„Sztuka jest moim zbawieniem, ale nie może zbawić ludzkości”, czyli „mea culpa” i „confiteor” w zharmonizowanej symfonii

Pomimo tego, że Jaume Cabré (rocznik 1947) to pisarz od wielu lat przez literaturoznawców uważany za najwybitniejszego twórcę katalońskiego, w naszym kraju dopiero w tym roku ukazała się jego najpopularniejsza powieść. Już od pierwszych dni obecności na polskim rynku „Wyznaję” wzbudza wiele kontrowersji. Wielu wyraża swój sprzeciw wobec nazywania tej pozycji „Czarodziejską górą” Katalonii czy też przełomem we współczesnym postrzeganiu powieściopisarstwa. Inni (przeważnie miłośnicy prozy Eduardo Mendozy oraz Carlosa Ruiza Zafóna) wskazują na niepowtarzalny i mistrzowski charakter całości, która na każdym kroku zachwyca artystycznym wyczuciem, możliwym do uzyskania tylko przez pisarzy Półwyspu Iberyjskiego. Wszyscy jednak zgodnie przyznają, że „Wyznaję” jest czymś niezwykłym i wymagającym wnikliwej lektury.

Powieść ta stylizowana jest na spowiedź (czy też wyznanie, list, rachunek sumienia lub biografię) Adriana Ardévola, który pewnego dnia postanowił opowiedzieć ukochanej swe życie i w jakimś stopniu usprawiedliwić swoje działania. Jak przystało na prawdziwie epicki utwór bohater zaczyna od dzieciństwa, które w zupełności zdeterminowało jego dalszą egzystencję. Już na jednej z pierwszych stron przyznaje, że „przyjście na świat w tej rodzinie było niewybaczalnym błędem”[1]. Jego zdaniem jedynymi sprawcami jego życiowych nieszczęść byli rodzice, którzy go nie kochali i nigdy nie pozwalali mu decydować o własnej przyszłości. Despotyczny, zaborczy i nie znoszący sprzeciwu ojciec, bez żadnych skrupułów narzucający mu swoją wolę, chciał uczynić z niego poliglotę, a do pewnego czasu nie zauważająca go matka ponad wszystko pragnęła, aby został wirtuozem skrzypiec. Adrian stał się zatem ofiarą nie spełnionych ambicji swoich rodziców. Wszystko jednak wskazywało na to, że plany rodziców kiedyś wreszcie zostaną zrealizowane. Dziecko już w wieku kilku lat płynnie posługiwało się kilkoma językami, ich nauka przychodziła mu zdumiewająco łatwo, natomiast gra na skrzypcach także nie sprawiała mu zbytnich trudności, choć do osiągnięcia poziomu mistrzowskiego zawsze brakowało mu determinacji i być może talentu. Każdy czytelnik tej powieści musi przyznać, że Cabré w niezwykle obrazowy sposób pokazuje tutaj jak wybitne jednostki już na samym początku niszczone są przez destrukcyjne otoczenie, które nie pozwala im swobodnie się rozwijać. Młodzieniec namiętnie czyta Karola Maya, nieustannie w tej narracji pojawiają się zatem dialogi z Czarnym Orłem i szeryfem Carsonem. Przekonane o własnej wyjątkowości dziecko poznaje świat za pośrednictwem sprowadzanych do domu przez ojca-antykwariusza starych i w pewnym sensie magicznych przedmiotów, które pokazują mu jak wiele różnorodnych płaszczyzn składa się na pozornie jednolitą rzeczywistość. Przerodziło się to w przyszłości w pragnienie odkrycia istoty estetyki i pracę naukową mającej na celu osiągnięcie ideowej harmonii. Dzięki temu książka ta jest prawdziwym mirażem dorobku „wielkich” filozofów, artystów i pisarzy europejskich, którzy składają się na ogromną rodzinę eksploratorów. Adrian Ardévol uczynił zatem ze swojego wyznania deklarację uczestnictwa w nowym świecie, rzeczywistości po niewyobrażalnych triumfach zła.

„Wyznaję” to przede wszystkim powieść odwołująca się do tak zwanej „techniki powrotu”, której zdumiewającą realizację można odnaleźć na przykład u Marcela Prousta. Po wprowadzeniu do opowieści jakiegoś przedmiotu autor wyznania stara się odtworzyć jego historię, często opierając się na konfabulacji, intuicji i na własnych wyobrażeniach. W tym przypadku cała konstrukcja fabularna oparta jest na tym eksperymentalnym koncepcie. Wielokrotnie niektóre fragmenty są powtarzane, niekiedy także dwie narracje lub dialogi o podobnym charakterze, lecz z odległych epok, prowadzone są naprzemiennie. Autor wskazuje na mechaniczność i rytualność ludzkiej egzystencji, która często jest wtórna ze względu na systematyczne powtarzanie określonych sytuacji. Dostajemy do rąk zatem powieść szkatułkową, w której poszczególne historie bez żadnych wyraźnych „ostrzeżeń” się przeplatają tworząc palimpsest, czyli wieloaspektowe sfabularyzowane studium zła. Mamy tu zatem oprócz wspomnianej biografii Adriana (na którą składają się również historie o jego ojcu i matce), opowieści o czternastowiecznej inkwizycji (kiedy to zło działało pod pozorem walki z herezją i innowiercami), poszukującym schronienia niezwykle utalentowanym „brakarzu akustyku”, Vialu (pierwszych skrzypcach autorstwa Lorenza Storioniego), muzułmance dla której uroda stała się przekleństwem oraz nazistach, sługach zła pozostających w złudnym przekonaniu walki o narodową potęgę.

Celem „Wyznaję” jest udowodnienie odbiorcy, że w każdej epoce zło działało z taką samą intensywnością. Jedynym odstępstwem od tego była II wojna światowa i niewyobrażalne bestialstwo jakie działo się w obozach koncentracyjnych. Wtedy to odwieczny przeciwnik dobra ostatecznie zatriumfował. Odnajdziemy tutaj zarówno katów jak i ich ofiary, cierpiących i zadających cierpienie. Tym samym ta książka to także twierdząca odpowiedź na pytanie czy prawdziwa sztuka jeszcze może powstawać po Holocauście, po tym, co wydarzyło się w Auschwitz. To również opowieść o braku spełnienia. Bardzo trudno w niej bowiem odnaleźć bohatera, który by nie był sfrustrowany. To powieść totalna. Wszystko ma tutaj swoje miejsce, żaden element nie jest pozbawiony sensu. Pomimo tego, że autor nazywa tę książkę „definitywnie nieskończoną” większość z zaprezentowanych tutaj opowieści ma swój początek i koniec, a pozostawiona dla czytelnika układanka z biegiem czasu zaczyna nabierać realnych kształtów. Jednak zło wciąż działa na świecie, zatem jego opisanie będzie teoretycznie możliwe dopiero wtedy, gdy ostatecznie zakończy swą działalność w naszym wymiarze. Wobec tego tylko osamotnienie może przynieść ukojenie jednostce. W tym kontekście często w tej książce pojawia się klasztor, jako miejsce wyciszenia i ożywczej kontemplacji. Dla innych, nie mogących zdobyć się na odwagę całkowitego wyizolowania, „Wyznaję” pozostawia inną nadzieję. Obcowanie ze sztuką i zrozumienie siebie to, według autora, sposób na oczyszczenie i choć minimalne wyzbycie się zła.

Autor: Przemysław K.

Jaume Cabré „Wyznaję”, przełożyła: Anna Sawicka, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2013, s. 768

——————————–

[1] s. 80

Cytat wykorzystany w tytule tego tekstu pochodzi ze strony 500.

„Sztuka jest moim zbawieniem, ale nie może zbawić ludzkości”, czyli „mea culpa” i „confiteor” w zharmonizowanej symfonii

“Cały wszechświat wie, kim jestem”, czyli dlaczego jesteśmy pewni, że nie żyjemy w labiryncie dla myszy

Philip Kindred Dick (1928-1982) to protoplasta science fiction, który dzięki swym książkom na zawsze zapisał się w historii literatury jako twórca dążący do pozbawienia rzeczywistości pozorów harmonii oraz łudzącego wpływu przypadku na całość istnienia. Pewny wyraz tego odnajdziemy we wznowionej niedawno jednej z pierwszych jego powieści. „Czas poza czasem” to wydana w 1959 roku książka mająca na celu poddanie w wątpliwość natury realności i literacka próba zasygnalizowania, że wszystko, co nas otacza, może być kłamstwem.

Wspaniałym sposobem na fabularną realizację tego pomysłu stało się wprowadzenie bohatera-eksploratora. Tym protagonistą jest Ragle Gumm, dojrzały mężczyzna, który wraz z rodziną mieszka w nieokreślonym prowincjonalnym mieście w Stanach Zjednoczonych. Od kilku lat nieprzerwanie wygrywa w konkursie organizowanym przez lokalną gazetę, dzięki czemu stał się sławny i rozpoznawalny. Całe dnie poświęca zatem na przewidywanie w jakim miejscu następnie pojawi się „mały zielony ludzik” i uważnie obserwuje otaczający go świat. Tym samym bez żadnych trudności odnotowuje kolejne zauważone anomalie, między innymi: rozpadający się na molekuły wózek z napojami, książka telefoniczna z nieistniejącymi numerami oraz czasopismo ze zdjęciami nieznanej mu Marilyn Monroe. Kulminacją tego staje się „otwarcie niebios” i „przemówienie” po imieniu do bohatera przez Boga. Wszystko to prowadzi do załamania nerwowego. Ragle Gumm uświadamia bowiem sobie, że rzeczywistość niezauważalnie przenika się z wytworami jego psychozy, „realny apendyks” ewoluuje w „chorobliwe wizje”. Sam stawia sobie diagnozę – „psychoza paranoidalna”. Uznaje siebie za centrum wszystkiego, oś wszechrzeczy i „cel całej ewolucji uniwersum”, czyli istotę warunkującą istnienie każdego elementu ogromnej układanki. Kluczowe dla rozwiązania całej zagadki jest odkrycie, że wszyscy wokół pilnują go, aby pod żadnym pozorem nie opuszczał miasta. Podejmuje więc decyzję o tym, aby z nikim nie podejmować kontaktu, każdy może być przecież wrogiem i mieć na celu unicestwić go jako jednostkę ponadprzeciętną. Osacza go przeczucie, iż wokół niego są sami szpiedzy, nie ma jednak żadnej możliwości na wydobycie się z tego impasu. W końcu pojawia się u bohatera pewność, że to, co dotychczas wydawało się być realne jest kłamstwem, a to, co stało się hipotetycznym wytworem jego chorej wyobraźni jest w rzeczywistości prawdziwe. Okazuje się, że infantylna gra logiczna zamieszczana w gazecie jest naprawdę arcyważna, gdyż wpływa na przyszłość gatunku ludzkiego.

„Czas poza czasem” to najbardziej wyrazistszy w twórczości Dicka postulat o zweryfikowaniu własnej percepcji świata. Utwór ten wskazuje na fasadowość organizacji współczesnych społeczeństw, w których prawda jest bardzo odległa od przekazów medialnych. Jako, że powstała jeszcze w czasie, gdy popkultura jeszcze nie odgrywała tak destrukcyjnej roli w amerykańskiej sztuce, jej lektura to niezwykłe przeżycie. Autor wręcz w każdym zdaniu tej powieści zastanawia się jak odróżnić „rzeczywistość od urojenia” i co niepokojące w jego wyobrażeniu tylko odważni i skorzy do podjęcia ryzyka mogą spodziewać się odkrycia choć namiastki autentyzmu, mieć nadzieję na wyjście poza kurtynę złudzeń. To badacz tego, co tkwi pomiędzy sprawdzalnym i możliwym do przypuszczenia, mistrz spekulacji w poszukiwaniu aberracji. Philip K. Dick bez wątpienia dorobił się o wiele bardziej intrygujących i dopracowanych warsztatowo realizacji swych konceptów, lecz trzeba jednak przyznać, że także ta książka jest dowodem na obcowanie z dziełem geniusza.

Autor: Przemysław K.

Philip K. Dick „Czas poza czasem”, przełożył: Robert Reszke, posłowiem opatrzył: Marcin Zwierzchowski, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2013, s. 272

“Cały wszechświat wie, kim jestem”, czyli dlaczego jesteśmy pewni, że nie żyjemy w labiryncie dla myszy

Przyjaciel jest obcym, czyli podglądactwo jako sposób ma wyalienowanie

„Wśród swoich” to najnowszy zbiór ośmiu opowiadań Amosa Oza (rocznik 1939), najwybitniejszego izraelskiego pisarza. Zebrane w tym tomie ascetyczne, lapidarne, wręcz sprawozdawcze utwory są do głębi autentyczne i uniwersalne. Akcja wszystkich umiejscowiona została w kibucu Jikhat w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, zatem w czasie gdy pisarz dorastał i kształtował swój zmysł obserwacji. Autor chce w nich wyrazić swój krytyczny stosunek wobec syjonistów, nie mogących pogodzić się między innymi z autonomią Palestyny.

Bohaterowie Oza to ludzie jednoczący się z cierpieniem świata, potrafiący współczuć i postrzegający wszechobecne okrucieństwo za coś pozostającego poza nimi, coś nadrzędnego względem ich prywatnego dramatu istnienia. Kibuc przedstawiony na kartach tej książki to smutne i statyczne miejsce, w którym życie upływa za sprawą automatycznego wykonywania codziennie tak samo melancholijnych obowiązków dla dobra wspólnoty. Wszyscy jego mieszkańcy są świadomi, że w gruncie rzeczy nie mają wyboru i muszą bez sprzeciwu zaakceptować to, co oferuje im rzeczywistość i społeczność. Jedynym źródłem informacji w tym środowisku są gazety, które czyta jedynie niewielka grupa osób postrzegana przez innych za dziwaków. Pisarz koncentruje się na konfrontowaniu swoich bohaterów z plotkami na ich temat, uznaje je za bardzo niekorzystne zjawisko społeczne w kontaktach międzyludzkich. Najgorzej żyje się w kibucach ludziom samotnym. Jeden z bohaterów mówi nawet, że egzystencja w tym miejscu „nie daje żadnej odpowiedzi na samotność”, bez zastanowienia odrzuca ją jako coś, co po prostu nie ma prawa zaistnieć. Puentą większości tekstów jest natomiast konkluzja, że bardzo niewiele potrzeba, aby skrzywdzić bliskich sobie ludzi. Tym samym Amos Oz wytyka współczesnej cywilizacji ogromną wadę. Według niego bowiem żaden człowiek nie zasługuje na cierpienie. Pomimo przekonania o zasadności własnych wniosków autor ubolewa nad brakiem aprobaty społeczeństwa wobec prób zjednoczenia i wyrzeczenia się dwulicowości.

Poszczególne opowiadania tworzą spójną narrację o silnych pod względem duchowym indywidualnościach, lecz słabych w zmaganiach z grupą w jakiej przyszło im żyć. Głównym ich tematem jest kształcenie. O pracowitych i inteligentnych dzieciach mówi się tu jako o „znakomitym materiale ludzkim”, który w przyszłości może przysłużyć się wspólnocie. Młodzież w kibucach edukowana jest w przekonaniu, że należy ufać tylko ideom „postępowym”, a temu co przeszłe nie należy ufać. W szkole mówi się zatem o Karolu Marksie, równocześnie uznając go za protoplastę takich spółdzielczych i utopijnych w teorii gospodarstw rolnych jak te w Izraelu, gdzie wszystko jest wspólne i każdy jest równy. Na proces wychowawczy swych dzieci rodzice nie mają tam prawie wpływu. Wszystkie decyzje podejmowane są poprzez demokratyczne głosowanie. Dopiero po kilku latach pracy i odbyciu służby wojskowej można rozpocząć studia, jednak jedynie takie, na których będzie można zdobyć wiedzę przydatną dla wspólnoty. Amos Oz w każdym z tych tekstów pozostawia pytanie dla czytelnika: Czy rzeczywiście korzystne jest przedkładanie dobra wspólnoty ponad rozwój jednostki? Jednak, co dla niego charakterystyczne, nie poddaje w wątpliwość idei kibucu. Wskazuje problemy, nigdy jednak jako prawdziwy prozaik nie jest w stanie zdobyć się na ostateczną ocenę. Przedstawia losy zarówno tych, którzy nawet bez cienia sprzeciwu tolerowali zasady panujące w kibucu, jak i buntowników, chcących wbrew wszystkim podążyć własną drogą. Znajdziemy tutaj fabularyzowane sylwetki porzuconej kobiety, czułego na piękno mężczyzny, ojca martwiącego się o córkę, syna żegnającego się z umierającym tatą, odrzucanego przez rówieśników dziecka, świadomych swych obowiązków pracowników, nie potrafiącego pokierować swoim losem młodzieńca oraz człowieka, który pragnie, aby jego ukochany język esperanto kiedyś zjednoczył wszystkie narody.

To pisarstwo podejmujące problem wyobcowania. Postać narratora celowo jest tutaj kreowana na czynnego obserwatora opisywanych zdarzeń. Sprawia to wrażenie jakby żył on w środowisku, o którym opowiada. Amos Oz tymi opowiadaniami znów udowadnia, że jest wierny swym artystycznym założeniom. Od samych początków swej literackiej kariery deklarował, że prawdziwa literatura istnieje wokół każdego człowieka i wystarczy tylko umiejętnie obserwować, aby wydobyć jej bezcenne piękno. „Wśród swoich” to tom będący tego wielowymiarową i prawdziwie dojrzałą kulminacją.

Autor: Przemysław K.

Amos Oz „Wśród swoich”, przełożył: Leszek Kwiatkowski, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2013, s. 152

Przyjaciel jest obcym, czyli podglądactwo jako sposób ma wyalienowanie

Hipnotyzująca walka z estetyką naśladownictwa, czyli fascynacja mitycznością bałkańskiego tygrysa

„Żona tygrysa” Téy Obreht (rocznik 1985) to książka niezwykle dojrzała, będąca pewnego rodzaju rozliczeniem ze światem przodków. Ta młoda pisarka urodziła się na terenie byłej Jugosławii, a gdy wybuchła tam wojna przeniosła się wraz z rodziną na Cypr i potem do Egiptu. Dziś mieszka w Stanach Zjednoczonych i od razu została nazwana przez tamtejsze media posiadaczką niepowtarzalnego talentu łączenia przeszłości rodzinnej z własnym uważnym przeżywaniem teraźniejszości.

Od pierwszych stron tej powieści widać jak ogromny wpływ na psychikę autorki miała postać dziadka, który na łożu śmierci poprosił ją, aby swoje książki podpisywała jego nazwiskiem. Wszystkie historie w niej opowiedziane są z nim związane. Trudno orzec co jest tu prawdą, a co fikcją, gdyż autorka pełnymi garściami czerpie z założeń realizmu magicznego (dlatego też nazywana jest „spadkobierczynią Marqueza”). Wątki autobiograficzne łączy zatem z opowieściami dziadka, lokalnymi przesądami oraz przeróżnymi mitami głęboko osadzonymi w ludzkiej mentalności. Pisarka wspomina swoje dzieciństwo i spacery do ogrodu zoologicznego, których głównym punktem w programie była obserwacja tygrysów. Dopiero po śmierci dziadka uświadomiła sobie dlaczego to zwierzę było dla niego tak ważne. Przez całe życie nie rozstawał się z podarowaną mu w dzieciństwie przez aptekarza „Księgą dżungli” Rudyarda Kiplinga. Do jego rodzinnej wioski zawędrował niegdyś tygrys, prawdziwe ziemskie wcielenie Shere Khana, któremu dzięki wojennym zniszczeniom udało się wydostać z zoo. Zaprzyjaźnił się tylko z tytułową „żoną tygrysa”, głuchoniemą i biedną dziewczyną ciągle krzywdzoną przez nieszczęśliwego męża z niespełnionymi artystycznymi ambicjami. Przez innych ludzi z wioski został zaś nazwany „diabłem”, który tylko czekał na porwanie kogoś z ich położonej wysoko w górach osady. Tylko dziadek autorki odczuwał przemożną chęć spotkania się z królem puszczy i dlatego też w dorosłym życiu codziennie chodził do zoo. Opowieść ta przeplatana jest trzema historiami o „nieśmiertelniku”, bratanku Śmierci. pomagającemu ludziom w ich ostatniej drodze na rozstaje, skąd odbierał ich jego wuj. Jest on istotą niewyobrażalnie skrzywdzoną, nigdy bowiem nie będzie mógł dostąpić zaszczytu odejścia z tego świata. Kilka razy spotyka się on z dziadkiem głównej bohaterki i wciąż jest niezmienny, tak samo uśmiechnięty i pogodzony z własnym położeniem.

Téa Obreht chce tą książką udowodnić, że materiału na prawdziwą literaturę należy szukać w opowieściach prostych ludzi, których perspektywa nie jest skażona fałszywym intelektualizmem. Dopiero wtedy taka głęboko osadzona w rzeczywistości sztuka słowa każdemu uważnemu odbiorcy pokazuje prawdziwe piękno świata. „Żona tygrysa” to także pewnego rodzaju wyrażenie sprzeciwu wobec tych, którzy odczuwają bezpodstawną nienawiść do posiadających inny system wartości i niepodzielających ich sposobu postrzegania. To niepozorna, wieloznaczna powieść o tym jak bardzo dzieciństwo może wpłynąć na całe życie. Historie te toczą się w nigdy nie nazwanej przestrzeni, kraju opanowanym przez wojnę. Choć jugosłowiański konflikt zbrojny jest tu wszechobecny, to mówi się o nim jedynie „pomiędzy wersami”, wielokrotnie narratorka umyka przed literackim skonfrontowaniem siebie ze złem. Wszystko to jeszcze bardziej pociąga w połączeniu ze złudnym autobiografizmem fabuły. Jak na debiutancką powieść jest to dzieło niezwykłe, jednak jej niedoskonałości widoczne są już na pierwszy rzut oka. Pomimo tego nie sposób nie docenić nieustannie zmieniających się sposobów narracji, które stanowią największy atut całości i wprowadzają czytelnika w meandryczność ludzkich losów oraz bałkańskiego folkloru.

Autor: Przemysław K.

Téa Obreht „Żona tygrysa”, przekład: Bogna Piotrowska oraz Małgorzata Reymer, wydawnictwo Drzewo Babel, Warszawa 2012, s. 336

Hipnotyzująca walka z estetyką naśladownictwa, czyli fascynacja mitycznością bałkańskiego tygrysa

„Życie jest zbyt krótkie, aby marnować je na sprawy, które nie wspierają naszych idei”, czyli o zapomnianej odwadze każącej zawsze iść pod prąd

Inspiracją dla Filipa Springera (rocznik 1982) do zajęcia się twórczością małżeństwa Hansenów stała się jego pierwsza książka o architekturze. W „Źle urodzonych. Reportażach o architekturze PRL-u”  mówi o nich jako o artystach wyprzedzających o dwadzieścia lat swoją epokę, a dziś już zupełnie zapomnianych i w wielu środowiskach przemilczanych. Wtedy nie miał zbyt wiele miejsca na zajęcie się tymi dwiema intrygującymi postaciami, zatem „Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach” można uznać za pewnego rodzaju dojrzały owoc ówczesnej fascynacji. Nie jest to jednak biografia czy też monografia, lecz zwrócenie uwagi na coś bez wątpienia wybitnego, próba zapoczątkowania dialogu w XXI-wieku o koncepcjach Hansena oraz wyrażenie swej nadziei na to, że istnieją jeszcze na tym świecie ludzie, którzy bez względu na wszelakiego rodzaju poprawność chcą merytorycznie dyskutować nad stanem obecnej cywilizacji.

Oskar Hansen (1922-2005) jawi się na kartach tej książki jako konceptualista Formy Otwartej w architekturze, czyli nowatorskiego sposobu organizacji przestrzeni. Wraz z żoną, Zofią Hansen (1924-2013) skonstruował kilka osiedli, w których pragnęli zastosować ideę „placu na kondygnacji”. Projektanci przekazywaliby przyszłym mieszkańcom określoną przestrzeń chcąc, aby ci w zupełności dostosowali ją do swoich potrzeb. Jak wiele rzeczy w ich historii i to się nie powiodło. Przede wszystkim znani są z zaprojektowania Przyczółka Grochowskiego, który prawdopodobnie przysporzył im najwięcej „wrogów” wśród mieszkańców, którzy wręcz znienawidzili to miejsce i czuli się niesłychanie skrzywdzeni przez los. Springer zwiedza osiedla autorstwa Hansenów, nawet zamieszkuje na jednym z nich. Zauważa wszechobecną „bylejakość”, której źródeł nie należy doszukiwać się w projektach, lecz w realiach czasów w jakich powstawały. Rozmawia z ludźmi, którzy uważają się wręcz za ofiary Formy Otwartej. Rezultatem tego jest przekonanie o wszechobecnym niezrozumieniu dorobku tych artystów. Wciąż zadaje sobie pytanie: „Czy o to naprawdę chodziło?”. Jedyną odpowiedzią, jaką jest w stanie sformułować, jest konkluzja, że obecny świat nie jest jeszcze gotowy na architektów tej miary, co Hansenowie. Jako pierwsi w naszym kraju zaczęli mówić o konieczności „humanizacji” powstających nieprzemyślanych budowli. Drugą teorią, jeszcze bardziej „awangardową”, jest Linearny System Ciągły, w duchu którego miano między innymi przeorganizować Polskę i w założeniu był on (oczywiście nieosiągalnym w innej formie) przestrzennym kompromisem pomiędzy życiem w mieście i na wsi.

Powszechnie uznaje się, że gdyby Oskar Hansen pozostał za granicą stałby się najwybitniejszym architektem swojego pokolenia. Nieustannie czerpał inspirację od mistrzów spotkanych niegdyś podczas pobytu w Paryżu: Picassa, Le Corbusiera oraz Jeannereta, którzy pokazali mu w jaki sposób można założenia przekuć w dzieło. Przez długi czas pracował na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, dzięki czemu wielu z czołowych artystów obecnego stulecia jest jego nieoficjalnymi spadkobiercami i kontynuatorami głoszonych przez niego idei. Co ciekawe tylko nieliczni się do tego otwarcie przyznają. W pewnym sensie tytuł tej książki jest również aluzją do najsłynniejszej wypowiedzi Oskara Hansena, w której wyraża on swoje przekonanie o tym, że jego projekty prędzej czy później zostaną zrealizowane, a on swoją osobą wyłącznie chciał zasygnalizować konieczność zmian. Jako „syn Rosjanki i Norwega” i „Polak z wyboru” najbardziej ceniony jest w krajach skandynawskich, gdzie powstała nawet szkoła BAS (Bergen School of Architecture), w której plan dydaktyczny w zupełności oparty jest na jego koncepcjach.

„Zaczyn” to także opowieść o idealnie uzupełniającym się małżeństwie. Oskar Hansen od zawsze był utopijnym teoretykiem, to Zofia go „sprowadzała na ziemię”, przypominała mu o realiach i ich możliwościach. Pozostawali zawsze na uboczu, nie doczekali się dużej liczby realizacji swoich projektów, do końca życia nie przestawali bronić głoszonych idei. Przykładem tego może być niezrealizowany projekt „Pomnika-Drogi” w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu, którego założeniem było przekreślenie całego terenu sześćdziesięciometrowym pasem asfaltu.  Nazywani są „ideowcami”, którzy wyłącznie dążyli do podniesienia Polski z ruin, wprowadzenia zmian w przestrzeniach miejskich największych aglomeracji. Pomimo tego nigdy nie mogli pogodzić się ze światem, w którym wszystko musi się sprzedać, a potrzeby ogółu są zupełnie niezauważalne. Brutalnie konfrontowani byli z rzeczywistością PRL-u, w którym liczyło się wyłącznie takie zagospodarowanie (przeważnie niewielkiej) przestrzeni, aby zmieściło się na niej jak najwięcej ludzi. Takie spojrzenie na architekturę zupełnie nie korespondowało z ich koncepcjami, zatem powstało kilka „pomników” niezgody takich jak lubelskie osiedle Słowackiego i warszawski Rakowiec. Niekiedy jednak mogli odetchnąć i zająć się tym, co pozwalało im przynajmniej choć w jakimś stopniu skorzystać z własnych horyzontów i zdolności. Projektowali więc pawilony na międzynarodowe wystawy, swoje mieszkanie na ulicy Sędziowskiej oraz dom na wsi, w Szuminie.

Filip Springer, zapewne nieświadomie, swój reportaż napisał zwracając uwagę odbiorcy na nieustannie obecną w recepcji dokonań Hansenów niesprawiedliwość ludzką w ocenie elementów rzeczywistości, których zasadności do końca się nie rozumie. Tym samym wszystko to, co udało im się zrealizować skazane jest na zapomnienie jako zbyt daleko wybiegające w przyszłość i nie przystające do szarej, jednostajnej i opanowanej przez schematyzm polskiej przestrzeni. Rozmawiając z mieszkańcami osiedli zaprojektowanymi przez to małżeństwo, ich znajomymi oraz profesorami i studentami ASP reportażysta uświadomił sobie, że wielu świadomych jest geniuszu Hansenów. Jednak w ich przekonaniu obecnego świata nie stać na idealizm. Oskar Hansen był jednym z niewielu, którzy dopuścili możliwość jego zaistnienia oraz konieczności sformułowania wzoru na komfortowe przeżycie dramatu istnienia wśród ciągłości, prostoty i zakłócania harmonii z równoczesną kreacją nowego porządku. Największym problemem osobowości Zofii i Oskara Hansenów był tym samym wyłącznie fakt, że pomimo wszystko chcieli ratować świat.

Autor: Przemysław K.

Filip Springer „Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach”, Wydawnictwo Karakter, Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, Kraków – Warszawa 2013, s. 264

——————————–

Cytat wykorzystany w tytule tego tekstu pochodzi ze strony 231.

„Życie jest zbyt krótkie, aby marnować je na sprawy, które nie wspierają naszych idei”, czyli o zapomnianej odwadze każącej zawsze iść pod prąd

W pościgu za punktem kulminacyjnym, czyli ludyczność prozy i Rafael w otoczeniu impresji

Do czasu drugiej wojny światowej w Muzeum Książąt Czartoryskich w Krakowie obok siebie wisiały trzy najcenniejsze obrazy w polskich zbiorach: „Dama z gronostajem” Leonarda da Vinci, „Krajobraz z miłosiernym Samarytaninem” Rembrandta oraz „Portret młodzieńca”, którego autorstwo przypisuje się Rafaelowi. Niestety ostatni z nich został skradziony przez Niemców w czasie wojny i po tym czasie dosłownie rozpłynął się w powietrzu. W Krakowie wciąż czeka pusta rama na ten powszechnie uważany za najcenniejszy na świecie zaginiony obraz. Zygmunt Miłoszewski (rocznik 1976) doceniany w naszym kraju pisarz kryminałów postanowił za sprawą „Bezcennego” połączyć prawdę historyczną z fikcją i stworzyć trzymający w napięciu thriller przypominający niekiedy powieść społeczno-przygodową.

Wszystko zaczyna się od dwóch epizodów z 1944 i 1946 roku. Hans Frank, prawdopodobnie w ówczesnym czasie posiadacz płótna Rafaela, przebywający na zakopiańskich Kalatówkach, uświadamia sobie, że jego wyobrażenia na temat potęgi III Rzeszy Niemieckiej były zdecydowanie zbyt optymistyczne i jak najszybciej musi ukryć swe skarby razem z sekretem, który pozwoli mu wyjść cało z opresji. Dwa lata później w tym samym miejscu spotykają się dwaj tajemniczy panowie bezskutecznie zadający sobie nawzajem enigmatyczne pytanie: „Gdzie to jest?”. Następnie czytelnik przenosi się do współczesności kiedy to na kolejkę liniową na Kasprowy Wierch dokonuje się pierwszy w Polsce udany zamach terrorystyczny. Po kilkunastu stronach zaczyna się właściwa akcja powieści. Polskie służby poinformowane o miejscu przechowywania obrazu Rafaela postanawiają zorganizować jego kradzież. Do tego celu wyznaczają grupę czterech osób, z których każda ma swoje tajemnice i osobisty cel dla jakiego podjęła się tego wyzwania. W skład niej wchodzi: Zofia Lorentz (jedyna osoba w Ministerstwie Spraw Zagranicznych zajmująca się poszukiwaniem na całym świecie zaginionych dzieł sztuki, od dzieciństwa wręcz zadurzona w „Portrecie młodzieńca”), Karol Boznański (niekiedy cyniczny marszand sztuki, do pewnego momentu zainteresowany wyłącznie osobistym zyskiem), Lisa Tolgfors (słynna złodziejka, lubująca się w dziełach francuskich impresjonistów, mówiąca na Moneta „mój Claude”) oraz Anatol Gmitruk (teoretycznie emerytowany oficer służb specjalnych, nieustannie czuwający nad bezpieczeństwem towarzyszy). I już w tym momencie zaczyna się ucieczka przed tajemniczymi amerykańskimi agentami, którzy od razu dają do zrozumienia poszukiwaczom, iż odnalezienie dzieła Rafaela wiązałoby się z odkryciem największej tajemnicy II wojny światowej. Nieustraszona grupa przemierza kilka krajów ze świadomością, że tylko jeden krok dzieli ich od śmierci.

Zygmunt Miłoszewski w „Bezcennym” łączy wszystko to, co potrzebne, aby powstała wciągająca fabuła. Co ciekawe sam jest świadomy faktu, że niekiedy książka ta przypomina po prostu „czytadło”. Widać tu niestety ślady pośpiechu, jakby ktoś usilnie chciał, by pozycja ta ukazała się jeszcze przed wakacjami, nie brak tu powtórzeń, niekonsekwencji i licznych literówek. Trzeba jednak przyznać, że te niedopatrzenia nie wpływają na główną siłę książki i nie świadczą o bezsprzecznym talencie twórcy. Autor nie eksperymentuje z samą tkanką tekstu, skupia się wyłącznie na zestawianiu ze sobą teoretycznej wiedzy na temat rynku sztuki, nadziei na istnienie nienaruszonego „Portretu młodzieńca”, wewnętrznych utarczek psychologicznych bohaterów, wielkiej polityki, intrygujących tajemnic oraz szczegółowości, której powinni zazdrościć mu nawet najwięksi reportażyści. Zdumiewające jak na kartach tej książki te i jeszcze wiele innych elementów ze sobą harmonicznie współgrają jednocześnie odwołując się do popkulturowej tradycji.

Autor: Przemysław K.

Zygmunt Miłoszewski „Bezcenny”, wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2013, s. 496

W pościgu za punktem kulminacyjnym, czyli ludyczność prozy i Rafael w otoczeniu impresji

„Diabeł lepi garnki, ale nie robi pokrywek”, czyli Włoch na tropie Mefistofelesa

Opublikowane niedawno tłumaczenie książki „Czarnobyl” Francesca M. Cataluccia (ur. w 1955 roku) to jeden z niewielu przykładów pozycji rozpatrujących określone zagadnienie z niezliczonych perspektyw, które dopiero po dokładniejszej analizie wydają się misternie powiązane. W tym niepozornym eseju rozpisanym na jedenaście rozdziałów w sposób autonomiczny następuje po sobie bardzo wiele wątków starających się rozwikłać zagadkę koncentracji zła w niewielkim ukraińskim miasteczku Czarnobyl, które niestety międzynarodową sławę zyskało dzięki katastrofie tamtejszej elektrowni jądrowej 26 kwietnia 1986 roku.

Całość rozpoczyna się od opowieści o tym jak autor, w poszukiwaniu prezentu dla polskiej koleżanki, w paryskim antykwariacie natrafił na osiemnastowieczną mapę Ukrainy. Jeden z klientów zwrócił jego uwagę na etymologię słowa „Czernobel” mającego oznaczać „czarną łodygę”. Dzięki temu zwyczajnemu wydarzeniu włoskiemu badaczowi dziejów Europy Wschodniej intrygująca nazwa tej miejscowości z nieznanych względów na trwałe wyryła się w pamięci. Wszystko to przerodziło się wręcz w chorobliwą fascynację tym miejscem i dzięki temu czytelnik ma okazję zapoznać się także z zamieszonym w tej książce reportażem z wycieczki do Prypeci i Czarnobyla, które teraz dzięki niepowtarzalnej i od czasów wybuchu zupełnie nienaruszonej socjalistycznej architekturze są międzynarodową atrakcją turystyczną. Następnie, aby autobiografizmowi stało się zadość, Cataluccio opowiada o swojej młodości, gdy służąc w wojsku był psychiatrą z dyplomem z filozofii i miał okazję zbadać tajne dokumenty dotyczące katastrofy w Seveso dzięki której do atmosfery wydostała się duża ilość silnie trującej dioksyny (TCDD). Po tych dygresjach autor przechodzi do właściwej relacji swych studiów na temat historii Czarnobyla, który prawie od zawsze związany był ze społecznością żydowską (tutaj na przykład istniał jeden z głównych ośrodków chasydyzmu). Okazuje się, że miasteczko to ma także o wiele bogatszą przeszłość niż mogłoby się wydawać. Pierwsza wzmianka o nim znajduje się już w latopisie z 1193 roku. Od tego czasu dotknęły go wszelkie możliwe katastrofy: bunt chłopów pańszczyźnianych i Kozaków, wojna rosyjsko-polska (w XVI w.), drugi rozbiór Polski, wojna domowa, rewolucja 1917 roku, kolektywizacja rolnictwa, klęska głodu zwanego „Hołodomorem”, zbrodnie nazistów i sowietów oraz będący osobliwym zwieńczeniem dzieła zniszczenia wybuch elektrowni. Autor nie omieszkał także sporządzić szczegółowej relacji z przebiegu tego ostatniego kataklizmu, która oparta jest przede wszystkim na treściach zawartych w książce Swietłany Aleksijewicz pod tytułem „Czarnobylska modlitwa” oraz sprawozdań fotoreporterów. Obraz dopełnia „odnaleziony dziennik z Polski”, czyli zapiski autora z 1986 roku. Przebywał on wtedy w Warszawie i opisuje reakcję Polaków na wieści o możliwym radioaktywnym zagrożeniu.

Catalucci Czarnobyl postrzega jako miejsce, które szczególnie przypadło do gustu szatanowi czyniącemu sobie niekiedy z niego swe siedlisko i wciąż przypominającemu tam o swym istnieniu. Jako miłośnik literatury nie mógł także powstrzymać się przed przeanalizowaniem motywu diabła w twórczości ukraińskich i rosyjskich twórców. Pisze o dziełach i życiu Izaaka Babla, Fiodora Sołoguba, Michaiła Bułhakowa, Wasilija Grossmana, Fiodora Dostojewskiego, Jurija Andruchowycza, Nikołaja Gogola oraz Tadeusza Micińskiego, który zginął niedaleko Czarnobyla.

Z książki Francesca M. Cataluccia wyłania się obraz skorumpowanej Ukrainy, opanowanej przez mafię i będącej w zupełności pełnowymiarowym odpowiednikiem zachodnich stereotypów na jej temat. Eseista ten wysnuwa nawet tezę, że kraj ten jeszcze przez wiele lat będzie stracony dla współczesnej cywilizacji. Wszystko to, co stało się w tym niepozornym miasteczku nazywa „próbą generalną przed końcem świata”, dzięki której Czarnobyl stał się „na wpół wyludnioną mieściną”, jedną z wielu przeszkód w promocji Ukrainy jako jednego z krajów wspólnoty europejskiej.

Autor: Przemysław K.

Francesco M. Cataluccio „Czarnobyl”, przełożył: Paweł Bravo, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013, s. 152

„Diabeł lepi garnki, ale nie robi pokrywek”, czyli Włoch na tropie Mefistofelesa

Różne skale szarości, czyli wielobarwna ziemia niczyja w objęciach sztormu

„Dziś wieczorem nie schodźmy na psy” to wielowymiarowa wspomnieniowa książka Alexandry Fuller o dzieciństwie spędzonym w Afryce. Urodziła się w 1969 roku w małym angielskim miasteczku, jednak już w wieku trzech lat przeprowadziła się na Czarny Ląd. Od tego czasu aż do 1994 roku (kiedy to poślubiła Amerykanina i wyjechała z nim do USA) mieszkała kolejno w trzech krajach Afryki Południowej: Rodezji (przekształconej później w Zimbabwe), Malawi i Zambii. Wraz z rodzicami i starszą siostrą stali się farmerami, którzy ze względu na swój kolor skóry i pochodzenie od zawsze byli na uprzywilejowanej pozycji.

Książka ta to barwna opowieść o świecie zdominowanym przez żądnych władzy i ziemi kolonizatorów oraz o nieustannie wybuchających wojnach domowych będących dla ludności miejscowej ostatnią nadzieją na wyzwolenie i odzyskanie należnych sobie praw. Rzeczywistość zupełnie opanowana przez konflikt pomiędzy białymi a nienawidzącymi ich Afrykanami, którzy pomimo wrodzonego oporu przed przybyszami niekiedy muszą im służyć. Autorka burzy zakorzeniony w społecznościach krajów zachodu mit o idyllicznej egzystencji w tej części świata. Według niej życie tam w drugiej połowie XX wieku nie znało kompromisów: już w wieku kilku lat musiała umieć posługiwać się z bronią, a w każdej chwili mogła spodziewać się napadu „terrorystów”, czyli ludzi nie znających pojęcia humanitaryzmu. Zastanawia się nad źródłem przemożnego pragnienia każdego człowieka zakorzenienia w jakiejś ziemi i posiadania jej na własność. Jest to zaskakujące tym bardziej, że Afryka jest kontynentem na którym spotykają się wszystkie kultury świata, a dzieci niepostrzeżenie zamieniają się w dorosłych. Jednak to nie chimurenga („wojna o wyzwolenie” spod jarzma kolonizatorów) jest głównym tematem tej książki. Alexandra Fuller przede wszystkim na jej kartach snuje historię swojej rodziny, której szczegółowość niekiedy aż zaskakuje. Bez poczucia odarcia z prywatności i z nieskrywaną nutą sentymentalizmu opowiada o uzależnionej od alkoholu i chorej psychicznie matce, której całe życie zostało pozbawione blasku z powodu śmierci trójki dzieci; ojcu, zawsze opanowanym, niewyobrażającym sobie życia bez pracy i znoszącym ze zdumiewającym stoicyzmem chorobę żony oraz o siostrze wciąż wytykającej jej wady i nieodpowiednie zachowanie. Relacjonuje życie na farmie zdeterminowane przez niemiłosierny upał, brak wody, segregację rasową oraz pragnienie przeżycia w nie zawsze gościnnych dla ludzi miejscach. Wspomina zabawne i intrygujące anegdoty, dzieli się swoimi doświadczeniami oraz wyraża swój sprzeciw wobec decydujących w życiu ludzi zawirowań politycznych.

Już na pierwszy rzut oka widać, że Alexandra Fuller bezkrytycznie pokochała Afrykę za możliwość symbiotycznego zżycia z przyrodą, otoczenia się ogromną watahą psów i „chaotyczne życie”. To właśnie z powodu tej miłości żałuje, iż przez bardzo długi czas uwięziona była w „bańce anglocentryzmu”, która nie pozwalała jej zachwycić się tamtejszą kulturą. Rasizm przedstawiany jest tutaj jako największe zagrożenie współczesnej cywilizacji. Autorka konfrontując swoje dzieciństwo z dorosłym postrzeganiem świata apeluje o zaakceptowanie kulturowej różnorodności w rzeczywistości, w której niestety wielu jest zdanych na samych siebie. Pomimo tego, że przeważnie jej rodzinie wiodło się źle matka wpajała jej, iż najważniejszy jest fakt posiadania „lepszego rodowodu od angielskiej królowej”. Alexandra Fuller uznaje takie myślenie za archaiczne i wręcz cieszy się z upadku Imperium Brytyjskiego w tej części świata. W książce tej wszechobecne jest przekonanie, że Afryka jest zbyt zaborcza, aby ją opanować, a człowiek tam żyjący nie może jej posiąść na własność. Jego jedynym wyjściem jest stopniowe pogodzenie się z staniem się jej własnością. To nie jest próba usprawiedliwienia się czy też usiłowanie ukrycia zła wyrządzanego przez białych na Czarnym Lądzie, lecz literackie „spojrzenie światu w twarz” w celu pokazania życia „pełnego pasji”, wymagającego i odpłacającego za wysiłek pięknem.

Autor: Przemysław K.

Alexandra Fuller „Dziś wieczorem nie schodźmy na psy. Afrykańskie dzieciństwo”, przełożyła Dobromiła Jankowska, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013, s. 352

Różne skale szarości, czyli wielobarwna ziemia niczyja w objęciach sztormu

„Kiedy koryguję, niszczę, kiedy niszczę, unicestwiam”, czyli urzeczywistnienie Stożka i samokorekta

W ostatnim czasie proza Thomasa Bernharda (1931-1989) zdobywa w naszym kraju coraz większe uznanie. Po opublikowaniu dzieł najbardziej znanych i nie zawsze w pełni świadczących o jego niewątpliwym geniuszu przyszła pora na wydaną w 1975 roku „Korektę”, pozycję uważaną za najważniejszą i stanowiącą punkt kulminacyjny w jego twórczości.

Pochodzący z Austrii Roithamer, profesor nauk przyrodniczych na uniwersytecie w Cambridge, postanawia poza pracą badawczą zająć się wybudowaniem Stożka, który od razu stał się jego idée fixe. Miałby on zapewnić jego siostrze, najbliższej mu osobie, najwyższe i „absolutne szczęście”. Wybudowany w „dokładnym geometrycznym środku lasu”[1] Kobernaußerwald stać się miał logiczną konsekwencją jej mentalności. Natomiast koncepcja tej budowli była homologiczna „niemal w stu procentach” z charakterem i naturą osoby dla której była wybudowana. Pomimo takiej zgodności siostra Roithamera zmarła, a on popełnił samobójstwo uznając siebie za osobę w pełni spełnioną. Budowa Stożka unicestwiła rodzeństwo, dwa zbliżone do siebie istnienia. Jego wieloletni przyjaciel, matematyk także pracujący w Cambridge, przyjeżdża na mansardę Höllera (poddasze gdzie konstruktor przez sześć lat pracował nad swoim projektem), aby zgodnie z testamentem uporządkować spuściznę po zmarłym. Przewiduje on nawet, że jego przyjaciel, powierzając mu swoje pisma, chciał go zgładzić. Jak widać jest to powieść zupełnie „statyczna”, prawie pozbawiona fabuły. Decydującą rolę odgrywa jedynie idea i jej urzeczywistnienie. Tytuł tej pozycji nawiązuje do ostatniej pracy Roithamera: „O Altensam i wszystkim, co ma związek z Altensam, ze szczególnym uwzględnieniem Stożka”. Był to jego naukowy testament i pewnego rodzaju opus magnum. Dzieło to wciąż poprawiał aż do tego stopnia, że zniszczył je zupełnie – z kilkuset stron pozostało zaledwie kilkanaście. Jednak dzięki tej pozornej destrukcji powstał „tekst autentyczny”, w pełni wyrażający osobowość autora. Roithamer dochodzi do wniosku, że Stożek był z góry ustalonym celem jego życia, a ostateczną „właściwą i zasadniczą korektą” będzie autodestrukcja, samobójstwo, czyli unicestwienie siebie jako zbędnej wypadkowej w działaniach natury. Swe poglądy wyraża bez żadnego wstydu: „Najwyższe szczęście bowiem jest tylko w śmierci”[2]. W jego systemie wartości samobójstwo nie jest poddaniem się, lecz wyzwoleniem. Zatem jego cel został osiągnięty. Wybudowanie Stożka dla siostry stało się prawdopodobnie przyczyną jej śmierci, a więc, w rozumieniu bohatera, osiągnięciem pożądanego stanu idylli. Autor, przy okazji tego tematu, jak w wielu swych dziełach i tutaj wyśmiewa swoją ojczyznę. Austrię traktuje jako kraj niezdecydowanych samobójców, gdzie każdy myśli o odebraniu sobie życia, lecz mało kto jest na tyle odważny, aby tego dokonać. Roithamer miałby być zatem ostatnim odważnym, w pełni decydującym o swoim losie.

Powieść składa się z dwóch części: pierwsza jest pierwszoosobową narracją przyjaciela Roithamera, a druga pozornie uporządkowanym tekstem autorstwa samego konstruktora Stożka. Wydaje się, że głównym celem „Korekty” jest zasugerowanie faktu możliwej korespondencji i współistnienia w jednym przedsięwzięciu różnych dziedzin nauki i sztuki. Poza tym ten austriacki pisarz stara się za pośrednictwem literatury udowodnić, iż ponadprzeciętne jednostki mają ogromny problem ze znalezieniem odpowiedniego dla siebie miejsca do życia i rozwoju. Często są zbyt inteligentne, aby żyć wśród ludzi uchodzących za „normalnych”. Bernhard pokazuje, że jedynie osiągnięcie pełnej i niczym nie zakłóconej koncentracji może doprowadzić do osiągnięcia czegoś naprawdę wartościowego i korzystnego dla ogółu. Tym samym mamy okazje zmierzyć się z dziełem traktującym o skali wpływu jednostki wybitnej na otaczającą ją rzeczywistość. Roithamer wciąż był niezrozumiany przez otoczenie, ciągle go coś irytowało. Wobec swoich przyjaciół był do tego stopnia zaborczy, że spadkobierca jego zapisków do czasu śmierci przyjaciela był w zupełności jego mentalnym odpowiednikiem, stanowili jedność pod względem myśli, przeżyć i uczuć.  Główny bohater odziedziczoną posiadłość, dotychczas skutecznie degradowaną przez rodzinę, rozkazał sprzedać, a uzyskane w ten sposób fundusze przekazać ludziom opuszczającym więzienia. Można się w tym dopatrzeć jawnej krytyki współczesnego systemu więziennictwa, które ludziom skazanym po odbyciu kary w żaden sposób nie pomaga w rozpoczęciu nowego i teoretycznie lepszego życia.

Roithamer jest totalnym badaczem świata. Swe badania lub rozmyślania na jakiś temat kończył dopiero wtedy, gdy dany problem opracował w zupełności, a żadna kwestia jego dotycząca nie pozostawiała wątpliwości. Czuł się wręcz zmuszony urzeczywistniać swoje wyobrażenia. Już ze względu na miejsce pochodzenia był zgubiony. Jego rodzice uznawali go za dziwaka i od zawsze ignorowali. Nawzajem odczuwali do siebie nienawiść, nie łączyła ich ze sobą nawet nikła nić porozumienia. Szczególnie matka chciała zniszczyć rodzący się w nim intelekt i sprowadzić go do poziomu niczym nie wyróżniającego się człowieka. Choć zauważali jego nietypowe zainteresowania to nawet nie przypuszczali, że ich dziecko może kiedyś stać się geniuszem. Znienawidził rodzinną miejscowość, Altensam, gdzie wszystko było mu obce i przeciwne jego naturze. Gdy ją odziedziczył, dotychczas skutecznie degradowaną przez rodzinę, rozkazał sprzedać, a uzyskane w ten sposób fundusze przekazać ludziom opuszczającym więzienia. Można się w tym dopatrzeć jawnej krytyki współczesnego systemu więziennictwa, które ludziom skazanym po odbyciu kary w żaden sposób nie pomaga w rozpoczęciu nowego i hipotetycznie lepszego życia. Przytłaczający krajobraz górski obdarzył go „wrodzoną dożywotnią depresyjną kondycją”[3] i z tego względu w pewnym sensie był człowiekiem od zawsze nieszczęśliwym. Roithamer w pewnym momencie zdaje sobie sprawę, że to dzięki temu był w stanie zdobyć się na odwagę i postąpić przeciw wszystkiemu. Bezwzględnie wymagał przebywania w samotni i także z tego względu jego zamierzenia od samych początków nie były traktowane poważnie. Jako prawdziwego pasjonata i naukowca charakteryzowała go przemożna chęć uczynienia czegoś po raz pierwszy. Stożek był do tego celu idealny. Na całym świecie bowiem nigdy nie powstała taka konstrukcja. Z tego też względu uznawał, że myślenie dla społeczeństwa jest czymś zupełnie obcym, zatem jego egzystencja zupełnie skoncentrowana na tym procesie, po zrealizowaniu podjętych przedsięwzięć, musiała zostać zakończona. Jego celem było wybudowanie Stożka dla siostry jako „całkowicie odpowiadającego jej naturze dzieła sztuki budowlanej”[4]. Tym samym od dzieciństwa musiał obserwować ją, aby Stożek mógł stać się pełnowymiarowym odpowiednikiem jej osobowości. Główną ideą tego eksperymentu była chęć udowodnienia, że „jest w ogóle możliwa konstrukcja, która sprowadzi na kogoś całkowite szczęście”[5].

Thomas Bernhard jak nikt potrafi wytworzyć w swojej prozie zjawisko muzyczności i rytmiczności, co niekiedy zakłócane jest na przykład przez systematyczne wykorzystywanie formuły sygnalizującej przytaczanie: „Roithamer powiedział”. Jak zwykle odrzucający wszelkie konwencje, w równym stopniu łączący autobiografizm, realność i fikcję. Nienaturalne skomplikowanie i spirale powtórzeń wskazują na to, że książka ta przeznaczona była dla czytania na głos. Tylko wtedy można uchwycić ideę i dialektyczną odpowiedź na to, czy racjonalizacja samobójstwa jest rzeczywiście możliwa i osiągalna. Pomimo tego w powieści tej próżno szukać dialogów, a całość stanowią zaledwie dwa akapity. Wielu w „Korekcie” dopatruje się inspiracji tezami filozofii języka Ludwika Wittgensteina zawartymi między innymi w „Traktacie logiczno-filozoficznym”. Poza tym przewiduje się, że pierwowzorem Roithamera miała być właśnie postać tego austriackiego filozofa, który także przez długi czas konstruował dom dla swojej siostry.

W tej książce wszystko jest zagadką. Według jej motta dla „zapewnienia stabilności ciała” potrzebne są „trzy punkty oparcia”. Czytelnika poszukującego ich w „Korekcie” od razu porwie meandryczność składni, zawiłość wywodu oraz burzące wszelką nadzieję na uchwycenie się jednego wątku niekończące się nigdy dygresje. Dzięki temu narracja tej książki wciąga jak nurt rwącej rzeki.

Autor: Przemysław K.

Thomas Bernhard „Korekta”, przekład i posłowie: Marek Kędzierski, Spółdzielnia Wydawnicza “Czytelnik”, Warszawa 2013, s. 344

——————————–

[1] s. 315

[2] s. 311

[3] s. 132

[4] s. 185

[5] s. 201

„Kiedy koryguję, niszczę, kiedy niszczę, unicestwiam”, czyli urzeczywistnienie Stożka i samokorekta

Wirujący dowcip, miraż i jeden dzień, czyli sól w oku pseudopatriotów

„Niehalo” to powieściowy debiut Ignacego Karpowicza (rocznik 1976), który możemy nawet uznać za pewnego rodzaju wyrażenie własnego spojrzenia na literaturę. Autor wiele z wykorzystanych tutaj motywów będzie bowiem kontynuował i rozwijał w swych późniejszych książkach.

Wszystko zaczyna się w rodzinnym mieście pisarza, Białymstoku. Mieszka tam Maciek, młody chłopak wciąż sfrustrowany z tego względu, że ma znikomy wpływ na swoje życie, a wszystkie decyzje dotyczące przyszłości od zawsze zapadały bez jego czynnego udziału. Studiuje polonistykę, pisze pracę magisterską i już dawno zdążył znienawidzić swój uniwersytet. Nie rozumie jak ktoś za współczesną literaturę może uznawać pisarstwo Stefana Żeromskiego. Czuje się pokrzywdzony przez los, który skazał go na tak staroświecką i prowincjonalną uczelnię. Jego zdaniem celem edukacji jest wyłącznie zniszczenie niepowtarzalnej osobowości człowieka i sprowadzenie jej do pożądanego dla systemu schematu. Nie podziela ideałów swoich przodków a „mania narodowowyzwoleńcza” w jego umyśle staje się wręcz chorobą psychiczną. Jej dynamiczny rozwój miałby być kontrolowany przez kościół katolicki, którego jedynym zamierzeniem jest wzbogacenie się kosztem najbiedniejszych. Z tego względu od zawsze odczuwał niechęć do „etosu bogoojczyźnianego” dzięki czemu omawianie na studiach literatury romantycznej było dla niego prawdziwą męką. Pracuje w małej lokalnej gazecie, której target nazywa kompletnymi „idiotami”. Pewnego dnia, gdy jedna z „koleżanek” z pracy prosi go, aby kupił w pobliskim sklepie mleko, zaczyna się przełomowy dzień w jego życiu.  Bohater wędruje po swoim rodzinnym mieście, rozmawia z pomnikami Józefa Piłsudskiego i Jerzego Popiełuszki, znajduje niesłychanie cenne dla wierzących jajo, walczy z Ormianami oraz śledzi poczynania nacjonalistów i dewotek. Surrealistyczno-psychodeliczne wizje wywołane pigułkami i syropem kupionym w aptece jeszcze bardziej obdzierają otaczający go świat z pozorów i iluzji. Każda postać w tej książce ma zatem dwa wymiary: realny i wyobrażony. Łączy je jedynie postać głównego bohatera, która wprowadza je w odpowiednim czasie i formie na „scenę” opowieści.

Tym samym w zupełności można czuć się predestynowanym do uznania tej książki za pamflet. Jednak każdy uważny obserwator naszej polskiej rzeczywistości musi przyznać, że pozornie karykaturalny opis „Polski B” zaprezentowany w tej powieści jest niestety do granic możliwości prawdziwy. Ignacy Karpowicz pokazuje, iż przekleństwa, wulgarność i znienawidzenie wszystkiego są jedynym ratunkiem przed destrukcyjnym wpływem stereotypów wszechobecnych w społeczeństwie. Za pomocą odwróconej perspektywy i krzywego zwierciadła piętnuje różnorakie bolączki naszego narodu: niezrozumiały strach przed komercjalizacją i ateizacją Europy, brak krytycyzmu wobec symboli narodowych oraz bezdyskusyjną wiarę we wszystko to, co głosi kościół. Poza tym szczególnie akcentuje własne przekonanie o tym, iż największym problemem Polaków jest brak chęci uświadomienia sobie, że ich kraj od dawna nie jest już potęgą, jeżeli kiedykolwiek nią był.

Ignacy Karpowicz to pisarz w pełni zdający sobie sprawę z siły absurdu, groteski i niedopowiedzeń we współczesnej literaturze. Tytuł tej książki w zupełności oddaje jej specyfikę. Nie jest ona spójna, właściwa narracja wciąż przerywana jest przeróżnymi innymi formami wyrazu, a całość przypomina stenogram monologu wewnętrznego bohatera o niewyobrażalnie zniszczonej psychice. „Niehalo” to przede wszystkim proza chcąca szokować i wzbudzać w odbiorcach zwierzęce instynkty. Autor ten, podobnie jak jego rówieśnicy, chce urzeczywistnić swe marzenie stania się artystą czyniącym z życia farsę. I już za sprawą debiutu udowadnia, że bardzo umiejętnie radzi sobie z twórczym realizowaniem własnych zamierzeń.

Autor: Przemysław K.

Ignacy Karpowicz „Niehalo”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013, s. 224

Wirujący dowcip, miraż i jeden dzień, czyli sól w oku pseudopatriotów