Łowca to tom wyjątkowy nie tylko dlatego, że został wydany w dniu siedemdziesiątych piątych urodzin Leszka Szarugi, ale też dzięki ulokowaniu w jego centrum wiersza Miska (pochodzącego z tomu 10 wierszy z 1971 roku), który spina szeroką klamrą dotychczasowy program poetycki autora (szczególnie w tym wypadku związany z sądem o niemożności zaistnienia liryki niezaangażowanej) oraz – co najważniejsze – otwiera go na nowe wątki i inaczej niż dotąd wykorzystywaną wyobraźnię i język. Persony, które Szaruga powołuje do istnienia w Łowcy, sięgają w głąb tajemnicy poezji, natykając się tam na myśl, że jest ona jedną z wielu cząsteczek wpisanych w proces istnienia świata i przemijania czasu. Jej fenomen polega na tym, że na tle innych wydarzeń, a więc tego wszystkiego, co jest pożywką dla jej ewolucji, poezja wyróżnia się zdolnością nie tylko do wyobraźniowego kojarzenia widzianych i nieobserwowalnych procesów, ale również dostrzegania i rozumienia zjawisk niecentralnych, wymykających się zmysłom. Przede wszystkim Szaruga ma tu na myśli metafizyczne, ponadmaterialne i pozawerbalne ewokacje sensu obecności w świecie, który nigdy nie objawia się w sposób jawny, lecz ukryty jest w załomie, luce między fizycznym a duchowym, owym źródle mocy poezji opisywanym już w Spacerze, inicjalnym wierszu: „mrówki / za tym drzewem budują / kopiec i wiersz / się niesie z liścia / na liść a słońce / zalśniło w mchach”. Wiele kwestii relacjonowanych w Łowcy przy okazji metapoetyckich refleksji można sprowadzić do problemu rozwarstwienia i fragmentaryzacji świata. Podmioty Szarugi nie są zdolne rozstrzygnąć, czy jest to stan rzeczy zastany i niezmienny, czy doprowadziła do niego aktywność człowieka. Pewne jest jednak, że jest to podstawowa bariera na drodze do realizacji założonych tu celów, bo oczywiście nie jest to tom o jednym i apriorycznie wyznaczonym kierunku. W tym, do czego dążą persony w Łowcy, widzieć bardziej należy autonomię ich światoodczuć, które są tutaj rozumiane dość nietypowo, ponieważ uwzględniają recepcję własnej pozycji w przestrzeni o strukturze niejednolitej i pełnej zagrożeń. Samoświadomość, jakiej oczekują „ja” Szarugi od doświadczeń, jest bezcenna właśnie z powodu „podstępów” ze strony świata, które zdają się owe podmioty przewidywać. Figura Łowcy, a więc tego, kto jest skupiony na potencjalnej zdobyczy, jest tu symptomatyczna ze względu na determinujące liryczne „ja”, realne niebezpieczeństwo pochwycenia i tym samym urzeczywistnienia jego wizji o kresie życia. Często ową zdobyczą, jeżeli poprzestać na instrumentarium poetyckim, jest metafora i przemyślne rozwiązanie językowego równania. Skomplikowanie zagadnienia, jakim jest pochwycenie „zwierzyny” lirycznej, wymaga, aby w tytułowym Łowcy skupiło się wiele uzdolnień i przede wszystkim niezbędna potencja w postaci świadomości „bezmiaru” i szacunku do jego nieokreśloności: „łowca na słowo / myśliwy na cień rzeczy // wyłuskany z wody / poranka karp karp // wymarły na piasku / bezmiar”. Łowca siłą rzeczy jest uzdolnionym obserwatorem – tym, kto nie tylko widzi, ale i rozumie to, co przedstawia mu świat, a także potrafi przeniknąć przez materię, spojrzeć za nią, w głąb jej meandrów i ujrzeć ją na tle implikacji jej obecności.
Poruszając się po peryferiach języka, „ja” Szarugi nie upewnia siebie w żadnym przeświadczeniu, wprost przeciwnie: im więcej lingwistycznych odkryć w Łowcy, tym bardziej brutalnie dopadają go egzystencjalne rozterki i tym trudniej mu zawładnąć mrokami ogarniającymi jego duszę – tego, kto doświadczając, wystawiony jest na łatwy łup. Ruchy wyobraźni, owe ciche manifestacje siebie i własnego głosu, powodowane są tu przez dojmujące wrażenia, które wydają się nic nie znaczyć w perspektywie ogólnej bądź absolutnej. Wkraczając w obszary zbagatelizowane, obszary – dodajmy – nierzadko zlokalizowane w samym „ja”, w jego samo-świadomości, podmiot ucieka od złożonych wyjaśnień, owych nazbyt efektownych i niebezpiecznie eksperymentalnych metod uchronienia siebie przed złowieniem. Jako ratunek przed bezradnością wybiera niewidowiskową przemianę wewnętrzną – transformację z ofiary w myśliwego, co nie przypomina autodestrukcji i degradacji, gdyż „ja” Szarugi oczywiście nie ma popędu do unicestwiania, ale poprzestaje na przeobrażaniu i uczestnictwie w zmianach stanu istnienia, tym samym łowiąc bez zbędnego rozlewu krwi.
Prawdziwy Łowca musi wiedzieć, że również on sam może zostać ofiarą innego drapieżnika, w walce o przetrwanie nie ma bowiem kompromisów, dlatego przenika te wiersze pewność, że kres jest bliski i nieunikniony. Prędzej czy później każdy ulegnie silniejszemu od siebie. Sygnalizuje to już wybór tego konkretnego określenia myśliwego, w którym skryte jest imię jego ofiary: Ł-owca. Nie tylko końca i śmierci z powodu złowienia oczekuje się w tych wierszach, ale i samopoznania, odnalezienia swego „ja” i języka pożytecznego w „dochodzeniu do siebie”, które rozumiane być może jako re-generacja, niemożliwa do zakończenia oscylacja wokół prawdy o swym „ja” oraz przeglądanie się w swoich odbiciach w zwierciadle świata. „Ja” Łowcy, przenikliwie rozumując, dochodzi do wniosku, że taka autopercepcja skutkuje niechcianymi kosztami, szczególnie poczuciem fatum związanym z tożsamością, byciem „sobą”, posiadaniem niedostępnego i obcego centrum w formie wewnętrznego, silnego „ja”. Choć Łowca racjonalnie nie jest w stanie przeniknąć fenomenu samego siebie, to za wszelką cenę próbuje obronić się przed pogłoskami i tymi wszystkimi, którzy uderzają w jego mgławicową i kwestionowaną obecność. Mówi więc: „mitu / mego nie pod / dam”, dając tak odpór kolonizatorskim zapędom tych indywiduów, które pragną zapanować nad jego umysłem. Broniąc siebie, ćwiczy się w ochronie uniwersalnego wymiaru człowieczeństwa, więc Łowca zakłada możliwość funkcjonowania poezji jako rzeczniki utraconych przez współczesność ideałów. Teraźniejszy głos poety widziany jest tu przez pryzmat wielkich poprzedników – tych, którzy stworzyli podwaliny liryki dzisiejszej. Szczególnie dosłyszeć tu można Federico Garcíę Lorkę, Konstandinosa Kawafisa oraz Aleksandra Błoka. Ów wątek tworzy tylko wierzchołek jednego z podstawowych tematów w Łowcy, a mianowicie czasu. Szaruga subtelnie pokazuje, jak przy współudziale przemijania wierzchnie warstwy rzeczywistości ścierają się, a na ich miejsce wzrastają inne, bez rzucających się w oczy blizn po tym, co minione. Rzecz jednak w tym, by mimo rozwoju i przyrastania zachować pamięć o straconych i tragicznie zakończonych istnieniach, mimo tego, że większość woli świat „czyściutki posprzątany”, zredukowany do pustego tu i teraz, czystego przemijania. Tu liryczne „ja” Łowcy znajduje pole działania dla języka poetyckiego, który łączy byłe z aktualnym oraz realne z niematerialnym, przy czym korzysta z metafor, werbalnego odpowiednika run: „runy / śniegu spadają / topią się / znaki czasu / przyszłego”. Nie tylko czas i faktyczność zajmują „ja” w procesach integracji, gdyż równie wiele silnych związków dostrzega ono między obcymi i własnymi składnikami swej podmiotowości. Dochodzi do wniosku, że mimo obcości świata oraz bólu, jaki wywołuje przebywanie w nim i konfrontowanie się z jego przejawami jest on – jako podmiot doświadczający – w pokrętny sposób istotą potrzebną i to nie tylko przez wzgląd na konieczność istnienia bytu, który obserwując rzeczy, nadaje im status obecnych, ale i z powodu wzajemnego determinowania i napędzania się zjawisk w rzeczywistości: „jestem / jadalny // jestem // są istoty / żywiące się mną żywym / i te które / nim się mną pożywią / muszą mnie zabić albo / czekać na moją śmierć // rośliny zwierzęta grzyby / i coś jeszcze // to coś wciąż / się czai”.
Szaruga w Łowcy przekracza amorficzną i stagnacyjną teraźniejszość, podejrzewając przekształcenia, które dopiero mają się urzeczywistnić. Owe zmiany, związane z „marzeniami uwięzionymi w bezczasie / cynicznego imperium”, intensyfikują strach przed tym, co przyniesie los i zmuszają jednostkę do obojętności i porzucenia celów uniwersalnych na rzecz częściowego samozaspokojenia, które jest w realiach wierszy niemożliwe do uzyskania w pełni: „masz prawo do strachu masz / dzieci musisz / spłacić kredyt i nie będziesz / się / narażać wolisz / nie zauważać pominąć / przemilczeć w końcu / jeszcze / nie jest tak źle wciąż / można oddychać”. Wiersze Szarugi są zobowiązaniem do asystowania w regeneracji świata i życia wspólnotowego, co dalekie jest od moralizatorstwa i demistyfikowania racji stojących za zdegenerowaną współczesnością. Aktywność ta utożsamiana jest z działaniami wywrotowymi, wręcz anarchistycznymi. Nie może być inaczej, skoro dziś mamy do czynienia z nieładem – porządkiem, którego tylko całkowite zakwestionowanie może przynieść etyczne rozwiązania. Wedle lirycznych „ja” Łowcy nie sposób zaufać rzeczywistości, w której można rzucić cień podejrzenia na każdego, wmawiając mu pogwałcenie podstawowych zasad współżycia społecznego, odbierając mu prawo do swobodnej wypowiedzi i każąc mu dokonać aktu samokrytyki, a więc podważenia łączności swego „ja” z psychosomatyczną jednością, osobowym konstruktem. Zaangażowany nurt poetyckiej refleksji Szarugi zasilany jest z pewnością przekonaniem, że obecnie jest coraz więcej przypadków odgórnego rozczłonkowywania świadomości i wrażliwości ponowoczesnego człowieka, dlatego liryczne „ja” deklaruje: „pokaż mi język może / rozpoznam chorobę uleczę / cię ze świata oczyszczę / w jasnym źródle”. Każdy byt w Łowcy jest zagrożony i poddany bezpośredniej kontroli, stąd mogłoby się wydawać, że archetypiczny jest tu tylko regres, bezruch i każdy stan pozwalający na zamaskowanie się, ukrycie faktycznych intencji („ojczyzna / mnie nie obchodzi”) i wymazanie uprzedniego zaangażowania. W teraźniejszości poetyckiej w działaniach krytycznych wobec status quo działać trzeba za pomocą symboli, „śnieżnych / run bólu bieli / nieistnienia na końcu / języka”, a nie aktów przemocy, bliźniaczych względem tego, co czyni polityczny „aparat” represji. Szaruga kontynuuje więc tworzenie języka poetyckiego, który ma swój „smak”, nie jest tworzony z porywu ideologicznie umocowanej chwili i wprowadza w świat uderzający swym zamieraniem, a więc powodujący pozytywne reakcje.
Wedle Łowcy błądzimy we mgle, znając tylko składniki poznawanej substancji, zupełnie nie orientując się w jej istocie i nie znając „języka”, za którego pośrednictwem manifestuje się w świecie. Nauka zaś – powołana do tego, by odkrywać zasłonę tajemnicy – wciąż nie jest w stanie dotrzeć w miejsca, w których świetnie sprawdza się wyobraźnia i medytacja, z czego, jak udowadniają te wiersze, zdają się wynikać zagubienie i opuszczenie człowieka. To ostatnie odczytywane jest odkrywczo przez podmioty Szarugi jako pozorowane wyzwolenie. Indywiduum pozbawione – doraźnej lub absolutnej – sankcji zyskuje bezpodstawną, choć do głębi odczuwaną autonomię, która ma liczne ponure konsekwencje: duchową martwotę, ideową bezradność i destruktywny hedonizm. W sytuacjach egzystencjalnych, właściwych dla doświadczeń podmiotów w Łowcy, niemożliwe jest jakiekolwiek dopowiedzenie i wyjaśnienie przewartościowujące i lokujące cywilizację na torach tym razem prowadzących do wyraźnego celu. Nieosiągalne jest też wytyczenie obszaru, który wymaga rekultywacji. Tym, co odsłania się przed „ja” Szarugi, jest konieczność przeżycia fizycznego i transcendentalnego głodu, autoalienacja i redukcja nośności wypowiedzi („mówimy / do siebie / wymawiamy / się światu”). Zjawiskiem wzmacniającym te następstwa życia w ponowoczesności i samą niemoc połączenia systematycznego obumierania i wzrastania jest niestabilność wszystkich fundamentów, włącznie z tym najbardziej wartościowym: „miłości / nie ma / niema / jest”.
Mikrokosmos Łowcy jest absorbujący do tego stopnia, że potrafi oszołomić, gdyż wciąż natrafiamy w tych bądź co bądź oszczędnych wierszach na osądy wykrystalizowujące nieoczekiwane prawdy i przypuszczenia. Wersy Szarugi nie przedstawiają, tylko przepowiadają kluczowe dla teraźniejszości przesunięcia i ostatecznie rzucają światło na to, co w istocie jest domeną realności: szeroko rozumiana finalność, czyli otwarcie na koniec (związane z zanikiem blasku rozpleniającego nadzieję: „oto kres / świata i światła // gasną zorze i snuje się / nad horyzontem / cienki blask”) oraz drobne symptomy sensu wyższego rodzaju („echo ognia z jaskini / trzask gałązki pod stopą / szept igliwia // musisz to powiedzieć oto błysk / nadziei na dzieje”). Poeta idzie dalej niż teraźniejszość, jakby jego dotychczasowe doświadczenia były czytelną prefiguracją tego, co nieuchronnie się przybliża i doskonale orientował się w mogących urzeczywistnić się ewentualnościach. Sytuacja jest na tyle poważna, że nawet krótkotrwały rozbrat z realiami świata okazać się może samobójstwem, poddaniem się i legitymizacją terroru, dlatego tak ważne miejsce w Łowcy zajmuje kategoria oczekiwania na dogodne przejście w sferze etyki, z nicości w jawność, które będzie skorelowane – a przynajmniej tak marzą persony liryczne – z rodzeniem się rozmaitych, na nowo potencjalnych, a więc skorygowanych form bycia i zróżnicowaniem struktury społecznej poprzez odwołanie jej do pozytywnych i transparentnych źródeł ideowych. Polityczne mechanizmy przyczyniają się w uniwersum Szarugi do rozczłonkowania świadomości i wrażliwości „ja”, przydając mu status podmiotu nieuwarunkowanego, nienazwanego, bezosobowego i nieposiadającego faktycznej racji istnienia. Łowcę przenika niemożność znormalizowania sytuacji ekstremalnych i umieszczenia ich na planie lirycznego wysłowienia, dlatego kładzie się tu nacisk na temat wolności, którego ekspozycja w wierszu pozwala na moment zawiesić w poetyckim opisie negatywną stronę medalu teraźniejszości i odzyskać wiarę w przyszłość. Tymczasem to wszystko, co jeszcze nie nadeszło, związane jest w Łowcy z pustynnieniem świata i ludzkiego ducha, tworzeniem się wielkiej wyrwy w tkance projektu ponowoczesności oraz nadmiarem niewiadomych, obalających twierdzenie o genezyjskiej proweniencji istnienia: „to nie wiem boli kłuje / w oczy jak sen o mgle (…) // pustynia / wpełza między drzewa / wiadomości”.
Ważnym symptomem określającym liryczną akcję w Łowcy jest walka opozycji, przeciwstawnych sił i konfrontacja ognia z wodą. Sumą konfliktów jest „ziemia wyschnięta”, która mimo swej bezwartościowości i tak staje się przedmiotem pożądania „zwiadowców” skonfliktowanych z tytułowym Łowcą. „Ja” liryczne tomu Szarugi uprzytamnia sobie, że większość problemów współczesności wynika z nicościowania świata, stopniowego tracenia przez człowieka z pola widzenia konkretnych, jednolitych fenomenów i ogólnego wyczerpania: „piszę o / nagłej śmierci / czytam o / nagie śmieci // coś / wyżera litery / wżera się”. W tym zjawisku i wersach je obrazujących widać, że Szaruga świetnie odnajduje się w przedstawieniu wymykania się z rąk człowiekowi rzeczy oraz ontologicznej „niepełnosprawności” tego, co widziane. Nadto udaje się mu podczas modelowania sytuacji lirycznej podkreślić dwoistość języka poetyckiego: zarówno jego wydolność, możliwość ukazania „wyżerania” przez niewiadomą siłę bezcennej tkanki słownej, jak i jego niemoc w dawaniu świadectwa o teraźniejszości, która dekonstruowana jest przez nieokreśloną, łakomą i odmieniającą aktualny porządek energię. Ujęcie tego problemu dokonało się w Łowcy dzięki rozszerzaniu pola własnego bycia przez „ja”, jednak tak naprawdę dotyczy ono nie ekspansji w zewnętrzność, bo polega wyłącznie na introspekcji, poszukiwaniu w sobie źródła zła i tym samym postrzegania siebie jako koniecznej ofiary na ołtarzu ponowoczesnego, „uległego unicestwieniu” nie-ładu. Lingwistyczne zacięcie – nieprzysłaniające wszak innych „atutów” głosu Szarugi – jest jedną z najmocniejszych stron Łowcy, jednak nie sprawia to, że jego wiersz zogniskowany jest na tym, co językowe. Ów aspekt jest wyłącznie pretekstem do rozwinięcia podstawowych tematów i przede wszystkim dzięki niemu rodzi się w wierszach Szarugi napięcie rzadko spotykane w takiej, ogarniającej zarówno wyobraźniową, jak i konstrukcyjno-semantyczną stronę wiersza, konstelacji. Posługując się tymi (i wieloma innymi) rozwiązaniami zachowujący proporcje poeta dba, by one nie spowszedniały i nie były powtarzane, nie stały się obniżającą wartość „chwytu” kliszą. Pod tym względem rejestry poetyckie Szarugi są szerokie, nielinearne i rozpościerają się w odmiennych kierunkach i z różnym natężeniem, dzięki czemu łowią różnorodne połączenia rzeczy i słów, wyobrażeń i myśli, wizji i faktów: „między słowami / przetrwa // słowa zmieniają / kolory kształty / są dla nich / bez znaczenia // a przerwa / trwa”.
Ze znaczeniowych i wewnątrzsłownych przerw Szaruga wyciąga trwanie wiersza „rozsiewającego” znaczenia. Liryczne „ja” marzą, by wysiłek stojący za emanacją poezji nie był poniesiony na próżno i przyniósł owoce w postaci oswojenia tego, co posiadane i przyswajane podczas płynięcia w nurcie egzystencji. W ich pragnieniach powstaje opowieść o równoczesności bycia ofiarą i łowcą, żywicielem i pasożytem, tłumaczem z języków obcych i apologetą mowy rodzimej. Jest to poezja biologiczna, funkcjonująca jak organizm, ożywiona i ożywiana istota, która analizuje wszelkie wykwity na swoim ciele i umiejętnie posługuje się skalpelem, odrzucając to, co przyjęte zgodnie z ideologicznym duchem czasów i wydzielając, pragnąc za wszelką cenę je zachować, organy utrzymujące jej kondycję i przyczyniające się do – nie tylko ilościowego, ale przede wszystkim jakościowego – wzrostu wierszy i zaklętej w nich imaginacji. Poezja jako dosłownie żywa istota ma dbać o to, by ludzkie umysły nie zastygły w marazmie zniewolenia oraz nie poprzestały na tym, co niechciane i wżerające się w ich delikatną strukturę. Tak rozumiana liryka Szarugi w swym burzliwym życiu wyłącznie doświadcza i rejestruje, co tłumaczy, dlaczego do minimum zostały tu ograniczone diagnozy i oceny. Łowca oddaje też głos ofiarom, szczególnie tym najbardziej zagrożonym w łańcuchu pokarmowym świata oraz pozbawianym tożsamości i siedliska. Zauważenie głębokiej korelacji między byciem człowiekiem a predylekcją do empatii, zaangażowania i – niestety – w tej samej mierze etycznego, co bestialskiego łowienia, to jedno z największych zdobyczy Łowcy.
Nie byłoby tego tomu bez odkrywczego podejścia do problemu czasu poetyckiego, którego upływanie jest tutaj umodelowane na wzór strzały i koła, co przeistacza się w sąd o tym, że przemijanie możliwe jest jako gwałtowna transformacja bądź stopniowa re-ewolucja. Podobnie działają tutaj słowa – albo pochwytują zdobycz od razu, w pułapkę przenikliwego rozwiązania metaforycznego, niedopuszczającego do drgania tego, co pozyskane z języka, albo docierają do ofiary poprzez stopniowe zaprzyjaźnianie się z nią, oswajanie ją wieloma – zawsze dystrybuowanymi z mistrzowską oszczędnością – przynętami. Wydaje się, że Łowca został zbudowany na takich właśnie (i wielu im podobnych) „chwytach”, które stosowane są tu bezwstydnie, gdyż taką konieczność uzasadnia logika teraźniejszości i powszechna bierność wobec tego, co tu i teraz dane. Materia poetycka Szarugi jest gęsta i nic w tym dziwnego, skoro przemierzamy ją, jakbyśmy znaleźli się w lesie, w którym ukryty jest pożądany przez nas skarb. Podobieństw do doświadczeń pozatekstowych, szczególnie tych związanych z wędrowaniem i poszukiwaniem, jest tu więcej, skoro Łowca przywodzi na myśl podróż, podczas której zbieramy elementy układanki co prawda pasujące do siebie pod względem faktury i kształtu, jednak objawiające przy integracji ze sobą zadziwiające i olśniewające układy obrazowe. W wierszach odpowiednikiem tego są rozrywane przez poetę słowa i frazy, następnie na nowo w tekstach spajane i konfrontowane, jak w wierszu Prze: „bicie / serca // przez życie / rytmicznie // naprzód na / wylot”. Za umiejscowieniem każdego ze słów w Łowcy stoi jakaś szczególna motywacja, mimo czytelnych inspiracji poety nie ma tu słów – w sensie literalnym – na wolności. Każde z nich jest złowione i osadzone w obmyślonym przez myśli–wego miejscu niezależnie od tego, czy są to słowa pochwycone od innego poety lub myśli-ciela, czy wzięte ze słownika mowy wiązanej. Łowca to opowieść o wyobraźniowym dysydencie, który chce znaleźć się poza porządkiem teraźniejszym, jednak konieczność, etyczność i dobra wola zmuszają go do tego, by dać odpór temu, co negatywne, nie pozwolić podporządkować swych myśli nieprzyzwoitemu światu i zrozumieć istnienie jako sprzężenie wielu relacji („żywię się istotami / które żywią się mną”).
Autor: Przemysław Koniuszy
Leszek Szaruga, „Łowca”, Wydawnictwo Convivo, Warszawa 28 lutego 2021, s. 52
Zbigniewa Jasinę w Inaczej przemijam interesuje ambiwalencja niedostępności. Wszystko to, co tutaj nieosiągalne wyobraźniowo bądź fizycznie, zdaje się majaczyć tuż przed lirycznym „ja”. Jednak ostateczne odkrycie, sięgnięcie ręką i wyjaśnienie tych niewiadomych jest tu niemożliwe, gdyż poetycki świat ukonstytuowany został na bazie miriadów niezgłębionych toni, które ziejąc swą nieokreślonością, wzmagają w „ja” poczucie dezorientacji i osaczenia. Wiersze Jasiny w odpowiedzi na to stają się relacją z dojrzewania i usamodzielniania się, dochodzenia do takiego stadium rozwoju, na którym podmiot, niezależnie od momentu egzystencjalnego, będzie pewien swojej tożsamości, uzyska samowiedzę wystarczającą do odważnej eksploracji świata i nie będzie potrzebował zewnętrznych afirmacji siebie: „nie istnieje całość / czyjegoś życia // w żadnym albumie / w żadnym zapisie z kamery (…) // czy jestem tylko kaprysem pamięci / ulotnym jak mandale / kreślone w piasku / przez wiatr”.
Paol Keineg to kolejny poeta bretoński, który zaistniał w polszczyźnie dzięki staraniom tłumacza – Kazimierza Brakonieckiego. W Powrocie do Bretanii wersy Keinega wyradzają się z trzewi ciała i języka, są tym, co zbędne wewnątrz i od dawna wyczekiwane na zewnątrz. Ich powstawanie, oczywiście niezakończone w chwili zapisania na karcie papieru, wydaje się mu bliskie magii, jak i czemuś tak trywialnemu, jak fizjologia ciała i umysłu. Zdaniem poety, tylko wersy – podstawowe jednostki poetyckiej wypowiedzi – dają szansę na pojęcie siebie jako „ja”, jakby były ekwiwalentem lustra, w którym można ujrzeć swoje odbicie, wizualizację prawdy o sobie. W Powrocie do Bretanii nie chodzi jednak o proste samoutwierdzanie i samopoznanie, ale o ujrzenie warstw swojej osobowości i odszukanie, w najlepszym razie, kluczy do najważniejszych z nich: „Skrócone włosy, książka w kieszeni, / sprawdzam, czy mam wszystkie klucze, // tego wieczoru będę spać / w swoich snach”. Keineg, wierząc w moc słowa, szczególnie takiego o liryczno-filozoficznej głębi, widzi swoje wiersze jako powstałe dzięki twórczemu aktowi, którego celem jest „zrobienie miejsca” – redukcja szumu w umyśle i duszy, wyłonienie elementów o medytacyjnym pożytku i koncentracja na nich aż do wycieńczenia organizmu, „zamęczenia mózgu” i zamroczenia świadomości: „Po co mam udawać, / że wierzę, // że inne życie możliwe jest / bez poezji”. Efektem wyczerpania – w tym wypadku bardziej etycznego niż fizycznego – jest rozmywanie się obrazów poetyckich, które są „rozbiegane”, a tworzące ich ramę rzeczy wydają się niepewne, cechują się płynnym istnieniem i tym samym podatnością na zapomnienie. Formą restytucji i samoodnowienia jest tytułowy „powrót do kraju”, widziany tu jako metafora odnalezienia niszy dla siebie. To re-emigracja określa egzystencję „ja”, dla którego nostalgia była czynnikiem uniemożliwiającym czasowe zakotwiczenie się w nierodzimych obszarach świata. Powrót u Keinega jest konkretyzacją życia i inicjacją nieskończonej wręcz spirali „dopełnień” egzystencji: „oto jeden z szarych dni, / który na końcu zdania // kształtuje się / w masę szczegółów / i sposobów na zabicie czasu. / Nieważna pora roku, // każdy wiersz wywołuje następny, / a wszystkie chcą naprawić świat / od góry do dołu”. Poecie nie chodzi rzecz jasna o samo przemieszczenie się, ale o tożsamą z powrotem transgresję i uszczęśliwienie siebie, mimo trwania „w krainie, / która wale nie przypomina ogrodu, / zoranej strachem, że mogłaby się przeciwstawić”.
Poezja (po)nowoczesna zatraciła poczucie wyrazistego celu, pozbawiła siebie wyjściowej podstawy i nie potrafi odnaleźć się wśród własnych gestów – nie potrafi odróżnić tych fingowanych od takich, za którymi stoi faktyczne pragnienie urzeczywistnienia. W swym wypaczeniu stała się bliska postawie autoironicznej, co czasem trywializuje jej istotę. Rzeczywistość, niewyposażana w sensy przez poetycki tryb wyrazu, zostaje wyzuta ze swej głębi i jako płaszczyzna traci sprężystość, staje się porwana. Postawienie sprawy jasno, antypoetyckie wyklarowanie jej obrazu na przekór jej immanencji, to przyczynienie się do jej rozproszenia i organicznego wyczerpania. Szymon Żuchowski w Litaniach czarnodziurskich jak tylko może zaprzecza więc ludzkiej omnipotencji i wszechwiedzy, redukując potencjalność podmiotu w zakresie przekształcania czasu i rozumienia transmutacji („czy kiedy zmiękną moje kości / i krew stężeje wyschną oczy // wreszcie zapytasz ja wyjawię / i zamieszkamy w odpowiedzi?”). Zdaniem poety rozpacz jest tym, co powinno nam towarzyszyć w każdej sekundzie życia w teraźniejszości. Jego przekonanie o fundamentalnej prawdzie objawianej przez nihilizm przechodzi w paradoksalnie beztroskie uznanie, że dziś nie można zrobić nic konstruktywnego, by zapobiec katastrofie („nie roń ni łezki nad kartofla płodem / poroń nad fiołkiem”).
Tu i tam Yvona le Mena, pochodzącego z Bretanii poety francuskiego, to poetycka opowieść o własnym miejscu na ziemi. To poczucie przynależności do „tu” jest w tym tomie rozumiane przynajmniej dwojako. Po pierwsze, dosłownie, co wynika z głębokiej, emocjonalnej więzi poety z jego małą ojczyzną – Bretanią, która jest przestrzenią wielu poetyckich doświadczeń i olśnień lirycznych „ja” le Mena. Po drugie zaś, jako konstrukt ludzkiej myśli i abstrakcyjna kategoria, która nie ma odzwierciedlenia w praktyce. Nie sposób bowiem inaczej niż wyobraźniowo bądź poprzez naiwne „nazywanie” oswoić danego terytorium, zawsze wymykającego się realnym uroszczeniom, tym bardziej że pod naciskiem rzeczywistości „ja” musi zaniechać erupcji uczuć, zacząć myśleć o swym kresie i zamknąć się w sobie, w ciele, jak w otwierającym książkę wierszu: „Siedzi / przed morzem / w ciele // ciężkim / jak pytania / które ją nurtują // w obliczu śmierci”. Kolejnym czynnikiem, przez który trudno zadomowić się w tu i teraz jest fakt, że podczas życia, bezustannie widząc i będąc widzianym, szybko osuwamy się w nieistnienie, w cień zapomnienia, dlatego trudno nam przyswoić impulsy płynące z zewnątrz i tracimy słowa: „moja matka / znała słowa / potrzebne // do przejścia / przez most / pomiędzy życiem i śmiercią”. Na tym planie le Men świetnie pokazuje, jak pamięć o przemijaniu zostaje zaklęta w materii. To przedmioty – wydawałoby się, że nieporuszone i nieświadome – komunikują nam nasze „obracanie się / w proch” i zanikanie. Równie ważne, jak przeżywanie utraty w Tu i tam jest świadome powiedzenie o sobie: „ja jestem”, do czego droga wiedzie przez nieskrywany, dziecięcy entuzjazm poznawczy i sprawienie, by uważna obserwacja stała się stylem życia, wyznacznikiem tożsamości oraz cechą pozwalającą ujrzeć sensotwórcze błyski: „Jak dzieci / patrzące w kalejdoskop / na świecące barwy // w których rozpoznają tęczę / i odbicia swoich marzeń // patrzyliśmy / jak w witrażu / przepływały morze i niebo”. Skupienie wzroku na tym, co porusza duszę, to w Tu i tam wejście na nieporównywalny do czegokolwiek poziom czucia, oddanie się apoteozie rozkwitu świata i praca nad wrażliwością, owym dzieleniem się sobą z innymi i światem: „kiedy spojrzenie obiera błękit / zdanie staje się śpiewem / a wiatr porusza fale // po morzu / które przenosi niebo / aż na krawędź witrażu”. Jest to więc poezja ambiwalentnego ruchu, polegającego na przemieszczeniu siebie względem świata, jak i statycznym byciu, skrywaniu się w naoczności, trwaniu w stanie obserwacji widzialnej i niewidzialnej dynamiki rzeczy. To zatrzymanie siebie, symboliczny letarg wydaje się sposobem na podtrzymanie świata w jego pięknie, chaotyczny ruch natomiast jest próbą zasilenia swego wnętrza szybko ulotną energią. Niezależnie od tego, jaki tryb egzystencji podmiot le Mena akurat obiera, najbardziej dotkliwe jest dla niego spostrzeżenie, że w materii pozostaje niezatarty ślad ludzkiej obecności, który przypomina o zmarłych bliźnich i środowisku naturalnym tętniącym pozaludzkim życiem. Le Mena interesuje metafizyka czasowości, zaszczepianie się w świecie i emanacje możliwe tylko do szkicowego, niemal impresjonistycznego opisania.
Osobniktem Krzysztof Siwczyk rozwija swoją refleksję nad wykorzystywanym w życiu społecznym (pozapoetyckim) językiem, który jest zdradliwy, obnaża delikatną tkankę ludzkiej świadomości i nakłuwa ją igłami ideologii, tworzącymi sieć ograniczeń hamujących auto(r)ewolucję jednostki i wytyczającymi nieprzekraczalny obszar obecności tym samym zniewolonej i dehumanizującej. Wydaje się, że jedynym ratunkiem w świecie o „marnym zaraniu”, nikłym potencjale wyjściowym jest wielosłowie rozumiane jako próba zagłuszenia tego, co wydobywa się z „dziury w otwartych ustach, w niej ryk ryje na wieki niebo” (Pacierzyk). Wypowiadanie słów tak, by układały się w niepowstrzymane strumienie i psychodeliczne ciągi jest w logice świata poetyckiego Osobnikta odczytywane jako podporządkowanie siebie zewnętrzności, oddanie siebie i sprzeniewierzenie się wolności źródłowej dla istnienia. W praktyce wyobraźniowej Siwczyka reakcją na impulsowość i – chciałoby się dodać – impulsywność rzeczywistości jest owocująca częściowo surrealistycznym obrazowaniem strategia komentowania oparta na wytężonej rejestracji zdarzeń, która mogłoby kończyć się redukują do minimum aktywności centralnego podmiotu poznającego, jednak w istocie tylko ją potęguje i wysuwa na pierwszy, ujawniony już w tytule, plan. Oczywiście, nie chodzi tu wyłącznie o obserwację, ale wyciągnięcie z ekstraktu tego, co wydarzone, a więc akcydentalne swego rodzaju wyższej racji, której poznanie pozwoliłoby jednostce (Osobniktowi) o podważonej tożsamości pogodzić się z własnym losem i koniecznością uosabianą przez Ananke: „palisz długo, patrząc na śpiącą w foteliku córkę, żona w popłochu / biega między wiatami, opuszczasz głowę, przekazujesz znak ziemi, / żeby ruszyć dalej, twoje stopy stoją w miejscu, w pustym pokoju / twoje usta powtarzają jej słowa zapewnień, Ananke” (Werdykty).

Wiersze Enesa Halilovića z tomu Liście na wodzie przyciągają, ponieważ są darem, który – niezależnie od tego, czy zostaje przyjęty, czy odrzucony – trwa w swojej potencjalności, jakby stale był gotowy na to, że zostanie podjęty i rozpakowany. Siła daru poezji na samym początku lekturowej przygody nie wynika jednak z działalności odbiorcy i aktu jego wolnej woli, ale z fenomenu samej emanacji poetyckiej energii, nadania lirycznego komunikatu, który zaistnieć może wyłącznie dzięki inicjatywie poety: „Również ty, który przyjmujesz te wersy / Nie zostałeś przebudzony z własnej woli. // Ani ja piszę sam od siebie”. Przekazywanie i przechodzenie to podstawowe aktywności w wierszach Halilovića. Jest to poezja ruchu – podmioty liryczne są tu zainteresowane zmianami stanów skupienia, modalności istnienia, transformacją materii i podróżowaniem z czasu / w przestrzeń. Dynamikę wiersza często determinuje wdzieranie się do poetyckiej teraźniejszości mitycznych wyobrażeń, które wnikając w żywą materię poetycką, pozbawiają ją spójności, uniemożliwiają jej uprawdopodobnienie i sprowadzają ją na ziemię, wiążąc jej aktywność z nierzeczywistymi i nieodnoszącymi się do weryfikowalnych reprezentacji formami znaczeń: „I wiem. Wy nigdy nie istniałyście, nigdy, ani na tym / Ani na tamtym świecie. / Powstałyście w głowie poety, jesteście zwykłą brednią. // I ja teraz pragnę tylko bydło pasać / i ukryć się przed bredniami”.