„Dziwne drobne przedmioty” to pierwszy polski wybór wierszy Larsa Gustafssona (ur. w 1936 r.), który z powodu swych wszechstronnych zainteresowań postrzegany jest za człowieka renesansu i pisarza totalnego, potrafiącego oddać pełnię za pomocą skierowania poetyckiej lupy na drobnostki. Ten szwedzki poeta począwszy od swego debiutu w 1962 roku zdążył już opublikować kilkadziesiąt książek i z tego względu uważany jest za najpłodniejszego szwedzkiego współczesnego pisarza. Głównym „wątkiem” tej książki jest świadomość, że przed powstaniem każdego dzieła sztuki świat jest wybrakowany lub całkowicie pusty, gdyż brakuje w nim dopełniającego całość elementu. Dopiero jego zaistnienie jest namacalnym dowodem na piękno istnienia. Uniwersalizuje estetyzm, który w jego przekonaniu w takim samym stopniu należy do wszystkich istot żywych, przede wszystkim zwierząt, które dzięki swej zmiennej perspektywie postrzegają świat w całkowicie innym wymiarze. Jego utwory są dowodem na wszechobecne w świecie podglądactwo, usilne dążenie do ujrzenia tego co niewidzialne dla ogółu. Świat tu przedstawiony jest „labiryntem”, chaosem, który wypełniony został do granic możliwości przedmiotami domagającymi się uwagi. Twórczość ta nie jest jednak peanami wysławiającymi piękno, Lars Gustafsson przede wszystkim chce zauważyć rozpad i zniekształcenie. Podmiot liryczny tych wierszy to czujny obserwator, odbierający rzeczywistość całym sobą, wszystkimi dostępnymi zmysłami. W momentach ekstazy poznawczej potrafi nawet zespolić się z danym przedmiotem, stać się z nim jednością. Nie czyni człowieka władcą świata, lecz osobą będącą niewolnikiem własnej natury i otaczającej go nieujarzmionej przyrody. Poetę zastanawia jakie miejsce w hierarchii „bytów” zajmuje ścieżka i labrador, oboje tak samo „posiadające” własną osobowość. Tytułowe przedmioty są dla Gustafssona są czymś całkowicie statycznym i dlatego podatnym na niezauważenie. Zaprezentowany na kartach tego zbioru system aksjologiczny czyni z człowieka istotę niemoralną, która istnieje tylko dzięki przedziwnemu zbiegowi okoliczności. Podaje nawet przykłady przewinień. Jednostka między innymi niszczy przyrodę pod pozorem jej wspierania, zezwala na utratę właściwości przez przedmioty równocześnie zarzekając się, że są one dla niego bezcenne i nie pozwoli ich zniszczyć. Według poety powinnością człowieka jest darzenie wszystkiego szacunkiem, gdyż po jego śmierci o jego przeszłym istnieniu zaświadczyć będą mogły tylko przedmioty, które kiedyś wytworzył.
W niniejszym zbiorze poza kilkudziesięcioma utworami czytelnik odnajdzie także napisane specjalnie do tego wydania posłowie pisarza, w którym ten analizuje recepcję swojej twórczości w Polsce, wspomina wizyty w naszym kraju, a także ujawnia fascynacje polskimi poetami. Poza Zbigniewem Herbertem i Czesławem Miłoszem zachwyca go przede wszystkim wysoce inspirująca twórczość Wisławy Szymborskiej, której rozwój od wielu lat uważnie obserwował. Trzeba przyznać, że po lekturze „Dziwnych drobnych przedmiotów” wielu zauważy emanujący z każdego wiersza klimat utworów polskiej poetki.
Lars Gustafsson to poeta dogłębnie eksplorujący istotę tylko tych elementów rzeczywistości, które wydają się mu być powszednie, codziennie i przede wszystkim „dziwne”. Każdy z zawartych w tym tomie utworów to osobny hymn na cześć piękna tego co niezauważalne z powodu swej istoty. Zdaniem tego poety człowiek na każdym kroku krzywdzi przedmioty, dzięki którym tak naprawdę może żyć. Jest lirycznym głosem tego co wie o wiele więcej niż ktokolwiek inny.
Autor: Przemysław K.
Lars Gustafsson „Dziwne drobne przedmioty”, wybór i tłumaczenie Zbigniew Kruszyński, wydawnictwo Znak, Kraków 2012, s. 124
Wydane niedawno „Kolaże” Herty Müller są pewnego rodzaju kontynuacją wierszy ze zbioru „Strażnik bierze swój grzebień”, który został opublikowany prawie trzy lata temu za sprawą promujących ideę Liberatury Katarzyny Bazarnik i Zenona Fajfera. Tym razem polski czytelnik styka się z utworami z dwóch uzupełniających się nawzajem tomów: „Ci bladzi mężczyźni z filiżankami kawy” (2005 r.) oraz „Ojciec rozmawia telefonicznie z muchami” (2012 r.). I w tym przypadku są to kompozycje-układanki złożone z powycinanych z gazet słów skonfrontowanych ze sferą wizualną, którą stanowią symboliczne fotografie-miniatury będące osobliwym dopełnieniem tekstu.
„Twarze” to najnowsza książka Wojciecha Karpińskiego, eseisty związanego z „Zeszytami Literackimi”, od dawna przebywającego we Francji. Pozycja ta jest osobliwą próbą rozliczenia się z przeszłością, w której swe najsilniejsze piętno odcisnęła sztuka. Autor odnotowując własne fascynacje równocześnie kreuje wielopłaszczyznowy obraz polskiego życia kulturalnego ostatnich kilkudziesięciu lat. Trzy najważniejsze książki w jego życiu to „Dziennik” Witolda Gombrowicza, „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego oraz „Traktat poetycki” Czesława Miłosza. Swoją eseistyczno-wspomnieniową książkę rozpoczyna od Wyspiańskiego, który jest dla niego przede wszystkim autorem „Wesela”, inne jego dzieła nie wywarły na nim tak intensywnego i trwałego wrażenia obcowania z dziełem ponadprzeciętnym. Autorów pozycji mających wpływ na jego postrzeganie świata postrzega jako osoby wobec których ma zaciągnięty ogromny dług wdzięczności. Jedyną okazją do choć częściowego spłacenia go jest pisanie o nich i nieustanne przypominanie o ich dziele. Wciąż ciąży na nim świadomość, że wystawione niegdyś „rachunki” ciągle pozostają „niezamknięte”. Nadal pragnie spotykać się z Wyspiańskim, zarówno z jego „dziełem” i „osobowością”, które są dla niego nierozerwalnie związane. Planuje nawet w niedalekiej przyszłości napisać książkę „Wspomnienia z Wyspiańskiego”, aby dzięki niej wreszcie przeszłość stała się „żywa” i jak najbardziej zbliżyła się do tego co teraźniejsze i przyszłe.
Choć pierwsze wydanie „Masakry w El Mozote” ukazało się dziesięć lat temu to dopiero teraz polski czytelnik ma okazję do zmierzenia się z jej polskim tłumaczeniem. Autorem tej wstrząsającej książki jest Mark Danner (ur. w 1958 roku), wybitny amerykański reportażysta, znany przede wszystkim z ujawniania informacji przeważnie ukrywanych przed opinią publiczną. Jego zainteresowania zawodowe oscylują wokół polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych, a w szczególności toczonych przez ten kraj wojen. Warto dodać, że obecnie mieszka on w Grizzly Peak w Berkeley, w domu Czesława Miłosza. Uznanie przyniosły mu artykuły na temat Haiti, Bałkanów oraz wojny z terroryzmem. Jednak największym dotychczasowym osiągnięciem tego dziennikarza jest właśnie ta książka, opisująca prawdopodobnie najbrutalniejszą zbrodnię we współczesnej historii Ameryki Łacińskiej. Rzecz dotyczy ludobójstwa dokonanego 11 grudnia 1981 roku w okolicach miejscowości El Mozote w departamencie Morazán w Salwadorze. W ówczesnym czasie USA przekazywało ogromne sumy pieniędzy, aby nie dopuścić do narodzin komunizmu w tej części świata. Kraj ten stał się zatem całkowicie rozdarty pomiędzy lewicowych partyzantów (szerzących ideologie Związku Radzieckiego: marksizm i leninizm) oraz wojsko (prężnie wspierane przez Stany Zjednoczone i mające de facto być ich wysłannikami w walce z rebeliantami). Z biegiem czasu niewinnych i stroniących od jakichkolwiek kontaktów z władzą cywilów zaczęto utożsamiać z partyzantami, których chciano się jak najszybciej pozbyć. Pewnego dnia w ramach wojny domowej grupa szkolonych przez Amerykanów żołnierzy z batalionu Atlacatl wkroczyła do osady El Mozote i bez żadnych skrupułów wymordowała kilkaset mężczyzn, dzieci, kobiet i zwierząt, bez żadnej taryfy ulgowej dla kogokolwiek. Staje się to jeszcze bardziej dramatyczne gdy uświadomimy sobie, że jeden z najbardziej wpływowych mieszkańców miasteczka, ostrzeżony przez spotkanego wcześniej oficera, przekonał wszystkich, aby pozostali w wiosce. Dowiedział się bowiem, iż nikomu nie stanie się krzywda jeżeli nie opuści tego miejsca. Z tego powodu ludność okolicznych osad przeniosła się do El Mozote i w mgnieniu oka stali się ofiarami dyktatury wojskowej. Dlaczego to właśnie ta masakra (spośród wielu z dwunastoletniej wojny domowej) została uznana za „wyjątkową” i godną opisania? Zapewne ze względu na to, że „El Mozote nie było miasteczkiem zaangażowanym w walkę”[1]. Przez wszystkich postrzegane było za całkowicie neutralne, a największym marzeniem jego mieszkańców było godne i spokojne życie w czasie, gdy ich kraj dynamicznie zamieniał się w piekło.
„Szaleniec z Placu Wolności” to zbiór czternastu opowiadań urodzonego w 1973 roku w Bagdadzie Hasana Blasima. To jedna z niewielu książek autorstwa arabskiego pisarza opublikowanych w ostatnim czasie w Polsce. Tom ten jest owocem kilkuletniej pracy twórczej tego autora, który już od 2004 roku mieszka w Finlandii. Mamy zatem niepowtarzalną okazję zmierzyć się z utworami będącymi przedziwną i rzadko spotykaną kontaminacją dwóch perspektyw: Europejczyka i Irakijczyka. W którym miejscu są one spójne? Czym się różnią? Która z nich dominuje? To tylko niektóre pytania z niezliczonej puli wytworzonej na tych stronach.
„Kosmos” to ostatnia powieść Witolda Gombrowicza (1904-1969) opublikowana cztery lata przed jego śmiercią. Pisarz za jej pomocą kolejny raz potwierdza potęgę swojego warsztatu. Poza tym książka ta jest w jego twórczości niepowtarzalnym przykładem na to jak idealnie na płaszczyźnie jednej opowieści potrafił on zastosować i zespolić różne odmiany języka artystycznego w zmiennym natężeniu, oczywiście w swym „awangardowym” wydaniu. Jako, że w świecie literatury mało rzeczy jest pewnych, do dnia dzisiejszego, pomimo niezliczonych prac na temat „Kosmosu”, zawarte w nim osobliwe zagadki przedstawiają jeszcze wiele, wiele trudności w interpretacji.
Albert Cossery (1913-2008) to twórca, który z powodu swego egipskiego pochodzenia ochrzczony został przez krytyków mianem „Woltera znad Nilu”. Na moment przed zakończeniem drugiej wojny światowej przeniósł się do Paryża, dzięki czemu mógł zawiązać przyjaźń między innymi z Albertem Camusem, Jeanem-Paulem Sartre’em i Jeanem Genetem. W swej twórczości skupia się przede wszystkim na kontrastach pomiędzy biedą i bogactwem oraz władzą i obywatelami. „Szyderstwo i przemoc” jest jego piątą powieścią. Jej fabuła osadzona została prawdopodobnie w Egipcie. Tym razem skupia się na sposobach sprzeciwu wobec terroru. W wykreowanym enigmatycznym mieście rządzi gubernator. Choć to jego karygodne praktyki są punktem wyjścia do snucia opowieści to czytelnik nie otrzymuje na ten temat żadnych konkretów. Wydaje się być to zabiegiem celowym, jakby autor chciał uświadomić odbiorcom swojej twórczości, że opisywana sytuacja mogłaby się wydarzyć gdziekolwiek na świecie. Wielu z typowych rewolucjonistów jawnie się buntuje, lecz ich działania przez dłuższy czas nie przynoszą żadnego rezultatu, stają się smutną rutyną.
„Gender” to zbiór, w którym czytelnik znajdzie kilka krótkich opowiadań oraz dramat Grzegorza Wróblewskiego (ur. w 1962 r.), twórcy obecnie przebywającego na emigracji w Kopenhadze. Celem tej prozy jest zaprowadzenie czytelnika do literackiej czarnej dziury. Miejsca, w którym awers spotyka się z rewersem, a wszystko jest bardzo szybko poddawane w wątpliwość, nawet sam fakt istnienia. Wszędzie zatem należy dopatrywać się oszustwa i jawnej niesprawiedliwości. Twórca ten jest jednym z nielicznych przypadków pisarzy, którzy potrafią wyraziście ukazać podziały pomiędzy tym co metaforycznie bytuje po prawej i lewej stronie rzeczywistości. Zaliczając siebie do „osobników urodzonych w latach 60.-70.”[1], które właśnie wywożone są na „wysypisko”, musi wszystko to, co go otacza, traktować ambiwalentnie, niezbyt poważnie. Jako, że tyle elementów współczesnego życia naiwnie rozpatrywane jest jako „dobre” i przyjazne należy rzucić się w wir domysłów i systematycznie odrzucać reguły toczącej się właśnie gry. W fabułach tych utworów toczą się zażarte „walki” między innymi pomiędzy mięsem a wegetarianizmem, który chce na swą stronę sprowadzić jak najwięcej wyznawców. Autor prezentuje w tej książce skrajnie dekadencką postawę, jest zupełnie zrezygnowany. W swoim świecie nie może się odnaleźć, szuka miejsca dla siebie w rzeczywistości równoległej i ponurych konfabulacjach. I to właśnie stanowi o pięknie i ironii całego tomu. Jeżeli cokolwiek robi to od razu zastanawia się „po co?” i na dodatek nie szuka na to pytanie odpowiedzi, gdyż jest przekonany o bezcelowości wszelkich działań. Wykreowany świat to przestrzeń opanowana przez halucynogenne używki i wynikające z nich chorobliwe wizje. Jednak nie to jest przekleństwem ludzkości. Puszką Pandory jest dobrobyt, który powoli i nieustannie degraduje wszystkie więzi społeczne. Ostatecznym zaspokojeniem psychiki ludzkiej jest wyłącznie śmierć, wszystko inne to tylko półśrodki i zamienniki, tak naprawdę maskujące prawdziwe problemy. Narracje Wróblewskiego skupiają się na „osłabionej rzeczywistości”, w której nie szuka się ratunku, lecz ukojenia. Z powodu zamiłowania do konkretu i realizmu w swych opowiadaniach stara się opierać na codziennych przeżyciach typowego Europejczyka, które on sprowadza do granic absurdu. Nie jest twórcą eskapistycznym, zupełnie oderwanym od otaczającego go świata. Wytyka błędy obecnej cywilizacji, lecz swe rady przekazuje jedynie za pomocą surrealistycznych postaci. Jest pisarzem chcącym stać się literackim wcieleniem Salvadora Dalego, który zresztą w tym tomie także się pojawia jako „ten od spłaszczonych zegarków”. Zaskakuje czytelnika meandrycznością swego wywodu. Jego celem jest, aby odbiorca jak najszybciej uświadomił sobie, że to co czyta, nie ma się mu „podobać”. Ma szokować nonsensem i hipnotycznym niezrozumieniem. Widać tu również zamiłowanie do technik psychoanalitycznych. Autor skrzętnie wykorzystuje je do swoich celów i pokazuje jak szybko, za pomocą kilku nieznacznych wydarzeń, zmienia się postawa człowieka dotychczas uważającego się za konserwatystę. Za pomocą tego typu zabiegów uświadamia także, że sztuka jest nieśmiertelnym dorobkiem człowieka, lecz wciąż skazanym na wielokrotne odrzucenie i mentalne zapomnienie. Poszukując nowych zasad budowy utworu literackiego skupia się przede wszystkim na składni, która odrzuca go swym normatywizmem. Odejście od klasycznych reguł jest w jego wypadku tylko pozornym uproszczeniem. Już po przeczytaniu kilku zdań wiadomo, że „urwane myśli” bohaterów są do tego stopnia realistyczne, że aż wydają się wytworem naszego umysłu a nie artystyczną kreacją. W nowatorski sposób podchodzi do obranej formy dzięki czemu idealnie redefiniuje rzeczywistość i obowiązujące prawa moralne. „Gender” to poszukiwanie XXI-wiecznej płci społeczno-kulturowej każdego człowieka z osobna, bez sztucznych prób zuniwersalizowania przekazu. Grzegorz Wróblewski to twórca, który nie waha się pisać o swych spostrzeżeniach wprost. Nie odrzuca autorytetów, lecz poszukuje własnej drogi w świecie opanowanym przez nadmiar i konsumpcjonizm. Wniknięcie w jego prozę to bez wątpienia szok. Tylko dzięki takim książkom można uświadomić sobie jak wiele wokół nas absurdu i wulgarności, na którą nikt nie reaguje.
„Babcia 19 i sowiecki sekret” to kolejna pozycja wydawnictwa Karakter, które wciąż stara się w polskich czytelnikach zaszczepić miłość do literatury egzotycznej, w tym wypadku afrykańskiej. Literatury, trzeba to w końcu powiedzieć, wybitnej i ponadprzeciętnej. Tym razem mamy okazję zmierzyć się z twórczością pisarza z Angoli, dotychczas znanego tylko z fragmentów publikowanych w „Literaturze na Świecie”. Ondjaki (ur. w 1977) swą powieść celowo rozpoczyna w sposób aluzyjny. Głównym bohaterem staje się bezimienny chłopiec, co wskazuje na powtarzalność jego losów i ukierunkowuje odbiór całości na symbole. Wielu ludzi w byłych koloniach dorastało w podobnej rzeczywistości. Jest to opis pozornie beztroskiego, utopijnego dzieciństwa w cieniu powstającego od bardzo dawna mauzoleum, w którym miało spocząć ciało Agostinha Neto będące dotychczas „starannie zabalsamowane przez sowieckich speców, biegłych w sztuce utrzymywania nieboszczyków w stanie przyjemnym dla oka”[1]. Życie w Praia do Bispo, wciąż zakurzonej nadmorskiej dzielnicy Luandy, stolicy Angoli, w rzeczywistości było istnym piekłem. Wszechobecne przeświadczenie o tym, że kiedyś tubylcy będą musieli odejść i pozostawić więcej wolnej przestrzeni dla przyszłego miejsca kultu bohatera narodowego domagającego się wyzwolenia spod jarzma Portugalii, nie wpływało zbyt dobrze na samopoczucie. Świat przepełniony przez niezliczone babcie, spośród których tytułowa „Babcia 19” wyróżniła się amputacją jednego palca, opanowanego przez gangrenę. Bohater obiecuje, że zapamięta wszystkie jej opowieści – postrzega to jako swoje przeznaczenie i cel życia. W kraju tym, wciąż opanowanym przez wojnę, jak ironicznie wyznaje jedna z postaci mówi się „angielskim portugalskim” co jeszcze bardziej potęguje fakt braku ustalonej tożsamości społecznej. Dzieci, wciąż skupiające się na zabawie, umyślnie przedstawione są w tej opowieści jako istoty tylko do pewnego czasu całkowicie ignorujące to, co nie istnieje w ich marzeniach i snach. Interesuje ich wyłącznie własne środowisko, posiadają nawet własny slang. Są świadomi tego, że ich życie nie jest łatwe. Pomimo tego dorośli uważają, iż ich bytowanie skoncentrowane jest tylko na próżniaczych rozrywkach. Wszechobecne ubóstwo, metaforyczne „kamienne” kolejki po chleb i ryby oraz inspiracje „zachodnimi” filmami nie zniszczyły tej małej społeczności. Wręcz przeciwnie – jeszcze bardziej zaogniły pradawne pragnienie szczęścia. Są o wiele bardziej zaznajomieni z prawami jakimi rządzi się egzystencja niż niejeden dorosły Europejczyk, gdyż „wojna, napędzając wszystkim wielkiego stracha, rozbudza też wielkie apetyty”[2]. Wszystko jest pozorne, każdy działa pro forma. Nawet na stacji benzynowej udaje się, że prowadzona jest sprzedaż paliwa. W rzeczywistości znajduje się tam tylko woda z niezauważalnymi oparami benzyny. To świat pełen iluzji. Dziwnym trafem jedna z babć widoczna jest tylko dla najmłodszych członków rodziny pomimo tego, że „Dzieciom należy mówić prawdę”[3], nie wolno ukrywać przed nimi śmierci osób bliskich. Jednym z nielicznych niecodziennych zjawisk tego świata jest muzyka. W pewnym momencie szalony Piana Morska, rezoner tej powieści, wypowiada się o niej w ten sposób: „Muzyka to cud, który komuniści wyjątkowo dopuścili do obrotu, hihi!”[4]. Światopogląd bohatera przesycony jest bardzo intensywnymi wrażeniami. Według niego zaborczy sowieccy żołnierze to langusty, niebieskie mrówki, a morze to łzy zmarłych. Snuje plany na przyszłość, chce założyć plantację owoców, aby jego rodzinie już nigdy nie zabrakło jedzenia. Jego sposób odbierania rzeczywistości pretenduje kolegów do przepowiadania mu kariery poety. Na tego typu insynuacje odpowiada: „Nie, dziękuję. Słyszałem, że poeci to wariaci”[5]. Czuję się nawet obrażony, że ktoś mógł go podejrzewać o takie „niepopularne” zdolności.
„Wielkie, pobrudzone, zachwycone zwierzę” to już dziewiąty tom cyklu „44. Poezja polska od nowa” będący inicjatywą, której celem jest skonfrontowanie twórczości klasyków z ich „odpowiednikami” współczesnymi. Za pomocą tej książki spotykają się dwaj odmienni twórcy: Jarosław Iwaszkiewicz i Jacek Dehnel. Gdy jeden umierał drugi właśnie przychodził na świat.