„Dziś będzie piękny dzień”, czyli zwierzęce instynkty w spokojnym świecie agonii

Pitcairn to niewielka wyspa na Oceanie Spokojnym odkryta w 1767 roku. Od tego czasu stała się zamorskim terytorium Wielkiej Brytanii pomimo tego, że od Londynu odległa jest o ponad piętnaście tysięcy kilometrów. Już po dwudziestu trzech latach od tego wydarzenia dziewięciu dezerterów (zwanych „buntownikami”) z okrętu Bounty, wysłanego na te wody przez ówczesnego króla Anglii, wraz z osiemnaściorgiem ludzi pojmanych z Tahiti trafili na tę dotychczas bezludną wyspę. Dzisiaj mieszka tam sześćdziesiąt osób.

Każdy Europejczyk myśląc o tego typu egzotycznym miejscu zapewne wyobrazi sobie ziemskie wcielenie Edenu, lecz Maciej Wasilewski (rocznik 1982) w swym niezwykle odważnym reportażu „Jutro przypłynie królowa” pokazuje jak czasami złudne są wyobrażenia człowieka. Jedynym wydarzeniem, które niechlubnie rozsławiło to niepozorne miejsce na ziemi było ujawnienie serii gwałtów dokonanych na nieletnich dzieciach przez w większości dorosłych i silnych mężczyzn wykonujących najcięższe prace w osadzie. Dlatego też wymierzenie im sprawiedliwości równoznaczne byłoby z unicestwieniem tej społeczności. Choć nowozelandzki sąd podjął się osądzenia winnych to i tak wymierzone kary dotknęły tylko nielicznych i na dodatek były symboliczne. Co gorsza do dziś wszystko co z tym związane osnute jest zmową milczenia, a każdy kto stara się rozwikłać tę zagadkę nie zostaje wpuszczony na wyspę lub szybko jest z niej usuwany.  Rozmowy z przybyszami mogą zakończyć się nawet samosądem lub „przypadkową śmiercią”, zatem nikt nie chce ryzykować.

Naszemu reportażyście, który podał się za antropologa, na krótki czas udało się tam dostać w celu uświadomienia nam jak brutalny jest współczesny świat, w którym ukrywanie zła ludzie nazywają „pielęgnowaniem ciszy”. Mieszkańcy tej wysepki nazywają siebie wspólnotą, bezgranicznie zaufali idei komunizmu i postanowili bezdyskusyjnie odizolować się od świata co nie przeszkadzało im oczywiście w korzystaniu z niewyobrażalnie dużej pomocy finansowej od Wielkiej Brytanii. Społeczność ta w pewnym momencie zaczyna czytelnikowi przypominać sektę, którą „łączy tylko współodpowiedzialność za zbrodnię”[1]. Świadczy o tym także jedno z obowiązujących tam praw: „Wspólnota wszelkie decyzje podejmuje jednomyślnie. Kto nie działa w interesie wspólnoty, nie myśli poprawnie. (…) Jeśli dzieje się źle, nie wynika to z działań wspólnoty. Obcy chcą nas zniszczyć”[2]. Na szacunek zasługują tam tylko ludzie urodzeni na wyspie, a każdy „przechrzta” i obcy nazywany jest Judaszem i postrzegany jest jako realne niebezpieczeństwo. Wielu uważa, że dobro i przyszłość wspólnoty są o wiele ważniejsze od życia każdego z ludzi przebywających na wyspie. Każdy wie o sobie wszystko, a życie tam to „giełda intryg i pomówień”[3], gdyż wszyscy zapamiętują o sobie nawzajem wszelkie zauważone występki i czekają tylko na odpowiednią chwilę, aby tę wiedzę korzystnie wykorzystać za pomocą szantażu. Nam, wychowanym w kapitalistycznym świecie, wydaje się niemożliwe, że gdziekolwiek mogą jeszcze istnieć miejsca gdzie „przysługa” cenniejsza jest od dolara. Wasilewski nie waha się stawiać dalekosiężnych diagnoz: „Pitcairneńczycy są jak wielopokoleniowa rodzina zmuszona żyć w przyciasnym mieszkaniu – knują i zwalczają się po cichu”[4]. Wszyscy jego rozmówcy w zawoalowanej formie starają się mu uświadomić, że ingerencja kogokolwiek w tą małą hermetyczną społeczność nie przyniesie żadnej zmiany, a ludzie tam mieszkający nadal będą koegzystować ze złem.

Molestowane kobiety „czują się nikim”, a nazywanie się ofiarą na Pitcairn to przyznawanie się do porażki. Jedynym rezultatem takiego działania może być wstyd. Wszyscy mieszkańcy pomoc postrzegają jako otwarty atak, a ich reakcją jest tylko opór przed tym, co nowe i spoza. Choć wszyscy zaliczani są do obywateli Unii Europejskiej to Brytyjczyków postrzegają jako „najeźdźców, okupantów, wyzyskiwaczy”[5], a całą Europę „mają za nic”, jest dla nich tylko „generatorem hałasu”. Co ciekawe taką postawę nazywają „walką o własne istnienie”[6]. Ci, którym udało się uciec, mówią o tej wyspie jako o czymś „przeklętym” i uważają za oczywiste, że w miejscu pozbawionym aparatu sprawiedliwości zrodziły się akty przemocy, ludzie poczuli się bezkarni i zamienili się w zwierzęta. Dopiero w czasie, gdy międzynarodowa opinia publiczna dowiedziała się o zaistniałej tam przemocy „Pitcairneńczykom przyglądają się brytyjscy dyplomaci i organizacje pozarządowe”[7]. W tej sytuacji musiało paść retoryczne pytanie: „Mieli sto lat, żeby zaprowadzić porządek na wyspie. Dlaczego nie zrobili tego wcześniej?”[8]. Teraz pozostają nam tylko słowa, na działania już za późno, krzywda się dokonała. Na Pitcairn pojęcie sprawiedliwości już dawno straciło na wartości, uległo dewaluacji. Maciej Wasilewski formułuje nawet tezę, że Brytyjczykom zależy na wyludnieniu tej wyspy, gdyż uznają ją za „dogorywający organizm”.

„Jutro przypłynie królowa” to wielopłaszczyznowa i szczegółowa opowieść o wyspie na której zło zdążyło się już na dobre zadomowić. Ten reportaż przedstawia przeróżne anegdoty, fakty i opowieści w formie kolażu, mozaiki. Maciej Wasilewski pokazuje jak łatwo można utracić człowieczeństwo, przydomek „sapiens” i przemienić się w zwierzę gotowe na wszystko w celu zaspokojenia swych żądz. Współczesne reportaże wciąż pokazują jak ważne jest, aby wciąż istnieli dziennikarze-herosi nie wahający się ani chwili przed piętnowaniem niesprawiedliwości i przerażających czynów.

Autor: Przemysław K.

Maciej Wasilewski „Jutro przypłynie królowa”, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013, s. 170

——————————–

[1] s. 16

[2] s. 126

[3] s. 39

[4] s. 40

[5] s. 114

[6] s. 125

[7] s. 105

[8] s. 106

„Dziś będzie piękny dzień”, czyli zwierzęce instynkty w spokojnym świecie agonii

Opowieść o ojcu, którego nie było stać na rękawiczki, czyli „non omnis moriar” jest kłamstwem

Od samych początków istnienia powieści wiadomo, że utwory inspirowane rzeczywistymi wydarzeniami, lecz będące w większości wytworem wyobraźni artysty, osiągają największe uznanie. Metin Arditi w swej książce o bardzo enigmatycznym tytule „Turquetto” wydaje się być powieściopisarzem aż do przesady tego świadomym. Opowieść w niej zawarta zawiera w sobie wszystkie elementy jakie są potrzebne do tego, aby powstało dzieło poruszające i co najważniejsze zapadające w pamięć. Swoich czytelników przenosi w malarski świat renesansu XVI wieku. Nie brak tutaj zatem wielkiej polityki, ogromnych pieniędzy, zwalczających się nawzajem religii, miłości oraz morderstw. Autor, choć mieszka w Szwajcarii, ze względu na swoje pochodzenie jest pisarzem, którego styl o wiele bardziej przypomina literaturę arabską niż europejską. Jeżeli do kogokolwiek można by było go porównać to właśnie do Orhana Pamuka, który tak samo jak on tworzy rozdziały niezbyt obszerne i do przesady konkretne, a jego fabuły oparte są na wielu perspektywach będących konsekwencją wprowadzenia wielu równoprawnych narratorów, którzy przy okazji uczestniczenia w wątku głównym opowiadają o swoim życiu. Wszystko zaczyna się w Konstantynopolu, we wrześniu 1531 roku. Żyje tam młody syn biedaka, Eliasz Soriano, który jest Żydem. Ze względu na wyznanie nie może poświęcić się swojej największej pasji – malowaniu. W każdej wolnej chwili, wbrew zakazom rodziny i rabina, rysuje portrety ludzi spotkanych w tawernie. Gdy nie ma takiej możliwości swój talent rozwija w wyobraźni, dzięki której w każdym miejscu może odwzorowywać rzeczywistość, a uzyskane w ten sposób imaginacyjne obrazy składać na mentalną „stertę”. Poza tym w sklepie swego jedynego przyjaciela, wytwórcy tuszu, poznaje tajniki wytwarzania barw. Już on poznał się na jego zdolnościach: „Jestem pewien, że na całym świecie nie znalazłoby się drugiego dziecka w twoim wieku, które potrafiłoby narysować tak piękny portret”[1]. Po śmierci ojca, którego zbytnio nie szanował, w przypływie niezrozumiałej odwagi postanawia uciec do Wenecji. Na statku podaje się za Ilyasa Troyanosa, Greka. Na miejscu od razu udał się do pracowni malarskiej Tycjana, który w kilka sekund uświadomił sobie, że stojący przed nim chłopiec to przyszły geniusz stuki. Już wtedy przylgnęło do niego przezwisko Turquetto, które w tłumaczeniu oznacza małego Turka.

Opowieść ta jest jedną z wielu traktujących o ludziach, którzy musieli wyrzec się wiary przodków, aby zrealizować swe marzenia. Bohater trafia do miasta w zupełności odpowiadającemu jego dziecięcym planom. Jest to jednak miejsce zupełnie zepsute przez zło świata: „Wenecja nurza się w śmieszności”[2]. Eliasz się tym nie przejmuje, dla niego najważniejsze jest, że dopiero tutaj zdobył uznanie: „(…) wszyscy zgodnie twierdzili, że jego obrazy wywołują szczególne uczucia i że pozostawiają człowieka bez głosu. Że jest największy spośród wszystkich malarzy w mieście. Większy od Tycjana i Veronesego”[3]. Ceniono go przede wszystkim za unikalne połączenie precyzji i łagodności, koloru i rysunku, „duchowości” przeszłości i „zmysłowości” teraźniejszości. Jedynym z jego zachowanych do dzisiaj obrazów jest „Mężczyzna z rękawiczką”, którego autorstwo do niedawna przypisywano Tycjanowi. Dopiero wnikliwa analiza zamieszczonego na nim podpisu wykazała, że prawdziwym autorem był ktoś inny. W wyobrażeniach Metina Arditiego obraz ten jest portretem ojca Turquetta, któremu w ten sposób doceniony już artysta chciał przywrócić godność. Ze względu na ujawnienie pochodzenia malarza wszystkie jego dzieła zostały uznane za bluźniercze i spalone. Przedziwnym zrządzeniem losu ocalał tylko „Mężczyzna…”, który dziś przechowywany jest w zbiorach Luwru i poświadcza jak bardzo ludzie mogą być okrutni w gruncie rzeczy wobec samych siebie.

„Turquetto” to wzruszająca powieść oparta przede wszystkim na legendzie i nielicznych faktach o człowieku, którego jedynym przewinieniem było to, że nie urodził się tym kim „powinien”. Ludzkość skrzywdziła go najbardziej jak tylko mogła: został pozbawiony stworzonego przez samego siebie pomnika i bezwzględnie odrzucony jako ktoś kto nie zasługuje na posługiwanie się swym talentem. Choć sam bohater wypowiada się o sobie jako o człowieku skrajnie próżnym i „fałszywym skromnisiu”, to czytelnik tej powieści wie, że w gruncie rzeczy Turquetto był dobrym człowiekiem. Metin Arditi to pisarz potrafiący za pomocą literatury dogłębnie zbadać psychikę człowieka i zaprezentować swoje spostrzeżenia czytelnikowi w taki sposób, aby pokazać jak ważny, także w obecnym czasie, jest problem wyobcowania i niezrozumienia własnego „Ja”.

Autor: Przemysław K.

Metin Arditi „Turquetto”, przełożyła Agata Kozak, Oficyna Literacka Noir sur Blanc, Warszawa 2013, s. 304

——————————–

[1] s. 38

[2] s. 95

[3] s. 94

Opowieść o ojcu, którego nie było stać na rękawiczki, czyli „non omnis moriar” jest kłamstwem

Trzydzieści lat walki o swoich mistrzów, czyli jak doznać dreszczu artyzmu

Gdy we wspomnieniowych „Żywych cieniach” czytamy o pracy Barbary Toruńczyk jako redaktor naczelnej „Zeszytów Literackich” na pierwszy rzut oka widać jak wiele wysiłku poświęca dla swojego pisma. Jest ona do tego stopnia powiązana z jej życiem osobistym, że nie sposób ich rozdzielić. Jako swój wzór podaje Jerzego Turowicza, którego podziwia za tomistyczny „głód rzeczywistości”, „trafną ocenę realiów” życia oraz umiejętność stwarzania sytuacji dogodnych do dialogu ludzi o odmiennych poglądach. Zawsze starał się jej pomóc, od zawsze zależało mu na powodzeniu jej przedsięwzięć. Poza tym przywołuje także postać Jana Lebensteina, któremu „Zeszyty” zawdzięczają swą winietę. Był on dla Barbary Toruńczyk artystą „niezłomnym”, „przeklętym” i od zawsze „najczystszym moralnie”. Wspomina także jak powstawały „Rozmowy w Maisons-Laffitte” z Jerzym Giedroyciem, który wobec autorki prezentował postawę „księcia” polskiej myśli politycznej, który zawsze o wiele bardziej skłonny był do przestrzegania niż egzaltowanego mówienia i marzycielskiego przewidywania przyszłej niepodległości. Jego największą zaletą była natomiast świadomość własnych możliwości i ograniczeń. Zaś Paweł Hertz w jej pamięci zachował się jako jednostka zupełnie poświęcona literaturze. Wszystkie inne dziedziny życia traktował on łącznie, nie znosząc tym samym postawy artysty-rzemieślnika, zajmującego się w danej chwili tym, co przynosi zysk. Jan Kott na kartach tej książki ożywa jako artystyczny „reporter aktualności”, niestrudzony poszukiwacz powiązań pomiędzy dramatami Szekspira, a współczesnymi dokonaniami mistrzów teatru. Na całym świecie zasłynął on jako krytyk teatralny, który przez los obdarzony został unikalnym „instynktownym wyczuciem” i intuicją znawcy. Pomimo tego, że głosił powrót do tradycji i dzieł „wielkich” to wciąż był wyrozumiały dla tego, co nowe i dla niektórych niezrozumiałe. Jako eseista o przenikliwym spojrzeniu zawsze śledził rozwój młodych talentów. Innym „cieniem” był także Jan Nowak-Jeziorański, „wysłannik zapomnianej pamięci”, który w ideach głoszonych przez „pokolenie pojałtańskie” przeglądał się jak w lustrze i odnajdywał w nich podobieństwo do siebie. Każdy kto mógł z nim choć chwilę porozmawiać podziwiał jego „maksymalistyczne” spojrzenie na politykę oraz brak uprzedzeń w kontaktach międzyludzkich. Dwa ostatnie portrety dotyczą małżeństwa Edelmanów. Alę Margolis-Edelman, pierwowzór Ali ze słynnego „Elementarza” Mariana Falskiego, podziwia za ogromną chęć niesienia pomocy ludziom na całym świecie oraz nieocenione wsparcie w paryskiej fazie istnienia „Zeszytów Literackich”. Natomiast Marek Edelman to dla niej nieustanny tropiciel „nikczemnych eksperymentów” dążący nade wszystko do „ocalenia fenomenu człowieczeństwa” w sparaliżowanym po Holocauście świecie.

Dużą rolę w tej książce odgrywają również wywiady. Głównym tematem jednego z nich jest postać Czesława Miłosza. Rozmowa ta jest pewnego rodzaju próbą usystematyzowania stosunku autorki do poety, którym „żyje” od wielu lat. Charakteryzując swoje rozumienie jego twórczości Barbara Toruńczyk zwraca uwagę na odejście od polskiej tradycji i równoczesne zjednoczenie z wielką rodziną europejskich twórców. Poza tym, że jest dla niej pisarzem niesłychanie „skomplikowanym” to bez trudu formułuje główną tezę jego dorobku. Miłosz przede wszystkim chciał dokonać pełnej „diagnozy naszych czasów” za pomocą filozoficznego pojmowania świata i odwoływania się do własnych „doznań zmysłowych” jako czujnego obserwatora „nieustannej przemiany”. Nade wszystko kochał życie, a miłość do „kamienności” otaczającej go rzeczywistości miała immanentny wpływ na jego osobowość poetycką, której największym pragnieniem było osiągnięcie trwałej zmiany w świadomości ludzi podających się za Polaków. Dziennikarze „Kultury Liberalnej” pytają także Barbarę Toruńczyk o wpływ erotyki na wiersze Czesława Miłosza, specyfikę relacji z Giedroyciem, sposoby „rozliczeń” z przeszłością oraz siłę przyjaźni z innymi ludźmi słowa. Okazją do przeprowadzenia dwóch pozostałych wywiadów stały się kolejne rocznice istnienia „Zeszytów Literackich”. Joanna Szczęsna i Andrzej Franaszek ciekawi są między innymi reakcji pisarzy przebywających na emigracji na wieść o powstaniu tego kwartalnika, jego finansów, powodów przeniesienia redakcji z Paryża do Warszawy, wielkości nakładów oraz stosunku czytelników na zmieniający się charakter pisma.

W rzeczywistości „Żywe cienie” za pośrednictwem szkiców o wybitnych postaciach polskiej kultury opowiadają o historii „Zeszytów Literackich” – kwartalnika, który w tym roku świętuje trzydziestolecie istnienia. Pismo to w mgnieniu oka stało się środkiem wyrazu dla wszystkich skupionych wokół charyzmatycznej postaci Barbary Toruńczyk. Od zawsze świadoma powagi swojej misji dąży do odkrywania prawdziwych talentów. W literaturze, która jest dla niej czymś „elitarnym” i „wymagającym wysiłku” przede wszystkim szuka „dreszczu przebiegającego po kręgosłupie”, który ma świadczyć o obcowaniu z czymś wybitnym. Swoje pismo traktuje jako miejsce wymiany poglądów, gdyż w jej wyobrażeniach sztuka wymaga dialogu, a nie debaty. Zdumiewające jak Barbara Toruńczyk potrafiła stworzyć harmoniczne środowisko ludzi wskazujących problemy i unikających stawiania ostatecznych diagnoz wieloznaczności świata.

Autor: Przemysław K.

Barbara Toruńczyk „Żywe cienie”, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2012, s. 220

Trzydzieści lat walki o swoich mistrzów, czyli jak doznać dreszczu artyzmu

„Samotność i praca”, czyli jak wyrazić siebie w literackim szale dialogowej krytyki

Gustave Flaubert zmarł niespodziewanie 8 maja 1880 roku. Już na drugi dzień w licznych lokalnych dziennikach wiele osób charakteryzując tego jednego z najwybitniejszych pisarzy języka francuskiego przede wszystkim zwracało uwagę na jego pracowitość. Przyczyn tego można doszukiwać się oczywiście w tym, że był on osobą bardzo skrytą i niewyobrażalną trudnością byłoby znalezienie kogoś kto mógłby powiedzieć na jego temat choć trochę więcej. Nie ulega jednak wątpliwości, iż była to jego cecha dominująca i najbardziej uderzająca dla tych, którzy mieli szczęście go spotkać. Od samych początków swej kariery słynął z nieustannego dążenia do precyzji przekazu i pragnienia osiągnięcia idealnej dyscypliny twórczej. Swe życie zakończył w pracowni, gdy właśnie myślał nad zakończeniem swej, jak się okazało, ostatniej i w pewnym sensie „zabójczej” powieści. Nad „Bouvardem i Pécuchetem” pracował niezmordowanie począwszy od roku 1872 aż do swojej śmierci. Pomimo tego w wielu miejscach dzieło to przypomina luźne notatki, zbiór spisanych w pośpiechu anegdot lub zalążek dopiero co kształtowanej opowieści. Jest to utwór niedokończony, nie brak tutaj oczywistych nieścisłości oraz niekonsekwencji, które zapewne zniknęłyby podczas dalszych pracy nad tekstem. Książka ta skutkiem tego jest niewątpliwym ewenementem. Czytelnik ma okazję zmierzyć się z niedopracowanym dziełem autora-idealisty, który wszystkie swoje utwory przed publikacją analizował z każdej możliwej perspektywy i nawet nie dopuszczał do siebie myśli, aby jakakolwiek pomyłka mogła ujść jego uwadze.

Całość rozpoczyna się bardzo „klasycznie” i niezbyt nowatorsko. W pewien upalny dzień na paryskim bulwarze Bourdon, w tym samym czasie i na tej samej ławce usiadło dwóch mężczyzn: Bouvard i Pécuchet. Już w tym momencie rozpoczął się żmudny proces poszukiwania u siebie nawzajem podobieństw. Po zdjęciu czapek z radością obaj panowie zauważyli, że „mieli tę samą myśl” i wewnątrz kapeluszy nakazali wypisać swe nazwiska, aby nikt przez przypadek nie zabrał ich nakrycia głowy. W związku z tym, że konkluzje wzajemnych obserwacji wypadły pozytywnie, a „Miła powierzchowność Bouvarda od razu ujęła Pécucheta” i „Poważny wygląd Pécucheta uderzył Bouvarda”[1] postanowili się zaprzyjaźnić. Jeszcze jedną cechą wspólną było to, iż oboje pracowali jako kopiści: jeden w domu handlowym a drugi w ministerstwie marynarki. Zgodnie uznali, że stolica coraz bardziej ich męczy i wieś byłaby znacznie odpowiedniejszym dla nich miejscem do życia. Niestety obecny stan posiadania nie pozwalał im na zmianę. Jak to zwykle bywa w tego typu przypadkach pewien dar od losu związał ich na stałe i przypieczętował znajomość. Bouvard otrzymał bowiem znaczny spadek od swego ojca, który w połączeniu z oszczędnościami jego przyjaciela pozwolił im na zakup posiadłości w Chavignolles.

Swe „badania” rozpoczynają od ogrodnictwa i rolnictwa, jednak w skutek przedziwnego skumulowania się przeróżnych katastrof naturalnych i niezbyt odpowiedzialnego obchodzenia się z roślinami już na tym etapie stali się bankrutami pragnącymi pozbyć się gospodarstwa. Pomimo przeświadczenia, że wszystko i wszyscy sprzysięgli się przeciw nim, postanowili wokół domu urządzić ogród będący „wcieleniem wspaniałości”. Złożyły się na niego rumowiska, brama ozdobiona kilkudziesięcioma „lulkami fajkowymi”, grobowiec etruski „wyglądający jak wielka psia buda”[2], jezioro z nieustannie wchłanianą przez ziemię wodą, pagoda chińska, „skała podobna do gigantycznego kartofla” oraz uzupełniający „harmonię” umieszony w poprzek ogrodu pień uschniętej lipy. Z powodu niezbyt aprobującej reakcji lokalnej społeczności na tę scenerię postanowili w zupełności poświęcić się chemii. Począwszy od „fabrykowania konserw”, udoskonalania receptur nalewek, doszukiwania się we wszystkich produktach spożywczych oszustwa aż do wytwarzania cukru i likieru nic się nie udało. Nie obyło się także bez nagabywania lokalnego, prowincjalnego lekarza o „teorię atomów” i „atomowość wyższą”. Wreszcie przyszła pora na zmagania z anatomią i medycyną. Z powodu leczenia kamforą i rtęcią stali się sławni na cały departament. Po przelotnej fascynacji zoologią i astronomią zajęli się archeologią. Była to ich największa „miłość”. Do samego końca pobytu w wiejskiej siedzibie cały dom pękał w szwach od pokrytych kurzem eksponatów. Wynikła z tego również pasja do powieści historycznych Waltera Scotta i Aleksandra Dumasa, które Flaubert tutaj jawnie krytykuje i ośmiesza. Bohaterowie nie omieszkali także zapoznać się z powieściami humorystycznymi oraz dramatami, które później namiętnie odgrywali. Proklamowanie republiki i rewolucja lutowa skłoniła ich do zajęcia się polityką oraz filozofią, a pragnienie poprawy kondycji fizycznej do gimnastyki. Prawdziwym olśnieniem stał się jednak magnetyzm, którym także próbowali leczyć ludzi. Na miano skrajnych dziwaków u lokalnej społeczności zasłużyli sobie dopiero dzięki wręcz chorobliwej religijności oraz wiary w frenologię. Ostatecznym przypieczętowaniem ich indolencji stała się próba wychowania dwóch sierot, które za nic nie chciały się im podporządkować.

Bohaterowie nieustannie ulegają wpływom sprowadzanych naprędce publikacji naukowych i bez mrugnięcia okiem wszystkie zawarte tam często niesprawdzone tezy uznają za swoje i siłą rzeczy prawdziwe. Istotą tej książki jest zatem wskazanie na fakt, że będzie musiało upłynąć jeszcze bardzo dużo czasu zanim nauka pozbędzie się sprzecznych teorii i dogmatów, które w przypadku Bouvarda i Pécucheta, poszukujących tak zwanych „prawd absolutnych”, poskutkowały załamaniem nerwowym. Gdy później zdobytą wiedzę konfrontowali z rzeczywistością i próbowali ją wykorzystać w praktyce są zaskoczeni niepowodzeniami i ad hoc zmieniają obiekt badań. Uwolnienie się od codziennych obowiązków urzędnika obudziło u dwóch niezwykłych jednostek pozytywistyczne pragnienie zupełnego poznania świata. Brak gruntownego wykształcenia rekompensowali sobie pseudointelektualnym obcowaniem z najnowszymi osiągnięciami nauki. Zbadanie notatek Flauberta przyniosło w tej kwestii zdumiewającą niespodziankę. Okazało się bowiem, że projektował on także tom drugi, na który miały złożyć się teksty z dziedzin nad którymi pracowali tytułowi bohaterowie. Owocem tego miał być „obraz świata odbitego w umyśle głupca”. Jednak czy człowieka pragnącego poznać otaczającą go rzeczywistość można nazwać głupcem? Słabość tego, co pozornie niepodważalne, nieudolność ludzkiej egzystencji i brak doświadczenia nie świadczą jednak o idiotyzmie.

W książce tej zamieszczony został także esej „Gustaw Flaubert (1821-1880)” autorstwa Antoniego Sygietyńskiego, krytyka literackiego kojarzonego głownie z popularyzowania naturalizmu i realizmu w sztuce. Badacz ten na przykładzie najsłynniejszej książki francuskiego pisarza („Pani Bovary”) chce dokonać próby wykrycia źródeł geniuszu tego pisarstwa oraz wskazać na pewne cechy nie spotykane u innych pisarzy tamtego okresu. Flauberta charakteryzuje jako „pracownika niezmordowanego”, który ciągle był „niezadowolony z siebie”[3], a całe swoje życie, zgodnie z hasłem „sztuka dla sztuki”, poświęcił literaturze. Nigdy swojego czasu nie przeznaczał na inne zainteresowania. Ogromny artyzm jego dzieł jest zapewne konsekwencją „uwielbienia dla Wiktora Hugo” i „niewzruszonego spokoju artystycznego”[4]. Jednak to, co odróżnia go od swojego mistrza, Stendhala oraz Balzaka to fakt, iż w swoich powieściach dokonał dotąd niemożliwego: połączył naukę i sztukę, „sumienność” scjentyzmu i „poetyczność” opowieści. Antoni Sygietyński skłania się nawet do konkluzji, że niemożliwym jest mu dorównać, a tego typu połączenie już się nie powtórzy. Na poparcie swoich rozważań przytacza wypowiedzi Hipolita Taine’a, który także wywyższa Flauberta ponad Balzaka, ponieważ za sprawą „Pani Bovary” dokonał się „postęp sztuki” i „wypięknienie formy”[5]. Nie widać tutaj wpływu autora na „naturę” i „akcję” powieści, która wyłącznie w tym niepowtarzalnym przypadku zaczęła żyć własnym życiem. Flaubert zawdzięcza swym poprzednikom tylko uczynienie z literatury „malarstwo życia powszedniego”, w którym bez odpowiednich umiejętności (czyli „talentu bystrego psychologa” oraz postawy „sumiennego obserwatora”) nie można osiągnąć pożądanego stanu choć minimalnego zbliżenia do ideału. Poza tego typu interesującymi uwagami w eseju tym odnaleźć można szczegółową analizę „Pani Bovary” oraz próbę wykrycia przyczyn wytoczenia przeciw autorowi procesu sądowego ze względu na „psujące społeczeństwo”, w gruncie rzeczy rzadko występujące w tej powieści, opisy „miłości fizycznej”. Tym samym za sprawą „Bouvarda i Pécucheta” mamy okazję zmierzyć się z formą najczystszą, wolną pod każdym względem i prawie doskonałą. Obojętność pisarza wobec wszystkich zdarzeń fabularnych i odejście od utożsamiania się z dziełem to cechy stanowiące o niepodważalnej wartości tej powieści.

Według Antoniego Sygietyńskiego, badacza cenionego przede wszystkim w dwudziestoleciu międzywojennym, cała filozofia życiowa Gustava Flauberta zawarta została w czterech dziełach, dzięki którym udało mu się „wyrazić siebie” i opisać swój stosunek do znanego sobie społeczeństwa francuskiego. Poza „Panią Bovary” są nimi jeszcze Salammbô (1862), Wychowanie sentymentalne (1869, w Polsce bardziej znane jako „Szkoła uczuć”) oraz „Pokusy świętego Antoniego” (1874). Pierwsze z nich jest świadectwem tego, że dusza powieściopisarza bez wątpienia „należała” do Wschodu, ponieważ od zawsze pociągała go azjatycka egzotyka i „odurzająca woń” tamtych terenów. W związku z tym, że książka ta opisuje życie w starożytnej Kartaginie pisarz nie mógł jak dotychczas zdać się na swój zmysł obserwacji. Tym razem został wręcz zmuszony do zaufania swojej intuicji i dzięki „odgadywaniu” udało mu się ukazać możliwy, lecz nie rzeczywisty wpływ „koncentracji zwierzęcych instynktów”[6] na osobowość człowieka. „Wychowanie sentymentalne” jest natomiast próbą skompresowania życia w „ramy powieści”, która wciąż podlega rozpadowi, przemienia się w niezliczoną ilość drobiazgów nie stanowiących ze sobą żadnego logicznego powiązania. Sygietyński i w tym przypadku posługuje się bardzo obrazową metaforą. W jego wyobraźni czytelnik tego dzieła „żegluje po wielkim morzu życia”[7] na którym wciąż panuje sztorm. Gustave Flaubert chcąc ukazać chaos życia nie miał innego wyboru jak wybranie konwencji nie mającej granic, wciąż wymykającej się czytelnikowi usilnie doszukującemu się jakiejś cechy dominującej lub wskazówki interpretacyjnej. Okazuje się, że książka ta kosztowała pisarza najwięcej trudu, którego ogromu na pewno nie umniejszyły liczne „niebezpieczeństwa” czyhające na każdego, kto chce ukazać pospolitość ludzkiej egzystencji i głupotę człowieka. Dzięki temu dzieło to robi na każdym „straszne wrażenie”, gdyż pozwala uświadomić sobie bezcelowość wszystkiego co nas otacza. Zaś „Pokusy świętego Antoniego” to opowieść o odwiecznym pragnieniu poznania „bezgranicznej nieskończoności” oraz „rozwiązań zagadek wszechbytu”, które mogą doprowadzić tylko do ośmieszenia i ostatecznego upadku. Poza tym dopatrzeć się tutaj można szczegółowego opisu filozoficznych rozmyślań na temat (nie)istnienia Boga oraz wpływu heretyków na religie.

„Bouvard i Pécuchet” to satyryczny opis symbiotycznej przyjaźni dwóch paryskich urzędników stworzony wyłącznie po to, aby napiętnować słabość i nieudolność nauki i sztuki. Bohaterowie nagminnie mylą symbole z realnością co nieustannie doprowadza do ich smutku i pewnego rodzaju depresji. Choć nieubłaganie kontynuują swe pseudobadania nie rozumieją swoich działań i uzyskanych rezultatów. Gustave Flaubert stara się swym dziełem pokazać nam, że skrajna ignorancja (np. ludzi otaczających tytułowe postacie) oraz bezmyślne zainteresowanie różnorodnymi dziedzinami nie jest korzystne dla społeczeństwa i na pewno nie wpływa kształcąco na psychikę człowieka. Każdy czytelnik tej powieści zgodzi się z autorem, który nazwał ją kiedyś „encyklopedią” przemienioną w najprawdziwszą farsę pokazującą jak optymistyczne podejście do życia może być brutalnie skonfrontowane ze złem świata. To pisarz nie zastanawiający się nad konsekwencjami swych artystycznych działań. Zależy mu wyłącznie na przekazaniu obrazu możliwie najbardziej wiernego. Antoni Sygietyński słusznie zauważa, że forma w przypadku tej twórczości jest „koniecznym wynikiem treści”[8] i bez „ciągłej gorączki”, wszechobecnego chaosu i braku chronologicznego usystematyzowania nie była by tym samym, nie była by dziełem geniuszu. Historia dwóch skrajnych optymistów, którzy oczekiwali od życia pewników jest przedziwnym i rzadko spotykanym przykładem na odważną krytykę świata zastanego. Flaubert to pisarz konkretu, twórca nie znoszący wylewności, lubujący się w kondensacji i sile słowa. Nie sposób nie zgodzić się z autorem posłowia według którego „Bouvard i Pécuchet” to lektura skrajnie nużąca, lecz moim zdaniem wysiłek włożony w jej lekturę w zupełności się opłaca.

Autor: Przemysław K.

Gustave Flaubert „Bouvard i Pécuchet”, przełożył Wacław Rogowicz, publikacja ukazała się wraz z esejem Antoniego Sygietyńskiego, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2012, s. 360

——————————–

[1] s. 6

[2] s. 41

[3] s. 292

[4] s. 295

[5] s. 296

[6] s. 325

[7] s. 338

[8] s. 351

„Samotność i praca”, czyli jak wyrazić siebie w literackim szale dialogowej krytyki

Research po omacku, czyli wszyscy jesteśmy post

Łukasz Podgórni popełnił tom, który jeszcze bardziej niż inne jego literackie osiągnięcia pretenduje do określenia go mianem poety postcybernetycznego. „Skanowanie Balu” to pewnego rodzaju quasiksiążka, której głównym celem jest zadawanie niewygodnych pytań rzeczywistości opanowanej przez elektronikę. Z tego względu siłą rzeczy wiersze te są dziełem osoby rozdartej pomiędzy tym co konieczne (klasyką i wynikającym z niej specyficznym spojrzeniem na literaturę), a tym co pociągające, nowe i przede wszystkim wciąż kreatywne. W czasie, gdy wszystko musi być konkretne i jasno określone Łukasz Podgórni nie waha się deklarować, że swe wiersze pisze w „paincie”. Bez skrupułów pozostawia w nich także luki, które są pewnego rodzaju pułapką dla hipotetycznych odbiorów, którzy nie wiedzą czy ich obowiązkiem jest je „wypełnić” czy też korzystniejszy dla tkanki tekstu byłby całościowy odbiór jego pozornie wybrakowanej struktury. Zdecydowanie także posługuje się niekiedy wulgarnym „slangiem” typowym dla środowiska internetowego. Konsekwencją tego jest zacieranie się granic pomiędzy wpływami poszczególnych perspektyw, które widać wyłącznie w momentach koncentracji na zdarzeniach. Tylko wtedy usilne poszukiwanie odpowiedniej dla komunikacji „częstotliwości” przeradza się w surrealistyczne pragnienie bezsensu. Świat tej poezji to uniwersum opanowane przez kursory, chmury tagów i wojnę pomiędzy softwarem i hardwarem, a jej największą zagadką jest problem tożsamości i międzyludzkich kontaktów w świecie od dawna negującym antropocentryzm. Potwierdza to także materiał zgromadzony na płycie dołączonej do książki. Odnaleźć tam można przedziwny słowno-dźwiękowy zapis pojedynku pomiędzy autorem a „postmuzycznym” duetem Porcje Rosołowe. Wyłącznym paradygmatem jest tylko to, że uczuć nie można sprowadzić do przemijających elementów „świata komputerów”, czyli wygaszacza ekranu lub pulsacyjnego klikania w pożądany odnośnik. Dużą rolę odgrywa tu oczywiście także samo graficzne rozmieszczenie tekstu, który swym „wyglądem” potwierdza, że destrukcyjne operacje na słowach mogą tylko pomóc w wykreowaniu własnego „Ja”. Postpoeta pozostawia jednak pewną nadzieję. Według niego zawsze można uratować się „edycją” lub „restartem”. Niestety istnienie możliwości w tym wypadku nie gwarantuje skuteczności działania.„Skanowanie Balu” można uznać zatem za poradnik dla tych, których świat elektronicznego istnienia zdążył już całkowicie osaczyć i pochłonąć. Łukasz Podgórni nie pozostawia w tej kwestii żadnej nadziei, gdyż według jego poezji brak prądu nie jest żadnym skutecznym ratunkiem, lecz katastrofą naturalną. Poeta w całym tomie, przy każdej możliwej okazji, zadaje swym odbiorcom pytanie: Czy na pewno chcecie żyć w świecie, w którym największym koszmarem jest „brak dostępu”? Odnalezienie w sobie odpowiedzi prawdopodobnie stanie się osobistym zakończeniem tytułowego skanowania i nieuchronnym zredefiniowaniem rzeczywistości. Równocześnie w niezbyt kolorowych barwach przedstawia alternatywę, w której „admini” walczą z pikselami i wypatrują znaków, gwiazd i spacji na cybernetycznym nieboskłonie. Wszystko zatem bez trudu można poddać w wątpliwość i ośmieszyć.

Łukasz Podgórni to prawdziwie awangardowy poeta. Zdumiewające w jaki sposób „półśrodki”, słowny „transfer”, pośrednie (nie)istnienie i mentalny „spam” mogą razem współgrać w tak ograniczonej przez papier przestrzeni. Z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy przewidywać, że „Skanowanie Balu” w związku ze swoją autotematycznością za kilkanaście lat stanie się nieformalnym manifestem polskich poetyckich cyber-marzycieli.

Autor: Przemysław K.

Łukasz Podgórni „Skanowanie Balu”, Korporacja Ha!art oraz Hub Wydawniczy Rozdzielczość Chleba, Internet / Kraków 2012, s. 48

Research po omacku, czyli wszyscy jesteśmy post

Bohaterowie i przygody, czyli duet prawdziwie fantastyczny

„Herosi” to jedna z niewielu antologii opublikowanych w ostatnim czasie, dzięki której możemy zbadać kondycję rodzimych autorów fantastyki. Po zbiorach „Głos Lema” (będącym pewnego rodzaju pośmiertnym uhonorowaniem dorobku czołowego polskiego futurologa) i „Science Fiction” (udowadniającym, że nasi pisarze wciąż są zdolni do stawiania niewygodnych pytań przyszłości) przyszła pora na wybór tematyczny. Tym razem postanowiono skupić się na reinterpretacji motywu, który wydawał się już wyeksplorowany przez literaturę do samego cna. Nie znajdziemy tu jednak opowieści o rzeczywistościach, do których wkracza postać będąca wcieleniem zarówno człowieka jak i jednego z mitologicznych bóstw. Czytelnik dostaje zatem do rąk zbiór jedenastu opowiadań stanowiących całkowicie odmienne i autonomiczne spojrzenie na przeróżne aspekty związane z konfrontacją siły ponadprzeciętnych z istotami ludzkimi.

Łukasz Orbitowski, powszechnie uznawany za wschodzącą gwiazdę polskiej literatury grozy, w tomie tym zaprezentował się z całkiem innej strony. W „Krecie i Królu” przedstawia wzruszający opis przyjaźni dwóch osób wzajemnie od siebie zależnych. Kto jest w tym wypadku niezwykłym bohaterem? Cała zagadka tkwi właśnie w tym, że nie wiadomo, a autor stara się uwagę swych czytelników zwrócić nade wszystko na problem jednoczesnego czynienia dobra i zła. Tymczasem drugie opowiadanie tym razem autorstwa Rafała Dębskiego („Trojański splin”) skupia się na wojnie trojańskiej, pojedynkach Achillesa z Hektorem oraz ingerencji bogów Olimpu na przebieg działań na ziemi. Jest to więc prozatorska wersja niektórych fragmentów eposu Homera. Utwór Aleksandry Janusz („Iter in Sarmatiam”) także jest stylizacją, w tym przypadku ingerującą we wszystkie płaszczyzny tekstu. Autorka w niezwykły sposób sfabrykowała dzienniki rzekomo żyjącego niegdyś poszukiwacza starożytnej Sarmacji Erazma Łąckiego oraz intensywną dyskusję badaczy, będącą owocem niezwykle żywej reakcji na odnalezienie tych XVII-wiecznych zapisków przez misję archeologiczną. Jakub Małecki („Drzypapa”) i Jakub Ćwiek („Dłużnicy”) jawią się tutaj jako autorzy wierni własnemu światopoglądowi twórczemu. Pierwszy skupia się na konflikcie wynikłym w przypadku, gdy ta sama osoba swą niezbyt moralną działalność wykorzystuje także do czynienia dobra. Natomiast drugi, nieustanny propagator wykorzystywania popkultury w fantastyce, stara się opisać przygotowania jednego z hollywoodzkich autorów do odegrania głównej roli w filmie będącym ekranizacją komiksu. Spośród tak różnorodnego grona pisarzy wyłącznie Joanna Skalska w „Duchu Zemsty” odważyła się na dwupoziomową narrację. W dwóch światach (opanowanej przez magię równoległej rzeczywistości i znanym nam doszczętnie realnym świecie) równocześnie dzieje się to samo. Główny bohater zapewne jest osobą opanowaną przez halucynacje i to właśnie z tego powodu pisarka postanowiła uzupełnić swój utwór o konfrontację tego co realne, z tym co wyobrażone przez umysł. Natomiast niezwykłą wizyjnością zaskakuje Paweł Paliński („Moje usta milczące, moje dłonie rdzawe”) snujący opowieść o życiu w postapokaliptycznym świecie, w którym egzystencja została w zupełności zdeterminowana przez wszechobecne promieniowanie. Zaś Rafał Kosik („Miasto ponad u pod”) posłużył się przede wszystkim klasycznymi, sprawdzonymi chwytami. Jego „heros” to istota dążąca do celu bez skrupułów wobec towarzyszy, jednak wciąż stosująca się do własnych zasad jak do kodeksu rycerskiego. Jednak ślady wykorzystania najciekawszych zabiegów odnajdziemy w tekście Roberta J. Szmidta („Barbarzyńcy”), w którym autor pokazuje dualistyczną naturę charakteru swego bohatera będącego zarówno niewspółczującym nikomu indywiduum i istotą skorą do pomocy. Natomiast opowiadanie Roberta M. Wegnera („Jeszcze jeden bohater”) stanowi największe zaskoczenie. Autor ten, po narracjach przepełnionych opisami „klasycznych” bitw, postanowił skupić się tym razem bardziej na naukowo-technicznym wymiarze tego zagadnienia. Powstał zatem tekst, dzięki któremu Zawisza Czarny „ożywa” i w nieco awangardowej formie znów walczy o swoje ideały. Puentę całego zbioru stanowi krótki tekst Michała Cetnarowskiego o znamiennym tytule „Śmierć superbohatera”, w którym ikona – Superman kończy swoją „przygodę” z ratowaniem świata i wraca do codzienności.

„Herosi” to bez wątpienia antologia niezwykła. Dzięki niej czytelnik ma okazję zmierzyć się z jedenastoma interesującymi odmianami bohaterstwa równocześnie zapoznając się z próbkami dokonań niektórych z tych, którzy na co dzień kształtują polską fantastykę. Widać, że wciąż żywy w kulturze motyw „niezwyciężonego” skłania do stwarzania własnych jego wcieleń. Nieustannie nowych, niekiedy nowatorskich, niekiedy zbyt sztampowych. Ustawicznie jednak pociągających.

Autor: Przemysław K.

Antologia (Michał Cetnarowski, Jakub Ćwiek, Rafał Dębski, Aleksandra Janusz, Rafał Kosik, Jakub Małecki, Łukasz Orbitowski, Paweł Paliński, Joanna Skalska, Robert Szmidt, Robert M. Wegner) „Herosi”, wydawnictwo Powergraph, Warszawa 2012, s. 432

Bohaterowie i przygody, czyli duet prawdziwie fantastyczny

Wschodnie „safari” lub tolkienowska wizja Mordoru na Ukrainie

„Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian” Ziemowita Szczerka to najbardziej wstrząsający debiut ostatnich kilku lat. Co świadczy o niemożliwej do podrobienia sile oddziaływania tej pozycji? Przede wszystkim celowo wykreowane napięcie wynikające z braku jednoznacznych deklaracji co do typu obranej konwencji. Jako, że jej autorem jest dziennikarz można by było uznać ją za reportaż, co na dodatek staje się jeszcze bardziej prawdopodobne, gdy uświadomimy sobie, że zawarte w niej opowieści w zdumiewającym stopniu zgodne są z naszymi wyobrażeniami XXI-wiecznej Ukrainy. Poza tym charakter tych czternastu tekstów wskazuje bardziej na opowiadania, które oczywiście w dużej mierze oparte są na realnych przeżyciach samego autora, który od bardzo długiego czasu zajmuje się tropieniem na wschodzie wszystkiego tego co dziwne i wręcz niemożliwe do wyobrażenia. Czytelnik dostaje zatem do rąk pełnokrwistą opowieść o „plecakowcach”, czyli podróżnikach-tułaczach chcących obcować ze skrajnym „hardkorem”. Głównym jej wątkiem jest poszukiwanie odpowiedzi na pytanie: Dlaczego Polacy tak tłumnie wyruszają na Ukrainę? Prawda, jak wszystko w tej książce, jest niestety brutalna. Trzeba przyznać, że nasz naród od zawsze odczuwał niezrozumiałą dla wielu fascynację wschodnim sąsiadem. Pociągała w nim na pewno tak zwana „posowiecka egzotyka”, która obecnie prawie przestała istnieć. Została zastąpiona przez jeszcze bardziej destrukcyjny zachodni kapitalizm. Zatem kluczowe miasta na turystycznych mapach Ukrainy stały się dla Polaków nieatrakcyjne, gdyż upodobniły się do tego z czym obcują każdego dnia u siebie. Podróże w ten rejon świata odbywane są, zdaniem autora, wyłącznie po to, aby „poczuć się lepiej” i odnaleźć „jeszcze większą kalekę od siebie”[1]. Przyrównuje je nawet do wycieczek do zoo czy też do wyjazdu na afrykańskie safari. W pewnym sensie jest to niezbyt etyczne „sycenie się tym, że inni mają gorzej”[2]. Głównym przesłaniem książki „Przyjdzie Mordor…” jest teza, aby zawsze, nawet w przypadku przebywania w niezbyt gościnnej rzeczywistości, być wiernym własnym lękom i nadziejom. Świat, jak twierdzi jeden z bohaterów, trzeba „Traktować (…) serio. Z całą powagą”[3]. Natomiast sama konkluzja jest już nadto wyraźna – za nasz stosunek do Ukrainy powinniśmy się przede wszystkim wstydzić. Ziemowit Szczerek przekazuje nam wizję Ukrainy, w której nikt nie wyobraża sobie życia bez alkoholu i używek. Choć przede wszystkim wskazuje na wszechobecny nieporządek, chaos i ogólną degrengoladę to można nazwać go „obserwatorem współczującym”. Zauważając zło postsowieckiego świata nie waha się zaznaczyć, że w kraju tym to właśnie brzydota stała się najodpowiedniejszą kategorią estetyczną. Ukraina jawi nam się na stronicach tej książki jako autonomiczne uniwersum, w którym pragnienie obcowania z tym co piękne kończy się na chorobliwym i nieudolnym ukrywaniu niedoskonałości pod grubą warstwą farby. To proza siłą rzeczy niekiedy wulgarna, lecz nieustannie dziwnym trafem prawdziwa i realna aż do bólu.

Autor: Przemysław K.

Ziemowit Szczerek „Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian”, Korporacja Ha!art, Kraków 2013, s. 224

——————————–

[1] s. 217

[2] s. 219

[3] Ibid.

Wschodnie „safari” lub tolkienowska wizja Mordoru na Ukrainie

Buntowniczy pracownik w mieście portretów

Philip Levine (ur. w 1928 r.) to jeden z najbardziej uznanych amerykańskich poetów przełomu XX i XXI wieku. Wydane niedawno „Miasto marzeń” to jego pierwszy tak obszerny wybór wierszy w naszym kraju. Od zawsze w swej twórczości poruszał tematy bardzo trudne, pozornie oczywiste i z tego względu ciągle pomijane. Te utwory to pewnego rodzaju hołd złożony klasie robotniczej oraz dziedzictwu żydowskich emigrantów. Od zawsze sceptycznie, wręcz anarchistycznie, nastawiony do rzeczywistości udowadnia swym czytelnikom, że wciąż cywilizacja zachodu jest pozbawiona wolności z powodu destrukcyjnych ideologii ubiegłego stulecia.

To poezja utraty, ale i odzyskania. Przestrzega przed wieloma niebezpieczeństwami, spośród których najbardziej eksponuje sen. W jego wyobrażeniach to właśnie z jego powodu świat ulega ciągłym przemianom, wciąż znajduje się na drodze prowadzącej do ostatecznej zagłady. O swoim rodzinnym Detroit pisze jako o „mieście marzeń”, które nigdy nie miały zostać spełnione. Dla Levine’a jakakolwiek praca ukierunkowana na zysk jest dążeniem do ciemności, pragnieniem przeistoczenia się w popiół. Podmiot liryczny tych wierszy jest wręcz naiwny ze swym skrajnym marzycielstwem i dziecinnym przekonaniem, że każdy cel prędzej czy później uda się zrealizować. Rzeczywistość szybko pozbawia go złudzeń i niepostrzeżenie udowadnia, iż jako człowiek zasługuje tylko na nigdy niekończący się trud pracy, łzy i rozpacz. Jako już bardzo doświadczony obserwator pragnie „od nowa” poznawać świat i znów korzystać z pozbawionej niedoskonałości perspektywy dziecka. W tych lirykach skonfrontowane jest to z przekonaniem unicestwienia psychiki, która została już stracona. Już na pierwszy rzut oka widać, że ten amerykański poeta inspirację czerpie przede wszystkim z własnych wspomnień i biografii przodków. Dzięki temu większość z zebranych w tym tomie wierszy to utwory przesycone rozemocjonowanymi plastycznymi opisami i szczegółowo zrelacjonowanymi historiami. Poezja ta potrafi i co najważniejsze chce docenić piękno istnienia rozwijającego się życia na przykład obserwowanego przez okno białego irysa lub nieżyjącej już od wielu lat kotki, która tak wiernie kiedyś „pomagała” w pisaniu. W jego wyobrażeniu praca to nie utopijne poznawanie siebie i dążenie do czegoś lepszego, lecz oczekiwanie na odrzucenie i marnowanie swojego potencjału przez uczestniczenie w czymś całkowicie czasochłonnym i nie dającym satysfakcji. Nie rozumie jak ktokolwiek może pracę w warsztacie samochodowym traktować jako swój cel istnienia, najlepsze co mogło się mu przytrafić. Główną tezą tego zbioru jest przekonanie, że człowieka różni od zwierząt tylko jedno – posiadanie wyobraźni, którą zdaniem poety należy „chwalić” za wizjonerstwo i nieustanne dawkowanie naszemu umysłowi mitów i obrazów będących dla niego jedynym pokarmem. Poza tym wielokrotnie „wciela” się w zwierzęta chcąc dowiedzieć się jak odbierają jedyny otrzymywany od nas dar – śmierć. W wykreowanym tutaj świecie ludzkość od krainy wiecznej ciemności chronią tylko słowa stanowiące „godne” i „piękne” symbole „znaczenia” naszego bycia tu i teraz. To uniwersum opanowane przez przyrodę, człowiek jest tylko jednym z wielu jej zbędnych elementów. Autor sprzeciwia się wszechobecnemu konsumpcjonizmowi. Tych, którzy mu ulegli nazywa „wyznawcami”, a nazwy marek wydają się mu być we współczesnym świecie „świętymi imionami”, które należy bez żadnego sprzeciwu czcić. Pracownicy wielkich koncernów to dla niego „pielgrzymi”, którzy „wykonują kawał boskiej roboty” nie oczekując w zamian takiego wynagrodzenia na jakie zapracowali. Jest to nieudolne naśladownictwo prawdziwego przeznaczenia człowieka – do utrzymywania się ze „zbieractwa i łowiectwa”.

Levine to poeta nie ulegający awangardzie, wciąż ufny własnym nieśmiertelnym ideom. Swoje monologi skutecznie kreuje na potrzebny w obecnym czasie polifoniczny głos ludzi pracy. Jako artysta codzienności nie zauważa piękna w momencie, lecz całości. Tylko dynamika długich chwil, jego zdaniem, może zaowocować powstaniem tym razem realnego „miasta marzeń”.

Autor: Przemysław K.

Philip Levine „Miasto marzeń”, przełożyła Ewa Hryniewicz-Yarbrough, posłowie Kate Daniels, wydawnictwo Znak, Kraków 2013, s. 90

Buntowniczy pracownik w mieście portretów

Polski Rimbaud, czyli jak połączyć angielski, transmitowanie i ziemię

„Vida Local” to już druga, po tomie wierszy „Cennik”, wydana pośmiertnie książka Tomasza Pułki (1988-2012). Tym razem przyszła pora na wysoce eksperymentalno-psychodeliczną prozę napisaną w ciągu czterech lat. Autor w pewnego rodzaju namiastce wstępu deklaruje, że głównym jego celem było jak najpełniejsze osiągnięcie stanu „rozprężenia zmysłów”. Źródeł tego należy doszukiwać się w twórczości francuskiego poety, Arthura Rimbauda, który w ten sposób chciał poznać to co dotychczas „niewiadome”. Tylko wtedy świadomy własnego położenia poeta może stać się „jasnowidzem” i dzięki temu stworzyć kwintesencję tego co chce przekazać światu. Polski twórca postanowił zatem tworzyć w oparciu o wizje będące konsekwencją (skoncentrowania bądź też zdekoncentrowania) jaźni i podświadomości.

Książka ta składa się z trzech quasi-opowiadań. Według autora „jedno wynika z drugiego”, różnią się tylko poziomem skompresowania treści. Pierwsze z nich, najdłuższe, pod tytułem: „Angielski z Anglikami” jest futurystycznym wyobrażeniem pewnej rzeczywistości, która w zupełności opanowana jest przez „wielebnego Seremetixa” (uwielbiającego głosić swoje nigdy niekończące się nauki),  „Figurę Ojca” (nie wiadomo czy jest to na pewno jakiś obiekt kultu czy też żyjąca postać pełniąca rolę władcy), „Włóczkę Michajłowskiego” (prawdopodobnie sprawującego w obecnym czasie władzę) oraz „Lazarusa” (będącego „księciem Piosenki”, „Panem Światła”, który uznaje wszystkich za halucynację). Całość zdeterminowana jest przez ten „dialog”: „- Bądź pozdrowiona, przenajświętsza Litero! / – Ach, nie żartuj proszę, kogo ci przynoszę?”[1] oraz ciągłe oczekiwanie na „połączenie sieci bezprzewodowej”. Co ciekawe pojawia się tutaj Jerzy Putrament, którego „narrator” nazywa swoją „ulubioną postacią literacką”. Uważany jest on za proroka, osobę mającą przynieść zapowiedź zagłady. Opowieść ta jest wielokrotnie nazywana „oddechem” i „raportem”, a więc czymś bardzo ulotnym, powtarzalnym i zarazem pozornie szczegółowym, pozbawionym luk. Pozostałe dwa opowiadania („Ociupina ziemi tarasuje byka” i „Broadcast”) pomimo tego, że według deklaracji autora mają być skondensowaną formą tekstu pierwszego, to nie zawierają żadnego z wyżej wspomnianych elementów. Tym samym podobieństw należy szukać w poszczególnych abstrakcyjnych wizjach, a nie złudnych konkretach skrzętnie wychwytywanych przez umysł dotychczas przyzwyczajony do całkowicie innej prozy. Są one jeszcze bardziej enigmatycznymi pourywanymi peanami na cześć chorobliwego poszukiwania inicjatywy, mentalnych podróży i spełnionych marzeń.

„Vida Local” to skrajnie twórcza dekonstrukcja całej dotychczasowej literatury. Uważny czytelnik na każdym kroku może tutaj napotkać nawiązania do innych dzieł, które za sprawą tej książki ponownie ożywają. Mnogość zastosowanych zabiegów stylistycznych, lingwistycznych ingerencji w tkankę tekstu i wielopoziomowych metafor może odtrącać bezmiarem znaczeń i brakiem jakiegokolwiek umiejscowienia. Rzeczywistość jest jednak inna. Pozycja ta to jeden z niewielu przykładów w polskiej literaturze ostatnich lat stworzenia czegoś całkowicie autonomicznego, będącego dziełem nierozerwalnie związanym z psychiką autora. To niezwykły psychodeliczny strumień świadomości, który swą surrealnością zabija jakąkolwiek możliwość zaistnienia sensu.

Autor: Przemysław K.

Tomasz Pułka „Vida Local”, Korporacja Ha!art, Kraków 2013, s. 80

——————————–

[1] s. 20

Polski Rimbaud, czyli jak połączyć angielski, transmitowanie i ziemię

Impulsy życia, czyli szwedzkie spojrzenie na minimalizm

„Dziwne drobne przedmioty” to pierwszy polski wybór wierszy Larsa Gustafssona (ur. w 1936 r.), który z powodu swych wszechstronnych zainteresowań postrzegany jest za człowieka renesansu i pisarza totalnego, potrafiącego oddać pełnię za pomocą skierowania poetyckiej lupy na drobnostki. Ten szwedzki poeta począwszy od swego debiutu w 1962 roku zdążył już opublikować kilkadziesiąt książek i z tego względu uważany jest za najpłodniejszego szwedzkiego współczesnego pisarza. Głównym „wątkiem” tej książki jest świadomość, że przed powstaniem każdego dzieła sztuki świat jest wybrakowany lub całkowicie pusty, gdyż brakuje w nim dopełniającego całość elementu. Dopiero jego zaistnienie jest namacalnym dowodem na piękno istnienia. Uniwersalizuje estetyzm, który w jego przekonaniu w takim samym stopniu należy do wszystkich istot żywych, przede wszystkim zwierząt, które dzięki swej zmiennej perspektywie postrzegają świat w całkowicie innym wymiarze. Jego utwory są dowodem na wszechobecne w świecie podglądactwo, usilne dążenie do ujrzenia tego co niewidzialne dla ogółu. Świat tu przedstawiony jest „labiryntem”, chaosem, który wypełniony został do granic możliwości przedmiotami domagającymi się uwagi. Twórczość ta nie jest jednak peanami wysławiającymi piękno, Lars Gustafsson przede wszystkim chce zauważyć rozpad i zniekształcenie. Podmiot liryczny tych wierszy to czujny obserwator, odbierający rzeczywistość całym sobą, wszystkimi dostępnymi zmysłami. W momentach ekstazy poznawczej potrafi nawet zespolić się z danym przedmiotem, stać się z nim jednością. Nie czyni człowieka władcą świata, lecz osobą będącą niewolnikiem własnej natury i otaczającej go nieujarzmionej przyrody. Poetę zastanawia jakie miejsce w hierarchii „bytów” zajmuje ścieżka i labrador, oboje tak samo „posiadające” własną osobowość. Tytułowe przedmioty są dla Gustafssona są czymś całkowicie statycznym i dlatego podatnym na niezauważenie. Zaprezentowany na kartach tego zbioru system aksjologiczny czyni z człowieka istotę niemoralną, która istnieje tylko dzięki przedziwnemu zbiegowi okoliczności. Podaje nawet przykłady przewinień. Jednostka między innymi niszczy przyrodę pod pozorem jej wspierania, zezwala na utratę właściwości przez przedmioty równocześnie zarzekając się, że są one dla niego bezcenne i nie pozwoli ich zniszczyć. Według poety powinnością człowieka jest darzenie wszystkiego szacunkiem, gdyż po jego śmierci o jego przeszłym istnieniu zaświadczyć będą mogły tylko przedmioty, które kiedyś wytworzył.

W niniejszym zbiorze poza kilkudziesięcioma utworami czytelnik odnajdzie także napisane specjalnie do tego wydania posłowie pisarza, w którym ten analizuje recepcję swojej twórczości w Polsce, wspomina wizyty w naszym kraju, a także ujawnia fascynacje polskimi poetami. Poza Zbigniewem Herbertem i Czesławem Miłoszem zachwyca go przede wszystkim wysoce inspirująca twórczość Wisławy Szymborskiej, której rozwój od wielu lat uważnie obserwował. Trzeba przyznać, że po lekturze „Dziwnych drobnych przedmiotów” wielu zauważy emanujący z każdego wiersza klimat utworów polskiej poetki.

Lars Gustafsson to poeta dogłębnie eksplorujący istotę tylko tych elementów rzeczywistości, które wydają się mu być powszednie, codziennie i przede wszystkim „dziwne”. Każdy z zawartych w tym tomie utworów to osobny hymn na cześć piękna tego co niezauważalne z powodu swej istoty. Zdaniem tego poety człowiek na każdym kroku krzywdzi przedmioty, dzięki którym tak naprawdę może żyć. Jest lirycznym głosem tego co wie o wiele więcej niż ktokolwiek inny.

Autor: Przemysław K.

Lars Gustafsson „Dziwne drobne przedmioty”, wybór i tłumaczenie Zbigniew Kruszyński, wydawnictwo Znak, Kraków 2012, s. 124

Impulsy życia, czyli szwedzkie spojrzenie na minimalizm