Bartosz Suwiński w Dutkach wypróbowuje możliwości języka konfrontowanego z pustką i lukami w myśleniu. W jego wierszach jest wiele momentów, które są objawami przerwanej transmisji na linii człowiek–świat i język–rzecz. To chwile znamionujące wybrakowanie ponowoczesnego logosu i niemożność utworzenia kodu (językowego, znakowego lub poetyckiego) dysponującego pełnym spektrum możliwości komunikacyjnych, a więc skutecznie oddającego to wszystko, co obecne w dookolności. Na skutek tego utwory zebrane w Dutkach moglibyśmy odczytywać jako asekuracyjne, w niejawny sposób poszukujące sprawcy uniemożliwiającego nam wyrażalność i tylko na marginesie portretujące rozpad świata. Jednak byłaby to tylko część prawdy. Suwińskiemu w jego metodzie chodzi bowiem także o dynamizowanie zachowań językowych, o wyprowadzenie słowa ze stanu naiwności i ukazanie siły języka wolnego od precyzacji – medium, które bez rezultatu oscyluje wokół swojego przedmiotu. Tu – po upływie czasu – „Znaczenie godzi się z utratą treści” [9] i wiersz prowadzi do tego w sposób naturalny, niespieszny, choć jest on zamknięty w dwóch zwięzłych dystychach, będących wciąż semantycznie niedomkniętymi.
Rzeczy w Dutkach, włączone w tryby poetyckiej maszynerii języka, choć w świecie pozornie rozdzielne, dzięki poetyckiemu utworowi narzucają nam przekonanie o ich wzajemnym uwarunkowaniu, o ścisłej łączności między światem widzialnym a niewidzialnym, aktami racjonalnymi a instynktownymi, codzienną pracą a obrzędowością: „Błękit stoi w miejscu chmury, / odkąd zaczął się rozglądać / za wędrującym dniem, / spokrewnionym z kalendarzem” [11]. Wszystko zaczyna tu znaczyć więcej niż mogłoby wskazywać samo z siebie, przy czym dzieje się tak wyłącznie dlatego, że ta poezja rozpoznaje zwarcia na co dzień niewidoczne bez stosownej, wykalibrowanej aparatury. Wydawałoby się, że poecie chodzi o charakterystykę różnych stanów i zaobserwowanie specyficznego przecinania się fizyczności z nadrealnością: „Chitynka przyklejona do szyby, / krople zacinają ziemię, // kroki cichną przy studni, / wiatyk upada w błoto” [14]. Jednak wiersz sąsiadujący z tym przywołanym uprzednio wskazuje, że stawka jest tu zdecydowanie wyższa i dotyczy nie tylko zdefiniowania pewnych procesów, ale – co najważniejsze – także językowego skomplikowania. Intencją jest to, by zbierane przez Suwińskiego okruchy zdarzeń, paralel i materii rozjaśniały przestrzeń wiersza i zaostrzały sensy sugerowanych w tekstach łańcuchów skojarzeń: „Długie noce z szybkimi wizjami, / mielizny zmierzchu utykające kotwicą. // Dzień nie dopełnia miary, w pełni / spadającej gwiazdy brak drogi” [12].
Wierszom w tomie Dutki przysługuje ruchomość wewnętrzna i zewnętrzna – są to formy w ruchu, które obrazują zamianę miejsc w relacjach międzyobiektowych, międzysłownych i międzybytowych. Ich niestabilny status pozwala określać przeobrażenia w świecie, definiować dystanse i określać postawy społeczne, a nawet traktować język poetycki jako poręczne narzędzie w cyrkulacji idei („Odległość dzieli uległość wobec wyroku / od bierności wobec wyroku. // Brak znaczenia / nadaje się do wielu rzeczy” [15]). Najważniejsze jest tu sensotwórcze poruszanie się materii oraz ruch transparentnego powietrza: „Ptaki skubią trawę, nabijają na dzioby / dżdżownice, odchylają łebki w tył. // Prochy nie chcą się o nic wystarać dla płomieni, / pomimo obietnic złamanych. Dmijcie, dutki!” [13]. Wszystko to zdaje się służyć afirmacji audialności wiersza – tego, że wystarczy ledwie kilka słów, kilka dźwięków, by wygłosić coś, co przezwycięża zator w świecie, rozprasza negatywizm i zagęszcza poetyckość.
Dźwięki wybrzmiewają w poetyckim świecie Dutków mimo wszystko, niezależnie od przeszkód stojących na drodze fal, jakimi się stają zgodnie z prawami fizyki. Dmie w nie czysta poezja. Nie trzeba się nadmiernie wysilać, by doznać ich potęgi i potraktować je poważnie – spotkanie z nimi jest nieuniknione i w tej samej mierze upragnione, wyczekane. Dzięki temu w tych wierszach wiele jakości pozostaje w stanie nierozstrzygalności, przez co trudno rozeznać się, co do ich znaczeniowej i ontologicznej głębi, a także co do właściwej im perspektywy czasowej – nie wiadomo więc, do jakiego porządku przynależą, czy są aktualne i teraźniejsze, czy pochodzą z odległej przeszłości, czy może są wyimaginowane i stanowią fatamorganę. Przez to w wierszu IX „zawsze” jest czymś innym niż „dziś”: „Mantyla zsunęła się w dół. / Nie widać, jak głęboko podeszła // ciemność w oczach, od których / chciałem zacząć. Ale zawsze, nie dziś” [17]. Dźwięki wprowadzają w Dutkach tak silną różnicę, będąc mocnym czynnikiem sprzyjającym metamorfizacji oraz – w tym samym czasie – zdecydowanie i subtelnie smagając każdy element poetyckiego uniwersum Suwińskiego, że mogą być postrzegane jako sfera nieograniczonych możliwości, sięgających nawet tego, co absolutne i totalne: „Słychać go wodą rozbryzgującą / się o grunt, o kość w wyłamanym stawie, // o, proś o dzwoneczki potrząsane wiatrem, / miłujących nie tylko miłujących” [18]. Bez głosu i dźwięku wgląd w zewnętrzność nie jest możliwy i rozstrzygające, referencyjne znaczenie mają tylko sygnały audialne, ponieważ to one są zdolne działać pozajęzykowo, niezależnie od tego, co oznajmione w słowach: „Głos jest częścią każdego widzenia, w lustrze zwykle nieruchomo” [20].
Dutki Suwińskiego to szczególny wyraz poetyckiej dojrzałości. Nie wynika on z potrzeby zademonstrowania czegokolwiek, podsumowania dotychczasowej drogi twórczej czy oddania pola głosowi poetyckiemu, który osiągnął zaawansowany poziom ewolucji, ale z chęci wypróbowania kolejnej strategii wierszowej. Poeta posługuje się zabiegami, które najczęściej można zastosować dopiero po wtajemniczeniu w meandry poetyckiej kompozycji i po przetworzeniu, odrzuceniu i przemodelowaniu rozmaitych form wysłowienia. Mimo to Dutki na różnych polach artykułują pytanie o to, czy wypowiadane tutaj słowa poetyckie nie są nadużyciem z uwagi na podstawowe cechy tych wierszy: immersyjność, skrótowość, eliptyczność, inwersyjność oraz podporządkowanie poetyckiej pracy ukrytym korelacjom. Utwory Suwińskiego, i to nie tylko tym razem, same w sobie są procesem – żyją dzięki łączliwości drobin sensów i ujawnianiu bez ogródek materialnych elementów składowych wierszy, gdyż są skonstruowane z dwóch dystychów, przez co niemal na pierwszy rzut oka możemy zorientować się, z czym mamy do czynienia, gdy zaczynamy – najpierw na powierzchni – obcować z danym tekstem, choć nieustannie jego zasadnicza (głęboka) wymowa pozostaje niewiadomą. Owa łączliwość w Dutkach jest czymś innym niż synteza. Celem nie jest tu konwencjonalne połączenie słów w wiersz, ale podkreślenie, że poezję w jej najmniejszych przejawach tworzy rozciągliwa substancja, rozlewająca się na kolejne sfery świata, nie pozwalająca na to, by cokolwiek wystąpiło samodzielnie, bez kontekstu, bez relacji z otoczeniem, z którym każda rzecz dzieli swój ontologiczny rdzeń. Choć każda jakość ma tu w sobie wewnętrzną, niezapełnialną i zaakceptowaną pustkę, to wciąż czeka na uzupełnienie, samoistnie pragnąc inności. Nie chodzi o to, że każda rzecz w Dutkach może stać się czymś innym, ale o faktyczną wieloistość wszystkiego, co czyni z tej twórczości swoisty rozrachunek ze światem – próbę ustalenia, jakie są granice i potencje metamorfoz. Nie tylko to, co materialne cechuje się taką ontologią, podobnie jest choćby ze sztuką dźwięków: „Dzisiejsze światło jutro zostanie w mrokach. / Muzyka ma w sobie możliwość każdej melodii. // Dobrze, że ptaki o tym nie wiedzą, a ich / piosenki wypełniają pustkę spóźnionego na kochanie” [37]. Obcość i inność są tu na tyle ważne, że wywołują jedną z kluczowych wątpliwości, dotyczącą otwarcia się na obcość bez uciekania się do przemocy, a nawet tak, by bezgłośnie i bez ściągania na siebie uwagi niebezpiecznych stron dookolności osiągnąć etyczne porozumienie z Innym. Z tych względów poeta wypowiada swoje frazy jakby były formułami magicznymi i religijnymi, chcąc początkowo, niezauważenie, nie tyle coś zmienić w dookolności, ale przynajmniej wyrazić w sposób konstruktywny stanowisko przeciwne wobec status quo.
Swoje wersy i to, co uosabiają, Suwiński lokuje w wykrotach i szczelinach – tam, gdzie rzeczy tracą ciągłość i spoistość oraz tam, gdzie faktycznie dzieje się świat. Ma to swoje konsekwencje w kompozycji wiersza, w praktykowanych przez poetę pominięciach składniowych, w lukach i białych plamach w obrazowaniu. Powstają z tego utwory iluzorycznie urwane, strzępiaste – porwane i następnie zszyte. Na takim tle w Dutkach poeta zadaje istotne pytania: Czy słowo wiersza – widziane tu jako uczestniczące w modlitwie i apologii delikatnego życia – może asekurować zmianę, będąc wyrazem pragnienia rewolucji w pojmowaniu tego, co ożywione, a także funkcjonując jako wyraz chęci wyleczenia się z melancholii polegającej na ciągłej tęsknocie za nieokreśloną stratą? Czy wiersz współczesny jest rodzajem prośby skierowanej do świata po to, by ktokolwiek usłyszał głos poety, głos wołającego na pustyni?
Bieżące doznania w Dutkach przechodzą do pamięci absolutnej, ponadindywidualnej: „Urwane nuty piosenki, niteczki sprute pośpiechem. / Kto wie, kim jesteśmy i gdzie byliśmy, // zanim ziemia nie stała się miejscem, gdzie w cieniu / krzyży ktoś zostawił worek ze śmieciami i odjechał” [34]. To, co doświadczone w teraźniejszości poetyckiej, wydaje się nierealne, wydobyte dzięki bólu i nabieraniu oddechu, jakby po długotrwałym nurkowaniu. Choć afirmuje się tu przemijanie, to sam czas wydaje się niewzruszony – rzeczy nie są tutaj nigdy tymi samymi, następstwo zdarzeń jest odwrócone do góry nogami, a zdarzenia wynikają z siebie nawzajem, choć logika ich wzajemnego warunkowania się jest nieprzejrzysta i ciąg wynikania nie ma racjonalnego uzasadnienia. Trwanie rzeczy równa się w Dutkach ich zmierzaniu do końca, ku celowemu uśmierceniu siebie. Tymczasem zdarzenia wewnątrzwierszowe – rodzące poetyckie jakości, które wydają się nieodwracalne – wciąż w tym tomie transformują się, co dowodzi, że każdemu pryncypium w tym poetyckim świecie można, a nawet należy zaprzeczyć i je zakwestionować.
To, co nieodwołalne, jawi się w Dutkach jako negocjowalne i dyskusyjne. Świadomość tego głos mówiący w wierszach Suwińskiego przekuwa w wezwanie zawarte w końcowym wersie z wiersza XXI: „Szukam ciebie jak miejsca, / żeby na chwilę stanąć, / zrzucić tobołki, ich cienie odprawić / w cienie, ale ty wtedy czuwaj, pilnuj życia” [29]. Służyć ma to poszukiwaniu absolutnej osi istnienia w cieniu – nie w centrum świata, ale tam, gdzie ludzkie oko nie jest w stanie sięgnąć, w obszarach nienarzucających się, ale wciąż obecnych w tle. Podobnie nieujawniony bądź pozostawiony sam sobie jest głos mówiący Suwińskiego. Refleksja nad jego statusem prowadzi do zasadniczej wątpliwości: czy jest uprawomocnione mówienie do „ty” bezpośrednio, oznaczając w wypowiedzi konkretną personę, gdy samo źródłowe „ja” pozostaje ukryte? Czy wydobycie z cienia świata upragnionego „ty” jest etyczne i może cokolwiek zmienić? Kwestie te Suwiński podejmuje w XXII wierszu: „Czy ty się obudzisz, / bo wołam cię po imieniu? // Czy głos otworzy ci usta, / z których ćmił ból i dzień?” [30]. W tym kontekście poeta wypowiada pytanie o to, jak dziś odnaleźć siebie wobec podskórnie tlącego się życia i jak z nim obcować, by go nie zinstrumentalizować, a więc nie wykorzystać go na własny użytek, dla prywatnego interesu.
Dutki to spotkanie literatury i energii życiowej, która wszystko napędza i tym samym ów tom łączy inspiracje materialistyczne i neowitalistyczne z neolingwistycznymi i neoawangardowymi. Na skutek tego wiersze Suwińskiego przypominają z jednej strony słoje drewna, przyrastające zgodnie z tempem oscylacji wokół punktu ciężkości wszechświata, a z drugiej przywodzą na myśl szarady – grę w kojarzenie niespokrewnionych słów, zgodnie z ich semantyką i etymologią. Słowa w Dutkach krzyżują się ze sobą, wynikają z siebie nawzajem i wzajemnie sobie zaprzeczają: „Tu nie chodzi o tęsknoty, niech zapomni o nich krzew. / Tu nie chodzi o marzenia, niech pamięta o nich kwiat. // Tu nie chodzi wskazówka, choć czas i tak odmierza / kupki z piaskiem, żeby nie brakowało strażników i zamków” [25]. Równocześnie cząstki wiersza, na poziomie najbardziej podstawowym, zdają się inspirować życiem drzewa i mrówek, a tym samym dwiema kluczowymi w świecie modalnościami – pasożytnictwem i symbiozą: „Stań tam, gdzie w brzozie płyną soki, / niech podarte strony poplami cukier, // mrówki niech ruszą rzędami liter: / po swoje kalorie, po swoje przetrwanie” [23]. Interesujące jest to, że poeta zachowuje rzeczy najważniejsze na koniec, na poważnie traktując siłę poetyckiej puenty i kierując się zasadą, wedle której do istoty rzeczy nie można dotrzeć bez adekwatnego wprowadzenia.
Predyspozycją wiersza narodzonego w Dutkach są wielostopniowe semantyzacje, w których nie sposób, z logicznego punktu widzenia, oddzielić lub utożsamić poszczególnych linii refleksji, które proponuje nam Suwiński. Rzeczy tworzące system wielowartościowy łączą się tutaj ze sobą, karmią się nawzajem, jednak tworzą nieskończony zbiór zmiennych przez fakt, że żywiołem tych wierszy są ruch, dźwięki i transformacje – wszelka łączliwość jest więc w Dutkach postulowana, ale nie obiektywna. Nadto to, co żywe, wchodzi w koniunkcję z martwym pismem poezji, nie tyle ożywiając je, ile czasowo przekazując mu swoją energię życiową. Wizje Suwińskiego nie czerpią swojej ekspresywności z czegoś, co moglibyśmy określić mianem nadzwyczajnego – ogniwa jego wierszy są spojone dzięki depersonalizacji perspektywy oraz bardzo rozwiniętej faktograficzności – możliwie adekwatnego określania tego, co jest/było, a czego nie ma/nie było. Świat Dutków jest niemal bezosobowy, przy czym nie chodzi o zachowanie pozorów obiektywności, ale o ukazanie swojej lojalności wobec świata. Dzięki temu możemy odnaleźć w tym tomie wiersze przedstawiające, jak uczucia, emocje i przemijanie przynależą do ogółu, a nie do jednostki, są więc czymś ważniejszym niż podbudowa istnienia „ja”. Suwiński w taki sposób mówi o ogólnych tendencjach, nie porzucając bycia blisko życia mającego tutaj samoistne władztwo nad sobą: „W czasie wspomnień gongi bólu / są interwałami oddechu, liczonego // do połowy. Od drugiej zaczyna się rywalizacja czasu ze śmiercią. Oglądasz?” [26]. Gdy pojawia się tu „ja”, to jest ono wciąż niekonkretne, a przestrzeń jego myślenia staje się rozciągliwa, degradując wycinkową świadomość siebie-jako-„ja”, a więc kogoś znacząco różnego od zewnętrzności. Życie samo, uogólnione, jest tu o wiele ważniejsze niż jakakolwiek jednostka, a „ty” – ktoś upragniony, zewnętrzny – ucieleśnia coś o wiele większym zakresie niż ono samo. Podobnie „ty” traci ontologiczną oczywistość, stanowiąc i egzystencjalny środek ciężkości dla „ja”, i źródło absolutnego ukojenia dla wszelkiego podmiotu.
Słowa zapisane w wierszu, zatopione w jego ciele, nie są w Dutkach wszystkim, co go ustanawia. Suwiński lubuje się w domysłach, w pozostawianiu kluczowych czynników w ciszy, w pustce, w międzysłowiu. Rzekome przypadki i kolizje słów są tutaj równie ważne, bo poeta posługuje się skrótami metaforycznymi i myślowymi, drenując potencje języka i świata. Ufa przy tym, że wiersz nie może pozostać obojętnym na to, jak wiele zjawisk, rzeczy i bodźców tworzy rzeczywistość doświadczenia. Uważa, że powinien dołożyć należytej staranności, by nie tracić oddechu wobec naporu treści i policentryzmu zewnętrzności. Poszczególne części wierszy Suwińskiego zagłębiają się więc w sobie nawzajem – są wewnętrznie skonfliktowaną jednością, próbując wyzwolić się z uścisku tego, co im towarzyszy; wydzielają się na zewnątrz bez oporu, rozpraszając swoją istotowość i tym samym próbując przetrwać za wszelką cenę. W Dutkach strony świata korespondują ze sobą, choć równocześnie dążą do jak najbardziej wyraźnego rozdziału między sobą. Dzięki procesualności i dynamiczności poetyckiego myślenia Suwiński stawia pod znakiem zapytania przekonanie, że świat przez nas percypowany jest całością, a jego cząstki nie mogą ze sobą konkurować, sugestywnie walcząc o uwagę i miejsce w hierarchii. Ponadto – co dopełnia katalogu ciekawych zjawisk poetyckich obecnych w tym tomie – narzędzia zastępują tu wykonawcę, a on, jako podmiot, reprezentuje rzeczywistość wciąż mu umykającą, oddalającą się od człowieka.
Obiektywne wyznaczniki istnienia w Dutkach rugują subiektywność, wystawiają ją na próbę i nie pozwalają człowiekowi odcisnąć trwałego piętna na swoim otoczeniu, a więc wyrazić siebie. Dlatego tak wiele dzieje się w tych wierszach na poziomie czasu poetyckiego, łączącego czas literatury z czasem życia biologicznego: „Ale ten czas się już skończył. / Przestałem umierać, dowiedziałem // się jak żyć. Księgi muszą przecież / kogoś ocalić. Ktoś musi dać słowo i nutki” [28]. Tylko dzięki precyzyjnemu zorientowaniu się, kiedy praktykuje się – symultanicznie – doświadczenie, myślenie i życie, można zdać sobie sprawę z nieurzeczywistnionej potencjalności świata – to ona jest dla człowieka w Dutkach szansą, podobnie jak to wszystko, co niewczesne i spóźnione. Tożsamość wiersza Suwińskiego w tym wypadku uwarunkowana jest przez czas poetycki wchodzący w fazę zanikową, przez co zasadniczym deficytem jest tutaj możność określenia chronologii i zależności między zdarzeniami, co dodatkowo komplikuje nie-obecność swego rodzaju nad-jednostki (czegoś/kogoś więcej niż „ja”), która metonimicznie wkrada się do Dutków: „Do gasnących płomieni zbliża się / spojrzenie, jak się zatrzyma, ustanie ruch. // Znaczenie może przynieść już tylko dzień, / ale czas zwleka z jutrem, wiatr nanosi liście” [19]. Ciekawe jest, że gdy myśli i działa się w tych wierszach jako indywiduum wczuwające się w życie, co zresztą najczęściej wydaje się jedynym możliwym i najlepszym wariantem bycia, to stosowne wydaje się wypowiedzenie wizji spajającej wszystko – nieuniknienie pojawiającej się jako widmowa – wspólnoty: „Dłoń na korze brzozy. / Puls na przegubie, // w rytm straconej szansy, / zanim tę podejmie liczba mnoga” [21].
Suwiński, dzięki swojemu oryginalnemu podejściu do języka poetyckiego, pokazuje w Dutkach, że rytuał i nabożeństwo są fenomenami nieodłącznymi od konwencjonalnej komunikacji i samego świata, będącego także zakodowaną, pozasłowną wypowiedzią. Uniwersum poetyckie jest tutaj skutkiem produktywnego ciągu rozwojowego i nic nie dzieje się w nim samo z siebie, owa czasoprzestrzeń napręża się i rozpręża, bo wywierają na nią nacisk zarówno przeciwieństwa walczące o prymat, jak i pokojowe paralele. Bywa też, że oczekuje się tutaj „nim pożar do końca strawi te zamazane / i złudne, tę wiarę, że tu musi być inaczej, śnie” [24]. Poeta pasjonuje się bodźcami pośredniczącymi między półkulami umysłu, językami i zmysłami, jednoczącymi, ale nie bez zastrzeżeń, sen z jawą, przedstawienie z majakiem, wiarę z niewiarą, ogień z wodą. Nie powstaje z tego żadna harmonia czy chęć sprawowania pieczy nad nie-porządkiem rzeczy, choć wyraźne jest w Dutkach przekonanie, że obowiązkiem poezji jest istnieć, by kiedyś – prawdopodobnie nie za naszego życia – kogoś ocalić i ustrzec przed niemożnością operowania „słowami i nutkami” [28], to jest posłużenia się wyrażalnością dla wyższej sprawy. Gdy te pierwsze są nieskuteczne, nie są stróżami tego świata i zapanowuje w Dutkach milczenie, zaczyna się czas oczekiwania na powiew wiatru i – co najważniejsze – na dźwięk przez niego wywołany w tytułowych instrumentach: „Inaczej układają się godziny, / kiedy słowa nie mogą znaleźć // swojej modlitwy, bo nikt / nie mówi już niczego do nikogo, słońce” [35]. Dźwięki słów, głosu i muzyki są tutaj jakościami wydobywającymi człowieka z letargu, z hibernacji beznadziei. Podobnie można określić cel Dutków, które przypominając książkę–samotnię, wymagają od czytelnika medytacyjnego skupienia, wytężenia uwagi odcinającej od chaosu – wówczas możliwe jest wysłyszenie tego, co „niesie się z oddali” [32], zaznanie swoistej emanacji utraconego i nieodzyskanego czasu. Recepcja tego ostatniego jest tu tym bardziej utrudniona, że świat w Dutkach, łącząc sacrum z profanum, wydaje się naprędce zszyty z odłamków i resztek – komunikacja bazuje na półsłówkach, a ze skomplikowanych pieśni i tkanin pozostały poszczególne nuty i niteczki, z których nie sposób zbudować stałej tożsamości i przekonującego obrazu rzeczywistości.
Dutki to wyśpiewane i niewyartykułowane pieśni i psalmy, które, gdyby były usłyszane, przytoczone i wyłożone, odmieniłyby wszystko. Jednak snują się one w ciemności i dymie, ginąc w rwetesie rzeczy nieważnych i przegrywając z „codziennymi piszczałkami” [33], a nawet z ubóstwem zmysłów i niedostatkami wrażliwości. Świata w Dutkach nie można odnowić ani uzdrowić, nie ma żadnych szans na jego odrodzenie i transformację – to, co jest osiągalne, to zawierzenie się zagadce języka, który – przepuszczalny i ukryty w naszej świadomości – wykorzystujemy w mówieniu o zewnętrzności. Nie każda przestrzeń powinna być jednak językowo skonstruowana, tym bardziej że wielosłowie nigdy nie przynosi ukojenia, tworząc chwiejne tożsamości zamiast sprawczego „ja”. Suwiński proponuje pozostawienie wyjątkowych obszarów świata samym sobie, bez zbędnej ludzkiej autoryzacji, niezależnie od zjawisk komunikowalnych i ich niby amorficznej postaci: „Kotlino, przyjmij ten deszcz. / Zboczem niech opada głóg i tarnina. // Zostaw w górach słowa, / echo niech karmi się niepokojone ludźmi” [36]. Chodzi o to, by mimo daremności wysłowienia, skonsumowania świata i języka bez zwiększenia swojego – bytowego – potencjału, bez doczytania i rozszyfrowania wielu tekstów i bodźców, a także bez pokonania zagarniającego wszystko zaniku, wciąż słyszeć (i to nie tylko w realizacjach poetyckich) dźwięki wydobywane z tytułowych – ożywiających bądź poskramiających, wznoszących w powietrze bądź przybliżających do ziemi – wietrznych, wiotkich, falujących Dutek, piszczałek i rurek.
Dutki – owe trzydzieści ascetycznych wierszy, z których każdy składa się z dwóch dystychów – próbują odciąć nas nie od samego świata, ale od instancji narzucających nam swój światopogląd po to, by zobrazować, jak percepcja w życiu przechodzi w znaczenie w poetyckim utworze. Miniaturowość, aforystyczność i postimpresyjność Suwińskiego wiele zawdzięczają – afirmowanej przez poetę – materialności (dotykalności, uchwytności) dźwięków oraz ogólnemu poluźnieniu związków między semantyką a ontologią. Na skutek tego Dutki biegną torami nakreślonymi przez pogłosy, które są odpryskami innego, nieusłyszanego świata, który absorbuje bezbronne „ja”, wycisza jego intuicyjne asocjacje, dążąc do skojarzenia jego egzystencji z byciem wobec śpiewnych objawień. One zaś przenoszą „ja” tych wierszy w czas po odlocie, po poskromieniu, po wybrzmieniu dźwięków instrumentu, gdy nie ma już znaczeniotwórczych artefaktów i sam krajobraz jest instrumentem poetycko-muzycznym. Nadto Dutki, które możemy ulokować między płaczem a modlitwą, wciąż pytają: Czy świat faktycznie milczy? Czy tylko nie dopuszcza nas do siebie, do swojego wewnętrznego rwetesu? Znaczenia gubią u Suwińskiego treść, a forma, choć rzekomo „sztywna” i krusząca się, uplastycznia się i wytraca statyczność, zyskuje wymowną integralność. Dutki to tom stworzony z lapidarnych wierszy nie po to, by wymyśleć na nowo formułę książki poetyckiej próbującej osiągnąć autonomię i odzwierciedlić nieopisane. Przyświeca tej książce poetyckiej inny – bardziej doniosły – cel, a mianowicie odnalezienie tych miejsc w języku i świecie, które są naprężone (niepoddane jeszcze rozmiękczeniu przez ponowoczesność) i zdeponowanie w nich nadzwyczajnych, dźwięcznych przypadłości tego, co liryczne.
Autor: Przemysław Koniuszy
Bartosz Suwiński, „Dutki”, Wydawnictwo Forma, Fundacja Literatury imienia Henryka Berezy, Szczecin, Bezrzecze 2022, s. 40
Tom Bardzo Wojciecha Bonowicza zbiera wiersze o relacjach nieoczywistych, nie zawsze międzyludzkich, lecz także ludzko-zwierzęcych. Poeta odnajduje potencjał w napięciach drzemiących między roślinami a pogodą, swoim „ja” a przeobrażeniami świata, domem a środowiskiem życia, dniem a nocą czy dźwiękami natury a brzmieniem słów. „Ja” w Bardzo stwierdza: „Nie mówię wiele / bo co tu mówić?” [48] – wszystko wydarza się wobec i mimo niego, zarówno bez jego udziału, jak i dzięki temu, że istnieje w świecie. Żadna wypowiedź nie może mieć większej siły niż ta, która wynika z natury interesującej „ja” rzeczy. Znaczenie poetyckie w tej odsłonie dykcji Bonowicza rodzi się z suspensu, zawieszenia, sprzęgnięcia sfer i autokrytycyzmu podmiotu. Poeta jest tu kartografem wyrysowującym w wierszach cieśniny, delty, wyżyny i niziny, wokół których oscylują słowa o poetyckiej nośności. Te struktury i formacje geo-semantyczne obrazują rozprzestrzenianie się lirycznej siły między wersami. Widoczna jest ona szczególnie w tych miejscach w wierszach, w których zapisane są – głęboko umocowane w świadomości „ja” – dawne doznania sensoryczne. To one, odżywając w tekstach poetyckich, brutalnie konkurują z tym, co podsuwa wyobraźnia. W utworach Bonowicza, mapach sensów, fantasmagorie przecinają się z jakościami przesadnie realnymi, a zakodowane wspomnienia, reminiscencje i powracanie do tego, co utracone, podporządkowują te wyznania nawykom „ja”. Śledząc kolejne wiersze z Bardzo, widzimy bowiem, jak podmiot poetycki posługuje się pozornie tymi samymi schematami zachowań i strategiami poznania, co ciekawie ilustruje wiersz Codziennie – utwór o międzygatunkowym porozumieniu, empatii i pokarmie:
Maria Bigoszewska w Złodziejskiej kieszeni odnajduje liryczne potencjały stanów niepewności. Wszystko, co istnieje i dzieje się w jej poetyckim świecie ma miejsce wyłącznie dlatego, że awers każdego aspektu jest wspierany przez rewers – drugą, przeciwstawną stronę, która uniemożliwia ostateczne zanegowanie bytu i stanowi poręczenie dla poetyckiego głosu. Zawsze jest jakiś wariant góry i dołu, treści wewnętrznej i ramy, fundamentu i wzniesionej na nim konstrukcji. W rezultacie nicość, ewidentnie obecna w wierszach ze Złodziejskiej kieszeni, nie drenuje realności, nie odwraca jej na drugą stronę, ale pokazuje jej, czym mogłaby się stać, gdyby zboczyła ze ścieżki łączącej jakości pozytywne i negatywne w relacji symbiotycznej. Życie w tej poezji jest zaklęte w pestce, która zapada się w sobie, jest wklęsła, pożąda wypełnienia energią życiową i przebudzenia w stanie samonasycenia, gdy możliwe jest wykarmie sobą nowego, kiełkującego istnienia. Często i owej pestki nie ma – po życiu minionym pozostaje pustka, z której nic nowego nie może się narodzić, wówczas autonomiczna przestrzeń żyje niezależnie, własnym życiem, i pozostawia ludzi samym sobie: „Nic po nich nie zostało, nawet / pestka. Świat nie wykarmił / i nie zatrzymał się, nieznośnie żywy. / A potem inni ludzie, inny wiatr, / przebudzenia” [17]. Równocześnie pojawia się wątpliwość: Czy świat, pełen życiotwórczych nasion, nas zna, przyznaje się do nas i czy potrafi przezwyciężyć nasz wewnętrzny opór? Czy akceptuje naszą w nim obecność? Kwestia ta pojawia się w Złodziejskiej kieszeni, gdyż liryczne „ja” oczekuje tu na ostateczne przejście, transfer poza fizyczność, gdy jego „życie – kalekie, puste – upływa” [18] i jest zarówno bezradne wobec samego siebie, jak uległe i pożądliwe wobec współczesności opanowanej przez negatywizm. W takich okolicznościach „ja” Bigoszewskiej, „kochanka mowy / szalonej” [21], w punkcie zwarcia z rzeczywistością i wobec kumulacji zdarzeń w teraźniejszości wypracowuje oryginalną filozofię poetyckiego słowa, które wyróżnia się szeregiem ciekawych cech – jest rozspojone, rozwarstwione, nabrzmiałe, olśniewające i wciąż przełamywane: „Słowa, które przełamują brzegi / i przybywają, lśniąc jak mokry marmur. / Jesteś w tym wieku, że zaczynasz zbierać / okruszyny zdarzeń” [19]. Dzięki temu poezja Bigoszewskiej doskonale reaguje na świat naznaczony przez ból (rozumiany tu jako „opowieść / w skaleczonym języku mewy, nieprawej siostry dnia” [19]) i ciągłą katalizę znaczeń – w tym nieustanne przyspieszanie reakcji wewnątrzwierszowych oraz tworzenie wybuchowych związków semantycznych.
Bezpowrotne Joanny Matlachowskiej-Pali rozwija poetykę patrzenia na wskroś świata. Wszelkie zjawisko wydaje się tu albo do jakiegoś stopnia transparentne, na przestrzał jawne, albo pozbawione czynnika zdolnego zatrzymać na nim uwagę podmiotu. Każda rzecz jawi się jako zupełnie odrębna wobec swojego niewinnego pierwowzoru, a jej skalanie polega na tym, iż permanentnie przesączają się przez nią czas, historia i spojrzenia. Dlatego poszczególny efekt poetycki daje nam tutaj od razu wgląd w inny zabieg ekspresyjny i nic nie jest samoistne ani w poznaniu, ani w ontologii. Sprawczość – jako zdolność centralizacji i wyboru dominant – przejęły natomiast zmysły podmiotu: to one scalają porwany świat na tymczasowo spójny obraz mentalny, co udaje się im dlatego, że nie działają samolubnie i udzielają sobie nawzajem wsparcia. Szóstym zmysłem staje się zaś oczywiście poezja. Ponadto, gdy któryś instrument percepcyjny ulega w tych wierszach osłabieniu lub musi ustąpić, drugi automatycznie przejmuje jego kompetencje, łącząc je ze swoimi i stając się tym bardziej silny, widząc w tym, co osobne nieomylne świadectwa bliskości, a w rzeczach złączonych efekty długotrwałej i odciskającej niezatarte piętno przemocy („Są chwile które łączą / tak że nie rozerwiesz / są takie co zejść się nie chcą / choć osobno trwają” [15]). Hegemonia zmysłów, do której tu dochodzi, bardzo ciekawie służy przedstawieniu rozproszenia myśli, jej zdezorientowania i – tym samym – niemocy wytworzenia konsekwentnej wizji. Mentalność w Bezpowrotnym nie tylko dociera do swoich granic i meandruje, ale równocześnie praktykuje antagonistyczne trajektorie, osiąga kierunki o różnych wektorach wyobrażeniowych, empatycznych i ideowych. Nic to zresztą nadzwyczajnego w rzeczywistości wierszy zebranych w tomie Bezpowrotne, gdyż powstają one ze spotykania się (mieszania i splątywania się) w myślach niczym w tkaninie czy rzece nici i strumieni jakości. Z zaaprobowanej syntezy powstaje u „ja” lirycznego Matlachowskiej-Pali wrażenie utraty oparcia ontologicznego. Gdy rzekomo koherentna rzeczywistość, której skończoność polega na postępującej entropii, w swojej wsobności skupia się na samej sobie, u „ja” bierze górę myślenie o nicości toczącej go od wewnątrz, o stopniowym wygaszaniu jego osobowej immanencji. Atmosferę degradacji inicjowanej z poziomu świadomości dopełnia zdradzający naturę „ja” jego stan emocjonalny – jest to pełne uzewnętrznienie inkluzji osobowościowych i historii prywatnej, dotyczącej najbardziej intymnych utrat, autokonfrontacji z własnym wybrakowaniem oraz momentów bycia w skrytości z samym sobą, z doczesnością rozciągniętą w nieskończoność. Są to wiersze, w których wyobraźnia wizualizuje odzyskanie niemożliwego, nieosiągalnego ideału, i opłakuje utratę figury utraconego porządku sensu – kogoś, kto był świadkiem dawnego, wzorcowego rytmu istnienia i bez kogo nic nie będzie już mogło być takie, jak dawniej. Rzeczy – symbole trwałości – zastępują tu kaleką egzystencję, a w teraźniejszości nastaje czas absolutnego oczyszczenia. „Ja” Bezpowrotnego pozostaje w takich okolicznościach cicha, uporczywa prośba o możliwość innego bycia – takiego, które jeszcze się tli mimo wygaśnięcia absolutnego ogniska woli życia:
I.
Tom Piotra Michałowskiego, Dzień jest wierszem, świat kolorem, zaczyna się od zastanowienia, jak odróżnić otwarcie i początek nowego nurtu własnej twórczości od końca i rozstrzygnięcia poprzedniego etapu. Te refleksje koncentrują się w cyklu ekfraz opatrzonym symptomatycznym godłem (B)ramy obrazu. Później ten namysł rozgałęzia się na kilka zasadniczych rejonów refleksji, określanych wprost w tytułach kolejnych partii tomu, które wskazują albo czas, albo symboliczny kierunek przeobrażeń: Wstecz, Poza i Naprzód. Na poziomie metapoetyckim „ja” liryczne szuka wyjaśnienia i celowości poezjowania o nadzmysłowym charakterze, wie bowiem, że poezja ufundowana jest na sprzecznościach i byciu w nieustalonym pomiędzy, na przecięciu między początkiem a końcem właśnie, w egzystencjalnej alternatywie albo-albo. Te kwestie Michałowski wprowadza w wierszu Po-prolog, najgłębszym wprowadzeniu do tomu poetyckiego, jakie w ostatnich latach powstało. Pierwsza ewentualność definiowana jest tam jako: „albo / implikacje domniemanych przyczyn / snuć w minus nieskończoność / w rozbieżny labirynt utraconych korzeni” [7]. Druga zaś, niekoniecznie sprzeczna z pierwszą, wybrzmiewa następująco:
Bodajże – skutecznie przyciągający uwagę tytuł tomu Andrzeja Ballo – w lekturze kieruje czytelnika w stronę oczekiwania, że tu oto będziemy obcować z opisem mierzenia się z przewidywaniami i przybliżeniami różnego rodzaju. Podmiot liryczny, nie będąc w stanie i wręcz nie chcąc wi(e)dzieć wszystkiego, w swoich wglądach poznawczych pozostawia pewną lukę między tym, co zastałe, nieporuszone i tkwiące w nieprzeniknionych, wyblakłych rezerwuarach pamięci, a elementami tworzącymi dynamicznie przekształcający się obraz teraźniejszości, która stale wymyka się zmysłom. Okazuje się, że to w przerwie między poznanym a nieznanym sytuuje się przestrzeń wierszy i wysłowienia Ballo. Mówienie bodajże nie jest tu tylko oznaką niemocy przywołania czegoś na tyle konkretnie, by myśl i wypowiedziane słowa były satysfakcjonujące, ale także stanowi element „unikania rozczarowań” [11], gdy zdarzenia nie przebiegają tak, jak założyliśmy, a rzeczy okazują się zdradliwe i wymykają się. Gdy persony Ballo mówią lub myślą bodajże, wówczas mimowolnie manifestują niechęć do danego tematu, nie chcą zdradzać swojej niewiedzy lub – najczęściej – boją się rozdrapywać rany na świadomości. O tym ostatnim mówią najczęściej w sposób subtelny, tak jak wtedy, gdy pytają „czym się różni / tęsknota od marzenia? // tym / że między nimi / jest teraz” [16]. Co więcej, tytułowa formuła jest na tyle pojemna, że obejmuje przynajmniej jeszcze jeden wymiar, a mianowicie bardzo często tu wykorzystywany model doświadczenia lirycznego, który polega na zderzaniu porządku wyobrażonego z faktycznym, mieszaniu perspektyw czasowych i tworzeniu onirycznych wizji. Dlatego w wierszach Ballo bodajże coś mogło mieć miejsce, albo wręcz przeciwnie – nigdy nie zaistniało poza kartą wiersza. Poetykę wątpliwości dopełnia tu swoisty koktajl materii tych poetyckich tekstów, które na poziomie szczegółowym tworzą ironia, pastisz czy groteska. Erudycyjne gry, jakie uprawia poeta z kulturą, egzystencją, emocjonalnością, samym sobą i – prawdopodobnie – swoim czytelnikiem, służą więc – wedle logiki tytułu – zdystansowaniu się od niewiadomych i zdania sprawy z głębokiego rozczarowania światem, którego nie sposób odbierać jako fundamentu myślenia i ramy istnienia. Pokorne bodajże – możliwa emanacja zgorzknienia i znaczący postęp w poetyce szczerości – nadto zdaje się manifestem bezradności wobec braku realnego, namacalnego pożytku z krytyki, zaangażowania i wychodzenia poza stan zastany. Te gesty przynoszą bowiem wciąż niewiele więcej niż zdystansowany, niespieszny opis napotykanych artefaktów, obserwowanych zjawisk czy doświadczanych wydarzeń.
„o wąskich śpiewam drogach wiosny o naturze świerszczy / grających w aorcie gleby tak pysznie że już się nie jąkam” – tymi oto słowy, dla Ciebie, Czytelniku, poetycki świat Natury, to uniwersum nieposkromionej łączniczki życia i śmierci, otwiera Stanisław Kalina Jaglarz swoim drugim tomem poetyckim. Zajęczy żar to propozycja przemyślenia roli indywidualnego głosu w wierszu jako medytacji chcąc nie chcąc naturalnie i postantropocentrycznie przechwytującej to, co pozaludzkie, odrębne i suwerenne. Czytając te wiersze, początkowo czujemy się obco i to stan, jak się wydaje, dla Jaglarza nieodłącznie związany z byciem człowiekiem – istotą, której dominantą jest nieobecność, utrata i lęk. Nie wiemy nic ze świata Natury – niezależnie, czy rzecz zawęzić do tekstu wiersza, czy rozszerzyć ją na własne, czytelnicze światoodczuwanie. Jest to dotkliwe już na poziomie rzeczy najważniejszej i stanowiącej źródłową niewiadomą: grzybni. To mycelium jak sieć oplata życie, rozprzestrzenia je nitkami plechy, które ciągną się w nieskończoność i porwane, przerywają swoje przebiegi jak wersy, zbitki komórek rozsiewające cząstki myśli o jednym, ogarniającym wszystko organizmie żywym, zbudowanym z „innych”, drobnych mikrożyć. W ich puls chce wsłuchać się multipodmiot Jaglarza, artykułując takie, niemal modlitewne wyznania: „gdybym miał oczy byka zielone i żyłkę spojrzenia płożącą się jak grzybnia / czy czułbym czym są pochody pory i nastawanie dnia albo nocy / (…) chciałbym poznać te cienie rozciągłe ciało jednego słońca”. Przez wiersze Jaglarza można patrzeć jak przez okna dające widok na świat pełen zwierzęcego i ludzkiego cierpienia, i nade wszystko żaru: wiary w życie, w gorejące istnienie, w możność posiadania innych oczu, innej natury, innego podglebia.
Warszawski badacz poezji autora nożyka profesora, Robert Cieślak – autor już dobrze znany z mających duże zasługi dla rozwoju różewiczologii oraz koncepcji „poetyki oglądu” takich prac, jak Oko poety. Poezja Tadeusza Różewicza wobec sztuk wizualnych, Poezja wobec kryzysu władzy wzroku oraz Poezja jako poznanie. Studia z poetyki oglądu – w swojej kolejnej książce z tego cyklu tematycznego, w Widzeniu Różewicza, ukazuje tytułowego pisarza jako poetę wzrokocentrycznego i zatroskanego o pamięć indywidualną oraz zbiorową. Wedle jego ujęcia, zaistnienie w poezji tego, co zobaczone i minione, jest możliwe dzięki poetycko-wizualnym mechanizmom: odsłanianiu i przysłanianiu, akumulowaniu/kreowaniu i wypieraniu tego, co wydarzone. Z tegoż ruchu powstaje obrazowo-werbalny obraz poetycki – zwornik wszelkiego wysłowienia poetyckiego, tym bardziej takiego, które stawia na poetykę fragmentu. Tworzywem wypowiedzi poetyckiej Różewicza, jak się tutaj okazuje, są palimpsestowo nakładające się obrazy, wiernie oddające właściwe człowiekowi mechanizmy konstytuowania i gromadzenia asocjacji, zaświadczania i wspominania, doświadczania i powracania.
W nieoznakowanym szlaku, swym ostatnim opublikowanym za życia tomie Bogusława Latawiec zastanawia się nad zasadnością mówienia o drodze. Jej refleksja w tym zakresie jest bardzo rozległa. Chodzi tutaj bowiem o kwestie tak odległe od siebie, jak możność wskazania jakiegokolwiek kierunku w świecie pozbawionym obiektywnych punktów odniesienia, szanse odnalezienia drogi na bezdrożu czy pożytki płynące z samodyscypliny, która miałaby polegać na trzymaniu się raz obranego planu podróży, niezależnie od ewentualnych korzyści, jakie wynikałyby z elastycznego podejścia do przemieszczania się. Ważnym rozwinięciem tej linii tematycznej jest rzecz jasna kwestia poezji, która – jak uznaje poetka – stale powinna dokonywać przemyślenia organizujących ją napięć, zwrotów, semantycznych punktów ciężkości i metaforycznych przeciążeń. Innymi słowy, pisanie wedle Latawiec miałoby polegać na permanentnej uważności w zakresie użytkowanych dróg wysłowienia, a zatem języka, jaki wykorzystuje się w translacji doświadczeń na język wiersza i wyobraźni. Obecność kategorii „drogi” w poetyckiej refleksji jest znakiem subtelnego przeorientowania idiomu, niekoniecznie wymuszonego przez potrzebę opisania wrażeń nieprzystających do dotychczasowego instrumentarium, ale najczęściej spowodowanego u Latawiec przez świadomość nowych wyzwań i kierunków wiersza. Ewolucja „drogi” może też zaistnieć na skutek przebudzenia poetyckiego podmiotu – zrozumienia przez niego, że nieoczekiwanie znalazł się w nowych okolicznościach, w dotąd nieopisanej konfiguracji zdarzeń i znaczeń – a więc tym samym ujrzenia się przez „ja” w konfrontacji z novum życia, z nieoznakowanym szlakiem egzystencji. Podmioty Latawiec, orientując się w nieustannie przeobrażającej się rzeczywistości, rozdarte są pomiędzy dwiema modalnościami: byciem przepełnionym impresjami a funkcjonowaniem jako istnienia okaleczone, cierpiące z powodu ziejącej w ich wnętrzach pustki. Kwestia bez-droży prawdopodobnie ma na celu cząstkowe rozstrzygnięcie tej dychotomii i ogólną kontemplację istoty poezji, której często przypisuje się antagonistyczne cele, lokujące ją na manowcach refleksji lub – wprost przeciwnie – pozwalające jej odnaleźć się na innym szlaku, w nowym, przynoszącym zaskakujące semantyczne rezultaty, miejscu. Świat pozbawiony jasno wytyczonych dróg jest jedyną możliwą realnością, ponieważ toczy się w nim stała walka o przetrwanie i przezwyciężenie na własną korzyść obecnie dominujących tendencji, każdy chce więc zagarnąć w jej trakcie jak najwięcej dla siebie, starając się przy tym, by inni zgubili szlak wiodący do upragnionych zdobyczy. Latawiec mówi o tym szczególnie w wierszach dotyczących poetyckiego zabezpieczenia przed dewastacją tego, co idealne: „aby choć raz / tuż przed ciosem noża / odsłonić / w księżycowej pełni / nieme piękno”. W konsekwencji powstaje Świat bez świata – przestrzeń wewnętrznie rozdarta, pozbawiona rdzenia, wypruta, odarta z logicznej teleologii i przede wszystkim tak fascynującej poetkę ciszy, zagłuszanej przez rwetes śmierci i wojny: