„Trzeba, aby sam przedmiot był blisko oka, aby mógł być poznany
w swej prawdziwej wielkości… Barwy mają cechę wspólną
z kształtami: blednięcie jest dla nich tym, co zmniejszanie się
dla kształtów ; wielkość zmniejsza się proporcjonalnie do blednięcia barw”.
„Wizja osiągnięta w świątyni i zjednoczenie następuje nie
z posągiem, lecz z samym bóstwem… Kontemplacja nie jest
widowiskiem, lecz inną postacią wizji: ekstazą”.
Plotyn – II 8, 1; VI 9, 11
[cyt. za: Władysław Tatarkiewicz, Historia estetyki, t. I, Warszawa 2009, s. 370.]
I.
Tom Piotra Michałowskiego, Dzień jest wierszem, świat kolorem, zaczyna się od zastanowienia, jak odróżnić otwarcie i początek nowego nurtu własnej twórczości od końca i rozstrzygnięcia poprzedniego etapu. Te refleksje koncentrują się w cyklu ekfraz opatrzonym symptomatycznym godłem (B)ramy obrazu. Później ten namysł rozgałęzia się na kilka zasadniczych rejonów refleksji, określanych wprost w tytułach kolejnych partii tomu, które wskazują albo czas, albo symboliczny kierunek przeobrażeń: Wstecz, Poza i Naprzód. Na poziomie metapoetyckim „ja” liryczne szuka wyjaśnienia i celowości poezjowania o nadzmysłowym charakterze, wie bowiem, że poezja ufundowana jest na sprzecznościach i byciu w nieustalonym pomiędzy, na przecięciu między początkiem a końcem właśnie, w egzystencjalnej alternatywie albo-albo. Te kwestie Michałowski wprowadza w wierszu Po-prolog, najgłębszym wprowadzeniu do tomu poetyckiego, jakie w ostatnich latach powstało. Pierwsza ewentualność definiowana jest tam jako: „albo / implikacje domniemanych przyczyn / snuć w minus nieskończoność / w rozbieżny labirynt utraconych korzeni” [7]. Druga zaś, niekoniecznie sprzeczna z pierwszą, wybrzmiewa następująco:
„albo
zasypać grząską geologię sensu
by wznieść z dumnego fundamentu wieżę
wielkiej litery pod niepierwsze zdanie
chwiejną odpowiedź na niemy początek” [7].
Po tym symbolicznym, niemożliwym do znaczeniowego domknięcia otwarciu, kolejnym krokiem Michałowskiego są pytania, dlaczego nie sposób oddzielić wyobraźniowego powtórzenia rzeczywistości od literackiej reprezentacji i czy te dwie formy na pewno są tym samym. Rozwikłanie tego dylematu jest trudne dlatego, że w pierwszym wypadku poeta odwołuje się do idealistycznego rozumienia rzeczywistości, w drugim natomiast sympatyzuje z myśleniem mimetycznym, przy czym w poszczególnych wierszach nigdy nie udaje mu się wskazać, gdzie kończy się replikacja rzeczy i zaczyna się domniemanie, poetycka fantazja. Odnajduje się bowiem w oscylacji i płynnych granicach, a nie ostrych liniach demarkacyjnych. Dzień jest wierszem, świat kolorem udowadnia, że poeta za każdym razem – niezależnie, ile tomów poetyckich już stworzył – znajduje się na początku swojej drogi, po ledwie zakończonym prologu, i musi na nowo ustalać przeciwieństwa i ustanawiać program stojący za jego dykcją, za logosem jego dzieła.
Wypróbowaniem założeń, szukaniem nowej techniki obrazowania w pierwszej kolejności w Dzień jest wierszem, świat kolorem jest cykl ekfraz. Podstawowym założeniem ekphrasis jest sprawienie, by widoczne stało się to, czego nie mamy przed oczami, uczynienie niewidzialnego naocznym i subtelne skomentowanie dzieła sztuki – wykazanie, co można ujrzeć, jeżeli przyjmie się perspektywę obejmującą wrażliwość, empatię i świat(ogląd) „ja” opisującego. W praktyce twórczej Michałowskiego ekfraza służy zastanowieniu, czy konieczne jest umieszczenie siebie w rygorze ram dystynkcji, czy w ekspresji „nie stać nas na bałagan inny / niż upozowany” [10]. Słowna reprodukcja tego, co zmysłowo postrzeżone przechodzi w funkcjonalizację doświadczenia estetycznego – otóż w Dzień jest wierszem, świat kolorem patrzenie na obraz jest istotnym krokiem do osiągnięcia czegoś w wierszu, do sugestywnego wypowiedzenia pewnych twierdzeń, niemożliwych do wyprowadzenia bezpośrednio z obrazu. Michałowskiemu nie chodzi o dotarcie do sensu obrazu ani wyjaśnienie jego przesłania, nie uznaje bowiem obu tych możliwości za osiągalnych lub dla niego – osobiście – potrzebnych. Podobnie rekonstrukcja intrygującej gry znaczeń, jaka implikowana jest przez obraz, nie jest jego celem samym w sobie. Na podstawie wskazówek zawartych w obrazie buduje własną mozaikę liryczną (intensywną formę poetyckiego przeżywania), zawierającą wskazówki co do tego, w jakich kierunkach „ja” liryczne podąża w swoim rozczytywaniu obrazu. To praca nad ową konstelacją jest reorganizującą wiersz procedurą poznawczą, będącą z kolei źródłem poetyckiej inwencji, emanacją białych plam dla wyrażalności – tego, co najbardziej pożądane. Inspiracja malarstwem jest ratunkiem przed zubożeniem postmodernistycznej wyobraźni. Dzięki niej poezja znów jawi się jako działanie ratunkowe, ocalanie za wszelką cenę tego, co uosabia najwyższe stopnie aksjologii i e(ste)tyki. Widać to w ekfrazie dotyczącej Deszczu, pary i szybkości pędzla Williama Turnera, którą otwiera taka strofa:
„a jednak
z bulgotu abstrakcji
łowimy przestrach rolnika ucieczkę zająca
potem
z migotliwego popłochu
ratujemy kontury głów i mostów
przed wykolejeniem ostatniego konkretu
dymiące pogorzelisko wyobraźni
zjeżdża w narożną ćwiartkę / ocalenia” [15].
Obrazowe kompozycje żyją swoim życiem, pewien sens „wynurza się z mozołem” [15] z ich płaszczyzny, a patrzącego „uwozi donikąd realizm równowagi / domniemany rewers chaosu” [15]. Co więcej, ekfrazy powstały z intencją przeniesienia na realia wiersza tego, co w obrazie funkcjonuje autonomicznie, a dyspozycje wizualne, dzięki którym mogły zaistnieć, posłużyły do artykulacji złożonego kompleksu treści niemożliwych do wyzwolenia i ich rozkładu formalnego w innym medium, a za to przy zachowaniu naddatku zapewnianego przez wizualną naturę i bez zastąpienia głębi obrazowości liryczną metaforyzacją. Ekfrazy Michałowskiego dzieją się tam, gdzie nikt nie może dotrzeć, pod osłoną mgły nieuwagi innych podmiot usiłuje pozbyć się stanu martwoty intelektualnej, związanej z widmem braku pożywki dla umysłu. Wiersze-obrazy przepoczwarzają widzącego, który cierpi na „szczere niezrozumienie porządku świata” [15] i filtrują jego myśli, co ma swój rezonans we wszystkich lirykach z tomu Dzień jest wierszem, świat kolorem, najczęściej skoncentrowanych na ujęciu chwilowego zawieszenia i niedopowiedzenia ze strony realności:
„nawet niedokończona strużyna cytryny
spiralą jak z arabeski
mdleje w dystynkcji salonu
a nie upada
w brązową otchłań grawitacji
cóż
brak nam licencji na zmartwychwstanie
inne niż w sztukę
o które martwi się natura
z umiarem umierania” [10].
Wiersze-obrazy Michałowskiego uczą widzieć świat wielostronnie oraz trwać przy założeniu, że przedstawienie malarskie może nie być czymś wyłącznie zewnętrznym, odrębnym i obojętnym, dzięki czemu zdolne są zyskać potencję łączenia różnych, także skonfliktowanych i kontrastywnych, płaszczyzn. W utworze mającym punkt wyjścia w Krzyku Edvarda Muncha Michałowski, obok ekspresji cierpienia i „zdziwienia / wewnętrzną eksplozją” [20], upatruje manifestacji dziejowych przemian i metamorfoz w obrębie wyobrażeń eschatologicznych, w kontekście „skażenia świata” [20], kondycji jednostki „zmęczonej lenistwem / obojętności” [20], czy ulokowania w człowieku źródła tego, co piekielne.
Michałowski sprawia, że obraz „mówi” – w wierszach daje mu przemówić innym kodem i otwiera go na nowe pole denotacyjne, nie pozwala mu zastygnąć, ustatycznić swoich sensów, równocześnie wiedząc, że żadne przedstawienie nigdy nie osiągnie pełnej mocy, ale też w nieskończoność może opalizować, oddziaływać i emanować sobą. W ekfrazie Dziewczyny w ramie obrazu Rembrandta poeta wiele zdradza na temat istoty – wychodzącej od stylistyki ekfrazy – konstelacyjnej narracji, w której jego liryczne „ja” wciela się w postać uwiecznioną przez holenderskiego mistrza:
„na razie muszę wstrzymać
w brązowych tęczówkach
spojrzenie powrotne
przez namacalną a nieuchwytną przepaść
między ciemnym wzrokiem
a ciemniejszym wyglądem” [11].
Godna uwagi jest nadmierna ciekawość, z jaką nadczuły podmiot tomu Dzień jest wierszem, świat kolorem obchodzi się z materiałem poznawczym, jakby myślał, że nadmierna, nieskrywana fascynacja zwykła uśmiercać swój obiekt zainteresowania. To podejście cechuje nadzieja, że sztuki mogą współistnieć, nawzajem się napędzając i stawiając przed oczami i umysłami odbiorców podobne treści, apelując do nich w zróżnicowany sposób oraz odmiennie odnosząc się do koncepcji wyrazistości (transparencji) dzieła. Ekfrazy Michałowskiego nie narzucają się malarskiemu przedstawieniu jako interpretacja, nie pokazują drogi do obrazu w sposób dosłowny, nie rekonstruują jego zasadniczych znaczeń i nie przypominają relacjonowania sytuacji przez niego odzwierciedlanej, ale – uwzględniając „dramat zastygły po starcie widzenia / przed metą uwagi” [12] – eksponują dzieło plastyczne na pierwszym planie wiersza w specyficzny sposób: fantazjując o jego wewnętrznej dynamice, perswazyjności, o tym, co obraz czyni ewidentnym i klarownym, jaki rodzaj novum stanowi, a co wprowadza w naoczność. Nawet z najbardziej abstrakcyjnej artystycznej kreacji poeta potrafi wysnuć refleksję na temat ponowoczesnej wizji przestrzeni życia i myślenia, jak czyni to wtedy, gdy odwołuje się do jednego z emblematycznych obrazów Pieta Mondriana:
„jeśli plan miasta
to z czernią równych ulic
w aleksandryjskim rygorze kwartałów
bez rynku
najwyżej na peryferiach
z dotkliwym brakiem zieleni
samotny biały kwadrat” [21].
Nie uwalnia to podmiotu Michałowskiego od pracy nad własnymi propozycjami dominant w obrębie malarskich przedstawień, co szczególnie ciekawie widoczne jest w wierszu powstałym na bazie Wędrowca nad morzem mgły autorstwa Caspara Davida Friedricha. W tym przypadku zdaniem „ja” centralnymi kwestiami są nieskończoność i wieczność, prze-oczenie oraz milczenie i nie-wypowiedzenie:
„jeszcze chwila
poczekaj aż odejdę
zwijając na brzeg spojrzenie nieskończoności
dla ciebie to chwila
poczekaj aż zetrę swój obcy wzrok
z widokówki powszechnych przeoczeń” [14].
II.
Wiersze z tomu Dzień jest wierszem, świat kolorem oświetlają stosunki między przedmiotami – figurami obrazującymi niespełnienie tego, kto mówi i widzi. Różnice jakościowe między wierszem-obrazem a samym dziełem malarskim co prawda są nieuniknione i niezbędne, jednak tego rodzaju dystynkcje intensyfikują dynamikę obrazowania. Przez to czynniki rzucone mimochodem na scenę wiersza – nieprzypadkowo wydobyte z płaszczyzny obrazu, stanowiące także intymną wypowiedź „ja”, uzewnętrzniające prywatny akt odbioru – uczestniczą w procesie dopełnienia oglądu. Równocześnie poeta pyta o kwestie zasadnicze: Czy wczuwając się w obraz ustanawiamy go, stając się jego częścią i biorąc za niego odpowiedzialność? Czy percepcja malarstwa jest grą, której wyłączną i ostateczną stawką jest samo uobecnienie dzieła, stworzenie przez niego oddźwięków w świecie pozamalarskim? Za te ostatnie uznać można uświadomienie patrzącym, ale nie zawsze widzącym, istnienia powidoków, stopniowego zanikania sensów tego, co postrzegane i niewiadomej, drugiej strony obrazu – miejsca, z którego patrzy autor dzieła i hipotetyczni, także historyczni odbiorcy. Idąc dalej, ekfraza i samo patrzenie w/na obraz są wejściem na pokład statku i podjęciem wyzwania długotrwałego rejsu po jego płaszczyźnie, często kontynuowanego jeszcze długo po tym, jak opuści się łódź, przestrzeń dookolną obrazu, co rozpoznawalne jest w wierszu wywodzącym się z Impresji, wschodu słońca Claude’a Moneta:
„jeszcze przed
odpłynąć najdalej
anonimowym cieniem
w pustynię trzeciego wymiaru
w dzień wciąż nienarodzony
uciec czernią na pierwszy plan
z dwubarwnej ćwierćwidzialności” [16].
Michałowski ani nie przytacza obrazu, ani nie poprzestaje na dygresyjnym odwołaniu do malarskiego arcy-dzieła. Podobnie nie koncentruje się w wierszu-ekfrazie na szczegółach znaczących w świetle projektu poetyckiego stojącego za tomem Dzień jest wierszem, świat kolorem, nie zastanawia się z uporem, jak obrazy powstałe nierzadko stulecia temu działają dzisiaj, i to być może ze zdwojoną intensywnością, nie poddaje się – być może kontrowersyjnej – refleksji nad tym, czy obrazy kanoniczne dzielą odbiorców na zwolenników i przeciwników wizji świata i estetyki w nich wyrażonych. Pozostawiając na boku te, znacząco marginalizowane także przez poetę kwestie, pozostaje zapytać, co uzasadnia odejście od imitacji obrazu w ekfrazie i literackiego dopowiadania historii zawartej na płótnie. Zaważyła tu prawdopodobnie chęć inwencyjnego podejścia do przetransponowania malarskiego przedstawienia na wiersz, skumulowanie w liryce jego siły i próba wykazania, że poezja może osiągnąć na własnych zasadach porównywalną biegłość percepcyjną, szczególnie w materii hypotypozy, jaka jest potrzebna malarzowi do zbudowania jego struktury znaczącej. Przykładem tego jest transpozycja na wiersz obrazu Bal w Moulin de la Galette Auguste’a Renoira. Michałowski łączy w nim kilka współobecnych toków wypowiedzi: charakterystykę sytuacji sformułowaną przez podmiot zbiorowy (uczestników tytułowego balu), zdystansowany komentarz prawdopodobnie nieuczestniczącej w przyjęciu osoby przyglądającej się wszystkiemu z boku oraz opis próby włączenia w wydarzenie patrzących na obraz, skorelowaną z puentą na temat istoty malarstwa:
„zapraszamy
tylko jeszcze zanim
zapłoną lampiony i noże
tymczasem przyjemnie i bezpiecznie
dopóki chce nas wmalować / w błękit” [17].
Warto podkreślić, że Michałowski w cyklu ekfraz za każdym razem – jako substytut tytułu – podaje autora, tytuł i rok powstania obrazu, do którego „odwołuje” się w wierszu. Dzięki takiemu ukształtowaniu formy podawczej już na samym początku poeta daje do zrozumienia, że jego utwór daje się zobaczyć jako wtórny względem dzieła plastycznego, powstały dzięki sprowokowaniu przez to, co wizualne, a także, co najważniejsze, unaocznia trudność powiązania wiersza z językowym ekwiwalentem obrazu, gdyż tekst poetycki – tak jak artefakt plastyczny – uwikłany jest w relację z jego ramą, tym, co wewnątrz niej, oraz z okalającym ją kontekstem. Innymi słowy, wiersz pogłębia i tak zaawansowane „rozkołysanie harmonii” [17], które jest nieodłącznie związane z każdym przedstawieniem malarskim.
III.
Ekfrastyczny charakter wierszy otwierających Dzień jest wierszem, świat kolorem sekretnie i nieortodoksyjnie „adaptuje” na własny użytek te elementy obrazu, które nasycone są napięciem zazwyczaj towarzyszącym filozoficznym poszukiwaniom. Jest to ładunek refleksji ześrodkowujący uwagę na temacie niedominującym w źródłowym obrazie, na czystej substancji widzialności emanującej z dzieła plastycznego. To ostatnie samo w sobie jest czasochłonne w percepcyjnej rekonstrukcji, gdyż nie jest skończoną, holistyczną całością, ale obojętnym na zewnętrzność pytaniem o swoją konstytucję, o sposób wydarzania się opowieści w nim zawartej implicytnie lub dosłownie. Summa summarum w Dzień jest wierszem, świat kolorem wszelka całość jest zawsze niepochwytna, to zenit poetyckiej potencji, tym bardziej niedosiężny, im bliżej niego znajduje się podmiot i im silniej odczuwa pychę z powodu wystawienia akurat siebie na takie doniosłe doświadczenie. Obcowanie z malarstwem jest w tym tomie zaznaniem emanacji upragnionej pełni. Na skutek tego rozpoznaje się warunek uprawiania krytycznej refleksji nad obrazem w poezji. Jest nim skupienie na jego samorzutnej autonomii i pozadoświadczenowej immanencji, niewymagającej żadnej re-waloryzacji. W ten sposób Michałowski osiąga stan estetycznej równowagi, pozwalający mu oddać się poznawczej ekstazie, stanowi wewnętrznej, paradoksalnej nierównoważności, który jest dostępny w konwersacji z obrazem. Ta rozmowa zaś sama w sobie rozumiana jest jako sprzeciw wobec jego potencjalnej konserwacji (hibernacji, korekcie, pokryciu separującym od zewnętrzności substancją lub zabezpieczającym werniksem). Obraz jest wezwaniem do przeniesienia subiektywności na labiryntową płaszczyznę, na której podmiot błądzi pomiędzy życiem własnym, danymi zmysłowymi, wiedzą kulturową, fantazmatami, a bezpośrednio poznawanym dziełem, w które czuje się zatopiony. Dlatego świadomość „ja” zaczyna funkcjonować paralelnie z impresjami powstającymi diachronicznie na skutek widzenia obrazu, co opisują pierwsze strofy wiersza powstałego dzięki wiwisekcji – analitycznego rozbioru – dzieła Karnawał Arlekina Joana Miró:
„najpierw
faluje pstrokata rozkosz rozproszenia
w próżni splątanych serpentyn
nad bałaganem niezakończonej zabawy
(…)
potem
żmudna inwentaryzacja
skarbów powietrza minerałów ognia
owoców morza kwiatów ziemi
składanych osobno w miękkie futerały mroku” [22].
Ekfrazy Michałowskiego nie są arbitralnym aktem nazywania, odbudowywaniem w innego rodzaju architek(s)turze sekwencji zdarzeń zachodzących w narracji obrazu, ani relacjonowaniem aktów kontemplacji. Gdyby były tym właśnie, wówczas zbliżałyby się do omówienia, odkrywania intersubiektywnej (sprawdzalnej) „prawdy” obrazu, zamiast zaświadczać o zaufaniu do obrazu, które przechodzi stopniowo w silną wiarę w samodzielność dzieła sztuki. To ostatnie jest u Michałowskiego zarazem teatrem pozorów, serią wielokrotnych odbić i częścią skomplikowanej intrygi. Jakkolwiek zdefiniować przyczynę tego stanu rzeczy, wiersze autora Zaginionego w kreacji przynoszą nową jakość estetyczną. W zależności od natury obrazu-źródła poeta wypracowuje nowe kryteria umocowania relacji obraz-tekst, dlatego trudno wyróżnić tendencje regulujące cały ten proces. Dość powiedzieć, że formułowane przez „ja” Michałowskiego zestawy twierdzeń dociekających, co może odpowiadać namalowanym figurom (ośrodkom sensu), w istocie bliskie są próbie skonstruowania metapoezji o wizualnej orientacji. W swoich wglądach „ja” tomu Dzień jest wierszem, świat kolorem uszczegóławia swoje przemyślenia, odnajduje kolejne punkty orientacyjne lirycznej auto-kreacji i ustala przy tym, kiedy zaklęte w obrazie treści zakwitną i na jaką glebę muszą trafić, by przynieść obfity plon. Oprawę obrazu, będącą jednym z najciekawszych wątków w tomie, Michałowski zestawia z poddaniem go poetyckiej obróbce (subiektywnemu prze-tworzeniu, ramowaniu), będącej kolejną temporalizacją migotliwego przedstawienia i swoistym afrontem wobec pozorów neutralności dzieła sztuki, wyrażających się w nim przekonań artysty oraz światopoglądu i nurtu estetycznego, jaki reprezentował i rozwijał. Rama, jako przestrzenne ograniczenie, służy wyzwoleniu energii przedstawienia, opóźniając katalizę jego potencji, o czym Michałowski pisze przy okazji Panien dworskich Diego Velázqueza:
„rama otwiera wyjście awaryjne
ze szczelnej kwadratury
na ciągłe otwieranie oczu tajemnicy
w gasnącym oleju
pod kurtyną powiek” [13].
Ewolucja fenomenów zależnych od siebie – zamkniętych w ramie, uwięzionych na stronicy wiersza – nie zachodzi, jak wykazuje poeta, w próżni odgrodzonej od świata tamą ramy/kartki, ale przebiega zgodnie z realiami „wewnętrznej eksplozji” [20] sensów, przysłaniających realność samą w sobie i kwestionujących mimetyczne zacięcie tekstu. W przypadku ekfrazy nieuniknione wydaje się odizolowanie obrazu od jego kontekstu i cech dystynktywnych, jak i marginalizacja niektórych jego aspektów na rzecz tych najcelniejszych z perspektywy lirycznego wyznania. Przeszkodą w (z)rozumieniu obrazu jest dominacja autorefleksyjności – wynikająca z natury podmiotowości konieczność skupienia „ja” w widzeniu na sobie, na samopoznaniu, a nie na oglądanym przedmiocie, przez co owocna inter-akcja nie zawsze zachodzi, tym bardziej że jest hamowana przez przed-sądy. Michałowski odzwierciedla to w mówieniu o nie-zupełności obrazu, konieczności oddania się ekstrapolacjom podczas budowania na jego fundamencie lirycznej miniatury oraz zachwytowi nad tym, z jaką siłą wizualne uniwersa narzucają się wyobraźni. Na uwagę zasługuje umiejętność, z jaką poeta oddaje w swoich wierszach działanie dwóch zasad. Po pierwsze, zasadę tożsamości, jedności opisu i źródła-obrazu. Po drugie, zasadę przyczynowości – wynikania z siebie nawzajem komponentów obrazu i wiersza. Mistrzostwo, jakie osiąga, ma swoje źródło w uważnej analizie i odczuwaniu na przykład takiego obrazu, jak Mont Sainte-Victoire z wielką sosną Paula Cézanne’a. To na jego podstawie Michałowski być może odkrył, czym jest równowaga w obrazowaniu („nigdzie jak tu / najczulsza gałąź podwaja przełęcz / w zgodnej fali horyzontu” [18]), korespondencja/proporcjonalność planów („to nic że poniżej / złamana w labirynt zieleni / zwodzi między żółte kanty pól” [18]), symbioza kolorów („gdzie miękkie igliwie / zespala miłosnym ramieniem / plan pierwszy z ostatnim / a w niejeden błękit / już nieparyski jeszcze nie morski / wmiata łososiowe łupki skał / i słoneczne rymy zbóż” [18]), manifestacja napięcia niesprzeczna z pozostałymi wyróżnikami dzieła („jest tak blisko wniebowstąpienie / w równowagę wiatru” [18]), czy siła złożenia na re-prezentacji autorskiej sygnatury – znaku niezaburzającego całości i niekoniecznie będącego tylko podpisem, ale mogącego funkcjonować jako skażenie przedstawienia widomym znakiem obecności człowieka oraz narzucenie niepowtarzalnej dynamiki recepcji dzieła:
„dlaczego tylko tu
przez tę jedyną framugę wędrownego oka
z Aix en Provence
nawiewa w płaski prostokąt
widok na zawsze i wszędzie” [18].
Kryteria przedmiotowe oraz sprecyzowanie składowych obrazu nie są tak ważne jak intuicja „ja”, która nie polega na kryteriach opisowych – interesuje go odmienność, jaką uosabia każde dzieło sztuki malarskiej. Ów podmiot w ekfrazach rozszerza pod względem ideowym swoje stanowisko estetyczne oraz przekracza kolejne dziedziny kontemplacji i odbioru przez pryzmat własnej subiektywności. Surowy, pozawrażeniowy styl deskrypcji i eksplikacji właściwie tu nie występuje, są to ekfrazy przynależące do poziomu egzystencjalno-duchowego, ilustrują intymne przeświadczenia, oswajają sztukę i ją iluminują. W istocie obraz jawi się jako bezcielesny i efemeryczny, lecz im jest bardziej delikatny, tym wydaje się bardziej trwały i doskonały. Na poziomie poetyki ekfrazy Michałowskiego opierają są na rozszczepianiu i równoczesnej łączliwości – są skojarzeniem zmysłowości z emocjonalnością, oka z rozumem, praktyką myślenia z (w)czuciem, pasywności z zaangażowaniem, perspektywy mikro z perspektywą makro, obfitości semantycznej zawartej między ramami z jakościami uwolnionymi z dzieła, a następnie przejętymi przez kulturę.
„Ja” Michałowskiego napotyka największe trudności w zrelacjonowaniu doświadczenia obecności w obrazie Niepojętego i Niewypowiedzianego:
„w niektórych językach
bywa rodzaju męskiego
choć ostatecznie zawsze bezpłciowe
i samorodne
odżywia się nicością
zaprzecza wszystkiemu
i rodzi wszystko
zwłaszcza ślad i pamięć
obrazy słowa sny ciszę
Boga i czas
zwykle żałobę
rzadziej spadek
napięcia” [59].
Już samo pytanie o to, czym mogłoby być Niepojęte i Niewypowiedziane, stwarza pęknięcie w tych wierszach, w której z(a)nika „ja”, nie jest ono przez nas – czytelników – widziane w pierwotnej formie i traci dla siebie punkt zaczepienia, zaczyna oscylować wokół wyobrażonego przez siebie widma tego, co uznaje za Niepojęte i Niewypowiedziane. Jednak jest to zarazem moment, gdy jego obecność zostaje maksymalnie zintensyfikowana, osiągając nową formę własnej obecności – owe „ja”, usytuowane w punkcie centralnym, oddaje się we władanie obrazowi i to nie tylko jego narracyjności wewnętrznej (kulturowo-symbolicznej) i zewnętrznej (odpodmiotowej, krystalizującej się na gorąco, w trakcie widzenia), ale i hipotezie istnienia metafizycznego rdzenia dzieła sztuki, jego odsyłania poza fizyczność i materię. Z tego wynika, że w obrazie, szczególnie poetycko roz-pracowanym, można zobaczyć siebie samego i obnażonego egzystencjalnie, kiedy to dociera się do rzeczywistości anachronicznej i pozaczasowej, ale wciąż pomocnej w walce o podmiotowość i autentyczność. Sam obraz nie pozostaje jednak nagi – są na nim blizny i ślady po poprzednich oglądach, kostiumy interpretacji i trwała hipoteza, że odsyła do czegoś Innego. Jest strukturą, w której poszczególne warstwy obrazowania i jej składowe przenikają się i tracą spoistość, pogłębiając dysonans widoczny w niemożności odróżnienia, co jest widoczne naprawdę, a co jest iluzją stworzoną przez iluzjonistę, którym może być i poeta, i malarz, i dzieło, i kultura w ogólności. Niezależnie od źródła, z którego wypływa wiersz na tym etapie i w tej odsłonie głosu Michałowskiego chodzi o to, by
„uchwycić to w teraz
w nużącym trwaniu ZANIM
w jednobitowym niespełnieniu JESZCZE
w binarnej równowadze MIĘDZY
TAK NIE” [34].
Innymi słowy, moment poetycki wydarza się jako dar tylko wtedy, gdy już istnieje, jest aktualny, ale równocześnie jest „wstrzymany” [34], jakby był antycypowany poza czasem przeżycia – poza tym, co dostępne podmiotowi w jego linearności i biologicznym ograniczeniu, co nie pozwala, w przeciwieństwie do poezji, na pojednanie „fali szczęścia” [34] z „morzem klęski” [34]. Taki moment poetycki – wycinek z czasoprzestrzeni życia (i) świata – jest potencjalny nie sam z siebie, lecz przede wszystkim progresywne jest jego „ocalenie” [34], wydobycie i opracowanie nienastawione na rozbrojenie. Ta możność, która pochodzi wszak nie tylko z cytowanego tu wiersza Czekanie i określa cały tom, przypomina
„kuszenie
na każdy z brzegów zwodzonego mostu
zwodzi
zawodzi
nie wchodzi w rachubę
huśtawka w bezruchu” [34].
IV.
Wiersz Michałowskiego jest zakonserwowaną siłą życiową, wysuszoną i pozbawioną wody gwarantującej jej trwanie. Jest przygotowany na długie oczekiwanie na ponowne przyjście, na (re)emanację w lekturze, która nadaje mu nowe życie i ożywia wodą zainteresowania, która zbiera się w strumień myśli oraz możliwych rozstrzygnięć interpretacyjnych. W akcie recepcji jakości pozornie mimochodem porzuconych na scenie wiersza podczas lekturowej konsumpcji, aranżowane są emanacje znaczeń – są one widziane jako zdarzenia mogące wypełnić białe plamy egzystencji i uratować przed tym, co czyni daremną wszelką sensotwórczą aktywność. Wskazując w Dzień jest wierszem, świat kolorem na ekfrazę jako źródło siły wyobraźni poetyckiej, poeta zdaje się utrzymywać, że płaszczyznowy charakter nie tylko malarskiego przedstawienia determinuje ontologię patrzącego, który wszak nie zyskuje od razu statusu widzącego, to jest rozumiejącego. Podobnie jest z pozostałymi wierszami z tego tomu, szczególnie tymi nieposiadającymi wyraźnej od-malarskiej proweniencji. Chodzi o te utwory Michałowskiego, które naznaczone są przez brak równowagi; wiersze dążące do wyładowania semantycznego napięcia, zjednoczenia antynomii i afirmacji tymczasowości. Charakteryzują się one „wmalowaniem” [17] odbiorcy w porządek zmieniający jego ontologię i stanowiący nie lada poznawcze wyzwanie. Z poetyki ekfrazy Michałowski zaczerpnął trwałe, rytmiczne wibrowanie przedstawienia poetyckiego, co jest widoczne nawet wówczas, gdy poeta pisze o czymś nieporuszonym i niemobilnym, jak dzieło sztuki. Wydaje się, że tom Dzień jest wierszem, świat kolorem wyraża entuzjazm wobec rezonującego na każdym poziomie materii odwiecznego ruchu kosmosu, ponieważ wykorzystuje niemożność dezaktywacji gry sensów, które, pozostawione samym sobie, wciąż działają, wchodząc w sojusze i konflikty. Dlatego, jak napisze poeta,
„gdy rozum śpi
pejzaż równowagę traci
geometria faluje (…)
wtuleni embrionalnie
w zaoczną oczywistość
na małomiasteczkowej poduszce kotliny
śpimy” [19].
Słowa te objawiają ważną cechę wyobraźni Michałowskiego. Poeta często posługuje się sprzecznościami, paradoksalnymi zestawieniami i negacjami, aby odzwierciedlić obraz świata nad przepaścią, niemożliwego do udosłownienia bądź uproszczenia. Nawet gdy zaprzecza istnieniu jakiejś wartości semantycznej, drugiej strony opisywanego zagadnienia, tym silniej ją konstytuuje jako nie-obecną i potrzebną wierszowej rzeczywistości. Choć w Dzień jest wierszem, świat kolorem komunikacja werbalna uwypukla jedne jakości kosztem wypłaszczenia i wywłaszczenia innych, to Michałowskiemu udaje się uzyskać „wspólny rytm” [23] i pozostawić nawet sprzeczne znaczenia w osobliwej, subtelnej stabilności, pod którą kryje się napięcie między wojną i pokojem:
„różni je arytmetyka
pokój
zna mnożenie i dzielenie
dzielenie mnożenia
i mnożenie dzielenia
wojna
zna jedno proste działanie
dodawanie
które służy odejmowaniu
ponadto je różni język
nazewnictwo zbrodni
i status piekła
spłowiałe credo
na szkolnej tablicy
spisane cegłą nie kredą” [44].
Poeta pracuje pomiędzy tym, co dane przez czas, naturę i determinizm, a tym. co domniemane i przypadkowe. Jego wiersz ma oddziaływać w uniwersach o dużej przepustowości, mogąc zostać przyjęty z całym swoim inwentarzem. Ma reagować z jakościami zastanymi, tworząc zakrzepy i tamy pozwalające wypełnić przestrzeń w sposób niespodziewany. Obraz poetycki Michałowskiego nie tylko promieniuje sensami, ale z równą mocą oddziałuje na świat pod względem materialnym, przemienia go. Bez poetyckiego widzenia wszelkie iluminacje wedle Michałowskiego przemijają niezauważone: stają się częścią rzeczywistości, wtapiają się w jej strukturę i nie otwierają oczu wyobraźni na głębsze sfery życia. Przez to jawiące się rzeczy nikną samotne, a emanacje są „nie dosłuchane” [33]. Kontemplacja tego, co widziane usuwa „ja” liryczne tych wierszy z naturalnego kontekstu jego bycia, z codzienności; lokuje go w uniwersum zdekomponowanym, które rozpościera się pomiędzy dniem a kolorem, zmyśleniem i wyobrażeniem a faktem wiersza, naśladownictwem i odwzorowaniem a reminiscencją jako reaktywacją i powrotem. Poszczególne epizody ekfraz Michałowskiego i stadia ewolucji patrzenia na rzeczywistość budują świadomość estetyczną, dają życiowe doświadczenie i – co najważniejsze – niezależne konstrukcje myślowe, znamionujące zresztą płynne zmiany tematu w obrębie tomu. Bardzo ciekawym przykładem tego jest wiersz Modrzew (VI) świetnie ilustrujący dynamikę patrzenia, naturę postrzeganego obiektu i wpływ ruchu oka na pozycję podmiotu, jak pisze poeta: „wprost / wzrost / w bok / wzrost” [30]. Także w pozostałych częściach modrzewiowego cyklu Michałowski ujawnia zbieżności między dwoma przedsięwzięciami: poznawczym (to jest płaszczyzną empiryczną, byciem wobec drzewa i istnieniem tej rośliny samej w sobie: „wektor na pozór bierny / skazany na miejsce i czas / przez punkt przyłożenia narodzin / lecz zwrot wyznacza / ograniczona wola heliotropizmu / wypadkowa światła grawitacji wiatru” [32]) a poetyckim, gdyż sposób widzenia drzewnego fenomenu i charakter jego emanacji odzwierciedlany jest tu przez budowę wertykalnego przecież wiersza:
„jak to się dzieje
(poza rymem)
że każdy centymetr do
jest odejmowaniem od
niewidocznej całości
która traci wagę tragicznego finału
a pycha rozbuchanej zieleni
od-pycha punkt zero
w stożkową perspektywę
zenitu” [30].
V.
Program poetycki stojący za tomem Michałowskiego daje się zawrzeć w myśli, że każde zjawisko i każda rzecz mają swoje głęboko ukryte przeznaczenie, utajony i zmienny „wektor” [35] semantyczny, który diametralnie zmienia doświadczenie podmiotu próbującego rozeznać się w owych enigmatycznych źródłach, marzącego o przetrwaniu i tym samym chcącego na własnych zasadach, w ramach egzystencjalnych możliwości i w intymnym stosunku do ożywionej przestrzeni, utożsamić się z tym, co zmienne, wciąż wzrastające i odradzające się. W tej refleksyjno-doświadczeniowej pracy chodzi o ulokowanie siebie wobec świata, zrozumienie swojego „ja” przez pryzmat dookolnych jakości i wierszową działalność, nie zawsze podległą imperatywowi „zamknięcia w widnokręgu wyzwolonej / lecz dozwolonej wyobraźni” [36]. Można w tym widzieć także subwersywną, realizowaną wewnątrz poezji, potrzebę wyjścia poza logos i słowo, odnalezienia jakiegoś kontrapunktu, drugiej odnogi myślenia i doświadczenia, czegoś, co nie będzie skażone łyżką dziegciu,
„na wieki wieków karmione wspólnym lecz mniejszościowym
złudzeniem, malarstwem dla ślepych, muzyką dla głuchych,
co zapełnia bezdenne echa Wszechświata i niewydolny
skup makulatury” [36].
W tomie Dzień jest wierszem, świat kolorem bezwzględna natura świata nie komunikuje się z nami – funkcjonuje niejako wirtualnie, poza faktycznością, nie pozwalając się kanonizować za życia, przed ostateczną katastrofą (przezwyciężeniem) i przejawiając się tylko w słowach przesiąkniętych tymczasową dominantą ideologiczną. Milcząco, w anabiozie oczekują na rozstrzelanie bądź wymazanie i eksponują beztreściowe „sny o potędze” [42], majacząc o uwierzytelnieniu siebie w „księdze wieczystej / pamięci” [42]. Pisarstwo Michałowskiego stymuluje kreowanie sensu w rozpęknięciu, w nieradykalnych dualizmach, w zestawieniach fenomenów dystrybuowanych niezależnie od wiersza, narzucanych przez świat bez uwzględnienia ludzkiej woli i filozofii. Równocześnie jego idiom wypełnia swoje postulaty dzięki korzystaniu z dziedzictwa awangardy i lingwizmu, na zasadniczym poziomie odnajdując potencjał w trywialnej myśli, że to w słowach – w ich etymologii, semantyce i brzmieniu – kryje się prawda o duchu czasów, świecie człowieka i jego etnosie. Znajdziemy więc tutaj zarówno Haiku rzymskie (konstelację paralelnych utworów odwołujących się do słynnej japońskiej formy), utwór Kapitalizm (wiersz zawiera lokowanie produktów) z enumeracyjnym ciągiem nazw korporacji („castorama pizza hut / jisk mcdonald’s kfc // poza rytmem / piotr i paweł / żabka muszelka stokrotka biedronka // kaufland kaufland / über alles” [46]), jak i ciekawy eksperyment językowo-wizualny opatrzony tytułem Blebleble (wiersz lingwistyczny), w którym z symetrycznej, stożkowatej formy, z nienadzwyczajnych słów wyłania się coś ciekawego o naturze komunikacji. W każdym z tych przypadków (i w licznych pozostałych) Michałowski z powodzeniem poszukuje nowych obszarów działania dla swojego idiomu i – nie ukrywajmy – z pożytkiem dla wiersza wykorzystuje swoje oczytanie, doświadczenie teoretyczno-analityczne i wiedzę kulturową.
Wypowiedziane i wiązane z desygnatami słowa w wierszach Michałowskiego kreują wartość, wytwarzają nie-widoczne pole sił i – co najważniejsze w tej poezji – transformują ontologię rzeczywistości. Poza wizualnymi sferami tych utworów autor Mikrokosmosu wiersza preferuje obserwację wnętrzności języka, który sam w sobie, samodzielny, nie zgadza się na osąd podmiotu, twierdzącego, że
„Powiedzieliśmy sobie już pewnie wszystko
co najgorszego można nawymyślać
w mowie piśmie podtekstach
o mnie o tobie o nim o nas o was o nich
ale do siebie tak dosłownie już tego
nie bierz” [48].
Głos poety zastępowany jest przez to, co już – jako warunek wstępny wysłowienia – jest zawarte w słowach przed wszelką liryczną obróbką. Wydawałoby się więc, że owe wiersze zaistniałyby tak czy inaczej, jakby Michałowski zbierał fragmentaryczne dane, rozsypane puzzle, które bez jego udziału – bez wtrącenia się człowieka w odrębny świat znaczeń, w samoistne życie słów – także tworzyłyby sensotwórczą układankę, która choćby bez jednego drobiazgu, jednej drobiny sensu, nie byłaby tym, czym jest. Ciało-strumień języka akumuluje i dystrybuuje energię życiową – staje się coraz bardziej nasycony i żyje wedle logiki wymiany, kładąc nacisk na to, by sensy jednego wyrażenia dyfuzyjnie przenosiły się na inne, zanieczyszczając siebie nawzajem i współistniejąc na równi w symbiozie i konflikcie. Tak Michałowski adresuje jeden z zasadniczych problemów tomu Dzień jest wierszem, świat kolorem, który ujawnia się w wypowiedzeniu szeregu diagnoz o dotychczasowej, zastanej egzystencji języka w obrębie życia społecznego: „Powiedzieliśmy możliwie wszystko / co niemożliwe” [48] i „Powiedzieliśmy sobie wszystko co / najlepsze cenzurując zawstydzone kiczem / zachwyty” [49]. Koniugacje i parafrazy, credo i formy wiedzy, każda zabawa i każde domniemanie funkcjonują w Dzień jest wierszem, świat kolorem jako narzędzia zmiany świata. Razem tworzą płynną masę, która przesiąkając w architeksturę myślenia i łącząc się z ideologizującą retoryką transmitowanych przekazów, „spływa rwącą kaskadą / ze scen ekranów powieści przemówień / kabaretów piosenek internetu” [48], siląc się na to, by być czymś innym, czymś więcej niż tylko wtórnym określeniem stopnia aktualnej destrukcji.
VI.
„dowiedziono empirycznie / świat to za dużo” [50] – ta konkluzja jednego z wierszy Michałowskiego jest kluczowa dla całego tomu, który na wszelkie możliwe sposoby akcentuje, że świata nie sposób sprywatyzować. Wzięcie go w posiadanie, określenie stosunków między jego obiektami, wydaje się możliwe tylko za pomocą słów, dlatego każdy z zawartych w Dzień jest wierszem, świat kolorem utworów jest miniaturową rozprawą na temat filozofii języka poetyckiego. Tylko on potrafi poradzić sobie z tym, co kumuluje się w zwarciu między spojrzeniem i widzeniem a jakościami wizualnymi i ich odbiciami, przedmiotem a jego analogonem, błędem a korektą. Michałowski, świadomy potencji logocentrycznej perspektywy i zdecydowanie demitologizując natchnienie, ze swoich wierszy uczynił laboratorium języka i formy: na każdy utwór ma inny pomysł, oryginalną ramową metaforę epistemologiczną, ciekawe rozwiązanie formalne bądź – stanowiącą zwornik całości – niepowtarzalną i przekonującą koincydencję między słowami, która jest wyjęta nie ze słownika, ale z korpusu mowy żywej:
„nie ma kradzieży
są tylko nieprawidłowości finansowe
nie ma katastrof
są tylko bolączki
nie ma wojen
najwyżej konflikty zbrojne
zamiast zadyszki szczęścia / przelotne sukcesy” [38].
Wiele z tych utworów jest rodzajem pandemicznego dziennika i montażem percepcyjnym korzystającym z dziedzictwa poetów nowojorskich, w którym doznania, obrazy, dźwięki, informacje, nazwy i skrawki świata są zestawiane bez spójnej narracji, ale z wyraźnym rytmem strumienia świadomości oraz dynamiką lingwistycznych notatek z życia umysłu i różnych rejestrów życia codziennego:
„pełzający jęzor błota gołąb skrzydło o but otarł
uśmiech zwiędłej pomarańczy z akrobatą panda tańczy
Madryt w turystycznym tłoku bielmem rośnie pustka wokół
Puerta del Sol
(…)
wiadomości z radia sprzeczne rozbryzg wody na łyżeczce
kran znów cieknie jednostajnie mecz przegrany gwiżdże czajnik
pająk patrzy przez firankę krzesło okulało tangiem” [51].
VII.
Bywa, że ciągi słów w Dzień jest wierszem, świat kolorem układają się w formularze, instrukcje (Instrukcja na czas pandemii, Instrukcja obsługi tajemnic) lub szum – wszystkie one obrazują kolonizację mentalności „ja” przez to, co zaburza jego widzenie, determinuje ślepotę percepcji oraz pogrążanie się w entropii, w której nic się nie rozwiązuje, nie domyka, nie osiąga końca. Innym razem są to utwory wyrosłe z pierwszych zadziwień, uzmysłowienia sobie, z czym tak naprawdę się obcuje:
„moje zdziwienia
tak spowszedniały
że je zauważam właśnie
pierwszy raz
(nie licząc zawodnej pamięci)” [31].
To kolaże nieukładające się geometrycznie w sensy oraz wiersze-zielniki kolekcjonujące opisy prób utrzymania afektywnej więzi ze światem mimo przeciążonej percepcji:
„dotąd same triumfy wzrostu
składałem w zielnik poematu
jak propagandę sukcesu
teraz odnotuję klęskę
bo usechł od góry
wskutek nadczułej miłości” [35].
Wejście w matczyny system języka, w nie(oczy)wiste konotacje wewnątrz niego, jest punktem początkowym refleksyjnej eksploracji wielu interakcji między widzeniem a logosem. Werbalność, działająca szczególnie w teraźniejszości percepcyjnej, jest tutaj próbą radzenia sobie z widzialnością czystą i odmienioną przez grę światła, koloru i eterycznych substancji. Sens poezji Michałowskiego, poety zdecydowanie wyżej ceniącego przedstawienie i widzenie niż narrację i fabularyzację, wydarza się więc w akcie widzenia, gdy język – wtórny kostium dla obrazu – trwa w kontakcie z rzeczywistością:
„Więc po cóż opowiadać, gdy wystarczy pokaz,
jeśli po stronie doznań są jedynie racje,
a nie w błędnej pamięci zblakłych powidokach?” [56].
Jest w tym także wiele z patrzenia na świat jako na strukturę posiadającą pierwotny i nieprzekładalny sens wizualny, jak również z traktowania teraźniejszego doznania jako czegoś oczywistego i niepodlegającego dyskusji. W toku takiego myślenia język jawi się jako projektujący, planujący i wychylony w przyszłość, jak gdyby perspektywa teraźniejsza – naturalnie mocniej związana z prymatem oka – nie mogła być dla niego wystarczająco nęcąca. Równocześnie Michałowski wypracowuje przekonanie, wedle którego jego poezja dzieje się po uzmysłowieniu, po stanięciu w prawdzie, że wszystko nie zaczęło się od słowa, ale od obrazu. To poezja odnajdująca swój potencjał po zwrocie wizualnym i w sceptycyzmie wobec opisu, pamięci i opowieści. Autor tomu Dzień jest wierszem, świat kolorem nie idzie jednak bezwolnie za szkicowo nakreślonym programem, traktując wiersz jako miejsce światopoglądowej przemiany, w którym koherencja materialna i ideowa nie jest pożądana, dlatego – na przykład – myśląc o transcendencji dystansuje się do potocznych gestów metafizycznych, a zdając sobie sprawę z faktu, że wobec nieoswojonego, niewysłowionego i niepoznanego nie posiadamy żadnej ramy i struktury, podważa samą możliwość wyobrażenia czegokolwiek, co nie może zaistnieć w doświadczeniu zmysłowym. Jego podmioty liryczne wiedzą, iż doznają nadmiarowej pełni, z którą właściwie nie wiadomo, co zrobić, tym bardziej skoro nie można jej uchwycić w żadnych kategoriach, w tym także apofatycznych, a świat zasnuty jest mgłą przez nieregularności i niespełnienie. Przez to i życie, i poezja nie układają się w ciągły strumień intensywności, a Michałowski zmuszony jest poświęcić się autoironii i obrazowaniu obiegu dyskursów, w których sens jest ciągle relacyjny. Powstaje z tego tom opisujący teraźniejszą, permanentną przejściowość i brak miejsca, które można byłoby nazwać własnym. To, że nigdzie nie jest się tu u siebie, wynika z konstytucji języka tracącego dziś funkcję osadzającą i lokalizującą. Jest to sprzeciw wobec przymusu szukania sensu, który obecnie naturalnie się rozprasza i nie kumuluje się. To tym samym przejaw odrzucenia presji życiowo-poetyckiej produktywności.
Afirmowanym obiektem jest tu urzeczowione patrzenie, będące fizycznym wejściem w widzialność, równe aktowi widzenia epistemologicznego, które jawi się jako zastępstwo, rekompensata dla podmiotu pozbawionego możności doświadczenia czegokolwiek po raz pierwszy. To widzenie – niezależnie od tego, czy poetyckie, wizualne czy duchowe – jest dla Michałowskiego bezpośrednim kontaktem z rzeczą i istnieniem, a także integralnym sposobem bycia w świecie, czymś odmiennym od rzekomo neutralnej recepcji:
„Jeśli życie jest wzrokiem, to świat jest kolorem,
który z odbicia światła przemawia znaczeniem;
lecz w kontur przedmiotu złamane promienie
rodzą w niemym przedsłowiu bujną metaforę” [56].
Z tej deklaracji wykształca się poezja relacyjna oraz zrodzona z fizycznego faktu odbicia światła. Twórczość, w której znaczenie jest wydarzeniem widzenia. Ma ona także postać polemiki z różnymi – bywa, że mylącymi – interpretacjami fenomenu (roz)błysku (prze-błysku), jasności/świetlistości i tego, co zawdzięczamy Słońcu. Obserwacja światła jest dla poety ważną inspiracją nie tylko dlatego, że fascynuje go jego przedsłowność (sens jeszcze niewypowiedziany i nieprzełożony na mowę, ale już uformowany), bo patrząc na nie widzi, czym jest załamywanie się światła na rzeczach nieprzezroczystych i stawiających opór wszelkim falom, a więc temu, co natyka się na granice i różnice. Dla tomu Dzień jest wierszem, świat kolorem światło determinuje istotny punkt myślenia, poetyckiego programu i wiary – hipotezę mówiącą o tym, że język nie tworzy metafor, ale je dziedziczy ze strony tego, co świetliste, i w ten sposób staje się tym, co zwykło rozszerzać logikę myślenia i co – samo jaśniejąc – rozjaśnia wszystko inne: „nie mam nic przeciwko prymatowi oka. / I wierzę w ostateczną wizualizację” [56].
VIII.
W Dzień jest wierszem, świat kolorem Michałowski postuluje, by rozpatrywać jego utwory z ich wnętrza, unikając prowadzenia lektury wyłącznie z zewnątrz, poza rozwijaną w nich ontologią nieciągłości i zgodnie z zawartym w nich przesłaniem etycznym, wedle którego istnieje zobowiązanie wobec słowa będącego dziś jakością zanikającą, tracącą ciężar w szumie informacyjnym. Wiersz wydaje się więc czymś w rodzaju wizy pozwalającej na tranzyt w inną przestrzeń, w indyferentny porządek filozoficzno-polityczny, znacznie odróżniający się tym, że akceptuje się w nim brak pełności oraz antytotalizacyjne ruchy intelektualne i twórcze. To wszystko wynika z przekonania, że każda artykulacja redukuje intensywność, stawia jej opór, a także zdradza i równocześnie utrwala pojedyncze doświadczenie:
„Nie każdy dzień jest wierszem, chociaż nim się staje
– tak się usprawiedliwiam, że za mało piszę
i tyle słów skrzydlatych zapada się w ciszę
na piórkach skrzydeł wirtualnych bajek,
co w stada się zlatują lub dziobią nawzajem:
tubylcy z bywalcami, bywalcy z przybyszem
wśród zgiełku przeinaczeń i w echach przesłyszeń,
gdzie wszystko zagranicą, a nic nie jest krajem.
Nie każdy dzień jest wierszem, nie każdy być musi,
nie każdej nocy pełnia, nie każdy dzień pracy
o zaczernienie bieli zechce się pokusić.
Póki trwa moja przyszłość, zawsze będę tracił
to, co nabrzmiewa pełnią, a wybrzmiewa puściej:
utekstowiony wybór w rozdrożu abstrakcji” [65]
Dzień jest wierszem, świat kolorem to gest autorefleksyjny związany z filozoficzno-poetycką uczciwością. Jest stanięciem w prawdzie wobec niestabilnego nadmiaru naszego życia i epoki – nadmiaru, który nie daje się utrzymać w żadnej formie; to wyraz świadomości, że każde myślenie potrzebuje ramy bądź schematu wyobraźniowego, nawet gdy dotyczy zaniku strategii pojmowania i postrzegania lub uobecnia koniec warunków możliwości doświadczenia („w jakiej ramie zamknę śliskie bezobrazie, / gdy zgasną już sensory jakichkolwiek wrażeń?” [60]). W przestrzeniach tych wierszy Michałowski próbuje wypowiedzieć to, co graniczne – oddaje w tekstach imię jakości pozostających nam i światu po utracie wszelkich narzędzi prowadzących do iluzorycznego, stanowiącego fatamorganę, sensu. Wedle poety bez pamięci nie ma narracji ani tożsamości. Bez głosu – brak jakiegokolwiek znaczenia i dynamiki pośród dyskursów. Bez wzroku zaś – nie ma ani widzialności, ani formy. W tym stanie „zero”, między niczym a wszystkim, gdy brakowałoby tego, co niezbędne, właśnie wtedy byt mógłby jawić się najwyraźniej, mając najwięcej szans na wyjście poza wydarzenie jawienia się, ku nieograniczonej, niepodzielnej pełni, w stronę tego, co zostanie poznane – poza aktem, bez intencji – w wyobraźni językowej:
„Być może, nagle znikąd wszystko się okaże,
co zmysłów klucz wyklucza z okna wyobraźni,
by NIC czyli WSZYSTKO nastało wyraźniej
– bez wzroku i bez głosu. Bez pamięci” [60].
Autor: Przemysław Koniuszy
Piotr Michałowski, „Dzień jest wierszem, świat kolorem”, Wydawnictwo Forma, Dom Kultury „13 Muz”, Szczecin, Bezrzecze 2021, s. 68.