Tom Bardzo Wojciecha Bonowicza zbiera wiersze o relacjach nieoczywistych, nie zawsze międzyludzkich, lecz także ludzko-zwierzęcych. Poeta odnajduje potencjał w napięciach drzemiących między roślinami a pogodą, swoim „ja” a przeobrażeniami świata, domem a środowiskiem życia, dniem a nocą czy dźwiękami natury a brzmieniem słów. „Ja” w Bardzo stwierdza: „Nie mówię wiele / bo co tu mówić?” [48] – wszystko wydarza się wobec i mimo niego, zarówno bez jego udziału, jak i dzięki temu, że istnieje w świecie. Żadna wypowiedź nie może mieć większej siły niż ta, która wynika z natury interesującej „ja” rzeczy. Znaczenie poetyckie w tej odsłonie dykcji Bonowicza rodzi się z suspensu, zawieszenia, sprzęgnięcia sfer i autokrytycyzmu podmiotu. Poeta jest tu kartografem wyrysowującym w wierszach cieśniny, delty, wyżyny i niziny, wokół których oscylują słowa o poetyckiej nośności. Te struktury i formacje geo-semantyczne obrazują rozprzestrzenianie się lirycznej siły między wersami. Widoczna jest ona szczególnie w tych miejscach w wierszach, w których zapisane są – głęboko umocowane w świadomości „ja” – dawne doznania sensoryczne. To one, odżywając w tekstach poetyckich, brutalnie konkurują z tym, co podsuwa wyobraźnia. W utworach Bonowicza, mapach sensów, fantasmagorie przecinają się z jakościami przesadnie realnymi, a zakodowane wspomnienia, reminiscencje i powracanie do tego, co utracone, podporządkowują te wyznania nawykom „ja”. Śledząc kolejne wiersze z Bardzo, widzimy bowiem, jak podmiot poetycki posługuje się pozornie tymi samymi schematami zachowań i strategiami poznania, co ciekawie ilustruje wiersz Codziennie – utwór o międzygatunkowym porozumieniu, empatii i pokarmie:
Codziennie kroję dwa kawałki serca. Mój obowiązek.
Dobrze że w życiu tak wiele rzeczy się powtarza:
prawie wszystko można robić mechanicznie
nie myśląc. I ta zostaje dostatecznie dużo
do przemyślenia. Dla dobra jednego ciała
pochylam się z nożem nad drugim. Nie ja zabiłem
ja tylko żywię. Kładę miskę na stole i patrzę
jak serce znika [9].
Krojenie serca oznacza więc zarówno banalną czynność kuchenną, jak i symboliczną ingerencję w życie. Krótkie dopowiedzenie „Mój obowiązek” [9] odbiera tej scenie emocjonalną dramatyczność i wpisuje ją w porządek konieczności. Powtarzalność okazuje się u Bonowicza mechanizmem obronnym. Rutyna pozwala nie dopuszczać do świadomości konsekwencji własnych działań, a mechaniczność nie jest tutaj wygodą, lecz warunkiem funkcjonowania – gdyby człowiek stale przeżywał moralny ciężar każdej czynności, życie stałoby się niemożliwe. Wiersz sugeruje, że codzienność opiera się na wyparciu – automatyzujemy działania, żeby nie myśleć o przemocy, śmierci i zależności jednych istnień od drugich. Pokarm zostaje przedstawiony jako relacja między ciałami: jedno ciało istnieje kosztem drugiego. Wiersz odsłania biologiczną i etyczną prawdę o życiu, które podtrzymuje się dzięki cudzej śmierci. Poeta pokazuje mechanizm rozszczepienia odpowiedzialności: człowiek korzysta ze skutków śmierci, jednocześnie odsuwając od siebie jej źródło. Można to czytać szerzej: jako komentarz do nowoczesnego życia, w którym większość przemocy zostaje ukryta za systemami produkcji i społecznymi rolami.
Równocześnie – mimo analogicznych metod poetyckiego działania – „ja” Bardzo wciąż chce zmienić własne sposoby bycia, próbując odpowiedzieć na pytanie, czy konieczność, przed którą staje, jest potrzebą realną, skutkiem utożsamienia się z samym sobą, czy wyimaginowanym efektem bycia cielesną istotą. „Ja” Bonowicza wciąż próbuje sprostać wyzwaniu troski, potrzebom bliźniego i zwierzęcia, a także temu wszystkiemu, co domyślane, niewyartykułowane i oczywiste. Mierzenie się z pracą poetycką – i to nie z nią samą, ale sobą samym, niezdolnym do jej uskutecznienia w pełni – czyni z Bardzo refleksję nad tym, czym jest próba wiersza – „ja” tych tekstów lirycznych wciąż moduluje głos, ustawia go bez końca, do utraty tchu, ale nie do pokonania siebie, języka czy wiersza lub do porzucenia wiary w możliwość wypowiedzenia czegoś poetycko istotnego.
Życie w Bardzo sprowadza się do rzeczy najprostszych i zarazem najbardziej wymagających. „Ja” chce tu zobaczyć świat w jego niejednoznaczności, gdy kieruje spojrzenie w stronę paralelności zjawisk i reprezentacji. Nie są to wiersze linearne i synchroniczne, gdyż na poziomie wewnętrznym meandrują w niemal nieskoordynowany sposób, poszukując związków między myślami i rzeczami, uczuciami i osobami, językami i wrażliwościami, ale warto zauważyć, że na pewnym poziomie utwory Bonowicza skupiają się w ostatecznym centrum, w zwarciu doświadczeniowego spostrzeżenia z poetycką ekspresją, w niewypowiedzianej do końca puencie – być może słyszalnej tylko przez odbiorcę w czytelniczej świadomości.
„Ja” pyta tutaj, co tak naprawdę wynika ze zmienności i nienarzuconych przez człowieka korelacji. Próbuje w ten sposób poetycko uzasadnić przypuszczenie, że prawda egzystencji nie musi być wpisana w rygor weryfikowalności i nieodwołalności, ale może się wyłaniać jako przekształcalna. Dlatego „ja” w Bardzo nie wyciąga daleko idących wniosków z obserwacji, co może wydawać się naturalne w poezji, jednak w tym wypadku jest to związane z szukaniem białych plam w komunikacji i rozumieniu – tego, co niepowiedziane i niepojęte, a także udowadnianiem, że „ja” mówiące nie jest rzemieślnikiem, który odciska swoją wypowiedź ze sztancy tego, co ujrzane, ale osobą wciąż przekraczającą to, co narzuca się na pierwszy rzut oka. Z pewnością wyróżniają się w tym tomie wiersze zdradzające metafizycznie ufundowaną świadomość ekologiczną, o czym można przekonać się na przykład w utworze Kiedy się dowiedziała:
Kiedy dowiedziała się że odbierają krowom dzieci
przestała pić mleko. Nie warto wychylać do dna
czary życia. Ani ufać podobnym metaforom.
To była chwila. Nie każdy zrozumie.
Schwytała ją i zatrzymała w swoim sercu [22].
Poetę fascynuje nagłe przebudzenie moralne – chwila, w której zwyczajna wiedza przestaje być abstrakcyjną informacją, a staje się doświadczeniem wewnętrznym, zmieniającym sposób życia. Pojawia się tu ironiczne odwrócenie kulturowej metafory mleka i życia. „Czara życia” [22] zwykle kojarzy się z pełnią, naturalnością, afirmacją istnienia. Tymczasem bohaterka wiersza przestaje ufać takim przenośniom, ponieważ odkrywa, że za pięknym symbolem kryje się przemoc. Wiersz sugeruje więc nieufność wobec języka, który upiększa rzeczywistość i zaciera cierpienie. „Wychylać do dna” [22] można też rozumieć jako wskazanie, że nie należy bezrefleksyjnie konsumować świata, korzystać z życia bez świadomości kosztu, jaki ponoszą inni. To bardzo subtelna krytyka codziennego uczestnictwa w systemie przemocy. „Ja” Bonowicza chce zobaczyć, co kryje się w nas poza życiem wewnętrznym i witalizmem. Pyta, czy należy wytyczyć granice między światem a wierszem, człowiekiem a człowiekiem, przypadkiem a zamierzeniem, wściekłością a szczęściem, a także – na dalszym planie – zastanawia się, skąd w relacjach pomiędzy najbliższymi pojawia się niezgoda i agresywny antagonizm.
Znaczenia w Bardzo przynależne są samym obiektom refleksji, nie są relatywne i antropocentryczne. W wielu z tych sytuacji lirycznych sens jest zawieszony w eterze, między wersami (w ciasnej przestrzeni tekstu) i pomiędzy ludźmi, gdy narasta pomiędzy nimi niewysłowione napięcie. Wiersz w Bardzo osadza się w miejscu i czasie – nie chodzi o to, by był konkretny (jednostkowy, nieuniwersalny), ale wynikał z faktycznego poruszenia, nie będąc schłodzeniem gorącego od myśli i wyobrażeń umysłu, tylko przeniesieniem swego rodzaju signum temporis między domenami życia. „Ja” Bonowicza próbuje odciąć się od świata, by poczuć jego czystą moc oddziaływania – próbuje odtrącić emocje, które rzucają go w przepaść beznadziei i bezwyjściowości. Nie chce pozwolić posiąść się przez nadmiar bodźców i konfliktów. Każda sytuacja w Bardzo ma nadzwyczajny ukryty pierwiastek, który trzeba chcieć zobaczyć w świecie upadłym i podnoszącym się na nowo, bezustannie. Tak w Świątyni poeta mówi o opuszczonym kościele w Cambridge:
Ściany były nagie i zimne: powiedziałbym że czuło się tam Boga który się wycofał. Modlitwa czasem wraca do opuszczonych form a czasem nie. Niektórzy obejmują drzewa inni szukają pocieszenia w sobie samych. Każda droga jest dobra jeżeli tylko prowadzi nas ku prawdzie. Każda droga jest dobra bywa że droga opuszczenia najlepsza [29].
Śmierć Boga ogłoszona w filozofii jest w tej poezji narodzinami innego jego wyobrażenia, niekoniecznie antynomicznego, ale przemieszczającego się pomiędzy dziedzinami życia. Bardzo obraca się wokół doświadczenia ewentualnej duchowej pustki i prób odnalezienia sensu po utracie dawnej (ale czy anachronicznej?) formy wiary. Interesujące jest, jak Bonowicz buduje przestrzeń ascetyczną, opuszczoną i pozbawioną życia – tymczasem nie chodzi tu wyłącznie o fizyczne miejsce, lecz o stan duchowy. Tak poeta przypomina tradycję mistyczną i wrażenie opuszczenia znane z teologii negatywnej. To sytuacja, w której brak Boga sam staje się formą jego obecności. Pustka nie jest tu zwyczajnym brakiem wciąż nosząc ślad czegoś utraconego. W dalszym kontekście ten utwór zawiera dwie możliwości: albo zwrot ku naturze (także cielesności, ekologicznej duchowości, prostemu doświadczeniu), albo ruch introspektywny, psychologiczny, może nawet egzystencjalny (wówczas człowiek staje się dla siebie jedynym źródłem oparcia). Nadto pojawia się w Bardzo hipoteza pluralizmu duchowego i zgody na wielość sposobów dochodzenia do prawdy – kryterium nie jest tu ortodoksja, lecz autentyczność samego poszukiwania. Dzięki temu cała książka poetycka Bonowicza ma ton medytacyjny, aforystyczny, bliski współczesnej duchowości po kryzysie religii i mitu. To często utwory o wierze, która istnieje już nie jako pewność, lecz jako ślad i czysta tęsknota. Zadając pewne szczególne pytanie w najciekawszym wierszy z Bardzo („Czy to lepiej że nasi bogowie / mają na rękach nie cudzą krew // tylko własną?” [30]) podmiot Bonowicza myśli o figurze religii żądającej ofiar od innych, od ludzi umierających za wiarę, naród, ideologię czy postmetafizyczny porządek, by ostatecznie zasugerować zupełnie inny model sacrum, to jest Boga, który sam podlega cierpieniu, samodzielnie płaci cenę swojej celowości i – co najbardziej dobitne – sam zostaje zraniony. Gdy mowa o boskości, która nie domaga się już cudzej ofiary, lecz sama staje się ofiarą, podmiot Bardzo wyraża moralny i filozoficzny niepokój – źródło tej nierzadko apokryficznej poezji. Opieka Boga nad człowiekiem wprost skorelowana jest tutaj z opieką człowieka nad najbliższymi, która rozumiana jest jako bezwarunkowa bliskość, towarzyszenie w odchodzeniu, bycie wybranym na ostatniej drodze od życia ku śmierci i doświadczania obustronnego zaniku, istnienia już nie w zasięgu myśli, umysłu i uczucia, ale bycia razem i niepoznawania się w ostatecznej, decydującej chwili. Odchodzący traci bezpośredni kontakt ze wspierającym go bliźnim, a opiekunowi – będącemu wobec umierającego „ty” – wypada z rąk ledwie tląca się nić ukochanego życia („Najpierw ledwo widzialny. / W końcu niewidzialny zupełnie. / »Kto to?« »To ja. Obiecałem / że przyjadę i jestem«” [33]). To myśli kierujące „ja” Bardzo w stronę ambiwalentnego – syntetycznego i konkretnego – spojrzenia na życie, które ma swoje wrodzone bariery i zamiast się rozprzestrzeniać, kapryśnie i chybotliwie umyka:
Całowałem jej ręce ona całowała moje.
„Nie odchodź”, mówiła. „Musisz już iść?”
Musiałem iść czy nie musiałem?
Trzymała mnie mocno. Całowała moje ręce
przytulała do nich policzek. „Zostań”.
To jest żywa łza. Nadal wędruje [34].
Najważniejsze wydaje się tu napięcie między nieobecnością Boga a odczuwaną mimo wszystko potrzebą transcendencji. Ta poezja nie jest zależna od utrwalania, ale od czystej obecności oraz jej nieskoordynowanych zwrotów i przełomów. Co więcej, Bardzo jest świadectwem uwikłania pozornie swobodnego podmiotu w sieci różnie rozumianej – nie zawsze politycznej – władzy. Utrata w Bardzo ma początek w bezsłownym szczęściu bycia, w obdarowywaniu człowieka człowiekiem, gdy „ja” próbuje trzymać się tu każdego odrębnego, suwerennego istnienia, wierząc, że tylko ono jest ostatnią deską ratunku.
Bardzo na tle całej twórczości Bonowicza wyróżnia się stawianiem szeregu zasadniczych pytań o istotę literatury: Na ile prawda w utworze poetyckim jest możliwa? Czy twórczość literacka jest żywiołem prawdy, czy jest opanowana przez fikcję? Czy wiersz jest recepcją świata, czy indyferentną ekspresją dokonywaną na przekór temu, co rzeczywiste? Rozeznając się w tej materii „ja” Bardzo fascynują inne życia, życia innych, które dosięgają go niebezpośrednio, przez zasłonę obcości. Choć w uniwersum poetyckim Bonowicza każda rzecz walczy o uwagę świata i miejsce w hierarchii bytów to te z nich, które ontologicznie są podobne (wszak nietożsame), nie jednoczą się, ale we współbyciu cicho współpracują, nie wchodzą sobie w paradę. Chodzi w tym o to, by ustalić, co oznacza bycie „tutaj” i co różni je od bycia „tam”? I jak wyczuć moment przejścia, i w myśli, i w doświadczeniu między tymi dwiema perspektywami? Jak wyczuć moment, gdy nie przynależy się ani do realnego „tutaj”, ani do wyimaginowanego „tam”?
Nie zadawaj mi pytania. Ani tego
ani następnego. Żadnego z tych
które przychodzą mi do głowy.
Co pewien czas jakiś owad
uderza w szybę. Pod oknem
leży pies czarny i ciepły.
Upalne popołudnie przepala mnie
a wieczór chowa w chłodnej krypcie.
Czekałem długo na ten moment.
Przybliżał się i oddalał
nie wiadomo było
czy w ogóle nastąpi [41].
Zawarta w Bardzo poezja intensywnie przeżywa każdą chwilę i wypatruje momentu intensywnej wewnętrznej koncentracji, w którym racjonalne pytania okazują się niewystarczające. Wiersz pragnący wyjść poza język, buduje atmosferę zawieszenia między spełnieniem a rozpadem, między oczekiwaniem a niemożnością nazwania tego, co się wydarza. Bywa, że podmiot Bonowicza nie chce odpowiadać na pytania nie dlatego, że nie zna odpowiedzi, lecz przez to, że pytania same w sobie wydają się naruszeniem pewnego stanu. „Ja” próbuje zatrzymać analizę doznań, jakby chciało istnieć w czystym doświadczeniu, zanim zostanie ono rozbite przez język. Wszelkie pozorne drobnostki składające się na wiersz w Bardzo symbolizują wciąż powtarzane akty przebicia się na zewnątrz – ku znaczeniu życia, ku kontaktowi z innym, a świat zwierzęcy i cielesny okazuje się bardziej prawdziwy niż intelektualne dociekania. Bohater żyjący w uniwersum poetyckim Bonowicza przeczuwa przełom i oczekuje ukojenia, ale nigdy nie uzyskuje pewności, czy rzeczywiście one nadejdą.
Wraz z postępem tomu konsumpcjonizm „ja” Bardzo wygasza się i ów podmiot nawiązuje innego rodzaju kontakt z rzeczywistością – skupia się na literaturze i przyrodzie, być może stając się eremitą redukującym bodźce, oddalającym czas wystawienia siebie na konfrontację z niewiadomymi, jednak świat bezwstydnie wciąż obarcza go kolejnymi mikrotajemnicami i zobowiązaniami bez pokrycia:
Od czterech miesięcy nie patrzę na miasto i myślę zupełnie inaczej.
Do najbliższego sklepu mam piętnaście dwadzieścia minut piechotą
i moje potrzeby bardzo zmalały. Właściwie przez cały dzień
mógłbym się kręcić po podwórku a w deszczowe dni czytać.
Codziennie w tej samej koszuli. Codziennie w tych samych spodniach.
(…)
Na ogół jednak słucham ptaków
i dalekiego szumu aut. Lubię też zdrzemnąć się kiedy niebo
jest jednolite i jasne a ptaki trochę się zmęczą [40].
W Bardzo powstaje życie oparte na minimum, ale minimum nie jest tutaj brakiem – przeciwnie, wydaje się formą zaspokojenia. Z jednej strony to znak rezygnacji z performowania siebie, z potrzeby zmienności i autoprezentacji. Z drugiej – niemal rytualizacja codzienności. Zachodzi tu niezwykle subtelne dostrojenie do rytmu natury. Bonowicz łagodnie antropomorfizuje przyrodę – nie chodzi mu o dominację człowieka nad naturą, lecz o współodczuwanie rytmu zmęczenia i odpoczynku (wyciszenia). Zjawiska podważające sens aktywności „ja” oraz jego literackiego i życiowego bycia, ukryte są nie w przyrodzie, ale być może w nim samym – bywa, że to człowiek w Bardzo jest dla samego siebie największym wyzwaniem, górą nie do przebycia, białą plamą niewiedzy, tym bardziej że wrażenia i jakości widziane, to jest przejęte przez świadomość, zamiast ocalać byt ludzki, zasklepiają go w jego ciasnym wnętrzu, hermetyzując jego mikroświat. Te refleksje prowadzą w wierszach Bonowicza do kolejnych zasadniczych i retorycznych pytań: Czy świat jest samoistny? Czy człowiek posiada legitymację do jego przeobrażania?
Często sam opis przemian wystarcza w Bardzo za wszystko i jakiekolwiek dopowiedzenie byłoby tylko rozbrojeniem potencjału wiersza: „Księżyc opiera się / o blachy. Jedyna latarnia nawet nie usiłuje / z nim rywalizować bo po co? Światło / zawsze jakoś dogada się z drugim światłem” [39]. Bonowicza najbardziej fascynują te chwile, w których widać, jak zewnętrzność – pozornie niezmienna i nieporuszona – przekształca się, stając się wciąż nowym wariantem samej siebie. Wówczas poeta na różne sposoby szuka języka może niekoniecznie adekwatnego, ale zawsze oddającego różnicę między postrzeganiem konwencjonalnym (powierzchniowym) a poetyckim. W Bardzo interesujące są odnotowywane jakby mimochodem kontrasty i detale zmieniające całokształt rzeczy, spychające wiersz na boczne tory myślenia, ale pozwalające wsłuchiwać się w tlącą się dookoła energię. Równocześnie podmiot Bonowicza próbuje się uporać z niedostatkami własnej fizyczności, co prawda rekompensuje je doświadczeniem i warsztatem, ale zdaje sobie sprawę, że jego obecny świat nie będzie nigdy światem przeszłym – światem utraconej młodości: „Coraz dłużej kojarzę fakty. Czasem / nie kojarzę ich zupełnie nie łapię też / aluzji. (…) // Moje życie to coraz prostszy obrazek: / białe baranki płyną błękitnym niebem” [15]. Wiersze z Bardzo budują minimalistyczny kodeks życia sprowadzonego do biologicznych, instynktownych i relacyjnych podstaw. Nadto proponują człowiekowi funkcjonowanie w stanie ciągłej czujności i redukcję egzystencji do elementarnych zasad życia. Interesujący na tym tle jest wiersz Powinniśmy żyć jak koty, który dowartościowuje instynkt terytorialny, potrzebę kontroli przestrzeni i zachowania strażnicze, charakterystyczne dla zwierząt, ale zarazem bardzo ludzkie – związane z lękiem przed utratą bezpieczeństwa, rozpadem wspólnoty lub naruszeniem granic:
Spać kiedy to możliwe. Okazywać czułość
tym którzy nas karmią. Pilnować żeby nikt
nie wszedł i nie wyszedł niezauważony. Myć twarz
mokrą ręką a resztę ciała językiem. Zakopywać
swoje nieczystości [10].
„Ja” Bonowicza nie chce istnieć jako byt wyłącznie eksploatujący i eksplorujący świat dla własnego pożytku, widząc swoje przeznaczenie w poszukiwaniu niepowątpiewalnej, choć ukrytej jedności przeciwieństw. Świat jest w Bardzo prawdomówny mimo wszystko, niezależnie od zamysłów „ja” jego fenomeny wciąż emanują sensami: „Obraz za oknem jest nieruchomy / a pedał gazu wciśnięty” [26]. „Ja” wybiera punkt widzenia, dzięki któremu odsłania choreografię życia, a wraz z nią piękno trwania i integralności bycia i prawdy, ruchu i sensu, jak w wierszu Klon w parku: „Zdrewniałe sklepienie z niegasnącymi gwiazdami. / Wielka suknia która nie przestaje się obracać. // Ciężki krok drzew – oto do czego / jesteśmy przyzwyczajeni. A tu taniec” [16]. Olśnienia percepcyjne, odrzucanie schematów poznawczych i usytuowanie na pierwszym planie wiersza procesów życiowych służą pozostawieniu świata samemu sobie i usunięciu człowieka w cień:
Oczywiście jestem jak najbardziej
zbędny w tym otoczeniu. Nie myślę
za wiele hałasu robię mniej
niż drzewo obejmujące konarami
spróchniały balkon. W ogóle niczego
tu nie robię [43].
Wiersz Bonowicza w swojej dzisiejszej formie – w tomie Bardzo – jest remanentem z życia, instrumentem co prawda zagarniającym kolejne obszary nie-istnienia, jednak na plan pierwszy wybija się tutaj pragnienie życia spełnionego, ale nieskoncentrowanego na sobie. Jest to wiersz żyjący z przeniesienia piękna rzeczy poza ograniczoną fizykalność, w liryzm wyznania łapiącego radość czasu, który został nam zadany. Poeta, mierząc się ze stawką swojego pisarstwa, umownie przekracza polaryzację wiersz-świat i mimo warsztatowego doświadczenia wciąż odnajduje ścieżki rozwoju dla swojej dykcji. Tworzenie jest dla niego ceremonią głęboko osadzoną w życiu. Polega ona na zapisywaniu w sobie (dla siebie), będąc wciąż, mimo starań, nieskutecznym utrwaleniem, albo – wręcz przeciwnie – jest zachowywaniem w wierszu czegoś, co od razu staje się czymś obcym tak dla samego poety, jak i dla inkarnowanego przez niego podmiotu. To pisarstwo lokujące swojego twórcę między klęską a ulgą, między opieką nad kotami a troską o słowo, między paniką powstającą z nadmiaru a lękiem przed nacierającą pustką, między dojrzałością a świeżością frazy, między odrzuconym a pozostawionym. Będąca sztuką poezja jest dla niego nieodmiennie rozciągniętą w czasie egzystencji lekcją, która nigdy nie kończy się sprawdzianem wiedzy, ale przechodzi w bycie uważnym, niebycie głuchym na świat, i – co najważniejsze – w życie w języku mimo permanentnej kryzysowości, mimo nimbu ponadczasowości od razu narzucanej każdej aspirującej poezji. Bardzo to także przykład twórczości w dobry sposób wstydliwej, nienarzucającej się, nieepatującej sobą, lecz w wyraźny sposób budującej mosty między archipelagami odmiennych ujęć świata. Lektura Bardzo skutkuje powstaniem zaufania między wierszem a czytelnikiem, co sprawia, że możemy czuć się zaproszonymi do wspólnego medytowania z tymi wierszami i ich – przeszłymi, aktualnymi i przyszłymi – odbiorcami.
Autor: Przemysław Koniuszy
Wojciech Bonowicz, „Bardzo”, Wydawnictwo a5, Kraków 2026, s. 55.