje na własną rękę różnicowania w obrębie wspólnoty („inni / powiedzą owi / bo nic nie mogą więcej zrobić / ich słowa są jak noże” [50]), bo prowadzi to jego zdaniem do arbitralnej homogenizacji i separacji grup społecznych, a także erozji więzi międzyludzkich. Bardziej ceni złożone charakterologicznie indywidua oraz takie relacje, nie tylko w obrębie wspólnoty, ale i semantyki, które same z siebie dopuszczają wewnętrzne wyciszenie oraz „lekkość” [51], a więc wolność i uniwersalność myśli. Chodzi tu o praktyki chroniące przed natrętnymi wyobrażeniami: „natrętne są metafory / pewne zwroty (nawet grzecznościowe) / generalnie nasz język jest natrętny / nie wspomnę o nas samych” [51]. Niezależnie rozstrzyga się kolejny cel Bodajże, to jest wytłumaczenie tego, co niepokojące, napływające w stronę lirycznego „ja” i zaburzające warstwę emocjonalną doświadczenia. Między innymi dlatego na kartach tomu Ballo rysuje się duża rozpiętość zjawisk. „Ja” liryczne z równą intensywnością sięga do nieśmiertelnych rejonów przeszłości i własnej, zniekształconej i tymczasowej pamięci, gdy opisuje wywracającą się na opak teraźniejszość i wynikające z niej marzenia o przyszłości, o spojrzeniu sięgającym w głębiny dookolności o różnie rozumianej przejrzystości:
chciałbym aby moje życie
przypominało
pływanie w ciepłej
i krystalicznie czystej
wodzie [58].
„Ja” liryczne Ballo nie wynajduje gotowych form empirii poetyckiej, a wiersz jest dla niego rodzajem inscenizacji pragnień podmiotu: „żeby / ktoś czekał na mnie na brzegu // niekoniecznie z ręcznikiem” [58]. „Ja” marzy o przejrzystości doświadczanej chwili. Wyobraża sobie, że właśnie wtedy może przydarzyć się mu iluminacja – gwałtowne oświecenie umysłu, rodzaj skonstruowania na nowo swojej subiektywności tak, by pasowała do splątanej teraźniejszości: „reszta jest marginesem / dlatego wydaje się ją w drobnych // proza miesza się z poezją / przedmioty nas oszukują” [59]. Wprost zrozumieć można to jako kolejny wymiar poszukiwania równowagi, tym razem między prawdą a zmyśleniem, faktem a wyobrażeniem, życiem wewnętrznym a byciem w świecie. Dlatego słowa nie pozwalają dopełnić się rzeczy i wyłącznie je waloryzują, wieńczą ich przejawianie się, wszak nie kończąc go. Pod względem jakości doznawanie przerasta w uniwersum Ballo wszelkie inne praktyki recepcji zewnętrzności. Wspomniana tu wielokrotnie reszta symbolizuje żądanie takiej mowy, w której niewyrażalność, a właściwie niewystarczalność tego, co ludzkie, stale dawała o sobie znać i pozostawiała margines dla bodajże – to jest dla fikcji i zmyślenia. Pozostając na tej linii myślenia „ja” ujawnia inspirację filozoficzną, będącą rdzeniem jego doświadczeń lirycznych:
kiedyś przeczytałem u Kołakowskiego
że nie ma jednoznaczności w życiu człowieka
dziwnie to brzmi w czasach
gdy rządzą nami algorytmy [54].
Podmiot Ballo personifikuje polisemantyczność, stanowiącą figurę wciąż nawiedzającą go w życiu i przybierającą niekiedy postać widma – istoty trwającej między światem realnym a nierzeczywistym. Przez to „ja” popada w stan zaślepienia i bezczynności. Gdy nie można dotrzeć do tego, co pewne, a rdzeniem egzystencji pozostaje bodajże, i gdy myślenie o historii oparte jest na takich jak Homer aojdach, którzy „mylą zwycięzców z przegranymi / rozgrywali bitwy palcem na mapie / z tego palca wysysali coś co stało się legendą i mitem” [22], „ja” nie odnajduje w sobie sił potrzebnych do przeciwstawienia się zastanej konieczności. Dzieje się tak, bo „człowiek działa jak / niedopracowana aplikacja” [54]. Sens życia w tomie Ballo rozumiany jest wieloznacznie: jako jego treść, celowość i semantyka – nie zawsze pogodna, ale wciąż powiązana z przekonaniem, że gdzieś „coś tam być musi” [55] i nawet nicość nie może być wolna od imperatywu sensowności. Ponadto „ja” wyznaje: „moje znaczenie / polega na pozostawianiu zdecydowanych słów / na obrzeżach swojego rewiru” [54], poza swoją subiektywnością, ale w ramach logiki bezgranicznego bodajże. To ostatnie – słowo rozpięte między sensem a tym, co irracjonalne i nicością – jest „sprawdzonym rozwiązaniem” [55] w utrzymaniu nie tylko własnych granic i równoważeniu pozycji swojego „ja” pomiędzy przekonaniem o jednoznaczności i niepodważalności bytu a niewytłumaczalnością tego, czym jest życie, kiedy
doszło do tego
że podstawowa ontologiczna kategoria
czyli byt
ma mniejsze znaczenie niż cybernetyczna
aktualizacja [54].
Autor: Przemysław Koniuszy
Andrzej Ballo, „Bodajże”, Wydawnictwo Forma, Bezrzecze 2022, s. 60.