Ktoś zadaje mi ból…

Pierwsze polskie tłumaczenie najbardziej różnorodnego tomu korespondencji Franza Kafki (1883-1924), jednego z najwybitniejszych niemieckojęzycznych pisarzy. Jest to bardzo trudna i wymagająca zaangażowania książka ze względu na niewyobrażalną ilość poruszonych tutaj tematów. Każdy więc kto chce ją nawet ogólnikowo omówić napotyka na ogromną trudność, niesłychanie ciężko bowiem jest wybrać spośród nich te najbardziej ciekawsze, pokazujące, że pozycję tą naprawdę warto znać, bez względu na to jaką sympatią darzymy „Proces”, „Zamek” czy „Amerykę”.

Pierwszy wpis jaki odnajdziemy w tym tomie to zapis dokonany w pamiętniku. Został on poczyniony w 1900 roku, czyli w czasie, gdy autor miał dopiero siedemnaście lat. Pomimo młodego wieku widać w nim ogromną dojrzałość literacką, dostrzegalną między innymi w tym interesującym cytacie, który szczególnie przypadł mi do gustu: „Słowa są bowiem złymi alpinistami i złymi górnikami. Nie przynoszą skarbów ze szczytów gór ani z głębin kopalni! (…) Ale nie można niezdarną dłonią i topornym narzędziem wpisać się w tę nieskalaną pamięć, można tylko na te białe, skromne strony. To uczyniłem 4 września 1900 roku.” (s. 7). Jak widzimy już tutaj jest świadom, że w jego życiu główną rolę odegrają słowa, łączone w wielowymiarowe obrazy. Wie także, iż tego typu intelektualne zniewolenie nie przyniesie mu materialnych korzyści, jedynie, przy założeniu powodzenia w literackiej materii, wpisanie w pamięć papierowych stron, szybko ulegającym zniszczeniu. Z biegiem czasu następuje bardzo znaczny wzrost formy w pisaniu listów, a przede wszystkim w ich ilości – wraz z upływem lat znacznie powiększa się zakres korespondentów i zażyłość z jaką do siebie piszą. Po upływie kilkunastu miesięcy od wspomnianego wpisu Franz zaczyna wysyłać listy do Oskara Pollaka, swojego szkolnego kolegi. Zwierza się mu ze swoich przyrodniczych doznań, jakie stały się jego udziałem podczas pobytu w Liboch na przełomie sierpnia i września 1902 roku. Pozwolę sobie zacytować ten bardzo wyrazisty fragment: „Przedziwny jest czas, który tu spędzam, co pewnie zauważyłeś, a ja potrzebowałem tak przedziwnego czasu, czasu, gdy godzinami leżę na murze winnicy i gapię się na deszczowe chmury, które nie chcą stąd odejść, albo na dzikie pola, które stają się coraz dalsze, kiedy ma się w oczach tęczę, albo gdy siedzę w ogrodzie i opowiadam dzieciom bajeczkę (…), albo buduję zamki z piasku, albo bawię się w chowanego, albo rzeźbię stoły (…). Przedziwny czas, czyż nie? (…) Czy dostrzegłeś już, jak cienie późnego lata tańczą na zoranej, ciemnej ziemi, jakby były żywe? Czy dostrzegłeś, jak ziemia podnosi się ku jedzącej krowie, jak ufnie się podnosi? Czy dostrzegłeś już, jak ciężka, tłusta gleba kruszy się pod zbyt delikatnymi palcami, jak dostojnie się kruszy?” (s. 13). Jesteśmy więc świadkami poetyckich medytacji, pozostających często w sferze fragmentu, jednego ułamka całości wszechświata, podatnego na rozszczepianie. Jednak na największą uwagę, biorąc pod uwagę tę część epistolografii, zasługuje list z 8 listopada 1903 roku, gdzie Kafka zamieszcza „kilka wersów” i zachęca swojego przyjaciela do przeczytania ich „w dogodnej chwili” (s. 20). Napotykamy więc na ogromne zaskoczenie: autor „Procesu” pisał wiersze!

Po chwili, w 1904 roku, do grona adresatów dołącza Max Brod (1884-1968), prawdopodobnie najbliższy przyjaciel Kafki i największy propagator jego twórczości. Tutaj z kolei następuje ukierunkowanie na tematy ściśle literackie. Już teraz, u samych początków twórczych zmagań, odczuwalny jest, potem stale powracający, fizyczno-duchowy ból: „…dźwigam tak moje bóle głowy od jednego mocnego postanowienia do drugiego, równie mocnego, ale przeciwnego. A wszystkie te postanowienia ożywiają się, znoszą wybuchy nadziei i życia w zadowoleniu, ten chaos następstw jest jeszcze gorszy niż chaos postanowień. Jak kula z dubeltówki lecę z jednego w drugie i zsumowana irytacja, którą w mej walce dzielą między siebie żołnierze, widzowie, kule z dubeltówki i generałowie, przyprawia mnie samego o drżenie. Ty jednak chcesz, żebym całkiem nie mógł bez Ciebie żyć, żebym przez jakiś długi spacer uczuć zmęczył je i usatysfakcjonował, podczas gdy Ty ciągle się płoszysz, a latem wkładasz futro tylko dlatego, że zimą może być chłodno. Poza tym nie mam żadnego życia towarzyskiego, żadnych rozrywek. Wieczory spędzam na małym balkonie nad rzeką, czytam nieraz czasopisma dla robotników i nie jestem dobrym człowiekiem.” (s. 38). Adresatką tych słów, co znamienne, jest Hedwiga Weiler (1888-1953) – jedna z pierwszych i największych młodzieńczych miłości pisarza. Niestety, jak pokazują dalsze losy Franza Kafki, nigdy nie zwiąże się na długo z tą samą kobietą – idealnym dowodem na to jest jego owiany dziś aurą tajemniczości legendarny związek z Felicją Bauer, który swoją kulminację miał nawet w postaci zaręczyn zawartych 30 maja 1914 roku. Jednak już po chwili, w tym samym roku, 12 lipca doszło do ich zerwania. Później następują wzmianki jakoby jednak pomimo tego miał być planowany ślub z Felicją, lecz dopiero po wojnie, po nastaniu lepszych czasów. Także te plany spaliły na panewce. Franz Kafka do końca życia więc pozostał kawalerem. Już w tym momencie pisarz zdawał sobie sprawę z tego jakim człowiekiem jest naprawdę. Choć na początku znajomości kobiety bardzo go pociągały to na dłuższą metę nie wytrzymywała jego wątła psychika. Wydawało mu się, że samą swoją stałą obecnością krzywdził otaczających go ludzik, których w głębi duszy przecież ogromnie kochał, dlatego też starał się zawsze pozostawać poza wszystkim. Jego umysł odczuwał zatem ogromne męczarnie – chcąc być czynnym uczestnikiem życia przeróżnych społeczności stale musiał pozostawać w samotności. Ponad wszystko cenił ciszę, ma się rozumieć przez nic nie zakłócaną, i bezgraniczny spokój. Nie znosił więc długotrwałego przebywania z tą samą osobą, a tym bardziej obcowania z nią do końca swoich dni, każda obecność wiązała się bowiem z drażnieniem jego artystycznej duszy. W licie do Broda pisze: „Czy mam dziękować, że nie mogłem się ożenić? Stałbym się wówczas taki, jakim się teraz stopniowo staję: szalony” (s. 296). Ciągle zrywane zaręczyny, z kobietami o odmiennych charakterach, uzmysłowiły mu, że jest skazany na samotność, która go zaspokajała w zupełności. Daje tego wyraz między innymi w tym fragmencie: „Brak odpowiedzi przyczynia się też do pragnienia, żeby wokół człowieka zrobiło się cicho, i najchętniej zanurzyłbym się w tę ciszę i nigdy nie wynurzył. Jak bardzo potrzebuję samotności i jak zanieczyszcza mnie każda rozmowa! W sanatorium właściwie nie mówię, przy stole siedzę pomiędzy starym generałem (…) a małą Szwajcarką o włoskiej aparycji i przytłumionym głosie, która jest niezadowolona ze swego sąsiedztwa. Zauważam właśnie, że nie tylko nie mogę mówić, ale też i pisać, chcę Ci powiedzieć mnóstwo rzeczy, ale nie pasują one do siebie albo obierają fałszywy kierunek. Naprawdę nie napisałem od jakichś czternastu dni zupełnie nic, nie prowadzę dziennika, nie piszę listów, im cieńszą strużką płyną dni, tym lepiej.” (s. 115, list z 28 września 1913 do Maksa Broda). Z biegiem czasu wszystko to zaczyna przybierać bardziej łagodniejszą formę, jakby Kafka rozumiał, że nie ma dla niego idealnego miejsca, gdzie mógłby bez przeszkód żyć w hermetycznym, utopijnym dla niego, środowisku. Widoczne jest to między innymi w liście do Valli Pollak z początków listopada 1923 roku: „Gdybym w ten sposób chciał Ci napisać o wszystkim, z czym się stykam, nie doszedłbym oczywiście do końca i powstałoby wrażenie, jakbym prowadził bardzo intensywne życie towarzyskie, w rzeczywistości jednak jest wokół mnie bardzo cicho, choć nigdy zbyt cicho. Podniet Berlina, złych i dobrych, doświadczam niewiele, tych pierwszych oczywiście więcej.” (s. 503).

Z nadmiaru anegdot jakie tutaj napotkamy chyba najlepszym przykładem przedziwnego poczucia humoru Franza Kafki jest opowieść o walce z myszami zakłócającymi świętą ciszę snu. Z listu do Maksa Broda, z 24 listopada 1917 roku: „Dziwnym sposobem nie ma dużo wolnego czasu na pisanie listów. Zważ: od plagi myszy (…) nie mam właściwie pokoju. Z kotem, ale tylko z nim, mogę tam od biedy przenocować, ale siedzieć tam na przykład, żeby raz za koszem, raz przy oknie słyszeć chrobotanie (słychać pazur za pazurem), na to nie mam ochoty; kłopotliwe jest też jednak pilnowanie kota, który zresztą jest nader dobrym zwierzątkiem, by podczas pisania albo czytania nie wskoczył na kolana albo by zdążyć na czas z popiołem, gdy załatwia swe wielokrotne potrzeby; jestem, mówiąc krócej, nawet z kotem niechętnie sam – jeśli są przy nas jacyś ludzie, to niemiłe uczucie mija, poza tym jednak jest już dość uciążliwie rozbierać się przed nim, gimnastykować i iść spać.” (s. 197). Nawet z taką istotą jak kot Kafka czuł się więc bardzo obco. Za kilka dni ten drażniący dla niego temat znów powraca w korespondencji z Brodem: „Myszy okazały się straszne, niemożliwe jest trzymanie tego przed Tobą w ukryciu; z pomocą kota, którego zawsze wieczorem niosę przez rynek do domu „w ciepłych ramionach”, nieco je przepędziłem, ale już wczoraj znów wpadł do mnie z niezwykłym łoskotem zza kuchennego pieca grubiański szczur, którego prawdopodobnie nigdy jeszcze nie było w sypialni, musiałem zawołać kota z pokoju obok, gdzie go trzymam, gdyż nie jestem w stanie wychować go do czystości i boję się, że skoczy mi na łóżko; jakże ochoczo dobre zwierzę wyłoniło się z jakiegoś pudła o nieznanej zawartości, które w żadnym wypadku nie było przeznaczone do spania i należało do mojej gosposi; potem zrobiło się cicho.” (s. 199). Po chwili znów następuje kulminacja: „Drogi Maksie, odpowiadam dopiero dziś tylko przez przypadek, a także przez szczególne warunki lokalowe, świetlne i mysie. (…) Przed kilkoma dniami znalazłem dobre, nawet jeśli tylko prowizoryczne wyjście. Zostawiam kota na noc w pustym pokoju obok, zapobiegam w ten sposób zanieczyszczaniu mojej sypialni (trudno się w tym względzie porozumieć z tym zwierzęciem. Wydaje się, że zachodzą wyłącznie nieporozumienia, ponieważ kot wskutek razów i różnych innych objaśnień wie, że załatwianie naturalnej potrzeby jest czymś nielubianym i miejsce do tego musi być starannie wyszukane. Jak więc to robi? Wybiera na przykład miejsce, które jest ciemne, które prócz tego dowodzi mi jego przywiązania, a poza tym jest oczywiście także dla niego wygodne. Patrząc na to z ludzkiej strony, miejsce to jest przypadkiem wnętrzem mego pantofla. (…))” (s. 202)

Tego typu listy są także wspaniałymi dokumentami epoki. Podczas ich lektury dowiemy się na przykład o problemie z dostępem do żywności. Kafka, podczas pobytu na wsi, cały czas starał się oszczędzać jedzenie, by następnie wspomóc nim swoją rodzinę i przyjaciół, mieszkających w mieście, gdzie sytuacja była o wiele gorsza. W liście wysłanym z Turnau we wrześniu 1918 roku do Feliksa Weltscha czytamy: „Mleka i masła, mimo dostatku dobrego mydła i papierosów, nie dostałem ani odrobiny, a czyniłem już najrozmaitsze starania. Kobiety są jednak pod tym względem zręczniejsze. Chleb, który daje gmina, jest bardzo podły, a będzie jeszcze gorszy, nie znoszę go”. Interesujący jest także przypis do tego akapitu: „Już od ciężkiej zimy 1916/1917 w dotkniętych kryzysem Austro-Węgrzech wyrabiano chleb zmąki ziemniaczanej, żołędzi i trocin”. [oba cytaty ze strony 242] Bardzo ciekawe są także opisy dotyczące ówczesnych realiów środowiska literackiego. W liście do swego wydawnictwa pisze: „Przypadkiem dowiedziałem się od osoby trzeciej, że „Przemiana” i „Wyrok” ukazały się w 1922 roku w węgierskim przekładzie w koszyckiej gazecie (…).” (s. 457). W dzisiejszym, współczesnym świecie taki fakt bardzo dziwi – jak to możliwe, by pisarz nie wiedział gdzie ukazują się jego utwory, a informację na ten temat zdobywał „przypadkowo”?

Po lekturze tych listów bardzo trudno ocenić czy Franz Kafka czuł się doceniany przez swoje środowisko za literacką pracę, która kosztowała go tak wiele poświęceń. Choć jego książki osiągały minimalne nakłady (często nie przekraczając tysiąca egzemplarzy) w swojej epistolografii nie daje nam odczuć choć najmniejszych oznak rozgoryczenia z tego powodu. Wręcz przeciwnie – w pewnym momencie jest nawet zadowolony z nikłej sprzedaży swojego debiutanckiego tomu opowiadań. W liście z 6 listopada 1917 roku do Maksa Broda pisze: „Od Wolffa [wydawcy – przypis P.K.] dziś rozliczenie ponad 102 sztuk „Rozważania” [za lata] 16/17, zadziwiająco dużo (…).” (s. 191).

Kluczowym elementem tej epistolografii są rozważania na temat aktualnych lektur pisarza, wśród których przeważają dzienniki i zbiory listów. Tym bardziej więc dziwi, że Kafka nie zgadzał się na publikację swojej korespondencji między innymi z Maksem Brodem i Felicją Bauer. Prawdopodobnie nawet nie podejrzewał, że ktoś będzie mógł i przede wszystkim chciał aż tak dogłębnie poznać jego światopogląd, który był bezgranicznie wypełniony delikatnością. W swojej korespondencji zawsze starał się nikogo nie urazić, zawsze gdy o coś prosił umieszczał w tekście wiele zapewnień o tym, że gdyby prośba nie została zrealizowana, to on nigdy nie poczułby się urażony i zlekceważony. Odczuwał wielką estymę wobec swojego rodzeństwa. W liście do Ottli Kafki z 11 listopada 1918 roku pisze: „Twoje położenie nie jest łatwe, wiem. Być głodną, nie mieć własnego pokoju, tęsknić za Pragą i przy tym uczyć się tak wielkiego materiału to wielka próba, przetrwać ją to oczywiście także coś wielkiego” (s. 243). Życie było dla niego nieustanną przeszkodą, praktycznie nie do pokonania. Taki stan był jedynie trochę złagodzony przez fakt, że kiedyś w końcu ból ten przestanie mu doskwierać, a osiągnie to dzięki zbliżającej się śmierci. W jednym z kolejnych listów do siostry, z końca maja 1920 roku, czytamy: „Ze słów dyrektora można by wywnioskować, że chętnie wysłałby mnie na rentę. Bez sensu jest bowiem trzymanie urzędnika, którego uważa się za tak wymagającego odpoczynku, że ciągle trzeba dawać mu urlop. Albo jest to znak dalszego upadku świata?” (s. 295). I to właśnie siostra była dla pisarza prawdopodobnie najbliższą osobą; choć autor „Procesu” nigdy nie został formalnie mężem, to wielu wysnuwa tezę, że to z nią czuł się duchowo związany węzłem „małżeńskim”. Według biografów Kafki rodzeństwo tradycyjnie spotykało się w łazience swego rodzinnego domu przy Niklasstrasse 36, aby omówić ważne dla siebie kwestie bez udziału innych domowników.

Już w wieku 31 lat uważał się za „starego człowieka”. Franz Kafka to artysta z pewnością wykraczający poza swoją epokę. Obdarzony słabą siłą fizyczną, duchowo przewyższający wszystkich, Troszczył się o swoją rodzinę, nigdy nie chciał być dla kogoś ciężarem. W liście do Oskara Bauma z końca czerwca 1922 roku czytamy: „A więc nie zapominaj o mnie w Georgental, ale nie nadwerężajcie się też poszukiwaniem mieszkania. Jeśli nic nie znajdziecie, będzie to dla mnie smutek, ale nie nieszczęście, przed emerytowanym urzędnikiem świat stoi wszak otworem, dopóki ów świat nie zażąda więcej niż tysiąc koron miesięcznie.” (s. 415).

Jak wiemy autor „Procesu” zmarł z powodu gruźlicy. Jednak, jak pokazują te listy, „dziura w płucach” była jedynie symbolem dziurawej egzystencji, niepełnego życia, pustych miejsc których nie można było nigdy w pełni wypełnić. I takie właśnie było jego życie: na zewnątrz pozornie szczęśliwe, choć nękane przez przeróżne dolegliwości, to wewnętrznie od pierwszych chwil skazane na powolny rozpad i systematyczną degradację. Nieustanie czuje się skrzywdzony przez kogoś kto zmusił go do życia na tej niegościnnej dla niego ziemi. Niespokojna dusza, którą porównać można chyba jedynie do zepsutego nadajnika radiowego, w którym co chwilę występują zakłócenia w odbiorze i nadawaniu. Najgorsze jednak jest to, iż tak genialny artysta miał tego pełną świadomość, co w przypadku innych ludzi występuje bardzo rzadko. W liście do siostry i jej męża z czerwca 1921 roku czytamy: „tyle spokoju, ile potrzebuję, nie ma na świecie, z czego wynika, że prawdopodobnie człowiekowi tyle spokoju nie potrzeba (…) Zresztą jeśli każde popołudnie byłoby takie, a świat by mnie zostawił, zatrzymałbym się tu tak długo, aż trzeba by było mnie nosić w leżaku” (s. 371). W tym samym tekście mamy okazję także do przeczytania bardzo przerażającego w pewnym sensie takiego oto wyznania: „cofnąłem się wprawdzie w rozwoju do dziecka” (s. 371). Widzimy więc, iż autor czuł pewien dyskomfort tym, że ktoś musiał się nim cały czas opiekować jak człowiekiem, który dopiero co przyszedł na świat, a to mijało się z jego filozofią życiową – zawsze chciał być samotny ze stałą świadomością bliskości jaką miał ze swoimi korespondentami, do których mógł w każdej chwili skierować swoje myśli. Choć był przez całe życie, z różnych ewoluujących powodów, związany z Pragą to i tak miasto to pozostawało dla niego obce i zbyt klaustrofobiczne, zapewne takie odczucia były związane z ogólną niechęcią do większych zbiorowisk ludzkich i umiłowaniem naturalnego środowiska. W liście do Oskara Pollaka, z 20 grudnia 1902 roku, czytamy: „Praga nie popuszcza. Żadnemu z nas. Ta mateczka ma szpony.  Musielibyśmy podpalić ją z dwóch stron, (…), wówczas moglibyśmy się uwolnić. Być może rozważysz to do karnawału” (s. 13). Taka postawa nie zmieniła się nawet po kilkunastu latach – w liście do Roberta Klopstocka motyw ten znów powraca: „A Pan chce natychmiast do Pragi, do miasta? W ciepłe popołudnie przejść przez centrum, a i to jeszcze powoli, jest dla mnie jakbym był w długo niewietrzonym pokoju i nie miał sił nawet otworzyć okna, by w końcu odetchnąć. A być tu ciągle? W prosektorium? Zimą, w ogrzewanych, niewietrzonych pokojach?” (s. 399).

Był człowiekiem spokoju, bezgranicznej, niczym niezmąconej ciszy. Jakiekolwiek od tego odstępstwo bardzo go drażniło. Nie znosił ruchu oraz ludzi, którzy swą nieudolnością wzniecali huk, nie pozwalający osiągnąć mu stanu zobojętnienia, zadowolenie bowiem rzadko stawało się jego udziałem. W jednym z listów do Maksa Broda czytamy: „Abym się jeszcze trochę odciążył skargą: dziś od wpół do czwartej znów rampa przeładunkowa, młotki, turlanie bali, nawoływania ładowaczy, wczoraj o ósmej rano wreszcie się skończyło, dziś jednak pociąg towarowy przywiózł nowy ładunek, tak że prawdopodobnie będą to tak ciągnąć dalej także w porze przedpołudniowej, która dotąd przeważnie piękna. Aby wypełnić przerwę, właśnie teraz jakieś sto kroków ode mnie uruchomiono kierat, przeważnie stoi on cicho albo jest obsługiwany przez rozsądne konie, którym nie trzeba dodawać otuchy, dziś jednak zaprzężono woły, a im trzeba każdy krok objaśniać (…). Co ma znaczyć to życie?” (s. 428). Z tego wszystkiego wyłania się obraz pisarza przepełnionego stwarzanymi samemu sobie ograniczeń – bojaźń przed podróżą i chęć poszukiwania odpowiedniejszego miejsca to jego nieustanne bolączki: „Napisałem wczoraj do Oskara, wspomniałem wprawdzie o strachu, ale obiecałem przybyć, list jeszcze niewysłany, tymczasem była noc. Być może odczekam jeszcze jedną noc; jeśli tego nie wytrzymam, będę jednak musiał wysłać odmowę. Tym samym zapadnie decyzja, że nie wolno mi już wyjeżdżać z Czech, następnie zostanę za jakiś czas ograniczony do Pragi, potem do swego pokoju, potem do łóżka, potem do określonej pozycji ciała, potem już do niczego. Być może będę mógł potem dobrowolnie – polega to na dobrowolności i radości – zrezygnować ze szczęścia pisania.” (s. 424). Spośród tych zrozumiałych utyskiwań na niesprawiedliwość losu uwydatniają się też rozważania na temat pisarstwa: „A pisanie? (To zresztą dalej idzie tu gorzej niż marnie, nie inaczej, i bezustannie pod groźbą hałasu). (…) A z pewnością istnieje ta różnica, że gdy kiedyś poza pisaniem i tym, co się z nim wiąże, miałem być szczęśliwy (nie wiem dokładnie, czy byłem), wówczas byłem zupełnie niezdolny właśnie do pisania, przez co wtedy wszystko, co ledwie zaczynało się rozkręcać, natychmiast się wywracało, gdyż tęsknota za pisaniem wszędzie ma przewagę. Z czego jednak nie da się wyciągnąć wniosku o zasadniczej, wrodzonej, godnej szacunku właściwości pisarstwa. (…) Całe to pisanie nie jest niczym, tylko flagą Robinsona w najwyższym punkcie wyspy.” (s. 428) Niekiedy tego typu refleksje przyjmowały całkiem inny kierunek: „Pisanie mnie trzyma, ale czy nie słuszniej będzie powiedzieć, że utrzymuje ono taki rodzaj życia? Nie mówię tym samym, że moje życie jest lepsze, gdy nie piszę. Jest wtedy raczej o wiele gorsze i absolutnie nie do zniesienia, i musi się skończyć obłędem. Ale to zapewne pod warunkiem, że – co faktycznie ma miejsce – także gdy nie pisze, jestem pisarzem, a niepiszący pisarz jest jednak dziwolągiem, który rzuca wyzwanie obłędowi. Ale jak to jest z samym byciem pisarzem? Pisanie to słodka, wspaniała zapłata, lecz za co? Nocą stało się to dla mnie jasne z wyrazistością lekcji poglądowej dla dzieci, że to zapłata za usługi diabła. To zejście ku ciemnym mocom, owo rozkucie natury z krępujących duchów, wątpliwe objęcia i wszystko, co jeszcze może odbywać się na dole, o czym w górze już się nie wie, pisząc historie w blasku słońca. Być może istnieje też inne pisanie, ja znam tylko takie (…). A to diabelstwo w nim jest dla mnie nader jasne. To próżność i poszukiwanie przyjemności (…).” (s. 422-423). Definiując swój stan wobec społeczeństwa dochodzi do zaskakująco brutalnych wniosków dla przyszłych adeptów literatury – według niego pisarz „to kozioł ofiarny ludzkości, pozwala ludziom bezkarnie cieszyć się grzechem, prawie bezkarnie” (s. 424).

Zastanawiają mnie także dwa pominięcia poczynione przez tłumaczy. W przypisie do listu napisanego około 6 października 1917 roku czytamy: „Następuje kilka zdań, w których Kafka rozważa detale przekładu Broda; z uwagi na swój ściśle filologiczny charakter praktycznie tracą one rację bytu poza oryginałem, dlatego też opuściliśmy je w przekładzie.” (s. 178). Kolejny tego przykład znajdziemy także w przypisie do jednego z grudniowych listów 1917 roku: „Pominięto nader rozbudowane, szczegółowe, wyrafinowane omówienie Estery, zupełnie nieznanej polskiemu czytelnikowi.” (s. 209). Dlaczego wydaje się to zaskakujące? Ponieważ w obu przypadkach, po ewentualnym przetłumaczeniu, mielibyśmy okazję do zmierzenia się z prawdopodobnie najbardziej krystalicznymi opiniami Kafki na temat twórczych dokonań Maksa Broda, który jest przecież jego najbliższym przyjacielem! Byłoby to idealne dopełnienie całego obrazu, którego, moim zdaniem, nie wypada zakłócać takimi operacjami. Włączenie tych fragmentów tylko nieznacznie poszerzyłoby objętość tego i tak obszernego tomu. Do własnej oceny pozostawiam także fakt, że w żadnym z tekstów, które dotychczas przeczytałem w różnych mediach nie znalazłem nawet wzmianki o tej operacji.

Z biegiem czasu intensywnie przybywa w tych listach pewnego rodzaju raportów z przebiegu choroby pisarza, co oczywiście ma swoją kulminację kilka miesięcy przed jego śmiercią. W liście do Roberta Klopstocka z 7 kwietnia 1924 roku czytamy: „Tylko sprawy medyczne, wszystko inne jest zbyt uciążliwe, te jednak – to ich jedyna zaleta – po prostu pocieszające. Przeciw gorączce trzy razy dziennie pyramidon w płynie; przeciw kaszlowi demopon (niestety nie pomaga) i cukierki znieczulające; do demoponu także atropina, jeśli się nie mylę. Główną sprawą jest chyba krtań. W słowach nie dowie się człowiek niczego konkretnego, skoro przy omawianiu gruźlicy krtani każdy zaczyna mówić lękliwie, wykrętnie, wytrzeszczając oczy. (…) Nie miałem okazji wspomnieć o odmie płucnej, przy złym stanie ogólnym (49 kg w zimowym ubraniu) nie wchodzi to przecież w rachubę. Z resztą budynku zupełnie się nie kontaktuję, leżę w łóżku, mogę też tylko szeptać (…).” (s. 525).

W książce tej nie odnajdziemy niestety odpowiedzi na pewne kwestie, lecz jedynie inspiracje do zadawania sobie kolejnych pytań o to, jakim człowiekiem był Franz Kafka. Dla wielu pozycja ta będzie zapewne początkiem fascynacji tą wybitną jednostką i ogromną zachętą do lektury jego dzienników i innych tomów korespondencji w których na pewno odnajdą wiele wyjaśnień, lecz sfera niedomówień i tajemniczości nadal się nie zmniejszy i nieustannie będzie im przypominać o swym istnieniu. Największym problemem jaki napotkamy podczas interpretacji tych listów jest to, że znamy jedynie tą część, która pochodzi od samego Franza Kafki, nie znamy odpowiedzi jego odbiorców. Z tego powodu wiele zawartych tutaj aluzji z góry skazanych jest na niezrozumienie.

Autor: Przemysław K.

Franz Kafka, „Listy do rodziny, przyjaciół, wydawców” Wybrał, przełożył i komentarzem opatrzył Robert Urbański, we współpracy z Anną Urbańską, wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2012, s. 544

Ktoś zadaje mi ból…

Twardy orzech do zgryzienia

W najnowszym zbiorze opowiadań Szczepana Twardocha odnajdziemy sześć tekstów mających więcej zalet niż wad. Każde inne, będące literackim teatrem, kontrastową stylizacją. Choć poruszają innych tematów, zawierają niepowtarzalną fabułę to i tak wszystkie są bardzo swobodną wariacją na temat ludzkiej cielesności, z którą bohaterowie nie mogą sobie poradzić. Czy jednak to właśnie ono musi być naszą największą słabością, daną nam już w pierwszych chwilach istnienia i zabraną dopiero po końcu ziemskiego bytowania? Czy to nie ciało jest naszą zewnętrzną, delikatną i wrażliwą na wszystko powłoką, która zawsze (niestety) musi dać o sobie znać w każdym z możliwych bezpośrednich kontaktów międzyludzkich? Bohaterowie świadomi swych niedoskonałości, umiejący odnaleźć w sobie drzemiącą gdzieś siłę, siłę miłości, która tylko czeka na odkrycie. Jednak i ona kiedyś będzie przecież musiała się wyczerpać i da o sobie znać świadomością utraty czegoś bliskiego i samotnością zagubionej duszy, pożądającej czegoś oddalonego w inny wszechświat. Widać więc od razu, że Szczepan Twardoch chce uzmysłowić swojemu czytelnikowi, że od samych początków w ludzką egzystencję na trwale została wpisana walka, przede wszystkich z samym sobą: delikatnym ciałem, podatnym na zarysowania i słabą psychiką, która na pozór wydaje się bardzo silna i niewzruszona jednak po delikatnych wstrząsach rozpada się jak domek z kart. Warszawska oficyna Powergraph otwiera tym zbiorem serię „Kontrapunkty”, w której ma ukazywać się „polska proza wymykająca się ze schematów, uciekająca z szufladek. Łączy walory literackie z niekonwencjonalnymi fabułami”. Tom ten idealnie spełnia te założenia. Każdy z tekstów wydaje się wyjęty z jakichkolwiek form, uciekający spod jarzma czasu. Każda opowieść zawiera historię, która po głębszym zastanowieniu wydaje się czystą abstrakcją, nie przystającą do współczesnej rzeczywistości. Spotykamy tutaj autora pesymistę, skrajnego piewcę nieuniknionej katastrofy. Z tego wszystkiego wyłania się przerażający uniwersalizm – na miejscu każdego z tych bohaterów możemy przecież znaleźć się my, bezbronni. Postać osiemdziesięcioletniego ślązaka, żołnierza nie rozumiejącego swojej brutalnej wojennej przyszłości („Gerd”). Motyw nieukojonego ludzkiego pragnienia, krew przechodząca z żył jednego człowieka do organizmu drugiego („Ona płynie w moich żyłach”), całość ludzkiej nienawiści skompresowana do jednego, krótkiego momentu: „Nagle kobieta wychodzi z kręgu, z ramion brodatego mężczyzny wyrywa kilkuletniego chłopczyka i wbija w dziecięce gardło zęby i biegnie gdzieś pod boczny ołtarz, a tam spomiędzy ławek wypadają dziewczynki i chłopiec znika pod małymi ciałami w piżamach. Mężczyzna, z którego ramion zniknął syn, wrzeszczy i rzuca się w pogoń za drapieżnikiem, który porwał mu dziecko.” (s. 55). Metamorfoza nastolatki nienawidzącej swojego ciała w zamożną, naprawiającą swoje ciało kobietę („Masara”). Mężczyzna o potężnej tuszy, który cale swe życie związał z matką, szuka akceptacji, znajduje ją i… („Dwie przemiany Włodzimierza Kurczyka”). Uznany architekt, świadomy własnej wartości i kierujący jego życiem demon, ukrywający się gdzieś za wątrobą („Uderz mnie”). Podróżnik, straciwszy całą rodzinę, wyrusza w podróż życia na Spitsbergen, gdzie odnajduje swoją (katastroficzną) utopię („Tak jest dobrze”).

Autor: Przemysław K.

Szczepan Twardoch, „Tak jest dobrze”, wydawnictwo Powergraph, Warszawa 2011, s. 234

 

Twardy orzech do zgryzienia

Czyżby znów to samo?

Młody hiszpański pisarz – Carlos Ruiz Zafón – wydaje kolejną książkę, a, co zbytnio nie dziwi w przypadku tego autora, oskarżeniom o schematyczność jego twórczych dokonań znów nie ma końca. Uważam, że osoby zgłaszające tego typu zastrzeżenia powinny bliżej przyjrzeć się jego tekstom i usiłować, przynajmniej w ułamku, poznać ich konwencję i rządzące nią prawa. Czy tego typu powieści, mające przecież pewne naleciałości gotyckie, już z założenia nie są skazane na mimowolną powtarzalność? A idąc jeszcze dalej: czy my, codziennie wykonujący w ten sam sposób te same czynności mamy prawo zarzucać komuś, że chce robić to, co potrafi najlepiej? Niestety, w tym wypadku oponenci tego rodzaju prozy będą mieli bardzo dużo racji. Autor zdaje się „odcinać kupony” od swych wcześniejszych, niekwestionowanych sukcesów. Na dodatek, w zakończeniu, pozostawia dla siebie furtkę, której nawet nie próbował choć trochę ukryć. Ostatnie zdania brzmią bowiem tak: „- Kocham cię – mówi i całuje ją, wiedząc, że historia, jego historia, jeszcze się nie skończyła. Dopiero się zaczęła.” (s. 411). Treść „Więźnia nieba” skutecznie uzupełnia znaczną lukę fabularną pomiędzy dwom wcześniejszymi odsłonami cyklu, których elementem wspólnym jest Cmentarz Zapomnianych książek. Choć „Cień wiatru” i „Gra anioła” są ściśle powiązane z tą pozycją i zawierają w sobie wiele nici łączących się w interesującą całość to możemy bez problemów każdą z nich czytać osobno. Jednak dopiero poznanie wszystkich dotychczas wydanych da nam pełny obraz ewoluowania stylu autora.

Wszystko zaczyna się w 1957 roku, gdy księgarnia Sempere i Synowie przeżywa kolejny kryzys sprzedaży. Już od pierwszych słów otwierających opowieść porywa nas wspaniały gawędziarski styl Zafóna z domieszką hiszpańskiej poetyckości: „Owego roku wszystkie dni poprzedzające święta Bożego Narodzenia jakby się zmówiły, że będą świtać ołowianą szarością i w szronie. Miasto tonęło w niebieskawym półmroku, a ludzie okutani w palta szli spiesznie, ze wzrokiem wbitym w chodnik, zostawiając w powietrzu marznące obłoczki oddechu.” (s. 19). Chwilę po wyjściu ojca z księgarni do Daniela przychodzi tajemniczy mężczyzna, który „przypominał drzewo ogołocone przez wiatry z gałęzi.” (s. 27). Kupuje jedną z najdroższych książek istniejących w ofercie – „Hrabiego Monte Christo”, którą zostawia z dedykacją dla Fermina, także pracownika księgarni i najlepszego przyjaciela młodzieńca. I już po chwili okazuje się, że kluczem do zrozumienia całej sytuacji jest powrót w głąb przeszłości Fermina. W związku z tym następuje retrospekcja do 1939 roku, najstraszniejszego okresu w jego życiu gdy przebywał w więzieniu.

Książka zdążyła już uplasować się na szczycie list sprzedaży wnioskuję więc, że dotarła już do najżarliwszych miłośników twórczości Zafóna. Mam nadzieje, że niewielu z nich się do niego zniechęciło. Nie traćmy nadziei. Jak widzimy, historia Cmentarza Zapomnianych książek się jeszcze nie skończyła, a jej twórca wciąż chce ją uzupełniać o kolejne elementy układanki.

Autor: Przemysław K.

Carlos Ruiz Zafón, „Więzień nieba”, przekład: Katarzyna Okrasko oraz Carlos Marrodán Casas, wydawnictwo MUZA, Warszawa 2012, s. 416

Czyżby znów to samo?

Jesteście widmami – zaraz znikniecie

Przekroczenie linii demarkacyjnej. Powrót z miejsca ucieczki do zalążka nowej, prawdopodobnie lepszej rzeczywistości. Nieustannie krzyczący megafon: „Przepustka czasowa / Obowiązuje przepustka czasowa” kolejny raz przypomina powracającym widmom o tym, że prawdziwy koszmar, zmora dawnych i stale istniejących w pamięci lat nadal istnieje. Funkcjonariusze Międzynarodowych Sił Rozjemczych już od dziesięciu lat stacjonują w strefie rozdzierającej miasto Gloria Grande na dwie części: północną i południową. I tylko powracające w tekście słowa: „Wyobraź sobie, że dawno, dawno temu – minęło dziesięć lat, jedno życie albo i dwa, może tysiąc, może dwa tysiące” nakłaniają do duchowego powrotu w przeszłość. Tak rozpoczyna się jedna z najbardziej tajemniczych książek na jakie ostatnio natrafiłem – „Witajcie, powracające widma” autorstwa Kossi Efoui.

Główny bohater wyznaje: „Kiedy udałem się na Północ, nikt jeszcze nie wiedział z jak szaleńczą prędkością nadciągają dni Wielkich Katuszy. Wyjechałem, żeby znaleźć sobie jakieś uczciwe zajęcie; jak to mówią młodym ludziom, zapraszając, by wstąpili w prawdziwy świat, w prawdziwe życie i pokazali, na co ich stać. A to oznacza, że żarty się skończyły. (…) Była też inna przyczyna mojego wyjazdu – umarła ciocia, najbliższa mi osoba na tym świecie, która zastępowała mi ojca i matkę.” (s. 69). Widzimy więc, że jest to osoba bardzo dynamiczna, świadoma tego, iż w pewnym momencie życia musi wreszcie nadejść chwila, gdy należy być gotowym na sprostanie własnemu przeznaczeniu. To właśnie ta siła kierowała nim, gdy wędrował do strefy chronionej „przez Międzynarodowe Siły Rozjemcze z RPA, Malezji, Pakistanu i Belgii” i w „pas suchych, jałowych ziem, zbyt ubogich w roślinność, by zaspokoić wymagania leśnej partyzantki.” (s. 72).

Brak tu jednoznaczności, uporządkowania i operowania na konkretach. Stale zmieniający się sposób przekazywania własnej wizji powoduje, iż tak naprawdę nie wiemy czy nasz bohater żyje, czy jest jedynie tytułowym melancholijnym widmem, nieokreślonym bytem wędrującym w głąb dawnego Ja, w głąb katastroficznego świata doświadczonego wojną, że aż nieistniejącego na żadnej ze znanych nam map, które, wykonane z należytą starannością, idealnie sprawują się w ukazywaniu ukształtowania terenu, to wcale nie sprawdzają się w zachowywaniu pamięci o dawnych zawieruchach. Czy tą rolę wypełniać ma jedynie „bezustanny rytm sylab pozbawionych znaczenia, z przepastnymi dziurami w pamięci słów i imion, by wykrzyczeć to, co nie przemija, to, czego nie da się wymazać, to wszystko, co w nas pozostaje i nie uleczy tego ani placebo przebaczenia, ani tablice, na których wyryte zostały prawa i kary – i nie przyniesie ulgi żadna zemsta” (s. 199)?

Kossi Efoui to reżyser i dramaturg teatralny, więc w jego prozie należy zwrócić szczególną uwagę na gest i poetyckie operowanie słowem, które wprowadza w nią rytm, przypominający sekwencyjne uderzenia o afrykańskie bębny. Celowe nieokreślenie granicy pomiędzy fikcją a rzeczywistością, życiem a śmiercią jedynie podkreśla innowacyjne spojrzenie tego autora na współczesną literaturę. Urodzony w Togo, małym afrykańskim kraju, nawet tworząc poza granicami swojego kraju chce pokazać światu najbardziej palące problemy swojego ojczystego kontynentu: wojny, ubóstwo, podziały klasowe i brak możliwości na efektywny intelektualny rozwój społeczeństwa.

Autor: Przemysław K.

Kossi Efoui „Witajcie, powracające widma”, przełożył Wawrzyniec Brzozowski, wydawnictwo Karakter, Kraków 2012, s. 200

Jesteście widmami – zaraz znikniecie

Spróbujmy wypełnić lukę

„Moment niedźwiedzia” to zbiór kilkunastu tekstów, pisanych w różnym czasie, dla różnych czasopism i na różne okazje. Autorka porusza bardzo dużo tematów, w których nie sposób się nie zgubić. Jedynym problemem więc jaki napotkamy podczas lektury tej pozycji to trudność z usystematyzowaniem poszczególnych refleksji połączonych w pewnego rodzaju mapę myśli, która prezentuje jedynie ułamek światopoglądu Olgi Tokarczuk – resztę możemy odnaleźć w jej wspaniałych powieściach. Ostatnia z nich, „Prowadź swój pług przez kości umarłych” została opublikowana aż trzy lata temu. Nie powinien więc dziwić fakt, że miłośnicy tego rodzaju pisarstwa, którzy z zapartym tchem czekają na kolejną odsłonę kunsztu prozatorskiego tej obiecującej pisarki, z rezygnacją przyjęli wiadomość o tego typu publikacji. Błędem byłoby jednak pominięcie tej pozycji. Tym razem przyjdzie nam zmierzyć się z przeróżnymi odmianami publicystyki – znajdziemy tutaj wstępy do dwóch publikacji Wydawnictwa Krytyki Politycznej: „Uwikłani w płeć” Judith Butler oraz „Darkrooms” Konrada Pustoły, teksty z podróżniczego cyklu „Pliki podróżne” publikowanego w „Polityce” czy też recenzję filmu „Matrix”.

Na uwagę zasługuje na pewno pierwszy artykuł opatrzony bardzo interesującym tytułem:: „Jak wymyślić heterotopię. Gra towarzyska”, w którym autorka prezentuje swój „pomysł na utopię” będącym jednocześnie wyzwaniem pozostawionym dla czytelnika, aby także i on poszukiwał pomysłów na lepszy świat i wcielał je, towarzysko, w życie. Po krótkim wprowadzeniu następuje moment na prezentację Konstytucji Heterotopii, których punkty warto tutaj omówić, ponieważ odgrywają ogromną formalną rolę w tym tomie, a przede wszystkim, w pewien sposób, zespalają pozostałe teksty w całość. W tym hipotetycznym, idealnym świecie, człowiek nie jest (niestety) w zupełności istotą wolną – musi bowiem rezygnować z wielu aspektów swojego bytowania na rzecz społeczności. W wielu przypadkach przypominającą naszą rzeczywistość: wiedza stale się uzupełnia, istoty stale konkurują ze sobą w środowisku naturalnym, a „podstawową komórkę społeczną tworzą więzy krwi, czyli rodzina” (s. 22). I tam na całość populacji składają się kobiety i mężczyźni, z których te pierwsze „należą do natury”, a ci drudzy „do cywilizacji” (s. 25). Kolejny rozdział – „Maski zwierząt” – rozpoczyna się od wprowadzenia odbiorcy w filozoficzno-kulturowy świat, dzięki któremu autorka chce przybliżyć mu to jak przez pokolenia zmieniały się ludzkie poglądy o prawach zwierząt. Następnie Olga Tokarczuk pokrótce opisuje kilka jej ulubionych pozycji, w których autorzy skupiają się właśnie na tej tematyce. Zwraca naszą uwagę na twórczość Petera Singera, książkę „Żywoty zwierząt” J. M. Coetzeego oraz „Pod skórą” Michaela Fabera. Najciekawszy chyba jest jednak wcześniej wspomniany cykl „Pliki podróżne” składający się z krótkich tekstów, często tak treściwych i zaskakujących, że aż unikatowych w skali całej współczesnej polskiej literatury. Na dowód wystarczy przytoczyć jeden z podrozdziałów o tytule „Ruch drogowy, Amsterdam”: „Przez okno obserwowałam dziwną scenkę. Oto policjant zachęca karną grupkę japońskich turystów do przejścia przez ulicę na czerwonym świetle. Przecież i tak nie jedzie na razie żaden samochód. Zdezorientowani Japończycy poddali się sugestiom władzy i posłusznie, choć niepewni, przebiegli przez ulicę. Godzinę później na tym samym placu zatrzymały się czarne limuzyny królowej, która odwiedzała pobliski kościół. Limuzyny niefortunnie zablokowały tory, więc ze złością obtrąbił je zniecierpliwiony tramwaj.” (s. 93). Widać tutaj wykorzystanie najzręczniejszej broni tej pisarki: operowanie kontrastem, w prosty sposób pokazującym wszystko to, co dziwne i nietypowe w otaczającym nas świecie, podatnym na absurd. Przeciwstawienie sobie nawzajem dwóch zjawisk, występujących w tej samej sferze, idealnie nadaje się do takich operacji.

Olga Tokarczuk kolejny raz udowadnia, że jest pisarką świadomą własnego powołania. Nie waha się zwracać uwagi swoich czytelników na błędy w otaczającym ich świecie. I (co chyba najważniejsze) nie jest jedynie teoretykiem w tej materii – wskazuje także rozwiązania wielu problemów współczesnej rzeczywistości, pełnej niedoskonałości, które należy próbować zredukować do minimum. Za przykład posłużyć nam może przedostatni tekst zawarty w tym zbiorze o znamiennym tytule: „Znowu zaczynamy przypominać plemię”, w którym autorka definiuje w kontekście kulturowym katastrofę smoleńską. W artykule tym czytamy: „Myślę, że w sytuacji pewnego rodzaju zastoju politycznego, braku nowych perspektyw, nierozwiązanych problemów i pata, w jakim ostatnio znajdowała się polska polityka – hipnotycznie i z wzajemną niechęcią wpatrzonych w siebie dwóch konserwatywnych partii: narodowej i liberalnej – Polska potrzebowała wielkiego spektaklu. (…) Zdanie się na stare wzorce reakcji niosło ulgę tym wstrząśniętym, stojącym w kolejce do prezydenckich trumien ludziom.” (s. 178). Na pierwszy rzut oka widać więc, że pisarz tego rodzaju nie waha wyrażać się swoich poglądów, nie skłania jednak czytelnika do podzielania ich. Można nawet powiedzieć, że grzecznie zaprasza do merytorycznej dysputy. Nie ma więc wątpliwości, że dostajemy do rąk prawdziwą publicystykę, pełną i nieskazitelną w każdym calu.

Autor: Przemysław K.

Olga Tokarczuk „Moment niedźwiedzia”, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2012, s. 192

Spróbujmy wypełnić lukę

Pusty świat pełen przyjaciół

Henry David Thoreau to jeden z najwybitniejszych ascetów, którego myśl filozoficzna odegrała znaczącą rolę w kształtowaniu światopoglądu amerykańskiego społeczeństwa XIX wieku. Skrajny indywidualizm doprowadził go w 1845 roku nad staw Walden, położony w lasach jego rodzinnej miejscowości, gdzie wybudował drewnianą chatę – centrum do snucia głębokich refleksji i rozwijania przełomowych obserwacji otaczającej go natury, z którą wchodził w liczne duchowe interakcje. Choć takie postępowanie w dzisiejszym współczesnym świecie uznalibyśmy za dziwne, to dokonania tego człowieka po dokładniejszej analizie w znacznym stopniu mogą pomóc nam w zrozumieniu otaczającej nas rzeczywistości. W jego ujęciu nawet pogoń za nurem na łódce po jego ukochanym jeziorze, czy na pozór dziecinny opis walki mrówek przyrównywany do walki o Troję, staje się w przedziwny sposób fundamentem do próby odnalezienia miejsca człowieka w naturze, jako świata nigdy dla niego w pełni zrozumiałego. Zaskakujące poczynania tego moralisty w ucieczce od przytłaczającego go społeczeństwa było uznawane, także wśród transcendentalistów (czyli środowiska bardzo mu bliskiego) za zbyt szaleńcze, nawet jak na taki duchowy eksperyment, pomagający sięgnąć w głąb własnej osobowości. Zbiór osiemnastu genialnych esejów zebranych w tomie „Walden, czyli życie w lesie” dokumentuje jego doświadczenia z ponad dwuletniego pobytu w pozornie brutalnej ostoi, gdzie siłą własnych mięśni uprawiał małe poletko, które w zupełności zaspokajało jego nikłe potrzeby życiowe. Autor już na samym początku tymi słowami: „Nie planuję napisać ody do zniechęcenia, lecz będę się przechwalał z takim zapałem jak kogut, który wskoczył rano na grzędę, aby niezwłocznie obudzić sąsiadów.” przygotowuje nas na ogromną dawkę melancholii oraz głosu ostrzegającego czytelników przed nieuchronnym upadkiem naszej cywilizacji, opartej na prawach nie mających odbicia w ludzkiej osobowości.

Jako gorliwy anarchista sprzeciwiał się wszelkiej formie władzy, czego wyraz oddał w swojej drugiej książce – „Obywatelskie nieposłuszeństwo”. Jego rozważania w tej kwestii miały ogromny wpływ na późniejszych twórców takich jak Marcel Proust czy Lew Tołstoj, którzy podzielali jego poglądy w sprawie zniesienia niewolnictwa i handlu ludźmi. Choć przez wiele lat był przeciwny wszelkim stowarzyszeniom w rezultacie związał się ze stosunkowo małym Klubem Transcendentalistów, którego głównym założycielem był Ralph Waldo Emerson – mentor Thoreau, a następnie jego serdeczny przyjaciel. To on ujrzał w nim ogromny potencjał i zachęcił go do zapisywania swych jakże bogatych i uniwersalnych refleksji na temat sytuacji ekonomiczno-społecznej Stanów Zjednoczonych XIX wieku. Bardzo niesprawiedliwe byłoby określenie Thoreau wrogiem społeczeństwa, do czego możemy mieć podstawy po lekturze jego niektórych esejów. Posiadał on ogromny dystans do własnej osoby, jako elementu składowego grupy osób zamieszkujących jego rodzinną miejscowość. Uważał, że jednostka ludzka powinna być bezgranicznie posłuszna i wierna odwiecznym prawom na-tury, jako siły mimowolnie kierującej naszym życiem; czuł się na siłę podporządkowany instytucji państwa, którego idei nie podzielał i chciał się z nią zmierzyć bez względu na niezrozumiałe dla niego konsekwencje. Był zawsze otwarty na spotykanych przypadkowo ludzi, oczekiwał od nich rozmowy i kontaktu, nigdy nie zamykał drzwi swojego domu, czym okazywał gotowość na nawiązanie nowych znajomości jak i to, że wszystkim w swej dobroci bezgranicznie ufał.

Według jego filozofii człowiek jedynie wtedy może się w pełni rozwinąć, gdy jest samotny i przede wszystkim wolny, a w jego poczynania nie ingeruje żadna władza; jako jeden z pierwszych protestował przeciwko fabrycznemu systemowi pracy, który niszczy ludzki indywidualizm w dążeniu do celu i odkrycia własnego „ja”. Pierwszy esej zatytułowany „Gospodarstwo” jest osobliwym usprawiedliwieniem, jakie ten transcendentalista kieruje do czytelnika. Uzasadnia w nim swoje postępowanie licznymi anegdotami wraz z opowieścią o bu-dowie domu uzupełnioną o chorobliwie szczegółowy kosztorys całego przedsięwzięcia. Twórca ten zwraca naszą uwagę na to jak mało nam, ludziom, potrzeba, aby zachować swą wewnętrzną siłę i zdrowie, czego daje wyraz między innymi tymi słowami, chyba najbardziej podkreślającymi jego stosunek do współczesnego mu świata: „Czy zawsze mamy się zastanawiać, jak zdobyć więcej, zamiast cieszyć się niekiedy tym, co posiadamy, nawet jeśli po-siadamy mniej?”. Traktował pracę jako rozrywkę, a nie smutny, codzienny obowiązek. Dzięki temu mógł udowodnić na własnym przykładzie, że jednostka nie musi żyć w dużym społeczeństwie, aby przeżyć. Wbrew pozorom przeprowadzając się nad jezioro Thoreau chciał dosięgnąć sedna swej egzystencji, wyodrębnić jej kwintesencję i sens, pozbyć się wszelkich jej niepotrzebnych elementów, które komplikują prawdę o nas samych. Choć jego postępowanie jest ekscentryczne to tak naprawdę wiele przemawia za tym, że życie jakie wybrał idealnie odpowiadało jego naturze i wewnętrznym przekonaniom, co powinno być celem nadrzędnym każdego z nas.

Interesującą rolę odgrywa tu bardzo ciekawie zastosowany kontrast, dzięki któremu nawet bardzo uważny czytelnik może czuć się zagubiony. Idealnym tego przykładem są dwa kluczowe rozdziały tej książki: „Samotność” oraz „Goście”. W pierwszym z nich czytamy, że idealnym towarzystwem dla człowieka jest samotność, co samo w sobie jest zbyt trudne do zrozumienia bez poznania na pozór złożonej filozofii tego transcendentalisty, dochodzącego w rezultacie do ironicznego wniosku, że nawet będąc samotnym nadal jesteśmy otoczeni przez wiele istot na których istnienie mimowolnie często nie zwracamy uwagi. Zaś podczas lektury drugiego eseju trudno uniknąć przekonania, że Thoreau w głębi duszy odczuwał brak obecności kogoś bliskiego, choć w zupełności czuł się zespolony z naturą (pisaną zawsze dużą literą), którą obdarzał ogromnym szacunkiem jako nieodłączny element naszego bytowania. Wielu współczesnych odbiorców jego prac nieustannie dochodzi do wniosku, że refleksje osoby żyjącej w tak „odległej” epoce nijak się mają do dzisiejszego świata. Niestety brutalność rad Thoreau idealnie odnosić można także do współczesności, w której bez mrugnięcia okiem niszczymy środowisko naturalne, a – jak stara się nam uświadomić autor opisywanej pozycji – to nie my jesteśmy częścią natury – to ona jest częścią nas.

Słownictwo użyte przez Thoreau jest niezwykle bogate, pozorna melancholia nadaje treści interesującego zabarwienia, dzięki czemu możemy odnieść wrażenie, że autor otwarcie kpi ze społeczeństwa w jakim przyszło mu żyć, jednocześnie gardząc jego powierzchowną interpretacją świata. Opanował do granic możliwości sztukę przekazywania treści perswazyjnych, dzięki czemu czytając „Walden…” mimowolnie wcielamy się w postać tego filozofa biedy, jakim mianem jest niestety wielokrotnie krzywdząco obdarzany przez swych licznych przeciwników; mimowolnie zaczynamy obdarzać go zaufaniem i coraz bardziej wierzymy w słuszność jego wniosków. Jako „chytry” satyryk posługujący się często dwuznacznymi zwrotami nie zaskarbił sobie uznania krytyków, którzy nie umieli zmierzyć się z uniwersalizmem jego myśli. Wielokrotnie wykorzystuje on aluzje historyczno-geograficzne oraz rozbudowaną symbolikę literacką, które byłyby dla nas całkowicie niezrozumiałe bez doskonałego opracowania tego tomu nad którym pracowało wielu czołowych specjalistów twórczości Thoreau, w którego skład wchodził sam Walter Harding. Na szczególną uwagę zasługuje więc również przekład dokonany przez Halinę Cieplińską, która jest jak dotąd jedyną polską tłumaczką tego myśliciela i popularyzatorką jego twórczości w naszym kraju. Była wspierana przez Piotra Sommera, który jako specjalista od anglosaskiej poezji przetłumaczył większość wierszy cytowanych przez filozofa w tych esejach. Ich nieoceniona praca, dzięki której mamy możliwość poznawania w całości tego dzieła, została nagrodzona Pierwszą Nagrodą Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich za 1991 rok.

Sprzedaż „Waldenu…” nie spełniła oczekiwań autora, który przez całe życie imał się przeróżnych zajęć, jako absolwent Harvardu pracował między innymi jako stolarz i nauczyciel, z której to pracy zrezygnował prawdopodobnie dlatego, że był gorliwym przeciwnikiem cielesnego karania swych uczniów. Pomagał również ojcu w fabryce ołówków, gdzie pył grafitowy bardzo przyczynił się do szybkiego rozwoju gruźlicy, która w połączeniu z ciężką pracą i nie zawsze zdrowym trybem życia spowodowała, że zmarł on bardzo młodo bo w wieku czterdziestu czterech lat w swoim ukochanym, rodzinnym miasteczku Concord, z którym związał całą swoją egzystencję.

Henry David Thoreau, „Walden, czyli życie w lesie”, Tłum.  Halina Cieplińska, wydawnictwo REBIS, Warszawa 2011, s. 344

Autor: Przemysław K.

Pusty świat pełen przyjaciół

Obudzeni

Arabska wiosna – temat, który w ostatnim czasie zdominował wszystkie media informacyjne na całym świecie. Temat, który dzisiaj, wraz z powolnym ustawaniem demonstracji, powoli zaczyna odchodzić w niepamięć został nam bez ostrzeżenia przypomniany dzięki pierwszemu w Polsce zbiorowi reportaży opisującego te wydarzenia.

„Mój brat obalił dyktatora” to tom zbierający w sobie czternaście krótkich tekstów szefa działu zagranicznego i redaktora „Rzeczpospolitej”, Aleksandra Kaczorowskiego. Na pierwszy rzut oka najciekawsze (choć w tym kontekście słowo to nie powinno być raczej używane – za wszystkim o czym tutaj przeczytamy kryją się tragedie, których ogrom bardzo trudno pojąć) wydają się te traktujące o początkach tej rewolucji. Wielu zapewne zainteresuje jak to się stało, że w tak krótkim czasie proces ten ogarnął tak wiele krajów.

Jak wiemy wszystko rozpoczęło się w Tunezji, gdzie 17 grudnia 2010 roku sprzedawca uliczny warzyw i owoców, Mohamed Bouazizi, dokonał samospalenia po tym jak „Został spoliczkowany na oczach innych sprzedawców i klientów. I to przez kobietę w mundurze policyjnym” (s. 5). Jak dowiadujemy się z ostatniego tekstu, zamykającego klamrą wszystkie poprzednie, i tutaj nie wszyscy są zgodni co do takiego przebiegu wydarzeń. Policjantka bowiem, gdy wyszła z więzienia oczyszczona z zarzutów, postanowiła ujawnić swoją wersję. „Nie spoliczkowała Buaziziego, to on ją chwycił za rękę i zranił, gdy usiłowała go zmusić do opuszczenia placu, gdzie handlował [mężczyzna handlował nielegalnie, wielokrotnie musiał uciekać przed policją – przyp. mój]. Nie śmiałaby spoliczkować mężczyzny, to w konserwatywnym arabskim środowisku niemożliwe, mówiła, choć przecież tę wersję rozpowszechniały też znające realia media tunezyjskie.” (s. 156). Mężczyzna zmarł osiemnaście dni po tym jak się podpalił. Z opisu jaki przeczytamy w tej książce trudno wyobrazić sobie jego sytuację, która zmusiła go do tak drastycznego w skutkach czynu. Żył w mieście gdzie bardzo trudno było zdobyć pracę, bezrobocie wynosiło ponad trzydzieści procent, a jego podania o pracę były notorycznie ignorowane. Zarabiał około stu pięćdziesięciu dolarów miesięcznie, z których musiał utrzymać swoją rodzinę (matkę i pięcioro rodzeństwa). Wielu również poważało go za to, iż biednym rodzinom dostarczał za darmo owoce i warzywa. Wielokrotnie był prześladowany, regularnie konfiskowano jego majątek i towar przeznaczony na sprzedaż.

W drugim tekście autor porusza problem Koptów, którzy są rdzennymi potomkami dawnych Egipcjan, mieszkających na terenie Egiptu jeszcze przed najazdami muzułmańskimi. Teoretycznie ludzie ci mają te same prawa co wyznawcy islamu, jednak praktyka pokazuje, że nikt nie kryje się z ich prześladowaniem, w których główne skrzypce odgrywa Stowarzyszenie Braci Muzułmanów. Ludzie z tej organizacji deklarując wolność wyznania wszystkich obywateli jednocześnie przypominają, że według konstytucji islam jest religią państwową. „Egipt to najważniejszy kraj arabski, dumny z faraonów i jednej z najstarszych cywilizacji. To kuźnia idei świata arabskiego, stąd pochodzą i fundamentalizm, i nacjonalizm arabski. (…) To tutaj powstają filmy, oglądane przez Arabów od Kuwejtu po Maroko. Tu żył jedyny arabski laureat literackiej Nagrody Nobla Nadżib Mahfuz.” (s. 26) I tutaj ludzie postanowili sprzeciwić się władzy. 15 lutego rozpoczęły się protesty, które następnie przerodziły się w wojnę domową. A dzisiaj, po obaleniu rządzącego czterdzieści dwa lata dyktatora, władza przeżywa swoją transformację, a nam wypada tylko życzyć im jak najlepiej i w miarę możliwości pomóc.

Najbardziej jednak poruszył mnie reportaż traktujący o hymnie rewolucji libijskiej, który z czasem stał się pieśnią wolności dla wszystkich poruszonych rewolucją krajów arabskich, a Radio wolna Libia transmitowało go w przerwach pomiędzy wiadomościami z frontu. Autorem utworu „Saufa nabka huna” jest Adel El Mshaiti, który „napisał ją w 2005 roku na zakończenie studiów medycznych w Trypolisie.” (s. 39). To wspaniałe jak wielu wykształconych młodych ludzi, chcących pracować i zakładać rodziny, walczy o przyszłość swoją i swoich dzieci. Niekiedy jednak taka walka może przerodzić się w religijny fanatyzm. Jerzy Haszczyński porusza także temat Umara Faruka Abdulmutallaba, który współpracując z Al-Kaidą chciał odpalić bombę na samolocie lecącym z Amsterdamu do Detroit w Boże Narodzenie 2009 roku. Na szczęście zamiar ten się nie powiódł, a  młodzieniec 12 lutego 2012 roku został skazany na dożywocie.

Jednak najwięcej uwagi autor poświęca sytuacji w Strefie Gazy, która nie jest uważana ani za część jakiegoś kraju, ani za odrębne państwo. Obszar ten jest bardzo niewielki: ma jedynie 360 kilometrów kwadratowych, jego długość wynosi 41 kilometrów, a szerokość od 6 do 12 kilometrów. Pozostaje zależny od Autonomii Palestyńskiej i Izraela, kontrolującego przestrzeń morsko-powietrzną. W rzeczywistości jednak rzeczywistą władzę sprawuje radykalna islamska organizacja Hamas (zwana także Islamskim Ruchem Oporu) chcąca stworzyć państwo, które miałoby istnieć aż od Morza Śródziemnego po rzekę Jordan. Za swojego największego wroga uważają Izrael. I w tym przypadku Aleksander Kaczorowski nie waha się przytoczyć wypowiedzi jednego z napotkanych tam ludzi: „Z naszymi sąsiadami, zazwyczaj muzułmanami, żyjemy jak bracia. Między nami nic się nie zmieniło, ale gdzieś dalej rzadko wychodzimy. Jak już możemy, to żona zakłada na głowę chustę, której przed nastaniem Hamasu nigdy nie nosiła – opowiada gospodarz, łysawy, zgarbiony czterdziestokilkulatek. Prosi, by nie podawać nawet jego imienia. Są prawosławni. Poza nim i żoną cala jego rodzina wyjechała z Gazy na Zachodni Brzeg Jordanu. Stamtąd od palestyńskiej administracji uznawanej przez Zachód dostają pieniądze na przeżycie, bo pracę w urzędach porzucili, gdy Hamas doszedł do władzy. Rządzi niepodzielnie od ponad trzech lat, choć rządów tych nie uznają świat zachodni i jego sojusznicy.” (s. 87-88)

Z tych wszystkich wzruszających, a niekiedy przerażających reportaży, których główną osią tematyczną jest walka o wolność, wyłania się jeszcze jeden aspekt, aspekt kulturowy. Pokazuje nam to, jak obecnie skomplikowana jest sytuacja w krajach arabskich. Wiele jeszcze musi się zmienić, aby w tej cywilizacji prawa mężczyzn zostały zrównane z prawami kobiet, nieustannie uświadamianych o swojej niższości. Największym problemem jest ich ubiór. Według tradycji islamu niektóre części ciała kobiet nie mogą być widoczne dla nikogo oprócz danej osoby i jej współmałżonka –  niezakryte powinny pozostawać tylko dłonie i twarz.

Autor: Przemysław K.

Jerzy Haszczyński „Mój brat obalił dyktatora”, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012, s. 192

Obudzeni

Schody pamięci

Melancholijne plamy fragmentarycznej pamięci uzupełnione o opowieści żyjących przodków i współczesne opracowania historyczne – to wszystko pomogło Aleksandrowi Kaczorowskiemu w pracy nad trzema wspaniałymi esejami zebranymi w tomie, który przybrał tytuł jednego z nich: „Ballada o kapciach”. Tytuł bardzo tajemniczy, zaskakujący i dziwny – wymaga więc bardziej wnikliwszej analizy. Jak wiemy ballada ma z definicji łączyć trzy gatunki: epikę, lirykę i dramat,  a jej głównym tematem powinno być coś ważnego, coś co warto opisać. W tym przypadku autor rekonstruuje historię własnej rodziny, umiejscawia ją równolegle w danej epoce oraz charakteryzuje jej rzeczywistość, zarówno obyczajową jak i społeczno-polityczną. To właśnie jedna z takich plam, niby nic nie znacząca, stała się po kilkudziesięciu latach inspiracją do napisania tej książki: „Kiedy miałem kilka lat, ktoś nam przysłał paczkę, a w niej piękne zielone kapcie i kilka fotografii, na których jakieś starsze panie siedziały w otoczeniu nieznanych mi dzieci, w dobrze umeblowanym pokoju z telewizorem w tle. Pewnie już nigdy się nie dowiem, dlaczego właśnie kapcie, domyślam się jednak, że miało to związek z czasami, gdy dzieci na wsi biegały latem boso, a zimą donaszały buty po starszym rodzeństwie.” (s. 28).

„Ballada o kapciach”, esej otwierający zbiór, przybiera niekiedy charakter historyczny, niekiedy obyczajowy, nieustannie zaś pozostaje w sferze gdzie nie trudno o pomyłkę. W dzisiejszym świecie niewielu bowiem ludzi jest pewnych swych korzeni, a niemożliwością jest by sprawdzić wszystkie posiadane informacje. Nawet uważny odbiorca jest w stanie natychmiast pogubić się w ogromnie skomplikowanej genealogii rodziny autora, przedstawionej na pierwszy rzut oka z precyzyjną dokładnością. W pewnej chwili możemy zaobserwować bardzo ciekawy kontrast: autor w barwny i swobodny sposób opowiada o swoim dziadku, aż w pewnym momencie następuje gwałtowne załamanie akcji poprzez wtrącenie rozmowy autora z matką, która zarzuca mu pomieszanie faktów. Aleksander Kaczorowski daje nam do zrozumienia, że nikt z nas nie zdaje sobie sprawy z tego, jak jest podobny do swoich przodków, o których istnieniu nawet nie przypuszcza. Czy na pewno nasze przyzwyczajenia i codzienne „rytuały” są nasze? Jednak nie możemy być pewni jej prawidłowości bowiem i w tym przypadku swój udział miał czas, bezlitośnie zacierający przeszłość. Warto także przytoczyć sugestywny wstęp tej książki, uzupełniający poruszoną powyżej materię: „Kim oni wszyscy byli? Jak naszkicować obraz kogoś, kto nic po sobie nie pozostawił oprócz kilkorga dzieci, paru krzeseł, stołu, kilku brzydkich zdjęć w idiotycznych pozach? Jak odnaleźć w nich cokolwiek, co pozwoliłoby wierzyć, że gdyby jeszcze żyli, coś by nas łączyło?”. Już te pierwsze słowa dają do zrozumienia czytelnikowi na co natknie się podczas dalszej lektury. Natrafi on bowiem na pełen melancholii magiczny kolaż rodzinny ze wszystkimi jego prawidłowościami.

Część druga – „Skład żyrardowski” – opowiada o przemysłowej przeszłości Żyrardowa (gdzie, nota bene, urodził się sam autor). Mało kto dziś wie, że nazwa tej miejscowości pochodzi od nazwiska Filipa de Girarda, który stworzył tam, słynną w XIX wieku, mechaniczną przędzalnię lnu. „Największym odbiorcą miejscowych zakładów była armia rosyjska; z polskiego lnu wykonano tysiące ton par onucy, zużytych podczas wojny z Turcją w 1878 roku (tej samej, na którą jedzie Wroński po samobójczej śmierci Anny Kareniny). Z Żyrardowa pochodziły też lniane opatrunki, które ratowały życie „sołdatom” (…) – wspominał stary robotnik, rozmówca Pawła Hulki-Laskowskiego.” (s. 85-86) Jednak, jak to często bywa w takich przypadkach, coś musiało w końcu się popsuć. Minister skarbu Władysław Kucharski w 1923 roku sprzedaje praktycznie za bezcen cały zakład, wraz z jego majątkiem, Marcelowi Boussacowi, francuskiemu potentatowi tekstylnemu. Sprytny przedsiębiorca „celowo doprowadził fabrykę na skraj upadku, ograniczał produkcję i setkami zwalniał robotników. Jednocześnie sprowadzał gotowe wyroby ze swoich zakładów we Francji, etykietował je w Żyrardowie i rzucał na rynek jako tamtejsze. A wszystko to pod hasłami „reorganizacji pracy” i „racjonalizacji produkcji.”” (s. 106) Nawet Czesław Miłosz, wówczas dwudziestojednoletni, wstrząśnięty całą sytuacją napisał na ten temat wiersz zatytułowany „Przeciwko nim”, w którym czytamy: „Tu jest nędza. Tu jest krzyk głodnych mas. / Tu jest rozpacz co ściska gardło. / W ciemnych dymach i w groźny czas / dniem i nocą / huczał / Żyrardów (…) Dziś / jeśli prasa pisze o Żyrardowie / Nie wierzajcie jej. Prasa łże. (…) Nieraz / dobrze napuchły portfele grzecznych ministrów, / jedwabnymi banknotami / płacono prasowym koncernom. (…)” (wiersz został również zacytowany w opisywanej pozycji na stronach: 110-111). Dziś wszystko to zostało już całkowicie zapomniane. „Mimo że sprawa śmierdziała na kilometr, a prasa całymi latami wyciągała na światło dzienne szczegóły przekrętu, władze zamiatały to wszystko pod dywan w imię strategicznego sojuszu z Francją.” (s. 107) Historia ta została uzupełniona o liczne cytaty krajana Aleksandra Kaczorowskiego – Pawła Hulki-Laskowskiego, wybitnego polskiego pisarza i tłumacza, który przełożył na polski dzieła tak wybitnych pisarzy jak: Jonathan Swift, James Fenimore Cooper czy Karel Čapek. Ostatni esej traktuje o Grodzisku Mazowieckim – miasteczku w którym starły się dwie kultury, polska i żydowska, mieście gdzie czas okupacji spędził powieściopisarz Stanisław Rembek, również całkowicie zapomniany.

Pozornie książka ta wydaje się „o wszystkim i o niczym” (i z takim poglądem „niestety” wielokrotnie się spotkamy śledząc krytyczne teksty na temat tej pozycji), faktycznie zaś jest zlepkiem przeróżnych, dłuższych i krótszych, wzmianek o dawnych realiach życia, o dawnej Polsce. Autor udowadnia nam, że nawet zwyczajne miejsca, zwyczajni ludzie, mijani codziennie na ulicy mogą ukrywać w sobie interesującą historię, która nie zasługuje na zapomnienie. Pozwólmy jej trwać także dzięki literaturze, która jeszcze niejedno przetrwa.

Autor: Przemysław K.

Aleksander Kaczorowski „Ballada o kapciach”, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012 s. 176

Schody pamięci

Hiperliteratura

Artyści i osoby kształtujące obraz kultury od dawna poszukują nowych sposobów na wyrażanie siebie. Od dawna proces ten stał się również udziałem twórców literatury. Dzięki temu narodził się hipertekst, czyli pewnego sposobu organizacji tekstu (którego najmniejszą cząstką jest leksja – pojedynczy fragment, niezależna i zamknięta całość) niemający żadnej określonej struktury i z góry określonej kolejności czytania, która w zupełności zależy od czytelnika wybierającego hiperłącza (odnośniki), kierujące go do dalszych partii utworu. Oczywiście zdarzają się także i w tej materii wyjątki. Dotychczas nie wykształciły się ogólne zasady tworzenia tego typu dzieł, więc artyści, inspirujący się przede wszystkim literacką awangardą ubiegłego wieku (za przykład warto podać, składającą się z 155 krótkich rozdziałów, „Grę w klasy” Julio Cortázara z 1963 roku) mogą bezgranicznie wykorzystywać swoją wyobraźnię, podsuwającą im coraz to nowe pomysły. Widzimy więc, że hipertekst (i hiperliteratura) to zjawiska, które rozwijają się na naszych oczach i warto rozwijać przebieg ich burzliwego rozwoju. Już w samym wstępie do opisywanej pozycji, który został napisany przez Piotra Mareckiego i Mariusza Pisarskiego, czytamy: „Literatura elektroniczna to termin – kameleon. W ciągu trzech ostatnich dekad próbowano nim opisać różnorodne zjawiska (…). W niniejszej książce sięgamy do pierwotnego użycia tego terminu, w znaczeniu, jaki nadali mu pionierzy literackiego eksperymentu w nowych mediach. (…) Literacka przygoda z komputerem, utrzymana w duchu awangardowej rewolty, skierowana była przeciwko ograniczeniom, jakie słowu pisanemu przez stulecia narzucał druk. Jej efektem była proza i poezja nielinearna, nastawiona na wybór czytelnika i zapraszająca do „gry w klasy” przez ekranem komputera.” (s. 6).

Prawdopodobnie zaczęło się od Michaela Joyce’a (urodzonego w 1945 roku amerykańskiego pisarza), który postanowił swoją nową książkę napisać w całkiem innej konwencji niż dotychczasowa. Dotarł więc do Natalie Dehn, pracownika Laboratorium Sztucznej Inteligencji, która próbowała w delikatny sposób ostudzić jego zapał przez udowodnienie mu, że realizacja takiego projektu jest w tym momencie całkowicie niemożliwa. Jednak, po pewnym czasie, udało się mu nawiązać kontakt z J. D. Bolterem i Johnem Smithem. Dzięki połączeniu wspólnych sił i zamiłowania do nowych form przekazu stworzyli program komputerowy o nazwie Storyspace (pierwszego programu służącego do tworzenia/czytania hipertekstów) i stworzyli „afternoon, a story” (opublikowanej przez wydawnictwo Eastgate Systems) – powieści napisanej w 1987 roku, która uważana jest za pierwszą fikcję hipertekstową. Na uwagę zasługuje również wypowiedź Joyce’a, która została również przytoczona w tej pozycji: „Dorastałem w polsko-amerykańskim mieście Buffalo, w stanie Nowy York, i Polacy znajdowali się nie tylko pośród moich pierwszych przyjaźni i miłości, ale też pośród pierwszych poetów i pisarzy, z którymi dyskutowałem na temat literatury.” (s. 14). Autor tekstu na temat twórczości Michaela Joyce’a (nota bene twórca portalu i magazynu Techsty, który odgrywa ogromną rolę w informowaniu polskich czytelników o zjawisku hipertekstualności) zwraca naszą uwagę także na inne dzieła tego artysty; komentuje między innymi „Twilight, a symphony” (wydany w 1997 roku, dotychczas ostatni, hipertekst Joyce’a uzupełniony o sferę multimedialną), „WOE” (z 1991 roku) oraz „Twelve blue” (także z 1997 roku). Następnym esejem jest omówienie dorobku Marka Ameriki (ur. w 1960 roku), którego sztandarowym dziełem stał się „GRAMMATRON”, pierwsza część projektu „Net art trilogy”. Jego następne części to „PHON:E:ME” (skonstruowany na podstawie nagrań mp3) i „FILMTEXT” („Składały się nań projekty net artowe, instalacja muzealna, album mp3, e-book i seria performance’ów.” [s. 34]). Na chwilę obecną artysta ten realizuje przedsięwzięcie pod nazwą: „Foreign Film Series”, jest to seria filmów improwizowanych, nagrywanych kamerą wbudowaną w telefon komórkowy. Pozostaje nam tylko zgodzić się z Ewą Wójtowicz, autorką tego artykułu, która zauważa, że „Mark Amerika jest zatem artystą nie tylko internetowym, lecz twórcą multimedialnym w pełnym tego słowa znaczeniu.” (s. 39). Bohaterami kolejnych tekstów są: Stuart Moulthrop (urodzony w 1957 roku autor wielu eksperymentów w dziedzinie literatury hipertekstowej, z której najsłynniejszy to „Victory garden” z 1991 roku, uznawany za klasykę gatunku), Judy Malloy (autorka m. in. „l0ve0ne” [z 1994 roku; polskie tłumaczenie: „k0cHacK0g0s”] znana przede wszystkim z licznych nawiązań do swojej biografii), Shelley Jackson (rocznik 1963) oraz Johannesa Auera (znanego sieciowego prowokatora i artysty, który swoją wystawę miał także w Polsce). I gdy tak czytamy cały czas o autorach zagranicznych nietrudno w pewnym momencie zwątpić w naszych rodzimych twórców. Jednak trzy ostatnie omówienia zostały poświęcone Polakom: Robertowi Szczerbowskiemu (urodzony w 1959 r.), Radosławowi Nowakowskiemu (ur. w 1955 twórca „Liberlandii”) i Sławomirowi Shutemu (rocznik 1973, autor pierwszej polskiej powieści hipertekstowej „Blok”).

Bardzo trudno ocenić w sposób całościowy wszystkie zamieszczone tutaj omówienia, ponieważ stykamy się z tekstami dziewięciu badaczy, którzy na dobrą sprawę przyjęli różne sposoby prowadzenia rozważań. Uważam jedynie, że warto by było dokładniej opracować materiał graficzny, który w niektórych tekstach albo nie został rzetelnie oznaczony, albo jego jakość całkowicie dyskwalifikuje jego odczytanie.

Autor: Przemysław K.

Opracowanie zbiorowe (Autorzy: Emilia Branny, Małgorzata Dawidek Gryglicka, Piotr Marecki, Urszula Pawlicka, Mariusz Pisarski, Agnieszka Przybyszewska, Joanna Roszak, Dorota Sikora, Ewa Wójtowicz) „Hiperteksty literackie. Literatura i nowe media”, Korporacja Ha!art, s. 176

Hiperliteratura

Psychika współczesności

„Głos” to już trzecia wydana w naszym kraju książka Arnaldura Indriðasona, chyba najchętniej czytanego pisarza w Islandii, którego utwory zostały dotychczas przetłumaczone na ponad dwadzieścia pięć języków. Jest ona jednocześnie szóstą częścią bardzo popularnego cyklu kryminałów opowiadającego o losach komisarza Erlendura i jego dwóch pomocnikach: Elinborg i Sigurdurze Olim.

Tym razem muszą rozwikłać zagadkę morderstwa Gudlaugura Egilssona, pięćdziesięcioletniego portiera odnalezionego w zapomnianym przez wszystkich skromnym pomieszczeniu hotelu, gdzie przepracował wiele ostatnich lat swojego życia. Nikt z otaczających go ludzi nawet nie podejrzewa, że niegdyś, w latach swojej młodości, wielu dostrzegało w nim ogromny potencjał. Jako solista chóru chłopięcego obdarzony niepowtarzalnym talentem i ogromnymi predyspozycjami wokalnymi stał się gwiazdą dziecięcą. Niestety, nigdy nie dane mu było poznać swojej prawdziwej wartości – osaczający go rówieśnicy stale mu dokuczali, zazdroszcząc mu pięknej pasji, dalekosiężnych celów i osiągnięć, których oni nigdy nie mieli dokonać. Wynikający z tego nieustanny brak pewności siebie został spotęgowany na dodatek śmiercią matki będącą jedyną osobą, której w pełni ufał. Despotyczny ojciec zabrał mu dzieciństwo, pozbawił najpiękniejszych chwil życia, a kontakty z topniejącym w oczach gronem kolegów ograniczył jedynie do szkoły, gdzie chłopiec był ciągle zastraszany i brutalnie bity. To właśnie ten rodzic, który wszystkie swoje niezrealizowane ambicje życiowe przeniósł na syna, zniszczył w nim radość z życia, mającego być jedynie sposobem na wykonanie jego wygórowanych oczekiwań. Chciał, aby jedynym znanym światem dla jego dziecka stała się rzeczywistość przepełniona muzyką, żądzą pieniędzy i nieograniczonej sławy z której mógłby czerpać całymi garściami.

Chłopiec będąc stale uświadamiany, że o swoich problemach nie może nikomu powiedzieć, a wszystkie doznane szykany musi potulnie znosić na rzecz przyszłego sukcesu, stał się coraz bardziej wyizolowany i zamknięty w sobie. Jednak, jak to zwykle bywa w takich historiach, podczas ostatniego przełomowego występu młodzieńca natura dała o sobie znać. Dzięki nieuchronnemu dojrzewaniu oraz niepowstrzymanym prawom przyrody dziecko straciło swój anielski głos, za który tak wiele osób jednocześnie go podziwiało i nienawidziło. Nigdy nie dane mu było być sobą, a gdy stał się dorosły, pamiątką dawnych, nieszczęsnych chwil, zostały dwie wydane przez niego płyty, będące obiektem poszukiwań zagranicznych kolekcjonerów, którzy byli w stanie zaoferować każdą sumę, by choć w niewielkim stopniu zasmakować dzieło artysty skazanego na bezpowrotne zapomnienie. Policjant Erlendur od razu domyśla się, że kluczem do rozwiązania zagadki morderstwa jest odkrycie całej prawdy o przeszłości zapomnianego solisty, który został okrutnie skrzywdzony przez rzeczywistość w jakiej przyszło mu żyć i ludzi, nie mogących dosięgnąć jego prawdziwej osobowości.

Druga książka, o której pragnę tutaj wspomnieć, to „Szlak kości”, debiutancki kryminał archeologiczny brytyjskiej pisarki Elly Griffiths i jednocześnie pierwsza część jej bardzo dobrze zapowiadającego się cyklu o przygodach Ruth Galloway. Jest samotną, czterdziestoletnią kobietą, która mieszka w pobliżu Słonych Błot, bagien położonych w skrywającym wiele tajemnic hrabstwie Norfolk we wschodniej Anglii. To właśnie w tym znienawidzonym przez wszystkich za swą nieodgadnioną tajemniczość miejscu główna bohaterka odkrywa starodawny krąg rytualny, pochodzący jeszcze z epoki brązu, uważany przez ludność prehistoryczną za miejsce święte, ośrodek kultu i punkt złączenia nieba z ziemią. W tym samym czasie w nieznanych okolicznościach ginie Lucy Downey, a problem jej zniknięcia próbuje rozwiązać inspektor Harry Nelson, ambitny i szorstki w obyciu funkcjonariusz, który po dziesięciu latach nieudanych poszukiwań odnajduje w pobliżu miejsca dawnego archeologicznego znaleziska szczątki dziecka. Mając nadzieję, że to kości zaginionej dziewczynki prosi o pomoc Ruth, wykładowcę małoznaczącego uniwersytetu specjalizującego się w archeologii sądowej. Kobieta, ku udręce policjanta nękanego przez dziennikarzy, żądających rozwiązania dawnego śledztwa, klasyfikuje kości jako pozostałość ofiary złożonej ponad dwa tysiące lat temu pradawnym bogom. W międzyczasie ginie kolejne dziecko, a pomiędzy główną bohaterką i policjantem rodzi się dziwna więź. Dzięki tej fabule wyłania się bardzo interesujący profil psychologiczny głównej bohaterki. Ruth jest bardzo rozgoryczona, przytłacza ją stale pogłębiana samotność, z którą nie umie sobie poradzić, boi się otaczających ją ludzi, nieudolnie szuka u nich zrozumienia, a jednocześnie nie chce z nimi nawiązywać kontaktu wiedząc, że nie sprostałaby ewentualnemu odrzuceniu. Jest świadoma tego, iż z kretesem zmarnowała całe swoje dotychczasowe życie, a świadomość pewna swych wad nie próbuje z nimi walczyć, akceptując je. Ucieka od swojej katolickiej rodziny, hołdującej całkiem odmiennym życiowym ideom i nie mogącej pojąć jej hermetycznego świata, w którym nie ma miejsca dla kochającego męża i dzieci, a ich rolę spełniają dwa koty.

Wbrew pozorom jest to bardzo interesująca opowieść, jednak wyłączenie na poziomie konceptu; bardzo widoczne jest tutaj „piętno” debiutu – autorka nie nabyła jeszcze, bardzo ważnej w tym gatunku, umiejętności stopniowania napięcia i powolnego, lecz skutecznego, wprowadzania nowych elementów. Jednak książka ta bardzo dobrze rokuje na przyszłość – zakończenie jest bardzo burzliwe i choć praktycznie od początku czytelnik jest wstanie zidentyfikować mordercę pozycja ta zawiera wiele ciekawych zagadek, co wskazuje na to, że Griffiths dzięki pracy włożonej w tę historię wiele się nauczyła. W takim razie należy zastanowić się nad tym, czy zabieg skrytego wskazania czytelnikowi mordercy nie był z góry zamierzony? Moim zdaniem postać zakompleksionej kobiety jest jedynie pretekstem do ukazania istoty współczesnego życia, w którym wielu ludzi może ukrywać się ze swoimi psychicznymi problemami raniąc tym (często w sposób bezpośredni) otaczające ich społeczeństwo. Współczesne kryminały, dzięki stałemu wzrostowi miłośników, coraz częściej przejmują rolę literatury społecznej, mającej na celu uzmysłowienie nam, że codzienną rzeczywistością rządzą prawa, na które ludzie nie mają żadnego wpływu, a większość otaczających nas osób zostało obdarzonych tak skomplikowanym charakterem, że bez pomocy kogoś z zewnątrz sami nie mogą dać sobie rady ze swoim życiem. Czy celem tych dzieł nie jest tak naprawdę doprowadzenie odbiorcy do wstrząsającego zakończenia w którym wraz z autorem dosięga on prawdy będącej próbą zwrócenia uwagi na ważny problem dzisiejszego świata?

Autor: Przemysław K.

Arnaldur Indriðason „Głos”, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2011 s. 338

Elly Griffiths „Szlak kości”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011 s. 357

Psychika współczesności