W Pierzchających ogrodach głównym problemem jest pamięć miejsc. Dla Bogusławy Latawiec istotne jest podkreślanie, gdzie dokonała się epifania, czyli przestrzenne zlokalizowanie widzenia, które faktycznie wydarzyło się w porządku pozafizycznym, w tropionej przez poetkę transcendencji, co w tych wierszach zostaje ponownie urzeczywistnione i przekazane w formie wyostrzonej i nierzadko dosłownej. Służyć ma to powierzeniu światu na nowo udzielonej nam Tajemnicy oraz pokazaniu, że nie jesteśmy egoistami i potrafimy odnaleźć w sobie skłonność do dzielenia się olśnieniami. Docenianie tego, co na co dzień ignorowane i deprecjonowane jest częścią budowania podstawowego doświadczenia w Pierzchających ogrodach. Polega ono na tym, że życie zaklęte w bytach napotykanych przez podmiot liryczny niejako od niego ucieka, a on musi co rusz je tropić i ponawiać swoje marzenia o dojmującym poczuciu sensowności tego, co go otacza. Na tym polu człowiek wypowiadający się w wierszach rozumie, że tylko z jego wnętrza pochodzą druzgoczące go, negatywne siły, dlatego przygotowuje się do obławy na zło w sobie, w czym hamuje go pozorowana przez siebie bezradność, wymuszająca na nim przeniesienie odpowiedzialności za formy swego indywidualizmu na to, co nieobecne i niebyłe.
„Ja” uznaje, że wywołująca w nim czarną rozpacz pustka pochłonąć może również to, co stoi na drodze jego szczęściu. Człowiek nowoczesny przez swą żarłoczność znalazł się w sytuacji, w której przyszłość budować może tylko na fundamencie cierpienia i krzyku pomordowanych. Świadom tego podmiot Latawiec szuka czegoś, co pozwoli mu w dobrym celu wykorzystać niedosyt sensu i jazgot rzeczywistości. Pragnie wszystko zdemaskować, odsłonić prawdziwą naturę dookolności. Jednym z możliwych rozwiązań jego dylematów jest podwajanie obrazów odsyłających do metafizyki, malujących przed nim niezidentyfikowane wizje, które mogą albo wyjaławiać jego umysł i stawiać go na pozycji tego, kto obserwuje, ale nie działa, albo budzić w nim rozwijające intelekt i receptory domysły. Liryczne „ja” może tak odejść od interpretacji i zobaczyć świat w formie czystej. Uznaje to za idealną perspektywę w nadawaniu intymnego charakteru efektom swego widzenia, które nie jest tożsame z budowaniem pozornego muru obojętności, udawaniem bycia odpornym na obcość. Chodzi mu tylko o to, by nie zatrzasnąć się w bańce egotyzmu i pamiętać o tym, co kryje się z drugiej strony pozytywnej odsłony realności: o cierpieniu, strachu i przelewanej krwi. Tak istotna dwoistość przechodzi wreszcie w Pierzchających ogrodach w świadomość skrytości wszechistnienia. Każdy obiekt jest polifonicznym wirem, w którym „głoska iskry o iskrę” wznieca i będąc w jego wnętrzu, w czasie poznawania bytu, stajemy twarzą w twarz z tym, co inne, chwytając rzecz wprost „a nie tylko jej cień”. Nie chodzi wszak o to, by prawdę ledwie uchwycić, ale z nią się skonfrontować.
Poezja Bogusławy Latawiec, której patronuje Bolesław Leśmian, podobna jest do materiału łatwopalnego – wszystko jest tutaj rozżarzone i co rusz rozbłyska wielobarwnymi płomieniami. Uroczo rozświetla to, będące jednym z wielu tematów tych wierszy, ukorzenianie się w kimś ukochanym, scalanie się z nim i poszukiwanie w nim schronienia po to, by spleść swój los bezrozumnie i bezinteresownie oraz podarować komuś to, co ma się najlepsze – samego siebie. Wyjątkowość tej liryki ma źródło w tym, że pokazuje, jak nie zawsze szeroko rozumianą miłością, miłością będącą pełnym zjednoczeniem się z bliźnim, bez pośrednictwa obdarowuje się osobę, choć to ten międzyludzki, pozarzeczowy aspekt jest tu kluczowy, a stanowiący trzon Cierpkiego wiersza obraz wkładania cierpkich malin lub jeżyn do ust przez ukochaną osobę tym bardziej czyni go fundamentalnym w poetyckiej wyobraźni, co niejedynym możliwym. Miłość jest włączeniem innego w siebie – przypomina istną tożsamościową rewolucję i uprzestrzennienie swego „ja”, radykalne rozszerzenie horyzontu bycia: „Która z tych twarzy / jest moja a która twoja / już nie odgadnę / chociaż przez lata / w moich oczach nosiłam także twoje”. Równie emocjonalny stosunek podmiot wierszy Latawiec ma do słów, które ożywiają w nim skłonność do poetyckiej ekstazy. Chce „dopaść / dziką iskrę głoski”, być w „ognistej pełni” słowa i bardziej niż widzialnością rozkoszować się tym, co usłyszane. Dzięki temu rzeczy jawią mu się jako jeden z nielicznych, niezdradliwych składników świata, które nie są złośliwe i martwe, a przepełnia je burzliwe życie wewnętrzne, mogące zdradzać posiadanie przez nie duszy. Latawiec pragnie mierzyć się z mówieniem jałowym, które nie oddaje bezkresu jako podstawowego horyzontu poezji oraz ognistości istnienia – tego, że w każdym bycie tli się siła. Wychodzi poza obręb materii, poza istnienie tkwiące w nurcie bieżącego bycia i wkracza w bezcielesność, gdzie poetycka inwencja także świetnie sobie radzi. Znamienne jest, że tak silnie obecny w Pierzchających ogrodach tragizm prędzej czy później prowadzi do „niedosytu pełni” – niemożności komunii z tym, co minione, ze zmarłymi i przemienionymi. Koncepcja finalności i tak nie jest jednak literalnie tutaj przyjmowana. Momenty niegdyś przeżyte, wraz z ówczesnym, immanentnym układem bytów, zjawisk i międzyludzkimi relacjami, są u Latawiec równie przeszłe, co teraźniejsze.
Forma pisania Bogusławy Latawiec to rozmawianie z realnym i poszukiwanie języków zdolnych do ujęcia istoty dookolności. Na plan pierwszy wysuwa się krytyka zorientowania współczesnego człowieka na „żarłocznych głębinach” – bezdennych szczelinach w duchowości, które usiłuje on nieudolnie zasypać, co oddala go od zrozumienia, że drogą do oswojenia się z rzeczywistością jest ona sama. Przykład dają podmioty tych wierszy, ukazując siebie zawsze w perspektywie innych, równie czułych i czujących, istnień. Poszerzanie horyzontu swojego bycia to istotny wyróżnik idiomu Latawiec, która chce udowodnić nam, jak niewiele widzimy i jak konieczne jest doskonalenie percepcji. Zwykliśmy zadowalać swój umysł i zatrzymywać się na powierzchownych, „niemych” znakach, nie sięgając po ich źródło, choć przechowuje ono bezcenne świadectwo, jako coś „ze wszystkich goszczących nas drzew, traw, wód / i ciemności / najsprawiedliwszego”. Być może, gdybyśmy nie zapominali o pomocnych drogowskazach, znajdujących się na wyciągnięcie ręki, nie byłoby na świecie tyle nieszczęścia, przemocy i braku poszanowania wartości dla każdego fundamentalnej, czyli życia samego w sobie, które zniweczone jest „nie do odratowania / nie do wywołania / w żadnej ciemni świata”. Przekonuje się o tym „ja” w wierszu Na gałęzistej drabinie, gdy słyszy „w splątanym zielonym nade mną” ptaka, na którego poluje kot. Tego rodzaju urywki codzienności uczą o powszechności epifanii i nonsensownym wymiarze oczekiwania na zaskakujące objawienie. Chcąc żyć świadomie, być w „śnie nieśnionym” trzeba mieć szeroko otwarte oczy i nie wierzyć w to, że przypadki są nieznaczące, bo nawet w poetyckim świecie Latawiec „światło w pełnym świetle / samo siebie od siebie zapaliło”. Wszystko tu niepostrzeżenie rozbłyskuje, nie pozwalając już od zarania na formułowanie na swój temat pochopnych twierdzeń choćby w ten sposób, że manifestuje swoją płynność i widmowość. W ostateczności poezja o tak wysokim stężeniu metaforyczności scala ze sobą kolejne komponenty przestrzeni, podkreślając niewidoczne dla człowieka interferencje pomiędzy nimi i przywilej liryzmu do doświadczenia wzajemnego przenikania się przez żywioły natury: „Wszystkożerna ziemia / połknęła ogień / jak wodę // A gdy żywioł traw wypłynął z łąki / na kamienny dukt / zostaliśmy sami”. Zdarza się, że przechodzi to w apelowanie o niewstydzenie się zwierzęcego pierwiastka swojej osobowości. Gdy człowiek zda sobie z niego sprawę, wychodzi poza antropocen, wyzwala się z okowów Kartezjańskiego racjonalizmu i mechanicyzmu, jak również patrzy szerzej na przypisane sobie miejsce w świecie, swoją osobniczość i inaczej interpretuje cud psychosomatyczności i moc intuicji. Wszystko to (i jeszcze więcej) nie byłoby możliwe, gdyby nie afirmowane przez poetkę słowa. To one, jak domniemuje, będą przy niej do końca i ułożą się w obrazy potwierdzające nieśmiertelność piękna.
Poezja Latawiec nie tyle ogrzewa się w blaskach słońca, ile wprost z niego promieniuje. Tak można wytłumaczyć ognistość obrazowania i niewyczerpane rezerwuary poetyckiej energii, których pokazem jest każdy wers Pierzchających ogrodów. Tempo wiersza o takiej proweniencji regulowane jest przez rytm „ziem wymiany”, który podniesiony do rangi fundamentalnego prawa wymusza na człowieku lotne myśli, niekolonizujące, swobodnie przelatujące „między jedną łąką a drugą wonią, między słowem a słowem / z kroplą słodyczy u dna”. Częstotliwość poetyckich uniesień zbliżona jest tu do obiegu rzeczy, które opuszczają podmioty bez ich woli i przekonfigurowują się, stając się czymś innym lub przeistaczając się we wspomnienia śledzące ich poprzedniego właściciela. Zaufanie ekspresji wraz z wiarą w samodzielność własnych zmysłów jest wehikułem poetyckości w tym tomie, który odkłamuje stereotyp mówiący o tym, że „ja” czujne nie może być „ja” wolnym. Latawiec zjawiskowo pokazuje, że oparty na sensualności kontakt jednostki z zewnętrznością jest zrównoważony sam w sobie, dlatego wzrok i słuch napawać mogą tylko spokojem – tym bardziej, że pozwalają usłyszeć nadrealny śpiew i dojrzeć migotliwy ruch istnienia [„Moje oczy mnie rozumieją / Idę za nimi czujna i wolna // (…) Moje uszy mnie słyszą nawet w środku nocy”].
Zmysły nie są w Pierzchających ogrodach tym, za czym bezwzględnie trzeba podążać. Można wykorzystać je do zaczarowania, zasiedlenia otoczenia swoimi myślami o alternatywnych wcieleniach materii i zaskakujących kierunkach przepływu energii witalnej: „Samowolnie hoduję rzekę i powietrze (…) // by wszystko z wszystkim wspólnie dorastało / w ziemskiej skończoności i niebnej nieskończoności / niczym owoce”. Życie ze zwierzętami, z uznaniem ich suwerenności, na tym polu znosi bariery między warstwami rzeczywistości i właściwymi im bytami. Dlatego „ja” rozmawia z sikorkami, wie, które istoty ocaleją do następnego dnia w walce o przetrwanie, dekoduje tajemniczą mowę liści i słyszy rozgłaszaną przez pszczoły informację o miodnym urodzaju. Jest to jedna z wielu sposobności do „rozświetlenia” swojej egzystencji. Pierzchające ogrody składają się właśnie z takich olśniewających, hierofanicznych chwil, w których nic nad teraźniejszość nie zajmuje podmiotu i może on całego siebie oddać przeżyciu, poświęcając się przechowaniu w danym momencie najcenniejszej i nierodzącej żadnych napięć konfiguracji: „Prędko przerzuciłam do pamięci / zbiegłą z blasku stronicę jeziora / by nie umarła jak prześwietlona klisza”. Czytelniczy zachwyt budzi metafora „bezświetla”, która oddaje wiarę „ja” lirycznego w to, że rzeczywistość odpowie, „zaszumi, zaszeleści” – zareaguje czynem lub słowem, gdy nawet nie licząc się z nią, człowiek będzie jej potrzebował i gwałtownie zawalczy o jej uwagę. Wątpliwości w tej kwestii znikają, gdy indywiduum wznosi się nad swoją prywatność i ponad swym egotyzmem widzi dookolność w formie czystej, płomiennej i takiej, wobec której nie może pozostać obojętnym. Realność nie musi wtedy zostać retorycznie przetworzona, słownie zrekonstruowana, by intelekt „porywała do lotu” nad przeszkodami wcześniej ograniczającymi płaszczyznę jego aktywności.
Pierzchające ogrody to również studium wspólnoty doświadczenia. Kilka z tych wierszy w poruszający sposób eksponuje fakt, że ludzie mają wspólne trajektorie bycia w świecie i niezależnie od osobniczych cech, na czele z kolorem skóry i położeniem geograficznym, je przemierzają. Zdaniem podmiotów lirycznych, paradoksów podobnych do polegającego na podnoszeniu przez człowieka ręki na bliźniego z pewnością jest wiele, jednakże ich poznanie dopóty będzie niemożliwe, dopóki ziemia będzie zaklęcie milczała. Ustawia to model wyznania Latawiec w ten sposób, by zaakcentowana została trudność, z jaką dochodzi do urzeczywistnienia autentycznej łączności pomiędzy odrębnymi zjawiskami w poetyckim świecie. Nie tylko człowiek jest tutaj monadą, ale i każdy byt, z podmiotem włącznie, przypomina układ hermetycznych struktur, co generuje wiele problemów i interesujących zwarć. W tych okolicznościach wielkim utrapieniem jest nawiązanie ontologicznego sojuszu i zajęcie przemyślanego stanowiska. Od człowieka jako układu uzależniają się jego składowe: narzędzia poznawcze, zmysły i podstawowe narządy, co tak naprawdę jest wielką nadzieją dla podmiotów tych wierszy i ludzi, których one reprezentują. Rozczłonkowanie siebie jest w istocie rozprzestrzenieniem swej osoby – życiem więcej niż jeden raz. W tej poezji mózg funkcjonuje receptywnie bez wyraźnej intencji jego posiadacza, a nawet niezależnie od jego (nie)istnienia. Samo bycie się zwielokrotnia i zarówno poszczególny moment widzi się w różnych kontekstach, jak i treści wrażeniowe, jakie napływają na jego temat, są pogrupowane i nie ingerują w siebie nawzajem. Metoda ta uwiarygadnia poetyckie wyznanie i jego odpowiednik w postaci życia głównie dzięki starannemu przefiltrowaniu ich składników, których esencja nie gubi się po drodze, ani nie jest rozcieńczana: „Mój mózg śni / że jest ze mną której jeszcze nie ma / która dopiero będzie / gdy wszystkie myśli, cała pamięć / bezszelestnie przepłyną przez powietrza”. Na tej płaszczyźnie poetka marzy także o poetyckim spojrzeniu, które nie sprowadzając przedmiotów obserwacji do wspólnego mianownika, potrafi je odmieniać przez czasy – widzieć poza i ponad temporalnością.
Świergoczące wszechistnienie wychodzi w poezji Latawiec z każdego zakątka realnego i wyimaginowanego. Widzialne ponad miarę ogarnia to, co ludzkie. Nic nie może się ukryć przed siłą życia. Zwierzęta, poprzez różne modi swego bycia, mają nam uzmysłowić, że świat nie należy do nas. Lotne istoty są bowiem samoistnymi władcami czasoprzestrzeni, także poetycko ustanowionej, one „oddychają światłem w gałęziach naszych wierszy / – etatowi handlarze piękna”. Pomimo naszych morderczych skłonności echa ich śpiewu i szumu skrzydeł są nieregulowanym znakiem prawdy zaklętej w metafizyce – prawdy, która nieustannie nam się objawia, choć my jej nie pożądamy, szukając uniesień nie w tym, co jest przed nami, ale w tym, co nieistniejące. Człowiek, istota cierpiąca na własne życzenie z powodu różnorakich deficytów, potrzebuje poezji, która uwalnia przed nim to, czego pragnie, choć nie poczuwa się do tego, by po to sięgnąć. Latawiec interesuje zagadkowość przezroczystych tafli wypełniających przestrzeń, oddzielających „ja” od zewnętrzności i uniemożliwiających mu regularny, płynny kontakt ze światem. Sytuację utrudnia to, że z chaotycznej, aktualnej mieszaniny dźwięków wysłyszeć można, potwierdzające tezę o relatywności czasu, reminiscencje odgłosów odbieranych w odległej przeszłości.
Pierzchające ogrody, dzięki zjawiskowej pracy wyobraźni, to zapis poszukiwania metod pogłębienia obrazu świata w ludzkiej świadomości i nabycia przez „ja” pewności co do tego, że materia jest strukturą wielowymiarową i adekwatnie do tego trzeba się z nią obchodzić. Nie jesteśmy koroną stworzenia. Odkłamywanie tego stereotypu jest jednym z najciekawszych aspektów tomu, bo to dzięki niemu dochodzi do fundamentalnych przesunięć – trawa potrafi liczyć, kwiaty „śpiewają swoje kolory” a ptaki „wymieniają się darami”. Sekretne, wyrafinowane życie zwierząt znacznie przerasta nasze oddanie zaspokajaniu siebie. Nie inaczej jest z roślinami, które działają w porządku przeważającym nad ludzkim – ich wola przetrwania nie deprawuje się w bezmyślną afirmację materii, ale motywowana jest przez chęć ciągłego wcielania się w kolejne formy, wystawienia siebie jako współuczestnika w obiegu istnień. Rzecz jasna poezji Latawiec nie można zarzucić deprecjonowania człowieka – poetka pragnie tylko zdroworozsądkowo spojrzeć na fenomen człowieczeństwa i na nowo przeanalizować kwestię tego, gdzie leży granica pomiędzy ludzką obsesją samorealizacji i osiągania kolejnych celów, zresztą podsycaną przez odporność na cierpienie innych, a prawem odmiennych form istnienia do własnej przestrzeni.
W Pierzchających ogrodach nic nie jest „zwykłe”, a każdy komponent świata ma istotne znaczenie. Jeden moment liczy się za wszystkie inne. Kluczowe dla tej poezji jest „przeliczanie” – radzenie sobie z tym, że świat nie jest i nie może być jednolity, a jego zrozumienie, przez cechy ludzkiego myślenia, niestety prowadzić musi przez upraszczanie i unifikowanie. Latawiec nie minimalizuje „rozbiegania” istnienia i nie rozszczepia go na cząstki pojmowalne przez umysł. Wyłącznie przekłada „ze stanu ogrodowego na stan wierszowy”, z czułością mediując pomiędzy stronami tej translacji – Naturą i Poezją. Autorka godzi się na fenomen niepamięci, ale intensywnie tropi utraconą pamięć, której cząstki są albo nazbyt obecne, zbyt jaskrawe i zniechęcające swą ewidentnością, albo takie, które zanikły, bo w czasie ich istnienia nikt wystarczająco nie wejrzał na nie i teraz są białą, niezapełnioną i ziejącą na „ja” plamą. Co gorsza, naprawa ich reprezentacji kosztowałaby podmiot zbyt wiele wyrzeczeń. Ów wątek, konotujący problem nihilizmu lirycznych „ja” i ich podatności na odczuwanie braku, funkcjonuje jako rewers afirmacji, jako podstawowej dominanty poezji Latawiec. Zachwyt jest osią Pierzchających ogrodów, w których istotą każdego z punktów przełomowych jest marzenie o tym, by przeżyć jeszcze raz to samo – nie tylko odwrócić się za siebie i znów raz ujrzeć błysk, echo „minionego”, ale faktycznie ponownie doświadczyć „suchego szmeru dębowego liścia” czy „trzepotu jedynego ocalonego po burzy / skrzydła motyla admirała”. Nigdy nie spotkamy się w tym samym czasie i miejscu z tym samym zwierzęciem, zdaje się twierdzić poetka. Świat się człowiekowi „zdarza” jednokrotnie, a ciągle „wydarza” się poza nim, bez jego udziału. Możemy tylko liczyć na ekwiwalentne epifanie, noszące znamiona powtórzenia, na „ukrycie” w wierszu znaków przeszłości, na efemeryczne i zaszyfrowane wyznania, które równocześnie rozszczepiają się i na powrót skupiają. Nie sposób uniknąć zmian w kwestii przeszłości, a nawet to dzięki nim pamięć jest trwalsza, zweryfikowana i oddziałująca. Oddaje to dialektykę odzyskiwania i utraty, która reguluje egzystencję „ja” i przygotowuje go na „pierzchanie” przed nim istnienia.
W tych wierszach poznanie podobne jest obieraniu owocu, pozbawianiu go miąższu okrywającego ze wszech stron nasiono, którego wstępna recepcja jest najważniejszym etapem całego procesu. To podczas niej wybiera się reprezentatywny wariant i decyduje, jakie języki wykorzysta się do interpretacji i jak będzie się „czytało” przestrzeń, aby być gotowym na decydowanie „z których mgnień / ze szkła w szkle odbitego po wielokroć / z naszych źrenic patrzących” wydobyć prawdę choćby przelotną. Bogactwo języka Latawiec pochodzi, jak zdają się sugerować te rozpoznania, z unikania przez nią bezwzględnego wpatrywania się w kartkę, na której zapisuje wiersz. Dzięki spoglądaniu stale ponad nią, filtrowaniu empirii poetyckością, autorka widzi znacznie więcej. Albo nie istnieją dla niej tylko słowa, albo wręcz są one dla niej niczym w porównaniu do tego, do czego odsyłają. Nie wyklucza to jednak koncepcji wiersza jako życia i miniatury całego bytu, ogrodu wszechistnienia, która Latawiec jest bardzo bliska. Pierzchające ogrody to równie wyważona, co niepohamowana relacja z rozdzwonienia się świata, rozplenienia się „sypkiej” materii i anihilującego ją pierwiastka. Poetka stale wystawia tu swoje liryczne persony na peryfrazy nadprzyrodzonych idei i sił, czego następstwem jest ich przekonanie o nieodosobnieniu w świecie i konieczności „opukiwania” zewnętrzności z kolejnych osłon przesłaniających prawdę o tym, co metafizyczne. Słowne olśnienia, które wiążą w całość najnowszy tom poetki, nie tylko mają potęgować piękno dnia powszedniego, ale i zachęcać do wyjścia z kontekstu siebie z zachowaniem swojej osobowości, by przeżyć coś więcej niż to, co oferuje spektrum odgórnie uwarunkowanych doświadczeń, przypisanych tylko sobie.
Autor: Przemysław Koniuszy
Bogusława Latawiec „Pierzchające ogrody”, Wydawnictwo Forma, Szczecin, Bezrzecze 2018, s. 64
Podstawowym walorem lektury Lissy, wzbudzającej wiele emocji powieści, jest obcowanie z niewymuszonym, naturalnym rytmem jej rozwoju. Frazy, którymi posługuje się włoski prozaik, Luca D’Andrea, i powołany przez niego do opowiedzenia tej historii język, są niepodrabialne. Świetnie oddaje to atmosferę, jaka panuje wśród gór, niewyobrażalnych zwałów śniegu i ludzi, którzy próbują ukryć mroczną stronę swego „ja”. Tym samym, w istocie na nieskomplikowanej konstrukcji fabularnej autorowi udało się osadzić niezmierzone bogactwo znaczeń i przemyśleń. Jest to iście wycyzelowana proza, napisana prawie jak gotowy scenariusz filmu, który mrozi krew w żyłach dzięki szybkim zmianom planów akcji oraz skrótowym, choć bardzo oddziałującym na czytelnika zdaniom. Uproszczenia, jakie ktoś mógłby zarzucić autorowi Lissy, są następstwem subtelnego uporządkowania narracji. Jest to literatura nieznosząca elementów zbędnych, zmuszających czytelnika do zbaczania na drogi prowadzące donikąd i skazująca go na meandrowanie. Surowość niektórych fragmentów wyłącznie akcentuje wagę problemów tu opisywanych i grozę, do której wszystko się w Lissy sprowadza. Innymi słowy, autor przejmująco oddaje tragizm doświadczeń bohaterów, dynamikę ich wewnętrznych sporów oraz refleksje natury etycznej. Równie umiejętnie portretuje postaci, którym rola w całej historii nie pozwala na autorefleksję. Egzystencja nie daje im czasu na zastanowienie, dlatego wszystko – tak jak w pozaliterackim życiu – dzieje się tu tak gwałtownie i spontanicznie.
Przejdź do historii to tom wierszy Linn Hansén, który przyniósł jej i jej tłumaczce Nagrodę Wisławy Szymborskiej. Być może jednym z czynników, który o tym zadecydował, było to, że szwedzka poetka – podobnie jak autorka Wołania do Yeti – z różnych stron w sposób niebywale ożywczy i nowatorski spogląda na jedną z najbardziej fundamentalnych kwestii dla naszego myślenia, a mianowicie na historię, oświetlaną przez nią w sposób dotychczas w poezji niespotykany. Według Hansén choć wszyscy myślą historycznie, widząc każde wydarzenie jak osadzone nie tylko w czasie, ale i w przestrzeni, to nikt nie pyta samej historii o to, czym jest lub kim chciałaby się stać. Bez takich pytań i stojących za nimi wątpliwości jest ona oczekiwaniem, wydłużaniem chwili obecnej w nieskończoność, wzdłuż i wszerz, w przyszłość i w przeszłość. Z tego powodu człowiek nierzadko zdaje się tak przez nią zdeterminowany, że wciąż, pomimo kolejnych ruchów, jest na początku swej drogi, jakby każdy jego nowy czyn był całym życiem, nieustannie ponawianym i ograniczanym do ulotnego momentu. Wymusza to na bardzo skrzętnie ukrytych podmiotach Hansén podejmowanie takich działań, które pozwolą im utrzymać się na powierzchni, nie poddać się na tyle wirom historii, by mimo wszystko egzystować i wypowiadać swe myśli. Kluczową spośród tych aktywności jest nieprzerwana konsumpcja, absorbowanie rzeczywistości oraz mimowolne wchłanianie materialnych i niematerialnych „pokarmów”. Ukazywanie tej kompensacji – usiłowania stłumienia pragnień niemożliwych do zrealizowania za pomocą wykonywania pustych gestów, mających na celu wypełnienie pustki – służy poetce w udowadnianiu, że podstawowym walorem historii jest dawanie nam do zrozumienia, że życie zorganizowane jest według następstwa tych etapów: odważenie się człowieka na wyjście poza sferę uznawaną przez siebie za bezpieczną, zmęczenie i podjęcie próby odpoczynku, czyli regeneracji sił, która nigdy nie jest całkowita, za każdym razem okazuje się coraz mniejsza, skazując człowieka na niezauważalne, choć niestety mające miejsce z powodu bycia-ku-śmierci odchodzenie w niebyt, w przeszłość, w historię. By to nihilistyczne przypuszczenie przezwyciężyć, Hansén stara się widzieć swój wiersz jako repetycję – powtórzenie przeszłości i jej ponowne zainscenizowanie. Celem pośrednim jest zaś to, by czytanie poezji stało się przydawaniem umysłowi świadomości, jak wielka jest skala przestrzeni niepojętych, niedocieczonych i pozostających poza tym, co poznane.
Zaczyna się to tom wyjątkowy chociażby dlatego, że nie jest konwencjonalnym zaprezentowaniem nowych wierszy przez poetę o ugruntowanej pozycji na scenie poetyckiej, ale bezprecedensowym ukoronowaniem mającego miejsce pięćdziesiąt lat temu (31 grudnia 1967 roku) debiutu Leszka Szarugi na łamach „Życia Literackiego”. W ostatni dzień ubiegłego roku ukazała się więc książka, w której znów możemy przeczytać o rozdarciu między zaangażowaniem, żywym reagowaniem na tu i teraz, literalnym opisywaniem rzeczywistości a niedosłownością i intensyfikacją figuratywności. W tym sporze w Zaczyna się zdecydowanie wygrywa międzysłowie, czyli nie tylko Niewyrażalne, ile to, co emanujące z przestrzeni pomiędzy słowem a rzeczą, milczeniem a wielosłowiem. Wśród nowych ujęć, niespotykanych w tak wyrazistej formie wcześniej, sytuuje się wzywanie przez poetę do tego, by wszechobecne i ciągle eskalujące zło przezwyciężyć, przekształcić je w jego opozycję – krystalicznie czyste dobro, a tym samym przełamać złą passę człowieczeństwa, tak niechlubnie zdeprawowanego w ubiegłym wieku przy współudziale morderczych ideologii, a dziś ciągle sondowanego w sferze etycznej przez rozliczne „herezje”.
Joanna Lech w swym najnowszym tomie, poprzedzonym przez Trans, mówi o cienkiej granicy oddzielającej jawę od snu oraz o wynikających z tego powinowactwach pomiędzy tradycyjnym poetyckim skrótem a poetyką oniryczno-surrealistyczną. Dlatego w Piosenkach pikinierów dominują niepokój i niepewność, które są związane zarówno z brakiem u lirycznego „ja” jakiejkolwiek pewnej wiedzy co do przeszłych zdarzeń, czy sposobów wykorzystywanych przez realność do spętania jego świadomości, jak i nieokreśloności tego, kim są dla niego otaczający go ludzie, tylko na pozór bardzo bliscy. Siłą tej poezji jest sprawne łączenie wielu perspektyw i źródeł, które razem splatają się w swego rodzaju strumień świadomości. Poetka łączy równolegle myśli podmiotu, opisy jego aktualnej kondycji z relacjonowaniem wszelkich interakcji pomiędzy „ja” i „ty”, przy czym pomiędzy tymi i wieloma innymi warstwami nie sposób często wyznaczyć żadnych granic. Dzięki powstającej tak mieszaninie główny wątek Piosenek pikinierów, a mianowicie miłość, obejmuje swym zakresem wszystkie drugoplanowe uczucia, także tak antagonistyczne, jak nienawiść, która przestaje być czymś osobnym i jawi się wyłącznie jako brak miłości, a więc coś, co w razie uzupełnienia tego defektu, zwyczajnie zaniknie. Innym przykładem tego rezonowania jest to, że wszystko przez „ja” odczytywane jest symbolicznie, zarówno jako oznaka miłości, jak i wieloznaczny sygnał wskazujący między innymi na to, iż właśnie to uczucie nadaje ton istnieniu. Warto odnotować, że może to być następstwem wypowiadanego przez „ja” do najbliższej sobie osoby wyznania „kocham”, które swój pogłos – jako coś w tym tomie najsilniejszego i opisywanego chociażby za pomocą metaforyki powiązanej z ogniem, akcentującej rozprzestrzenianie się uczucia – znajduje na kolejnych poziomach wyznań. Wynikające z tego faktu połowiczne uwielbienie świata, docenienie jego potencjału, tak jak sama miłość wymaga od podmiotu Joanny Lech poświęcenia. Ponadto przedmiotem jej zainteresowania jest każdy obiekt i zjawisko, które znajduje się w horyzoncie dostępnym jej „ja”, choć – rzecz jasna – dokonuje daleko idącej selekcji owego materiału i wybiera tylko to, co mniej lub bardziej słyszalnie „mówi” do powoływanej przez nią do istnienia osoby.
Fundamentalną ideą, wyróżnikiem dykcji Janusza Kryszaka w jego najnowszym tomie, Nieme i puste, jest fantomatyczność istnienia – odczuwanie nicości i paradoksalna świadomość bycia czegoś, co już powinno zostać uznane za niebyłe. Dominantą tego projektu ekspresji jest rozziew pomiędzy indywidualnym doświadczeniem a tendencjami aktualnie determinującymi egzystencję, który jest szczególnie widoczny w przypadku motywu wojny. To on pozwala poecie ukazać rozdźwięk pomiędzy powszechnym nieszczęściem a mającym miejsce gdzieniegdzie afirmatywnym i pełnym przejęcia przeżywaniem codzienności, niezakłóconym przez świadomość tragizmu dotykającego innych. W innym kontekście polega to na ukazywaniu kontrastów w psyche wypowiadającego się „ja”, osadzonego prawdopodobnie w naszej współczesności, które wspomina nie tylko swą młodość, pierwsze wtajemniczenia w arkany rzeczywistości i człowieczeństwa, ile lata o wiele bardziej odległe i nieosiągalne nawet za pośrednictwem imaginacji. Podmiot, wieloaspektowo zastanawiając się nad przemijaniem i trwaniem, wyraża w tej poezji głębokie pragnienie wchłonięcia zewnętrzności – uczynienia jej nie tyle osiągalnej w każdym pożądanym momencie, ile przede wszystkim niezakłóconej i niezmienionej, a więc ciągle potencjalnie możliwej do poznania w nieskazitelnej formie. Zdając sobie sprawę z nieosiągalności tego marzenia i wiedząc, że „wszystko w świetle wiekuistym / ubywa”, „ja” zwraca się w stronę przedmiotów, które mają w sobie siłę zachowywania kształtu materii dłużej niż człowiek, stawania się łącznikami wiążącymi teraźniejszość z przeszłością, a nawet medium pomiędzy perspektywą tu i teraz, właściwą przeżywającym jednostkom, a nieistniejącymi już bytami. Rzeczy zaś stoją niżej w jego prywatnej hierarchii w porównaniu do tego, co zajmuje naczelne miejsce, a mianowicie: spojrzenie i oczy. To w nich można się przeglądnąć, zobaczyć echo osobowości człowieka, nawet przeszłe już życie. Tego rodzaju strategie w poezji Kryszaka służą temu, aby lirycznemu „ja” przypomnieć, „gdzie po raz pierwszy doznał cudownego oddalenia od ziemi” i uzmysłowić mu, jaki tryb kontaktu ze światem jest dla niego najodpowiedniejszy, jak czytamy w jednym z wierszy: „Słuchaj tej wspaniałości ostatniej, tych dźwięków, tego milczenia. / Patrz, nie spoglądaj przez ramię”. Jak widać, to śledzenie powszechnych anihilacji, doprowadza poetę do dyktatu zachwytu nad przeszłością, niejednoznacznego z jej badaniem i orzekaniem co do tego, czym naprawdę ona była i jakie były ówczesne realia życia. Wyznania w rodzaju „Przechowałem w pamięci / obraz miasta / przeznaczonego klęsce” poniekąd sugerują przyczyny praktykowania takiego mechanizmu. Otóż to, co minione, gdy zostanie utożsamione z tytułowym Niemym i pustym, okazuje się pozasłowne i niemożliwe do satysfakcjonującego opisania, więc – pomimo ukrytego w sobie bogactwa – jawi się niesłusznie jako puste.
Programy w labiryncie to wybór wierszy Istvána Keménya (rocznik 1961), który uchodzi za jednego z najważniejszych poetów węgierskich. Centrum jego poezji wyznacza niedosłowność, która polega na wbudowywaniu w większość wierszy splotu dwóch sprzecznych ze sobą głosów, tworzących ramę dla kolejnych wyznań. Z ich powodu oraz z faktu autodestruktywnych (z perspektywy wierszy) konsekwencji tego stanu rzeczy, czytelnik czuje się zupełnie zdezorientowany, gdyż każda liryczna wizja przekazywana jest mu zarówno w pozytywnym, jak i w negatywnym wariancie, przez co wymowa zdarzeń mających miejsce w świecie przedstawionym jest nieznana i nie wiadomo, czyim słowom powinno się wierzyć. Przez te rezonujące na każdej płaszczyźnie przeciwstawienia Kemény chce zarówno uczynić swych odbiorców uważniejszymi i bardziej wyczulonymi na mniej lub bardziej jawnie sygnalizowane przez niego strategie retoryczne, niezmiernie ważne dla jego dykcji, jak również pragnie zakwestionować wszelkiego rodzaju opowieści, które aspirują do statusu mitycznych, niepodważalnie pewnych, a więc wieloaspektowo objaśniających świat i jego dzieje. Poezja bowiem, w jego przekonaniu, powinna być płaszczyzną praktykowania ożywionego dialogu, w którym najsłuszniejsza racja nie jest obecna na samej powierzchni, bo jej odkrycie wymaga o wiele większego intelektualnego trudu i – przede wszystkim – zastanowienia nad własnymi poglądami i kondycją. W innym kontekście, Kemény zbliża się ze swym liryzmem do żartu oraz w krzywym zwierciadle ukazuje różne możliwości wykorzystania w poezji patosu. Pozornie lekceważące podejście do rzeczywistości pozwala mu wykazać, w jak dużej mierze każde doświadczenie determinowane jest przez podważający metafizyczne usankcjonowanie rzeczywistości przypadek, zbiegi okoliczności oraz zestawienia, jakie umysłowi człowieka oferują jego perceptory. Esencją przeżywania Realnego jest dla Keménya kontrast – brutalne zderzanie ze sobą elementów zupełnie do siebie nieprzystających oraz współtworzących inscenizowane przez węgierskiego twórcę surrealistyczne zdarzenia, które ilustrują najbardziej ważkie i nurtujące go problemy.
Swym najnowszym tomem, Długopisem, Miłosz Waligórski stawia opór językowi, który nie pozwala uwzględnić różnicy pomiędzy konkretnym odczuciem „ja” a uproszczającymi kategoriami, powszechnie używanymi do opisu ludzkich przeżyć. W tej poetyckiej książce poszukuje się takich przestrzeni, na które słowa nie mają transformującego, zniekształcającego wpływu, jakby poecie chodziło o odzyskanie świata na nowo między innymi dla siebie, jak również wyzwolenie go w sensie totalnym – dla każdego istnienia, jak również sprowadzenie go do pierwotnej formy i równoczesne zaanektowanie go na swój użytek tak, aby stał się domeną doświadczenia wyłącznie danego indywiduum na krótki moment lirycznego wyznania. Jest to istotne, tym bardziej że każde przeżycie, ujęte w ramy wiersza, nie jest w Długopisie rozumiane wprost, ale zostaje wyposażone w sensy naddane w najprzeróżniejszy sposób, jak chociażby błędy poznawcze, surrealistyczne metamorfozy czy chęć wywołania przez podmiot w czytelniku dozy niepewności co do tego, czy naprawdę wszystko jest takie, jakie wydaje się na pierwszy rzut oka, czy może nasz odbiór świata jest na wskroś językowy, a zatem – poznając – jesteśmy skazani na tracenie z oczu tego, co prawdziwe i autentyczne. Waligórskiego interesują zatem widma zjawisk, ich pozostałości oraz wszelkie pochodne, co widoczne jest tym wyraziściej, gdy uzmysłowimy sobie, że w Długopisie rzadko coś dzieje się tu i teraz. Najczęściej poeta oferuje nam mgliste wyobrażenie czegoś, które wręcz automatycznie podawane jest przez podmiot w wątpliwość i zostaje usytuowane w kontekście elementów jakby nieprzystawalnych i charakteryzowanych jako równie nieprawdopodobne. Wobec tego zasadnicza skala obecnych w tym tomie napięć rozpięta jest pomiędzy ujawnionym i pewnym a utajonym i jawiącym się jako niemożliwe. Tym w gruncie rzeczy buduje Waligórski konstrukcję swej książki, notabene pod każdym względem płynną podczas lektury, w której ilość wariantów rozwiązań formalnych i estetycznych zasługuje na docenienie. Przez to nawet sąsiadujące ze sobą liryki sprawiają wrażenie, jakby były wyjęte zupełnie z innych „środowisk”, choć przy głębszym odczytaniu ujawniają różne linie je spajające. Waligórski chce bowiem zaskakiwać, wydobywać nas z okowów przyzwyczajeń i tym samym uczyć uważności, wrażliwości nie tyle na świat, ile na narzędzia wykorzystywane do jego wyjaśniania, na czele z językiem.
Czymś, co może nam pomóc przenikliwie określić zakres projektu filozoficznego przedstawionego w Źródłach podmiotowości. Narodzinach tożsamości nowoczesnej Charlesa Taylora jest prześledzenie wytyczonych przez autora już w samym tytule ram refleksji. Jest to istotne tym bardziej, ponieważ wydaje się, że chodzi mu o znaczenia o wiele szersze niż te konotowane w języku polskim przez termin „podmiot”. Taylor bowiem posługuje się angielskim self, podkreślając przy tym, że nie sposób mówić o podmiotowości w oderwaniu od zagadnień powiązanych z tym, co – mówiąc potocznie – czyni człowieka człowiekiem, czyli z moralnością i przede wszystkim z pojmowaniem dobra. Dla Taylora moralność nie ma wskazywać wyłącznie tego, jak postępować, ale również jest zobligowana do mówienia o tym, kim dobrze jest być. Także zawarte w tytule „źródła” wiele determinują w tym wywodzie, ponieważ autor sięga niekiedy bardzo głęboko i nie poprzestaje na powielaniu wtórnych obrazów interesujących go idei – zbyt zaciemnionych przez wzgląd na powstałe już ich interpretacje, porzucające cenne tło językowe powiązane z formułowaniem interesujących Taylora obowiązków moralnych – przez co lektura Źródeł jest wędrówką w stronę pierwotnych modeli koncepcji, które w sposób często nieuświadomiony leżą u podwalin naszego myślenia. Ponadto Taylorowi zależy naturalnie na wyodrębnieniu zespołu poglądów, a nie czysto redukcjonistyczno-subiektywistycznym portrecie człowieka nowoczesnego. Moralne intuicje, a więc coś, co poniekąd odróżnia nas od zwierząt i czyni nas ludźmi, wydają się przynależeć nam same z siebie, choć przecież musiało niegdyś dojść do ich powstania, a następnie burzliwej ewolucji.