Na tle wielu ostatnich debiutów poetyckich wyróżnia się książka Macieja Bobuli Wsie, animalia, miscellanea, która na płaszczyźnie wyznaczanej przez trzy tytułowe obszary eksploruje różne wątki związane z miejscem człowieka w chaosie ponowoczesności. Punktem wyjścia jest hipoteza mówiąca o tym, że beznadziejna kondycja ludzkiego „ja” – według definicji poety – wynika z odebrania samemu sobie przywileju myślenia, wyrzeczenia się prawa do samoświadomego ustanawiania swego „ja” i zdania się na tryby kapitalistycznej maszynerii. Chcąc się w tym odnaleźć na poziomie życia świadomego, podmiot tych wierszy wstępuje do świata ciszy i melancholii. Skupia się na ponurej, choć rozgorączkowującej beznadziei polskiej wsi: nie-miejsca upadłego i rozdygotanego, błotnisto-zabobonnego, pięknego w przybliżeniu i zniechęcającego z oddali, ale zawsze pełnego chwały. Regionalizm Bobuli jest maksymalizmem – konstruuje on poetycką mitologię wsi, szuka jej ideowych zworników i symbolicznych ognisk, choć w tym procesie – jak domniemuje – stale umyka mu cenna „reszta”, stąd całość naznaczona jest brakiem, różnicą: „wybacz mi, / kastorze i polluksie – psy, / (…) gdy pisałem reportaże, / bibliografię polskiej wsi, / na śmierć w niej zapomniałem / uwiecznić moje ćmy, / z wielisławia wielkie ćmy”. Chodzi tu tylko o specyficzną wieś polską i model patriotyzmu, który z nią jest związany. Według Bobuli jest to takie przywiązanie do własnego kraju i narodu, które akceptuje powierzchowność, bylejakość i ideową pustkę. Dzięki tej ostatniej umiłowanie tego, co własne widoczne jest bardziej we frazeologii traktującej o czynach i szumnych deklaracjach niż w faktycznej działalności obywateli: „polską wypełnione białe ściany, / zalepione kitem. // (…) dookoła mur zaciska się / jak sznur. // my chcemy boga, / my chcemy, / my”. Wsi jest wiele, każda z nich jednak uruchamia inny typ wrażliwości, inną optykę. Człowiek zaś perwersyjnie nasyca się swym opresyjnym stosunkiem do „animaliów” („szaraka w dolinie”, „rozsierdzonego gniewosza”), gdy są one doskonalsze od niego. Mają bowiem swój mikroklimat i mikrosferę, której nie muszą nikomu zagarniać. Egzystują dzięki drapieżnictwu, symbiozie bądź pasożytnictwu, ale zawsze w środowisku sobie pisanym. Ich przestrzeń nie jest w sposób uprawomocniony możliwa do zasiedlenia przez człowieka, tym bardziej że ludzkość nie bierze na poważnie podstawowych praw w niej panujących, nie widząc intelektualnego pożytku w cykliczności natury i traktując ją tylko jako absurdalną konieczność („wiosną obierki, / latem obierki, / jesienią obierki, / zimą obierki // są. // w nich mam upodobanie”).
Na ratunek ludzkiej bezmyślności przychodzą momenty oprzytomnienia, takie chwile tragiczne, w których los z całą brutalnością oddziałuje na delikatne ciało człowieka: „to mogło wydawać się niemożliwe, acz / stało się – / brona przebiła człowieka”. Podmiot tych wierszy jednak nie dochodzi na tej podstawie do wniosku, jaką cenę ludzkość płaci za próbę ujarzmienia przyrody oraz nie widzi w tym przejawu tak powszechnej przecież instrumentalizacji i reifikacji. My – ludzkość, zapamiętale niszcząc i pomniejszając, w istocie uciekamy od zjawisk mogących przynieść prawdziwe poznawcze olśnienie i nie zauważamy tego, co wydarzyło się po to, by nas poruszyć: „to stało się (…) / gdy nikt nie patrzył, gdzieś w oddali ktoś malował płot, / ktoś zakładał lampę światłoczułą, przed i po / trwała długa, niespieszna cisza”. Wiersze te pokazują, że nie potrafimy wyzyskać tego, co nam się przedstawia i nie widzimy korelacji między „wsią piękną, wsią zieloną” a toczącym się w niej nie-życiem: dogorywaniem i chwytaniem się każdej brzytwy, by utrzymać się na powierzchni życia, nawet za cenę etyki. Zdaniem Bobuli nie ma dziś szans na osobniczość, nie można stanąć w miejscu, oderwać się od rzeczywistości ogólnej, dokończyć fascynujących nas zadań kosztem innych, bardziej potrzebnych i zanurzyć się w świat zaprojektowany tylko przez siebie i dla siebie. Nasze widzenie nie jest zaangażowane, a właściwy nam ego- i antropocentryzm są podobne uzależnieniom, które ograniczają i wypaczają obraz dookolności. Z kolei ci, którzy zamiast zaufać doświadczeniu, oddali się używkom i otumanieni snują się po dróżkach wsi tu charakteryzowanych, wbrew pozorom podzielają los wszystkich innych, rzekomo trzeźwo patrzących, i także śnią na jawie. Gdy wznoszą się ku Nieznanemu, przyciąga ich grawitacja. Gdy stawiają odważny krok i idą w stronę niebezpiecznej i nęcącej wizji, upadają, albo potykając się o własne nogi, nie będąc dość przygotowanymi, albo nieświadomie dokonując autodestrukcji swego ciała. Takim przypuszczeniom w poetyckich „wsiach” sekunduje rozziew między twierdzeniem o byciu przez człowieka „krwią świata”, a niewiedzą na temat tego „po co” się jest. Wiele tu takich znaczących niezgodności. Nie mówi się w tych wierszach o przeszłości – tym bardziej wtedy, gdy wypełniają ją historie nie do opowiedzenia. O swym istnieniu chce się zapomnieć – choć (samo)świadomość twierdzi co innego i stale dopomina się o pierwszoplanową rolę. Grzechów zaś nie da się usunąć z pamięci, dlatego liryczne „ja” stara się o zbawienie na swój ludzki i karkołomny sposób.
Kwestia rozłożenia akcentów zaangażowania w tych wierszach jest skomplikowana. Dość powiedzieć, że światopogląd podmiotu poetyckiego mieści myśl o pochodzeniu z narodu, który usnuł siebie na mesjanizmie – micie szczególnego, boskiego posłannictwa. Połączone jest ono z ofiarą krwi, zaświadczaniu o swojej wyjątkowości poprzez wiarę i cierpieniu z powodu bycia za dobrym w kontekście ideowych, ekonomicznych i geopolitycznych warunków, w których przyszło człowiekowi się rozwijać: „a potem leży na mapie jak nawóz / którego gleba nie chce przyjąć”. Zwykle ta wyjątkowość – i w tym tkwi cały tragizm – nie licuje z praktyką, z zachowaniem obywateli tego „wybranego” narodu, deprawujących ideały opiewane przez polskich wieszczy. W tych okolicznościach, gdy świat znajduje się w błędnym kole i pożera sam siebie, poeta dokumentuje marazm i nieczułość na impulsy mające wywoływać radość. Nie może zniwelować ziemskich ograniczeń oraz wypracować sieci metafor wyjaśniających doświadczenie i rozwiązujących dylematy egzystencjalne. Choć praktyka poetycka zobowiązuje go do zaangażowania się w substancję świata, to realia, z którymi podmiot-poeta musi się tu mierzyć, wymuszają na nim rewizję stosunku do realności i przejście od myślenia utopijnego do pragmatyczno-utylitarnego: „brak języka, żeby wyrazić coś naprawdę ważnego, / przestrzeń nie do przejścia między mną a innymi, / i głucha cisza, gdy głośno krzyczę”. Wiedząc, jak wielką wagę ma liryczne słowo, Bobula uprawia coś na kształt pozytywnej „publicystyki” poetyckiej, dając drugie – literackie życie temu, co niezauważone zamiera na rodzimej wsi. Równocześnie zwraca poeta uwagę na czające się na polskich peryferiach symboliczne niebezpieczeństwa, które zamiast przepracować, z uporem zasnuwamy mgłą niepamięci i wypieramy do nieświadomości. „Wsi”, „animaliów” i pokoju na świecie ocalić się nie da – to smutna prawda, która przeziera z każdego wersu tego tomu, z każdego poetyckiego twierdzenia.
Wewnętrzne życie gołębi, kur i kotów to kwestia równie dla nas enigmatyczna, jak transcendencja, dlatego poeta – sprzeciwiając się wykluczeniu przez nowoczesność organiczności świata – ciekawie przedstawia naszą bezradność w podejściu do innych istnień, wyrażając mimochodem niezgodę na symulowanie przez ludzkość swej omnipotencji i ukrywanie tego, co ją przerasta. Współczesne środowisko naturalne, w którym dosłownie wyraża się nasze upodobanie do zabijania i niszczenia, jest opisywane jako współgrające z ogólnym utożsamieniem przez liryczne „ja” teraźniejszości z epoką rozpruwania ciał i przeszczepiania organów, a więc podejmowania doraźnych prób przetrwania bez kompleksowego szacunku do przyrody. W tych warunkach człowiek przyjąć może dwie postawy. Albo jest antytezą dekoracji, zawadzającą i zepsutą zabawką, przeciwieństwem ideałów obecności bytu w świecie, albo skupia się na „odczynianiu” przeznaczenia, próbuje przebłagać niewyrozumiały świat, zwalcza swój nihilizm i gra oryginalne indywiduum: „podnieśliśmy wibracje i jesteśmy / na innym poziomie duchowym i robimy / wszystko tak, że nawet jak robimy to samo, / to każdy robi to inaczej (…) / każdy jest inny / i każdy wspaniały”.
Poetyckim osiągnięciem Bobuli we Wsiach, animaliach, miscellaneach jest połączenie i potraktowanie ze zdwojoną mocą tych przedmiotów wymagających krytycznego osądu, które we współczesnej poezji są na ogół rozproszone i rehabilitowane. Na różnych etapach tomu stopniowo ludzkie ciało przeistacza się w „kompost”, sensy rozpuszczają się w bezznaczeniowości (pustce) oraz nasila się ekshibicjonizm i hedonizm. Zjawiska te – zdaniem lirycznych „ja” – są następstwem wzrostu temperatury naszej planety, podgrzewanej przez ludzkość niedostrzegającą sprzeczności w swych dążeniach, zawężenie bycia do przeżywania cielesności oraz protekcjonalne traktowanie tajemnic metafizyki przez współczesnych intelektualistów. Postać, którą wprowadza poeta w tak ukształtowane uniwersum, żyje dzięki niedopasowaniu, zastaje siebie jakby przypadkowo, w pośpiechu, jest bowiem tylko przechodniem w mieszaninie świata. W tym zdeprawowaniu poezja przestaje liryczne „ja” „krzepić” i „scalać” jego ducha, przez co dotyka go agresja eskalująca w formach coraz bardziej zwyrodniałych oraz zaciera się granica między dobrem a złem. Jego zwrócenie się ku przyrodzie ma więc wymiar terapeutyczny i jego celem jest wystawienie się na bodźce neutralizujące jego zaufanie w fałszywe dziedzictwo antropocenu. Przez tę poezję przemawia myśl o tym, że im większa zmiana zachodzi, tym bliżsi jesteśmy stanowi docelowemu –apokalipsie, dlatego im rzadziej intensyfikują się akty degeneracji, tym większa szansa na pozytywny powrót do pierwotności i egzystencjalnego szczęścia.
Autor: Przemysław Koniuszy
Maciej Bobula, „Wsie, animalia, miscellanea”, Fundacja Duży Format, Warszawa 2018, s. 48
Większe – nowy tom Tomasza Dalasińskiego – otwiera ów idiom na stworzenie metody takiej metody zapisywania swego „ja”, która jest bezkresna: nie stwarza dla samej siebie barier, a gdy natrafia na jakiekolwiek ograniczenia, to traktuje je jak trampolinę do nowych sposobów lirycznego istnienia, obrazowania i wyrażania. Jednak siła, która trzyma przy tradycyjnych dykcjach i zastanych konstrukcjach nie jest tu tylko czymś, co trzeba przezwyciężyć. Choć wszystko zanika w mrokach dziejów, to jednym z nielicznych zjawisk, które mogą przetrwać, są języki, owe idiomatyczne sposoby problematyzowania rzeczywistości i „chwyty” liryczne kiedyś już wypróbowane. Są one czymś, co podtrzymuje ewolucję głosów teraźniejszych i mogą być krytycznym punktem odniesienia we współczesności. Ich dosłowne pochłonięcie, a w konsekwencji przetrawienie, to zanieczyszczenie siebie substancją reagującą tylko z negatywnymi aspektami danego, poszukującego „ja” i pozostawiającą mu wolną rękę w działaniach pozytywnych, twórczych i projektujących nowe porządki poetyckie. Takie paradoksalne oczyszczenie siebie poprzez uprzednie zainfekowanie czymś innym, indyferentnym nie pozwala w Większym na pełne widzenie, każe zapomnieć o pochodzeniu treści posiadanych w świadomości i wzbudza żal za wyobraźniami historycznymi, „mętnymi nieprzejrzystymi”, choć „kuszącymi”. Są one przedmiotem ekscytacji – w końcu zamierzyły sobie cel i w jakimś stopniu go osiągnęły, gdy głos „ja” teraźniejszego jest w kropce lub właściwie na długo przed nią, na samym początku zdania. Większe zrodzone jest więc z permanentnego poetyckiego niedostatku, który próbuje się zaspokoić. Dalasiński ustanawia własne metody kompensowania ludzkich niedoskonałości, przede wszystkim ogniskując swoje wiersze na piętnowaniu obniżenia poziomu estetyczno-ideowego, zwracając uwagę na akty profanacji, egocentryzm, tworzenie sztucznych warstw ochronnych i rozkoszowanie się bezwartościowym pokarmem intelektualnym.
Tom poetycki Polska to dwupoziomowy kolaż, modlitewnik i pamflet w jednym. Z jednej strony to wybór wierszy Marcina Świetlickiego, dokonany z okazji stulecia niepodległości Polski i stanowiący mariaż tekstów różniących się pod różnymi, językowo-wyobraźniowymi względami, ale za każdym razem podejmujących ten sam temat: Polska jako wielopostaciowy organizm, który jest niebezpieczny w swej niejednolitości oraz równoczesnym przyciąganiu i odpychaniu uzależnionych od niej obywateli. Z drugiej strony Polska to nie tylko wiersze, ale również kolaże Alicji Białej, które w figuratywny i często dosadny sposób zestawiają sacrum – symbole polskości z profanum – ich przaśnym, stereotypowym i wypaczonym urzeczywistnieniem, z czego powstają dające do myślenia, ironiczne i budzące radość lub smutek obrazy-montaże. Przedstawiona na takich płaszczyznach wspólnota w Polsce jest problematyczna – wymaga zbyt dużego zaangażowania, które w istocie, w polskich realiach musi być pozorowane i dalekie jest od autentyzmu działania na rzecz ogółu. Świetlicki nie godzi się na kompromisy w tej materii – jest przeciw redukcjonizmowi, nie chce uczestniczyć w świecie na fałszywych zasadach, woli przedrzeźniać rzeczywistość niż pozwolić, by jego gesty egzystencjalne przestały mieć znaczenie nawet dla niego i stracił wiarę w sens czynu twórczego.
W Pierzchających ogrodach głównym problemem jest pamięć miejsc. Dla Bogusławy Latawiec istotne jest podkreślanie, gdzie dokonała się epifania, czyli przestrzenne zlokalizowanie widzenia, które faktycznie wydarzyło się w porządku pozafizycznym, w tropionej przez poetkę transcendencji, co w tych wierszach zostaje ponownie urzeczywistnione i przekazane w formie wyostrzonej i nierzadko dosłownej. Służyć ma to powierzeniu światu na nowo udzielonej nam Tajemnicy oraz pokazaniu, że nie jesteśmy egoistami i potrafimy odnaleźć w sobie skłonność do dzielenia się olśnieniami. Docenianie tego, co na co dzień ignorowane i deprecjonowane jest częścią budowania podstawowego doświadczenia w Pierzchających ogrodach. Polega ono na tym, że życie zaklęte w bytach napotykanych przez podmiot liryczny niejako od niego ucieka, a on musi co rusz je tropić i ponawiać swoje marzenia o dojmującym poczuciu sensowności tego, co go otacza. Na tym polu człowiek wypowiadający się w wierszach rozumie, że tylko z jego wnętrza pochodzą druzgoczące go, negatywne siły, dlatego przygotowuje się do obławy na zło w sobie, w czym hamuje go pozorowana przez siebie bezradność, wymuszająca na nim przeniesienie odpowiedzialności za formy swego indywidualizmu na to, co nieobecne i niebyłe.
Podstawowym walorem lektury Lissy, wzbudzającej wiele emocji powieści, jest obcowanie z niewymuszonym, naturalnym rytmem jej rozwoju. Frazy, którymi posługuje się włoski prozaik, Luca D’Andrea, i powołany przez niego do opowiedzenia tej historii język, są niepodrabialne. Świetnie oddaje to atmosferę, jaka panuje wśród gór, niewyobrażalnych zwałów śniegu i ludzi, którzy próbują ukryć mroczną stronę swego „ja”. Tym samym, w istocie na nieskomplikowanej konstrukcji fabularnej autorowi udało się osadzić niezmierzone bogactwo znaczeń i przemyśleń. Jest to iście wycyzelowana proza, napisana prawie jak gotowy scenariusz filmu, który mrozi krew w żyłach dzięki szybkim zmianom planów akcji oraz skrótowym, choć bardzo oddziałującym na czytelnika zdaniom. Uproszczenia, jakie ktoś mógłby zarzucić autorowi Lissy, są następstwem subtelnego uporządkowania narracji. Jest to literatura nieznosząca elementów zbędnych, zmuszających czytelnika do zbaczania na drogi prowadzące donikąd i skazująca go na meandrowanie. Surowość niektórych fragmentów wyłącznie akcentuje wagę problemów tu opisywanych i grozę, do której wszystko się w Lissy sprowadza. Innymi słowy, autor przejmująco oddaje tragizm doświadczeń bohaterów, dynamikę ich wewnętrznych sporów oraz refleksje natury etycznej. Równie umiejętnie portretuje postaci, którym rola w całej historii nie pozwala na autorefleksję. Egzystencja nie daje im czasu na zastanowienie, dlatego wszystko – tak jak w pozaliterackim życiu – dzieje się tu tak gwałtownie i spontanicznie.
Przejdź do historii to tom wierszy Linn Hansén, który przyniósł jej i jej tłumaczce Nagrodę Wisławy Szymborskiej. Być może jednym z czynników, który o tym zadecydował, było to, że szwedzka poetka – podobnie jak autorka Wołania do Yeti – z różnych stron w sposób niebywale ożywczy i nowatorski spogląda na jedną z najbardziej fundamentalnych kwestii dla naszego myślenia, a mianowicie na historię, oświetlaną przez nią w sposób dotychczas w poezji niespotykany. Według Hansén choć wszyscy myślą historycznie, widząc każde wydarzenie jak osadzone nie tylko w czasie, ale i w przestrzeni, to nikt nie pyta samej historii o to, czym jest lub kim chciałaby się stać. Bez takich pytań i stojących za nimi wątpliwości jest ona oczekiwaniem, wydłużaniem chwili obecnej w nieskończoność, wzdłuż i wszerz, w przyszłość i w przeszłość. Z tego powodu człowiek nierzadko zdaje się tak przez nią zdeterminowany, że wciąż, pomimo kolejnych ruchów, jest na początku swej drogi, jakby każdy jego nowy czyn był całym życiem, nieustannie ponawianym i ograniczanym do ulotnego momentu. Wymusza to na bardzo skrzętnie ukrytych podmiotach Hansén podejmowanie takich działań, które pozwolą im utrzymać się na powierzchni, nie poddać się na tyle wirom historii, by mimo wszystko egzystować i wypowiadać swe myśli. Kluczową spośród tych aktywności jest nieprzerwana konsumpcja, absorbowanie rzeczywistości oraz mimowolne wchłanianie materialnych i niematerialnych „pokarmów”. Ukazywanie tej kompensacji – usiłowania stłumienia pragnień niemożliwych do zrealizowania za pomocą wykonywania pustych gestów, mających na celu wypełnienie pustki – służy poetce w udowadnianiu, że podstawowym walorem historii jest dawanie nam do zrozumienia, że życie zorganizowane jest według następstwa tych etapów: odważenie się człowieka na wyjście poza sferę uznawaną przez siebie za bezpieczną, zmęczenie i podjęcie próby odpoczynku, czyli regeneracji sił, która nigdy nie jest całkowita, za każdym razem okazuje się coraz mniejsza, skazując człowieka na niezauważalne, choć niestety mające miejsce z powodu bycia-ku-śmierci odchodzenie w niebyt, w przeszłość, w historię. By to nihilistyczne przypuszczenie przezwyciężyć, Hansén stara się widzieć swój wiersz jako repetycję – powtórzenie przeszłości i jej ponowne zainscenizowanie. Celem pośrednim jest zaś to, by czytanie poezji stało się przydawaniem umysłowi świadomości, jak wielka jest skala przestrzeni niepojętych, niedocieczonych i pozostających poza tym, co poznane.
Zaczyna się to tom wyjątkowy chociażby dlatego, że nie jest konwencjonalnym zaprezentowaniem nowych wierszy przez poetę o ugruntowanej pozycji na scenie poetyckiej, ale bezprecedensowym ukoronowaniem mającego miejsce pięćdziesiąt lat temu (31 grudnia 1967 roku) debiutu Leszka Szarugi na łamach „Życia Literackiego”. W ostatni dzień ubiegłego roku ukazała się więc książka, w której znów możemy przeczytać o rozdarciu między zaangażowaniem, żywym reagowaniem na tu i teraz, literalnym opisywaniem rzeczywistości a niedosłownością i intensyfikacją figuratywności. W tym sporze w Zaczyna się zdecydowanie wygrywa międzysłowie, czyli nie tylko Niewyrażalne, ile to, co emanujące z przestrzeni pomiędzy słowem a rzeczą, milczeniem a wielosłowiem. Wśród nowych ujęć, niespotykanych w tak wyrazistej formie wcześniej, sytuuje się wzywanie przez poetę do tego, by wszechobecne i ciągle eskalujące zło przezwyciężyć, przekształcić je w jego opozycję – krystalicznie czyste dobro, a tym samym przełamać złą passę człowieczeństwa, tak niechlubnie zdeprawowanego w ubiegłym wieku przy współudziale morderczych ideologii, a dziś ciągle sondowanego w sferze etycznej przez rozliczne „herezje”.
Joanna Lech w swym najnowszym tomie, poprzedzonym przez Trans, mówi o cienkiej granicy oddzielającej jawę od snu oraz o wynikających z tego powinowactwach pomiędzy tradycyjnym poetyckim skrótem a poetyką oniryczno-surrealistyczną. Dlatego w Piosenkach pikinierów dominują niepokój i niepewność, które są związane zarówno z brakiem u lirycznego „ja” jakiejkolwiek pewnej wiedzy co do przeszłych zdarzeń, czy sposobów wykorzystywanych przez realność do spętania jego świadomości, jak i nieokreśloności tego, kim są dla niego otaczający go ludzie, tylko na pozór bardzo bliscy. Siłą tej poezji jest sprawne łączenie wielu perspektyw i źródeł, które razem splatają się w swego rodzaju strumień świadomości. Poetka łączy równolegle myśli podmiotu, opisy jego aktualnej kondycji z relacjonowaniem wszelkich interakcji pomiędzy „ja” i „ty”, przy czym pomiędzy tymi i wieloma innymi warstwami nie sposób często wyznaczyć żadnych granic. Dzięki powstającej tak mieszaninie główny wątek Piosenek pikinierów, a mianowicie miłość, obejmuje swym zakresem wszystkie drugoplanowe uczucia, także tak antagonistyczne, jak nienawiść, która przestaje być czymś osobnym i jawi się wyłącznie jako brak miłości, a więc coś, co w razie uzupełnienia tego defektu, zwyczajnie zaniknie. Innym przykładem tego rezonowania jest to, że wszystko przez „ja” odczytywane jest symbolicznie, zarówno jako oznaka miłości, jak i wieloznaczny sygnał wskazujący między innymi na to, iż właśnie to uczucie nadaje ton istnieniu. Warto odnotować, że może to być następstwem wypowiadanego przez „ja” do najbliższej sobie osoby wyznania „kocham”, które swój pogłos – jako coś w tym tomie najsilniejszego i opisywanego chociażby za pomocą metaforyki powiązanej z ogniem, akcentującej rozprzestrzenianie się uczucia – znajduje na kolejnych poziomach wyznań. Wynikające z tego faktu połowiczne uwielbienie świata, docenienie jego potencjału, tak jak sama miłość wymaga od podmiotu Joanny Lech poświęcenia. Ponadto przedmiotem jej zainteresowania jest każdy obiekt i zjawisko, które znajduje się w horyzoncie dostępnym jej „ja”, choć – rzecz jasna – dokonuje daleko idącej selekcji owego materiału i wybiera tylko to, co mniej lub bardziej słyszalnie „mówi” do powoływanej przez nią do istnienia osoby.
Fundamentalną ideą, wyróżnikiem dykcji Janusza Kryszaka w jego najnowszym tomie, Nieme i puste, jest fantomatyczność istnienia – odczuwanie nicości i paradoksalna świadomość bycia czegoś, co już powinno zostać uznane za niebyłe. Dominantą tego projektu ekspresji jest rozziew pomiędzy indywidualnym doświadczeniem a tendencjami aktualnie determinującymi egzystencję, który jest szczególnie widoczny w przypadku motywu wojny. To on pozwala poecie ukazać rozdźwięk pomiędzy powszechnym nieszczęściem a mającym miejsce gdzieniegdzie afirmatywnym i pełnym przejęcia przeżywaniem codzienności, niezakłóconym przez świadomość tragizmu dotykającego innych. W innym kontekście polega to na ukazywaniu kontrastów w psyche wypowiadającego się „ja”, osadzonego prawdopodobnie w naszej współczesności, które wspomina nie tylko swą młodość, pierwsze wtajemniczenia w arkany rzeczywistości i człowieczeństwa, ile lata o wiele bardziej odległe i nieosiągalne nawet za pośrednictwem imaginacji. Podmiot, wieloaspektowo zastanawiając się nad przemijaniem i trwaniem, wyraża w tej poezji głębokie pragnienie wchłonięcia zewnętrzności – uczynienia jej nie tyle osiągalnej w każdym pożądanym momencie, ile przede wszystkim niezakłóconej i niezmienionej, a więc ciągle potencjalnie możliwej do poznania w nieskazitelnej formie. Zdając sobie sprawę z nieosiągalności tego marzenia i wiedząc, że „wszystko w świetle wiekuistym / ubywa”, „ja” zwraca się w stronę przedmiotów, które mają w sobie siłę zachowywania kształtu materii dłużej niż człowiek, stawania się łącznikami wiążącymi teraźniejszość z przeszłością, a nawet medium pomiędzy perspektywą tu i teraz, właściwą przeżywającym jednostkom, a nieistniejącymi już bytami. Rzeczy zaś stoją niżej w jego prywatnej hierarchii w porównaniu do tego, co zajmuje naczelne miejsce, a mianowicie: spojrzenie i oczy. To w nich można się przeglądnąć, zobaczyć echo osobowości człowieka, nawet przeszłe już życie. Tego rodzaju strategie w poezji Kryszaka służą temu, aby lirycznemu „ja” przypomnieć, „gdzie po raz pierwszy doznał cudownego oddalenia od ziemi” i uzmysłowić mu, jaki tryb kontaktu ze światem jest dla niego najodpowiedniejszy, jak czytamy w jednym z wierszy: „Słuchaj tej wspaniałości ostatniej, tych dźwięków, tego milczenia. / Patrz, nie spoglądaj przez ramię”. Jak widać, to śledzenie powszechnych anihilacji, doprowadza poetę do dyktatu zachwytu nad przeszłością, niejednoznacznego z jej badaniem i orzekaniem co do tego, czym naprawdę ona była i jakie były ówczesne realia życia. Wyznania w rodzaju „Przechowałem w pamięci / obraz miasta / przeznaczonego klęsce” poniekąd sugerują przyczyny praktykowania takiego mechanizmu. Otóż to, co minione, gdy zostanie utożsamione z tytułowym Niemym i pustym, okazuje się pozasłowne i niemożliwe do satysfakcjonującego opisania, więc – pomimo ukrytego w sobie bogactwa – jawi się niesłusznie jako puste.
Programy w labiryncie to wybór wierszy Istvána Keménya (rocznik 1961), który uchodzi za jednego z najważniejszych poetów węgierskich. Centrum jego poezji wyznacza niedosłowność, która polega na wbudowywaniu w większość wierszy splotu dwóch sprzecznych ze sobą głosów, tworzących ramę dla kolejnych wyznań. Z ich powodu oraz z faktu autodestruktywnych (z perspektywy wierszy) konsekwencji tego stanu rzeczy, czytelnik czuje się zupełnie zdezorientowany, gdyż każda liryczna wizja przekazywana jest mu zarówno w pozytywnym, jak i w negatywnym wariancie, przez co wymowa zdarzeń mających miejsce w świecie przedstawionym jest nieznana i nie wiadomo, czyim słowom powinno się wierzyć. Przez te rezonujące na każdej płaszczyźnie przeciwstawienia Kemény chce zarówno uczynić swych odbiorców uważniejszymi i bardziej wyczulonymi na mniej lub bardziej jawnie sygnalizowane przez niego strategie retoryczne, niezmiernie ważne dla jego dykcji, jak również pragnie zakwestionować wszelkiego rodzaju opowieści, które aspirują do statusu mitycznych, niepodważalnie pewnych, a więc wieloaspektowo objaśniających świat i jego dzieje. Poezja bowiem, w jego przekonaniu, powinna być płaszczyzną praktykowania ożywionego dialogu, w którym najsłuszniejsza racja nie jest obecna na samej powierzchni, bo jej odkrycie wymaga o wiele większego intelektualnego trudu i – przede wszystkim – zastanowienia nad własnymi poglądami i kondycją. W innym kontekście, Kemény zbliża się ze swym liryzmem do żartu oraz w krzywym zwierciadle ukazuje różne możliwości wykorzystania w poezji patosu. Pozornie lekceważące podejście do rzeczywistości pozwala mu wykazać, w jak dużej mierze każde doświadczenie determinowane jest przez podważający metafizyczne usankcjonowanie rzeczywistości przypadek, zbiegi okoliczności oraz zestawienia, jakie umysłowi człowieka oferują jego perceptory. Esencją przeżywania Realnego jest dla Keménya kontrast – brutalne zderzanie ze sobą elementów zupełnie do siebie nieprzystających oraz współtworzących inscenizowane przez węgierskiego twórcę surrealistyczne zdarzenia, które ilustrują najbardziej ważkie i nurtujące go problemy.