To już czwarte wydanie jednej z najważniejszych książek Józefa Tischnera i zarazem pozycji, której wpływ na współczesną filozofię (zarówno polską i światową) jest widoczny aż do dziś, po dwunastu latach od śmierci jej autora. Mowa oczywiście o „Filozofii dramatu”, która została wznowiona na początku bieżącego roku.
Na początku należy zdać sobie sprawę z tego, iż tischnerowska filozofia dramatu to tak naprawdę filozofia dialogu/rozmowy toczonej na płaszczyźnie Ja i Ty, na płaszczyźnie ludzi rozumnych, pytających i jednocześnie oczekujących od zapytanego odpowiedzi. Siłą rzeczy takie rozmowy nie zawsze będą się toczyć więc w sferze bezpośredniej, niekiedy przyjdzie nam przenieść się w bardziej tajemnicze „rejony” i przywdzianie maski stanie się wtedy nieuniknione.
W jednym z kluczowych elementów tej rozprawy filozof (wraz z czytelnikiem, stającym się mimowolnym współuczestnikiem wywodu) dochodzi do przerażającego (ale jakże oczywistego!) w gruncie rzeczy wniosku: „W pewnym sensie jesteśmy monadami bez okien. Nie wiem, co się dzieje w tobie, ani Ty nie wiesz, co się dzieje we mnie.” (s. 106). Jak wiemy monady to byty podstawowe, nie mające ze sobą kontaktu i charakteru przestrzenno-czasowego. Każda jednostka, choć czynnie lub biernie uczestniczy w życiu społecznym, nieustannie jest sama i wielokrotnie ze swą odrębnością nie umie sobie poradzić. Warto także zwrócić uwagę na kwestie formalne tej pozycji. Autor (trudno ostatecznie stwierdzić świadomość tego działania) zawsze swój wywód rozpoczyna od wyjaśnienia kwestii podstawowych (elementarnych) związanych z poruszaną materią, a dopiero po tym przechodzi do sedna, do pojęć bardziej skomplikowanych i wymagających obszerniejszego wyjaśnienia. Dzięki temu nawet osoba nie zaznajomiona z „kanonem” i pojęciami filozoficznymi może zmierzyć się z tą książką bez żadnego oporu i obaw, że natrafi na mur, którego bez pewnego poziomu wiedzy nie zdoła pokonać. Nie powinien nas więc zaskoczyć fakt, że od czasów pierwszego ukazania się tej książki zawsze napotykała na ogromne zainteresowanie ludzi, którzy świadomi rozdarcia jednostki (pomiędzy wartościami przyziemnymi, a duchowymi) poszukiwali własnego, indywidualnego miejsca w świecie, który z oczywistych powodów nieustannie podlega zmianom skazującym takie działania na sromotną porażkę.
Dzięki bardzo umiejętnie zorganizowanej konstrukcji formalnej, która determinuje przeplatanie rozważań dogłębnymi pytaniami (na które następnie autor próbuje, znów przy adoracji czytelnika, odnaleźć odpowiedź), czytelnik może swobodnie kształtować własne stanowisko i w miarę elastycznie podążać za tokiem myślenia. Józef Tischner niestety często przybiera postawę teoretyka. Wskazując błędy w ludzkich interakcjach niekiedy tylko pokazuje jak w prosty sposób można ich uniknąć i umocnić zjednoczenie społeczeństwa. Łatwo się zatem domyślić, że takie z reguły hipotetyczne rozwiązania są albo zbyt łatwo dostrzegalne dla każdego (zatem nie wypada o nich wspominać) lub po prostu nie ma takich skutecznych pomysłów.
Za kwintesencję całego przekazu tej pozycji mogą posłużyć nam te słowa, chyba najlepiej oddające powód dla którego powstała ta rozprawa: „Świat ogólny ludzkiego dramatu to najpierw rzeczywistość sceny. Scena jest miejscem akcji dramatycznej. Na scenę składają się: rzeczy, przedmioty, krajobrazy, a także uobecniani w doświadczeniach typu intencjonalnego inni ludzie. Scena jest miejscem możliwego ruchu.” (s. 178). Widzimy więc, że każdy z nas w obrębie własnej egzystencji musi uczestniczyć w osobliwym teatrze rozgrywającym się na scenie świata, który wbrew wyobrażeniom wielu współczesnych ludzi nie składa się wyłącznie z desperacko degradującego wszystko inne ludzkiego społeczeństwa. Jednak, już za moment, autor stara się stworzyć dla nas (nikłą) nadzieję pisząc: „W efekcie intencjonalnych doświadczeń człowieka utrwala się nam jego widok jako elementu składowego w ogólnym krajobrazie. Człowiek jest częścią owego krajobrazu. Gdy zniknie z niego, wspomnienie krajobrazu, w którym go widywaliśmy, przywoła jego obecność. Brak człowieka wśród rzeczy, pomiędzy którymi bywał, rodzi wrażenie, że scena jest pusta.” (s. 179). Faktem jest, że żyjąc (w sposób mniej lub bardziej zaborczy) pozostawiamy po sobie ślad, czy to stricte materialny, czy też duchowy.
Na uwagę zasługuje również fakt, że sam autor uznał opisywaną książkę za wprowadzenie (sic!) do filozofii dramatu, jedynie jako ułamek (kompendium) całej wiedzy na to obszerne zagadnienie. Dzięki niej więc osoby zainteresowane daną tematyką mogą odnaleźć szereg licznych inspiracji, które pomogą im w rozwijaniu swoich horyzontów. Tischner nie waha się wykorzystywać jasnych dla większości kodów kulturowych – jako przykłady stosuje między innymi zachowanie Raskolnikowa (głównego bohatera „Zbrodni i kary” Fiodora Dostojewskiego) czy też dramat „Ryszard III” Williama Shakespeare’a.
Na koniec oddajmy głos autorowi, który w przepiękny sposób spuentował cały wywód w ostatnim podrozdziale tego dzieła: „Na początku dramatu rodzi się pytanie: kim jesteś? Na końcu widnieją dwie przeciwne sobie możliwości: przeklęty lub błogosławiony. Dramat człowieka toczy się wśród tych możliwości. Co one znaczą? Tego dokładnie nie wiemy. Niewiedza ta nie przeszkadza nam jednak żyć wśród innych i siebie. Gdyby pewnego dnia znikły nam z oczu i uszu, stanęlibyśmy bezradni na scenie świata, jak słowa, które zapomniały o regułach czyniących z nich mowę gramatyki.” (s. 307). Miejmy więc nadzieję, że uda nam się odnaleźć pomiędzy próbą odnalezienia własnej tożsamości, a ostatnim życiowym wyborem.
Autor: Przemysław K.
Józef Tischner „Filozofia dramatu” wydawnictwo ZNAK, Kraków 2012 s. 320




Akcja tej powieści, z nielicznymi retrospekcjami, została umiejscowiona na Morzu Karaibskim w roku 1718, czyli w czasach kiedy piractwo było dla żeglarzy nieodłącznym elementem codziennego życia. Wiele pomieszanych ze sobą wątków, kształtowanych na licznych płaszczyznach, zostaje w kluczowym elemencie zespolone i już, bez zbędnych przeszkód, możemy spokojnie podążać za Johnem Chandagnacem, który wyrusza w dalekie strony, aby odebrać swemu przebiegłemu wujowi pokaźny spadek po dziadku, który należy się tak naprawdę zmarłemu ojcu głównego bohatera. Podczas tej podróży poznaje Elizabeth Hurwood, piękną kobietę, w której zakochuje się od pierwszego wejrzenia. Zaraz po tym, statek którym płynęli, zostaje zaatakowany przez korsarzy dowodzonych przez legendarnego Philipa Daviesa. Składa on Johnowi propozycję nie do odrzucenia: albo dołączy do pirackiej bandy, albo zostanie natychmiast zabity. Zrozpaczony młodzieniec wybiera życie wśród korsarzy i przez następne długie tygodnie całą swą uwagę koncentruje na marzeniach o ucieczce z ukochaną.
Robert M. Wegner dziewięć lat temu zadebiutował w czasopiśmie Science Fiction opowiadaniem Ostatni lot nocnego kowboja, następnie również w tym periodyku opublikował kilka tekstów, których ciepłe przyjęcie popchnęło go do rozwinięcia swych fantastycznych wizji w bardziej obszerniejszych tekstach. Owocem jego pracy stały się dwa obszerne tomy opowiadań opatrzone jednym wspólnym tytułem: Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Każdy z nich został podzielony na dwie części, z których każda opowiada odrębną historię toczącą się w innej części Meekhanu – imperium osadzonym w bliżej nie określonym czasie i przestrzeni, często przypominającym na wpół mityczne, średniowieczne cesarstwa, w których ludzie przeróżnych narodów, wierzeń oraz posługujący się różnorakimi dialektami muszą walczyć z licznymi przeciwnościami losu.
Wegner stworzył swój bardzo interesujący klimat, połączenie tajemnicy z oczywistością, dzięki której bawi się obraną przez siebie formą, bez ukrytego patosu i wyszukania, dodając do niej coraz to nowe elementy, których choć nie ma tutaj zbyt wiele, jednak są dobrze dopracowane i pasujące do całości. Pierwsza połowa tomu otwierającego cykl, Północ – Południe, traktuje o losach legendarnej Szóstej Kompanii Górskiej Straży, która wśród społeczeństwa rozsławiła się jako grupa ludzi o niezłomnych charakterach wojowniczych górali, obdarzonych ogromną odwagą i przepełniającą ich chęcią obrony obywateli. Ich głównym zadaniem jest obrona rozległych granic, jednak niejednokrotnie ich umiejętności wykorzystywane były w bardziej skomplikowanych misjach, podczas których udowodnili, że są o wiele lepsi od regularnej armii. Już rozpoczynający cykl tekst – Honor górala – od razu wprowadza czytelnika w na wpół mistyczną żołnierską rzeczywistość, Idąc coraz dalej trudno uniknąć wrażenia, że autor posegregował swoje opowiadania, aby wytworzyć w czytelniku napięcie i bezwolne poczucie zaakceptowania wpływu pisarza na odbiorcę. Zaś część druga, według mnie bez porównania o wiele ciekawsza, opisuje zmagania Yatecha, wojownika z plemienia Issaram, z tradycją własnego rodu, która nie pozwala mu na ujawnienie wyglądu swojej twarzy obcym. Tom drugi, choć na pozór ma bardzo nikłe powiązania ze wcześniejszymi tekstami, w ujęciu ogólnym mieści w sobie wszystkie już wcześniej użyte motywy, doskonaląc i rozwijając je za pomocą wprowadzenia nowych bohaterów prezentujących inne wartości życiowe od swych poprzedników.



