„nie wszystko wraca do normy, czyli do przedtem, / mimo że jest już potem. / Na zawsze. / Nie do odwołania”, czyli o miejscu, w którym ból i opuszczenie sąsiadują z potrzebą bycia kochanym

W tam i tutaj, w swoim drugim tomie poetyckim Katarzyna Zechenter rozpatruje doświadczenie rozedrganej rzeczywistości oraz kondycję podmiotu, który – wobec chaotycznej oscylacji tego, co widzialne – jest niezdolny do odruchowego zgrupowania zdarzeń w świadomości, ich subiektywnej interpretacji i wykorzystania zdobytych tak treści do ustanowienia siebie jako suwerennego bytu. Ów problem nie jest jednak wywołany ani przez zewnętrze, naoczność o niewytłumaczalnej dynamice przekształceń, ani przez trudności z wysłowieniem („nie ma takiego zdania, / gdzie słowa są w stanie coś oddać, / pozostając na zawsze dowodem porażki”), ale naturę podmiotu, który cierpi na mentalne rozdwojenie i tragiczne w skutkach niedopasowanie. W poetyckim świecie tam i tutaj obecnych jest tak wiele zmiennych zakłócających związki przyczynowo-skutkowe, że „ja” albo nie znajduje swojego miejsca, albo – co najczęściej występuje w tych wierszach – nie może pogodzić swego przywiązania do dwóch, równorzędnych, ale niemożliwych do równoczesnego zajmowania pozycji. Spośród nich „tam” – ta płaszczyzna właśnie opuszczona i wzywająca „ja” do powrotu – tworzy bolącą ranę w świadomości. Podmiot jest tu zdeterminowany zarówno przez te dwa bieguny, owe tam i tutaj, jak i przez inny, najbliższy wymiar konstytuujący kolejną, dotkliwą dominantę jego egzystencji. Jest nią ból emanujący z niego samego i natychmiast pobudzający do doświadczania. Przez to potrzeby podmiotu rosną wprost proporcjonalnie do trudności z ich zaspokojeniem: „Ludzki ból ma się całkiem dobrze / w dwudziestym pierwszym wieku, / gdzie tyle pozostaje do odkrycia / na jasnych pustyniach skóry / w różowych głębinach jelit, / i gliniastych wąwozach myśli, / a szczególnie na szarych ugorach / po bólu niechcianej, / niepotrzebnej miłości”.

Równoczesne bycie w dwóch przestrzeniach jest złudzeniem, istnieć można tylko pomiędzy, w wyrwie między miejscem wybranym przez serce a tym wynikającym z potrzeby dostosowania się do teraźniejszości. Życie rozwija się tu mimo barier budowanych przez rzeczywistość i nie może odnaleźć dla siebie takiego miejsca, które byłoby realizacją innych celów niż tylko konieczności istnienia tam, gdzie zostało się rzuconym. Wbrew sugerowanemu modelowi rzeczywistości – płynnej i niejednoznacznej – człowiek hybrydyczny, myślący globalnie, ale zakotwiczony w tym, co lokalne, nie jest w tam i tutaj możliwy. Poetkę fascynuje to, co nieopisane i emocje nieprzetłumaczalne na żaden kod, jej podmioty często rozpoczynają tu swe doświadczenia od domniemania wszechwiedzy, które następnie przez realia szybko jest obalane i gdy to wrażenie zanika zupełnie, wówczas dopełnia się proces poznawczy: „chociaż zdobywanie tej niewiedzy / kosztowało ją / tak wiele trudu / z czasem nauczyła się nie rozumieć / przestała nawet czuć wyrzuty sumienia / z tego powodu”. Tytułowe „tutaj” lokalizowane jest tam, gdzie lirycznego „ja” nic już nie może zaskoczyć, choć stale jego pewność siebie jest podważana przez nieskończony zakres wrażeń i relatywizm oceny ludzkiego bycia, które równocześnie, co pokazują te wiersze, wyczerpywać może zakres dwóch przeciwstawnych zjawisk, dobrego i złego. Nadto „tutaj” jest konstelacją niepowtarzalnych elementów, których tylko wtórną funkcją jest budowanie środowiska dla lirycznego „ja”, gdyż ważniejszą jego rolą jest dostarczanie podmiotowi materiału pozwalającego na rozporządzanie pamięcią i świadomością oraz urządzanie swego życia na przecięciu myśli i materii. Bez ponownego dotarcia do już poznanej i sprzężonej ze wspomnieniem reprezentacji świata, przeżyta przeszłość neutralizuje się dla podmiotu i przestaje go uwierać. Poezja ma jednak swoje prawa i jest w tym tomie również możliwy inny, nie tak bardzo z materialnością związany, wariant przeżycia, w którym kocha się coś nieomal wyobrażonego i nierealnego. Wydaje się, że owa miłość do wyimaginowanego obiektu nie jest, jak deklaruje „ja”, rekompensowaniem niemocy prawdziwego zaangażowania się w relację z innym, wywołaną choćby przez skrępowanie i obawę bycia odrzuconym, ale ma głębsze podstawy – bycie pokornym wobec osamotnienia: „czy potrafi jednak / podziękować za swój / największy przecież dar / bycie prawdziwie niekochaną // za samotność niemiłości / za pustkę”.

Tam i tutaj przedstawia wyboiste drogi do życiowej mądrości, znamionowane przez najbardziej trudne do wyobrażenia, tragiczne doświadczenia życiowe. To zmierzanie do wiedzy okupione jest też „udawaniem zrozumienia”, zmaganiem się z nudą codzienności, trudnościami z histerycznym wyładowaniem emocji i „chroniczną nadczynnością / hormonu nadziei”, niepostrzeżenie przekształcającym się w zmysł beznadziei. Dopełnieniem wykształcającej się na tym podglebiu apatii jest przekonanie „ja” o tym, że nigdy nie miało do czynienia z manifestacją skończonej płaszczyzny rzeczywistości i przez to jego sytuacja egzystencjalna jako iluzorycznie suwerennego podmiotu jest pozbawiona prawomocnego wymiaru: „I wszystko z nią umrze / cały niewykończony wszechświat / wszystkie nie-jej myśli / i wszystkie nie-jej uczucia / z rozmaitych pożyczek / przez lata”. Ów podmiot zbudował własny mikroświat, zapożyczając się u innych, nie mogąc spłacić tego kredytu i uznając, że równie niemożliwe jest też skonsolidowanie tych emocjonalnych długów i rozeznanie się, czym one tak naprawdę są. Dostrzec w tym można oś problemową tomu, w którym podmiot zagłębia się w sobie, unikając przy tym egotyzmu z powodu rozwiniętego zmysłu autokrytyki i przenikając z trudem zakamarki swej psyche. Co ważne, w tym akcie introspekcji nie może opracować treści, które byłyby interesujące dla bliźniego.

Jednak „ja” tam i tutaj nie pozostaje w być może niechcianym i opustoszałym, choć przez samego siebie wykreowanym uniwersum, skoro w takiej bańce mydlanej nie może ani pogodzić wszystkiego ze wszystkim, ani odnaleźć recepty na brak celowości swej egzystencji, dlatego odnajduje ważniejszy od pewności istnienia komponent doświadczenia – poszerzanie własnego przeżycia o światy odrębne i alternatywne. Nie tyle fascynuje go odmienność, ile zauważona w nieznanych kulturach odwaga rozwinięcia w wyższą, intensywniejszą formę zaufania w przyjęty obraz rzeczywistości, co powiązane jest z zacieśnianiem więzi między naturą a ludzkością i pielęgnowaniem przekonania o transcendentnej energii inicjującej rozwój dookolności: „Bezbronni w swojej wierze w niezabijanie, / wagę cierpienia / i siłę lasów, // w melodie błękitnych drozdów, / w melodie modlitewnych młynków, / w potęgę dziewiczych potoków”. Dzięki niejednolitości wnętrza podmiotu i jego poszukiwaniom swego miejsca perspektywa włączania w mikroświat „ja” elementów odrębnych posiada też inny, ważny wymiar w formie powoływania się na takie postaci, które w sposób warty przemyślenia potraktowały kategorię „tu” i kosztem swego komfortu usiłowały ją przeformułować. Innymi słowy, spróbowały, nie zawsze w sposób „nieudolny”, przesunąć rzeczywistość na tory prowadzące „tam”, być może do miejsc odnawiających myślenie, a więc niepogrążających ludzkiego ducha i dających nadzieję na odbudowę pozytywnych stron natury człowieka w formie przynajmniej niepodatnej na zdegenerowanie, a nawet trwalszej, co miał na celu choćby Yu Zhijian, bohater jednego z wierszy i uczestnik protestów na placu Tian’anmen: „Yu wierzył, że niszcząc portret Mao, / zniszczy tyranię, / pomoże naprawić świat, / wypełni swój obowiązek / oraz wskaże drogę ku Prawdzie. // O naiwności bezgraniczna / ubogich duchem!”.

„Ja” tam i tutaj urzeczone jest fenomenem heroizmu bezczynności, którą rozumie jako doskonałą postawę człowieka w świecie ponowoczesnym: „o ludzkości! kiedyż naprawdę zrozumiesz / że twym największym osiągnięciem / może być doskonałe nierobienie niczego”. Tym samym podmiot demistyfikuje założenie o tym, że permanentnie trzeba coś wyjaśniać, by prawdziwie być obecnym. Jest nieufny wobec praw postępu i ekstatycznie nastawiony do tych mechanizmów obronnych, które promują uwewnętrznianie treści doświadczenia: „być w sobie / sobą / tylko dla siebie / nie zapomnieć być / po prostu być // tak zasiedzieć się w sobie / we własnym istnieniu / chociaż na moment / na moment tylko”. „Ja” unika przekroczenia kondycji siebie, woli wyzyskać w swym przeżyciu już posiadane dyspozycje oraz restytuuje sprzężenie swej osoby z codziennością, rytuałami przez nią konotowanymi i tymi tendencjami, które nie wymagają od niego ofiary największego rzędu. Powraca tak do momentów znanych i do tego, co „normalnie oczywiste”, choć traci przy tym pasję właściwą tym, którzy stykają się z czymś nowym: „A wieczorami chodzi po Krakowie, / spisując wiersze na połówkach biletów, / jakby znów miała dwadzieścia lat, / świat miał sens / nadający się do zapisania, / tak jak i jego sekretne Treści / oraz Znaczenia. / Bardzo rozmaite”. Zredukować siły naturalne i zrównać je z ludzką energią to postulat daremny w poetyckim świecie tam i tutaj. Jest on pozbawiony wymaganego ugruntowania, gdyż walka o oswobodzenie indywiduum nie może znosić praw absolutnych i musi rozgrywać się poza tym, co ustanawia rdzeń przestrzeni. Zdaniem „ja”, uobecniana w wielu istotach moc życia powinna mieć prawo rozporządzania sobą zgodnie z własnym przeznaczeniem, niezależnie od ludzkiej woli i potrzeb. Wynika z tego brak moralnej podstawy dla „ułaskawienia” przez „ja” odrębnych i suwerennych istnień, gdyż z natury są one bytami autonomicznymi i samostanowiącymi, tym bardziej że życie pozaludzkie nie pozwala zasymilować się przez człowieka inaczej niż poprzez przemoc. Akcentowanie krzywdzących dla natury konsekwencji poszukiwania przez podmiot metod skonkretyzowania swojego bycia na podstawie świata zewnętrznego i krytyka takiego postępowania, nie równa się tu unikaniu dostrzegania i słownego uchwytywania piękna życia tętniącego w rzeczywistości, co „ja” eksponuje w takim wyznaniu: „Zawsze chciałam napisać wiersz / o wieczornym ptaków śpiewaniu / o mokrych chodnikach po deszczu / o zapalających się światłach jesienią”.

Twierdzenia abstrakcyjne, uzyskane na drodze myślenia spekulatywnego, liryczne „ja” tych wierszy nie tylko przywołuje i dzięki nim odnajduje punkt ciężkości swoich doświadczeń, ale wręcz udowadnia je w swych przeżyciach bądź podważa ich sensowność na płaszczyźnie codziennych rozterek. Tak jest na przykład z rozważanym tu problemem psychosomatycznego rozdarcia człowieka oraz braku zbieżności stopni rozwoju i degradacji duszy i ciała. W tam i tutaj przechodzi się od spraw palących do zupełnie nieistotnych, od obowiązku pamiętania do przywileju zachowywania w pamięci, od „tam” do „tutaj”. Wielojęzyczność, a zatem możność zorientowania się w świecie operującym wieloma kodami, nie determinuje sposobności pokonywania przez liryczne „ja” innych barier niż komunikacyjne. Zajmuje go utracone, nigdy niespełnione i potencjalne szczęście, pragnie wejść w stan „samotności doskonałej” i „ciszy całkowitej”, by zachować wieczną młodość w swym wnętrzu, na przekór starzeniu się ciała. „Ja” zawsze chce podążać za intuicją, emocjami i tym, co namacalne, dlatego taką nostalgią napawa go myśl, że zamiast ciała spełniającego wyśrubowane normy kanonu piękna, otrzymało nadwrażliwość i skłonność do dobroci. Na tym planie uderzający jest paradoks tego, jak trudno pogodzić się z odejściem bliskiej osoby, skoro tak uderzające jest spostrzeżenie, że ów brak nie ma ani radykalnego, ani śladowego wpływu na modalność rzeczywistości, przez co faktycznie śmierć nic nie zmienia, tylko budzi tęsknotę, żal lub inne reakcje emocjonalne oraz eksponuje niewielkiej grupie ludzi prawdę dotyczącą ich przyszłości. Traumy opanowujące wyobraźnię, ograniczające swobodę ruchów w pełnym niebezpieczeństw świecie, tym splocie wspomnień i teraźniejszych niewiadomych, mimo woli powracają, wdzierają się w głąb doświadczenia, w obręb myślenia o egzystencji. Trudność z przyjęciem życia nowego, „nieurodzonego / nieistniejącego / niebędącego”, czyli tylko zapowiedzianego i nieposiadającego fizykalnego nośnika, przejawia się w tam i tutaj jako o wiele bardziej dotkliwa od odsuwanego w najskrytsze zakamarki świadomości oczekiwania na odejście życia już wydarzonego i niepotencjalnego, jakby wyczerpanego, z którego kresem już się pogodzono przez antycypowanie go w myślach.

„Ja” w tam i tutaj – niezaspokojone i udręczone istnieniową niepewnością – kwestionuje możliwość zdystansowania się człowieka do wymiaru materialnego i celebruje każdą sposobność rozkoszowania się tymi momentami, w których podmiot pochłaniany jest przez przedmiot. Widać w tym pragnienie „ja”, by w doświadczeniu zatrzymać się w chwili uniesienia i zrozumienia, że miarą jego podmiotowego oddziaływania na świat jest miłość. Dzięki rozważaniu tego odwleka czas odsunięcia się w niebyt, w poetycką macierz: „istniejemy do najbliższego drzewa / a potem zanikamy / jesteśmy w zanikaniu / dla wszystkich i nikogo // jesteśmy dla siebie / jesteśmy zakochani / a mgła / a mgła zostawia pustą drogę”. Wykluczenie dobroci jako wspólnego mianownika wszelkich dziedzin życia doprowadziło do osłabienia człowieka i emocjonalnej bierności w doświadczaniu. Kolejnym etapem degradacji ludzkości jest wyrzeczenie się podstawowej powinności dbania o środowisko, sprawowania wobec niego roli służebnej i przede wszystkim wadliwe aplikowanie prawa swobodnego rozporządzania tym, co żywe. To też jest źródłem antynomii wyrażonej w tytule tomu ­– tam i tutaj. Wedle niej człowiek nie może zbudować trwałej relacji ze światem i w jego ramach umiejscowić siebie, skoro lekceważy wewnątrzświatowe pryncypia i brutalnie, a nawet bez żadnego racjonalnego umotywowania swych czynów, zapośrednicza to, co dane mu w doświadczeniu. Dlatego nie odnajdujemy miejsca dla siebie, bo już dawno nie wytrąca nas z egocentryzmu jedność i wewnętrzna harmonia emanująca z przyrody, w której dostrzec można namacalną ekwiwalentyzację sacrum – tajemniczej, pociągającej i absolutnej mocy. Etyczne rozluźnienie nie kończy nihilistycznej charakterystyki człowieka, który bezładnie brnie dalej w swym nihilizmie, zajmując pozycję agresora wobec sił natury, przypieczętowując zapaść w ewolucji ludzkiej wrażliwości i obnażając siebie jako istotę bezwzględną, nieczułą i rygorystycznie egzekwującą nienależne dobra: „drzewa czują zbliżającego się drwala,/ rośnie im wtedy ciśnienie wewnątrzkomórkowe, / boją się / i nie chcą umierać. // jak przejść obojętnie / wobec tej niemej męki, / jak przejść obojętnie / koło pustki / po umarłym drzewie?”. Nie brak skrupułów, a bestialski pęd ku wszechwładzy i niecofnięcie się przed niczym w pracy nad uzyskaniem pierwszeństwa w drabinie bytów, są czynnikami dyskwalifikującymi człowieka nowoczesnego w tam i tutaj.

Przez bycie i tam, i tutaj – zdaniem podmiotu – człowiek jest zaślepiony i nie jest w stanie zobaczyć pierwotnego, anarchicznego i antycywilizacyjnego punktu, z którego zawsze zaczyna myślenie o rzeczywistości – myślenie, dodajmy, prowadzące go do racjonalizacji skutecznie realizowanej polityki całkowitego wyzysku. Rozpoznane przez „ja” mówiące zaburzenie to następstwo nieczułości na bodźce, owe jasne sygnały tego, że światu nie podoba się samowola ludzkości. Jednak istotą współczesnego kryzysu jest maskowanie przez człowieka swego dualizmu, psychosomatyczności siebie i zapomnienie, że wszystko, a szczególnie nasze przystosowanie do zastanych warunków, zawdzięczamy naturze, którą rozczarowujemy naszą bezczynnością i brakiem motywacji do rozwijania treści doświadczenia: „Przyroda przygotowała nas, jakże starannie, / na głód, choroby i wojny, / zaś nuda szczęścia / prowadzi do otyłości duchowej / i naturalnej śmierci z uduszenia, / kiedy można by wreszcie odetchnąć”. Tam i tutaj nie jest rzeczą dotyczącą zbiorowego doświadczenia – prym wiedzie tu indywidualność, która zawsze odnosi swą refleksję do szerszych perspektyw, niemniej nie dewaluuje otoczenia, ale to, co społeczne nie ma dla niego decydującej roli, „ja” nie bierze nigdy strony ogółu, a nawet jest zdruzgotane postępowaniem społeczeństwa i krytykuje je za pomocą subtelnych środków. Ów podmiot jest bardziej uwikłany w prywatne rozterki i sądy burzące wizję jednolitej rzeczywistości niż misję wszczęcia rewolucji. Mocniej niż uniwersalne własności „ja” zajmuje ból egzystencjalny, który słusznie widzi jako zalążek do kontemplacji problemów o bardziej rozległym działaniu, skoro ów ból wymyka się problematyzacji, opisaniu i jest na tyle obciążający, że nie sposób od niego odstąpić i zarejestrować cokolwiek z nim niezbieżnego: „ból nie tłumaczy się dobrze na wymiary słowa / nawet w dobrym wierszu, a cóż dopiero w tym. // I nigdy nie boli razem. / Zawsze zupełnie osobno i prawdziwie dosłownie / w odróżnieniu od słów”. Przybiera to taki obrót, że „ja” próbuje wydobyć siłę z tego bólu, wyzyskać go dla wewnętrznego rozwoju, zorientować na nim całe swoje przeżywanie a jego nieprzerwane odczuwanie przekuć w marsz ku wyższemu stopniowi samoświadomości, jednak nie mogąc oszukiwać samego siebie, ów podmiot w tam i tutaj dąży tak naprawdę do zrozumienia, że z destrukcji jego mikroświata (ciała i świadomości) i samej rzeczywistości nie wyniknie lepsza przyszłość, a jeżeli nawet samotność zostanie nieco zredukowana, odsunięta w podświadomość (tytułowe tam) i zastąpiona czyjąś obecnością tutaj, to nie zostanie ona unicestwiona całkowicie. Tak w tym tomie docieramy do granicy wyczerpania, zyskując przy tym mocną skłonność do wzięcia nieco ciężaru „ja” na siebie i zagłębiania się w te wiersze, by współprzeżywać chwile „odkrywania” bólu – tych zapisanych w poezji śladów cierpienia i samopoznania: „Wszystkie słowa zużyte na dziesiątą stronę / we wciąż na nowo odkrywanych kontynentach bólu, / za każdym razem odkrywanych po raz pierwszy / i za każdym razem / samotnie”.

Autor: Przemysław Koniuszy

Katarzyna Zechenter „tam i tutaj”, Wydawnictwo Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu, Poznań 2019, s. 64

Zrealizowano w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego – Kultura w sieci

„nie wszystko wraca do normy, czyli do przedtem, / mimo że jest już potem. / Na zawsze. / Nie do odwołania”, czyli o miejscu, w którym ból i opuszczenie sąsiadują z potrzebą bycia kochanym

„jak to możliwe że żadnej rewolucji nie zauważył nigdy nikt na czas”, czyli jak ludzkość straciła głowę myśląc o rozkoszy

Wiersze Joanny Oparek – poetki w sposób innowacyjny buntowniczej – z tomu mocne skóry, białe płótna dają nam do zrozumienia, że jesteśmy wplątywani w wojny o nie swoje racje. Brutalnie rozgrywani przez idee, których nie podzielamy i wrzucani w wir zmian o dynamice sprzecznej z naszą naturą, nie widzimy podstawowej prawdy: celem organizacji społeczeństwa jest ukształtować człowieka zmanipulowanego i pozbawionego podstawowego narzędzia przetrwania w postaci myślenia krytycznego. Poetka od „gier narodowych”, czyli prób wyciosania z podatnej tkanki narodu bezkształtnego i bezwolnego organizmu, woli „gry” językowe i wyobraźniowe, które wszak, czego sama jest świadoma, nie są w stanie zaradzić drenażowi umysłów i zanikowi inteligencji. Łatwość, z jaką przychodzi niektórym obalać dziś powszechniki, trzymające w ryzach nie tylko etykę, ale też pokłady znaczeń stanowiących filary naszej kultury, budzi w lirycznym „ja” tych wierszy przerażenie i zachęca do wzięcia pokojowego odwetu na ludziach podcinających gałąź, na której siedzą: „Poszło prosto szło jak burza / Wszystko padło rzędem leży / Wszystko sczezło zło i niezło / W czarnym pyle marne chwile / Wszystko wyschło albo spuchło / Co nie zgniło to wybuchło”.

Myśl, że z materii upadłej, wypranej z esencji oraz pyłu, pozostawionego po katastrofach materialno-ideowych i pozbawionego życiodajnej wilgoci, zbudować można tylko krajobraz klęski, wprost wynika wniosek o tym, że w warunkach panujących w poetyckim świecie trzeba pogodzić ze sobą zastaną sytuację, czyli permanentnie trwającą wojnę, z projekcją lepszego życia, czyli miłością. Tak dojrzewa się tu do poczucia winy i formułowania „pokrętnych tłumaczeń”. Wszystko po to, by rozpoznać różne rodzaje człowieczeństwa, zdaniem lirycznych „ja” bowiem dobre uczynki wwiercają się w ludzką duszę, wzmacniając ją, natomiast złe wsączają truciznę, doprowadzając do jej zgnicia. Poza (nie)prostą antynomią dobro-zło chodzi tu też o sensowne rozwiązanie mediacyjnej relacji między myślą a światem, a nawet o ominięcie tego procesu mediacji i dojście do stanu integralności częściowej, w poezji jest przecież możliwe, żeby rzecz była bliska słowu. Przez to liryczne „ja” może tu nieposkromione budować swój warsztat poznawczy, wcielać się i obserwować, jak poza nim, na zewnątrz świadomości jakaś siła nadaje formę całemu bogactwu życia i materii. Tak „ja” chce osiągnąć jasność w pojmowaniu: „Gdy oswoiłam już brzegi płycizny i głębię / gdy słońce pierwszą skórę łatwo zdjęło ze mnie / zachwycająca jasność przeciwieństwa myśli / oto jest drewno paleta po prostu zbite deski”.

Stanowisko Oparek uobecnia się na dwóch płaszczyznach. Pierwsza dotyczy nieziszczalności pragnienia bycia zanurzonym w wewnętrznym świecie przeżyć. Człowiek sportretowany w tym tomie został tak skrzywdzony, że z trudem przenika meandry swych posttraumatycznych myśli. Druga dotyczy potrzeby wynalezienia takich środków działania, które pozwolą uzasadnić w jasny sposób, dlaczego na rewolucję jest już za późno, choćby z tego powodu, że ten tryb przemiany nie sprawdził się w dziejach, więc trzeba myśleć o innym mechanizmie przekształcania realności, na przykład działającym na zasadzie przejściowych etapów, reformujących naoczność stopniowo. Podmioty tomu myślą o pochodzie, a nie lawinie postępu, nie zwalczają jednak rozwiązań gwałtownych, może nawet ich pragną, choć boją się ich zastosowania i dostrzegają potencjalną mnogość negatywnych konsekwencji. Liryczne „ja” Oparek, widząc, że nie da się pojednać sprzeczności i zamiast osiągnąć inne, rozjaśniające naturę rzeczy rozstawienie akcentów, tylko doświadcza krystalizacji niejednoznacznych rozpoznań, słusznie, choć tylko na podstawie objawiających się mu symptomów ich działania, przeczuwa prawdziwe uwarunkowania swych przeżyć: fatalizm ewolucji, brutalne ścieranie się idei oraz spontaniczną, niekontrolowaną kreację. Wydaje się, jakby ogniskowało to wszystkie te wiersze na indywidualności, ale perspektywa „ja” jest tu od razu przyćmiona przez podrażniony przez podmiot świat, na dodatek zdefragmentowany w trakcie wojen: „Łowiłam ryby rozgryzałam muszle teraz to łóżko jest całą moją plażą / sama dla siebie jestem / widokiem i powietrzem // Opieram stopy na wzburzonych falach / czarno-czerwone morze krzyczy od nadmiaru / drażnię ostrym ołówkiem / ośmiornicę”. Celem mocnych skór, białych płócien jest wydobycie takiej formy poetyckiego przeżycia, która na równi rejestruje poczynania „ja” oraz ukierunkowuje ów podmiot na podjęcie pracy w dziedzinie genealogii – jawnych i utajonych – śladów działania władzy w obrębie więzów łączących indywidua w zbiorowość.

Bliska lirycznym „ja” tego tomu strategia impasu, sprzężona z konstrukcją świata, w którym egzystują, doprowadza do dwóch, uzupełniających się procesów: zachłannego czerpania wrażeń oraz pielęgnowania postawy minimalizującej ryzyko wynikające z bycia. Jej przyjęcie owocuje uznaniem, że największe bezpieczeństwo osiągnąć można poprzez unikanie jakiegokolwiek określenia, przypisania do konkretnej emocji lub uczestniczenia w zdarzeniu weryfikującym, kim tak naprawdę się jest: „Nie powinien był być ani nie być / i nie powinien był / kochać ani udawać że nie kocha”. Nie jest to możliwe do zrealizowania, skoro według Oparek to emocje zabarwiają świat, są niezatartym w ludzkiej świadomości znakiem interakcji między „ja” a zewnętrzem. Nadto ów kontakt nie jest możliwy do zaistnienia, gdy indywidualność nie odsłoni prawdy o sobie. Podmioty w mocnych skórach, białych płótnach chcą karmić się emocjami niewyprodukowanymi przez siebie, ale pozyskanymi z tekstów kultury. Stąd wywodzi się postulat, oczywiście nie jest on akceptowany bezkrytycznie, by nie opowiadać się po żadnej ze stron współczesnych konfliktów, być w punkcie zero oraz nie zostać radykalnym zwolennikiem i obrońcą jednej tendencji, ale obserwować i reinterpretować to, co pozyskane. Nie chodzi tu o brak odwagi, tylko wiedzę o tym, że w przeciwnym razie, gdy jakaś koncepcja nabiera rozpędu i ogół opowiada się za nią jako słuszną, efektem jest cierpienie jako dominanta dziejów świata, a uniknięcie go jest podstawowym założeniem poetyckiej etyki Oparek. W mocnych skórach, białych płótnach lokuje nas autorka między Scyllą a Charybdą, matematyką a historią. Ta pierwsza jest „zabawką bogów”, królową nauk „i tylko popiołem włada ta królowa / z ziemi wyrasta i rosnąc mierzy ziemi obszar / (…) w skupieniu / wbija paliki w trupy”, tymczasem historia jest „pętlą błędną, gilotyną tępą”. Innym pomysłem na zachowanie równowagi jest nie być ani zbyt głośno w protestowaniu przeciwko światu, by nie naruszyć jego struktury, ani zbyt cicho, gdyż wtedy upokarzamy siebie, przedstawiając się jako ktoś nieudolny, tchórzliwy i tracimy zdolność rozróżnienia, co jest słuszne a co nie, a formułowane twierdzenia na temat świata wyrażają nasz, niegodny człowieka program bezczynności. Summa summarum zamiast wahania, bycia pomiędzy i niezdecydowania, liryczne „ja” mocnych skór, białych płócien wybierają wyczulenie na istnienie i naturalną, niebłazeńską czujność na nieszczęście drugiego. Tym drugim nie tylko jest człowiek, ale też zwierzę i roślina, bo antropomorfizacja to podstawowy oręż tej poetyki, który ujawnia motywacje ukryte za składnikami rzeczywistości. Ożywienie czegoś, poetyckie zmutowanie i wprawienie tego w ruch w tekście to sposobność ujrzenia wielu niuansów, które w statyce niemożliwe są do spostrzeżenia.

Podmioty Oparek chcą rozkopać świat, dokopując się do warstw pierwotnych i zapomnianych, ale nie jest to prowadzenie „ekshumacji” w sensach, tylko archeologia w „niepamięci”. Nie dają wmówić sobie, że celem ich życia jest rozliczenie ze światem za pomocą nagromadzonych znaczeń lub wyczerpanie potencjału materii poprzez konstytuowanie i zapamiętywanie wszystkich jej przejawów oraz osiągnięcie momentu, w którym ani rzeczywistość, ani twórcza myśl nie jest w stanie niczym zaskoczyć. Mocne skóry, białe płótna to tom, w którym liryczne „ja” same weryfikują swoje poetyckie „proroctwa” i dochodzą do wniosku, że jako wieszczowie nie spełniają się, co wywołuje w nich podobny do schizofrenii stan, polegający na połączeniu zaburzenia tożsamości i ciągłej manifestacji tych samych wizji z poczuciem braku zdolności do odróżniania faktów od urojeń. Chcąc cokolwiek rozstrzygnąć, „ja” musi zatrzymać czas dla swojej wyobraźni, nie chce jednak zatamować substancji świata, wówczas mogłoby zaniknąć z powodu zachowania ostrożności wobec tego, co przelewa się z naoczności do świadomości i określa jego istnienie jako podmiotu. Także wtedy „ja” – bezczynne i wtórne – doświadczyć może braku sensu swej egzystencji. „Ja” wierzy, że należy wyrażać milczącą zgodę na przepływanie przez siebie spostrzeżeń, bo pobudzają one temperament osoby, nie tylko poznawczy, ale też obywatelski, kontestatorski i empatyczny. Podmiot w tym tomie, gdy przestaje być barierą dla rozwoju rzeczywistości, wyzwala swą osobowość, otwiera się na dary otrzymywane z zewnątrz i zaczyna rozumieć, że gdyby dane mu było zostać wskrzeszonym po życiu przesyconym doświadczeniami, to wówczas będzie naznaczony duchowo przez sam kres egzystencji, przejście na drugą stronę, czyli ostateczne wyczerpanie jego potencjału i modalności. Wówczas mógłby nie zdobyć się na żaden twórczy czyn i zostałby posłańcem nihilizmu: „będziesz powoził tym co utracone / popędzał stratę / nawoływał koniec / Na gorzkich łąkach rozrasta się wieczność / pleni się / w suchej ziemi / w gorącym powietrzu / zostawia / blizny na kamieniach”.

Opisywane w tym tomie milknięcie poezji oraz zanik lirycznego ducha w ponowoczesności wymusza konieczność trwania przy wierszu do ostatniego słowa, nawet wtedy, gdy jest ono nieobecne i kiedy celowo w mocnych skórach, białych płótnach nie wybrzmiewa wystarczająco dosadnie i podmiot w przejmujący sposób ucina tok wypowiedzi, nie posługując się nawet poetyckim skrótem, ale po prostu nie finalizując uzewnętrznienia i pozostając w ukryciu. Oparek obłaskawia w swych tekstach niemoc nazywania, która nie wynika tylko z istoty obiektu poetyckich badań, ale pochodzi też od samego „ja”, wolącego sugestię, nieczytelność i symbol od dosłowności. Ów podmiot jest też niekompetentny w rozwiązaniu rozbieżności między potrzebą opisywania a obecną sytuacją słów, które „jak muszle otwarte są już puste”. Bez obejścia tego pata niewiele „ja” udaje się ocalić ze składników subiektywnego świata, tym bardziej że jego podstawowe komponenty określają nie mikrouniwersum jego przeżyć (marzenia, światopogląd i potrzeby serca), tylko ducha czasu (wymagania stawiane „ja” przez zewnętrzność) i trywialne, fizjologiczne zobowiązania człowieka wobec swego organizmu. Być wolnym i zachować swoją osobniczość, ale „w obliczu głodu” przezwyciężyć tymczasowe ograniczenia, to kurs, który obiera Oparek w swym najnowszym tomie. Po tej trajektorii płynie się wewnątrz lirycznego oceanu, skąd „sączy się ciemność”, a symbole są niesforne, zbuntowane i przyczajone „rosną w ukryciu”. Tak podmioty wypowiadające się w tomie chcą podrażnić rzeczywistość, nacisnąć ją piórem, by wybuchła od nadmiaru treści w niej zrodzonych. Myślą o tym, by zachować najpiękniejsze „kwiaty”-zjawiska w wazonie umysłu i utrzymać się na „wzburzonych falach” czasoprzestrzeni, „kiedy nieskończoność przekwita i opada”: „Końce łodyg / należy zanurzyć we wrzątku / na chwilę potem włożyć / do roztworu soli / i dzięki temu róże umierają dłużej / irysy / lubią gorący popiół”.

Są to mocne postulaty, jednak ich realizacja może wiązać się z czynami tak samolubnymi, jak zanik zainteresowania tymi, którzy nie zostali uprzywilejowani przez ślepy los, wykluczający ich z wejrzenia w migotliwe sensy poezji, czyli odpowiednik znaczeniowych i duchowych głębin świata lub nadrzeczywistości oraz z wykonywaniem tak absurdalnych aktów przez człowieka, jak modlenie się o nieszczęście dla bliźnich po to, by więcej treści pozostało do odkrycia i zostało zachowane pierwszeństwo indywidualności w dążeniu do prawdy nad zbiorowością. Dominujący model lirycznego „ja” – niewolny, jak widzimy, od światoburczych i niegodnych człowieka czynów – zbudowany jest też z pierwiastków pozytywnych. Na przykład „ja” chce poświęcić część siebie, aby na nim wyrósł „nowy świat”, „nowe generacje” istnień, a zatem też by powstały „nowe lepsze pragnienia”: „Cała / odrosnę z tej odciętej ręki / tylko to co odjęte może być swobodne / ustanowić kolonię”. „Z żywej gliny” świata, z mieszaniny cząstek innych organizmów, „ja” wytwarza istotę hybrydyczną, łączącą pierwotność z wyrafinowaniem, wymarzoną, ale daleką od wyimaginowanego ideału. To, co wykreowane przez „ja” na bazie natury, często nie może dokonywać samoregeneracji i wymaga daleko idącej opieki, z czego wynika przymus brania odpowiedzialności za istnienie, przedłużania jego umierania poprzez konserwowanie go za pomocą wprowadzania dopełniającego kontekstu, czegoś nieistniejącego dosłownie, wyobrażonego i pozaczasowego, co ma na celu zachować świeżość świata zjawiskowego.

Rekreacja życia i próby ustabilizowania dynamiki jego przemijania tworzą podwaliny dla kolejnego ciekawego zjawiska poetyckiego, które przekłada się na logikę wierszy Oparek. Chodzi tu o widzenie uniwersum przedstawionego jako kontenera, do którego usiłuje „ja” wcisnąć jak najwięcej „żywych” fenomenów – obiektów chcących następnie wydostać się na zewnątrz i zgodnie ze swą istotą ukonstytuować nową formę świata. Przez to tom mocne skóry, białe płótna, wraz z postępem lektury, „nabiera ciężaru” i stopniowo zyskuje coraz więcej ognisk znaczeniowych. Ich powstawanie łączy się z kształtowaniem lirycznego „ja”, które na równi wzrasta w sobie pod względem duchowym, „wyrasta” ze świata i pozwala, by nasiona z dookolności w nim wykiełkowały. Owa persona „jasne pojęcia” uznaje za najwłaściwsze, proste podobieństwa bierze za rdzeń definiowania rzeczy nieznanych i nie zauważa sprzeczności między odrzucaniem tego, co zdegenerowane i równoczesnym otaczaniu się resztkami pozostającymi po cywilizacyjnym pędzie. Dzieje się tak przez zanik uczucia, które sprawia, że „spirala oczekiwań / wywraca się na lewą” stronę i czysto ludzkie pragnienia, realizacja interesów indywiduum, schodzą na plan dalszy względem kontemplacji upadku i sankcjonowania stanu dwoistości, bycia po dwóch stronach: życia i śmierci, początku i kresu, miłości i nienawiści: „W półkonaniu w półżyciu w tym pięknym śmietniku / wszystko co kocham rozkłada się przede mną / patrzę w morze / błękitny worek na pozostałości / nie myślę już ani o śmierci ani o miłości”. „Ja” marzy o ciosach ze świata, stymulujących, oprzytomniających, wyprowadzonych z nieznanego kierunku i przede wszystkim na tyle mocnych, aby były odczuwalne nawet pod „pancerzem” z wrażeń. Zdaniem podmiotów tych wierszy trudno dzisiaj wywnioskować, jakie naprawdę panują stosunki między zjawiskami, skoro okala naszą świadomość gruby kordon treści pozostałych po przeszłych doświadczeniach i niewiele dociera do nas ze źródłowego kontaktu z rzeczywistością, tym bardziej że wszystkie sfery ludzkiego życia przenika duch instytucji odbierających człowiekowi wolną wolę, a zatem też samowładztwo wynagradzające indywidualność ważnymi, subiektywnymi spostrzeżeniami. Poezja nie jest co prawda utopią teoretyczną, ale i tak cudownie powraca tu uzdolnienie do rozpoznawania aksjomatów.

Wstrząs mózgu i stan katatonii – zjawiska pozwalające „ja” nabrać indywidualnych cech i opracować niekompromitującą go strategię aktywnego bycia w świecie – oczyszczają ów podmiot z arbitralnych założeń i czynią jawną możliwość urzeczywistnienia się nie tylko Arkadii, ale też scen infernalnych, dotyczących człowieka, istoty śmiertelnej i grzesznej oraz pokazujących, jak czeluści piekielne pochłaniają twory jego myślenia: „ziemia rusza się od myśli / kamień kruszy się / krzyż trzaska // nikt już tego nie chce // lepiej pogrzebać”. Myśl, jako następstwo refleksji jednostki, nie ma tu zostać „pogrzebana” bez wpływu na los tejże osoby, dlatego to ludzie w mocnych skórach, białych płótnach „czołgają się brudni oblepieni wszystkim / co mieli w sobie co ze sobą nieśli”, są oni bowiem „rodzicami” myśli składających się na świadomość „ja” i szykują „powstanie” przeciwko dominującemu podmiotowi – niezrównanemu komandosowi eksplozji lirycznych zdarzeń. „Ja” jest w mocnych skórach, białych płótnach w stanie opresji, bo sytuuje się między „światem odzyskanym” a utraconym, przy czym to, co już skorodowało i zanikło, nadal obecne jest w postaci skrawków w języku i porządku symbolicznym. Odruch tworzenia „nowych interpretacji” dawnych tragedii przegrywa tu z oczekiwaniem na nieszczęścia dziewicze, nieskalane ludzką myślą. Nie o krew i łzy tu chodzi, ale o porzucenie archiwum myśli na rzecz odczuwania żywej teraźniejszości i uobecnienie wojny odmieniającej oblicze świata na oczach podmiotu: „Jak każdy tutaj marzę o prawdziwej śmierci o rewolucji wymierzonej w granat / chciałbym eksplodować w granacie cha ha! / rozpaść się na srebrne igły krwawe błyski niech zmieszają się kolory / krew przynosi nadzieję na fiolet a srebro / jest symbolem utraconej mowy”. Jeżeli wojna nic nie przemieni, „ja” nie chce czekać w uśpieniu i afirmować znieruchomienia, woli albo wytworzyć odlew ekscytującej go osoby z „cienkich strużek jej myśli wyobrażeń warstwa po warstwie”, albo wyreżyserować spektakl społeczny, w którym każda indywidualność emituje to, co pociąga za sobą jej istnienie: „wszystkie ludzkie projekcje w miliardach wyświetleń / te miejskie iluminacje dają złudzenie ruchu zmiany / każdy z nas jest tylko ekranem i wyświetlamy się sobie”. Tym samym liryka ta ewokuje łaknienie transparentnych, niezapośredniczonych przez żadne medium, odmiennych od wizualizujących materię tworów techniki i w efekcie najbardziej dla świadomości żywotnych doświadczeń, by „utrzymać widzialność zwiększyć częstotliwość / każdą myślą” i dowiedzieć się, czym jest to, co dla realności pierwotne, namacalne, fundamentalne i istotowo nienaruszone. Bardziej niż pragnienie niezaburzonego oglądu jest to efekt podświadomie wyrażonej prośby o ratunek. Jest on potrzebny z powodu porzucenia przez ukochaną osobę, utraty spoistości siebie, konieczności odrzucenia takiego sposobu odbierania rzeczywistości, który był naznaczony przez pryzmat związku z drugim oraz fragmentaryzacji podmiotowości: „Jestem naczyniem które pęka / drzwiami które otwierają się nagle / wyję nocą z pyskiem ku ziemi”.

„Ja” w mocnych skórach, białych płótnach chce realizować taki scenariusz, w którym trzeba metaforami odbić się od transformacji wizualizowanej jako dno czarnych myśli, pozbyć się kasandrycznych wizji, wyjść z cienia i nabrać rozpędu, na przekór płynącego czasu. Drugim aktem tego spektaklu ma być krytyka spoufalania się z „obcym kapitałem”, rzekomo łaskawym darczyńcą, w imię partykularnych, krótkowzrocznych interesów i za cenę adaptacji do zastanych warunków, która jest wygodniejsza do przeprowadzenia niż samodzielne uformowanie status quo. Podmiot Oparek widzi, jak współcześni mu ludzie na złamanie karku nadmuchują ekonomiczną bańkę – dzieje się to w świecie, w którym fabryki sąsiadują ze „składowiskami kości”, a motorem napędowym teraźniejszości jest odpowiadanie na sztucznie wykreowane potrzeby oraz prosta logika działania, wyrażona w maksymie takiej jak ta: „pieniądz budzi się z rana i nigdy nie zasypia” / „zniszczyć przejąć i wyjąć”. Czasy się zmieniają, historia ma swoje wzloty i upadki, jednak jedna rzecz pozostaje nienaruszona: ludzkie instynkty. Ich działanie jest nieprzewidywalne i nie zawsze zależne od czasu pokoju lub wojny. Nie jakość i rzetelność, tylko zysk ponad wszelką miarę, nie empatyczna wolna wola, tylko bezlitosny wolny rynek – oto dominanty poetyckiej teraźniejszości. Nawet umrzeć tu nie wypada, gdy jest się ubogim. Z innej perspektywy jednak wszystko zmierza w dobrym kierunku, o ile przyjąć nieantropocentryczną perspektywę i afirmować siły naturalne, skoro przez dyletantyzm ludzkości nasz świat betonu i metalu zostaje „zjedzony przez kolonie pokrzyw / o wyuczonej zaradności chwastów”. Już w specyfice opisu i języku wykorzystywanym przez podmioty mocnych skór, białych płócien wybrzmiewa istota systemowego problemu. Ludzie zapomnieli, że to przyroda włada rzeczywistością i sugerują, jakoby to ona miała kiedyś przejąć „nasz” świat, więc musimy – o ironio wykorzystując jej metody – zakamuflować się, zastosować „organiczną komunikację” i za wszelką cenę przetrwać. „Ja” tomu stara się przypomnieć pryncypium ludzkiej podległości temu, co naturalne, dlatego pokazuje, jak bardzo fascynujące są zjawiska, których doświadcza na płaszczyźnie relacji między sobą, człowiekiem a przyrodą i to w nich upatruje sprzyjających dla życia okoliczności: „ruch nie zamiera nigdy trwa / migracja robactwa rozwój żywej myśli / Skruszony topielec skalny wypłynie przy remoncie / Wypchną nas z ziemi / krety larwy kłącza / Wszystko co nas wciągnęło będzie nas wyciągać”.

Na poziomie wyobrażeniowym podmiot mocnych skór, białych płócien dociera do ważkich obserwacji, budujących zarazem atmosferę wierszy i akcesorium wyznań. Jego zdaniem, skoro świat utkany jest dzięki walce przeciwieństw, wymogiem jego dalszego trwania i rozwoju jest kontynuacja tej wojny opozycji. W przypadku jej zakończenia, pogodzenia wszystkiego ze wszystkim, trzeba przygotowywać świat do ostatniej drogi, dematerializując to, co ludzkie i usamodzielniając się, także z powodu życia w czasach społeczno-politycznej przemiany, która wymusza niestandardowe zachowania, każe polegać wyłącznie na sobie i wyklucza przy podziale korzyści i władzy, w tych nieprzeniknionych i szemranych układach jednostki najbardziej skromne, pracowite i podtrzymujące przewidywalny rytm codziennego życia. Otwarte granice nie oznaczają otwartych umysłów i faktycznych możliwości podróżowania, zdobywania nowych kategorii opisywania świata i wzbogacania rodzimego, niechcianego, przaśnego i zrujnowanego zespołu spostrzeżeń o taki, co do którego domniemuje się, że jest doskonały, choć nie ma ku temu żadnych podstaw poza niewiedzą i naiwnością. Podmiot mówiący przenikliwie zwraca uwagę na to, że kolejne pokolenia nie odrzucają chłodno dorobku swoich rodziców, powiązanego z zakotwiczającym w konkretnej metodzie myślenia systemie wyobrażeń i nawyków, jakby nie chcieli od zera ustanowić swojego pojmowania i przestać widzieć siebie na przykład jako „rozczarowanie średniego kapitalizmu górnośląskiego”, ale ewidentnie „gardzą” tym, co pozostawione im w symbolicznym spadku i nie przyoblekają odrażającego dla nich dziedzictwa w nowe formy. Jesteśmy niewolnikami – mówią podmioty Oparek – własnych możliwości, „idiotycznych przyczyn”, przymusu samozniewolenia i naszych mikroświatów, które przerysowują wszystko, co do nas dociera i sprawiają, że w każdym doświadczeniu doznajemy emocji o intensywności iluzorycznie jawiącej się jako największa możliwa. Nie zmienia to naszej małostkowości i nie wybiela mrocznych stron psychiki: „Apokalipsa nigdy nie jest mała / tylko konie apokalipsy kurczą się marnieją / stają się kucykami / konikami Przewalskiego”. Temu Oparek przypisuje winę, pisząc o negatywnych obliczach polskiej transformacji, tej utopii regresywnej, szczególnie mając na myśli karykaturalność świata i dzikość przechodzącą w atawizm u człowieka chcącego skorzystać jak najwięcej z czasu zmiany. Podmiot jej wierszy wie, że nic nie da zaklinanie losu, bo o życiu człowieka decyduje wciąż to, co materialne i to nadaje pęd jego dążeniom: „Wszystko za czym moja matka tęskni / nadal jest ważne dla ludzi / ludzie nadal starają się o dobra”. Miarą ludzkości jest efekt „wyceny”, a nie praca nad sobą i ideami. Żyjemy w świecie zrewitalizowanym, w czasach, w których śmierć jest czymś zwyczajnym, tylko narodziny „zakrawają raczej na cud”. Snujemy się wśród ludzi wykolejonych, zdradzonych, „rozszarpanych / przez jastrzębia czasu”, dotkniętych przez „wspomnienie rozłożycielskie / o czerwonym dziobie historii i polityki”.

Tryby mocnych skór, białych płócien uruchamia sąd o tym, że wszyscy dziś dążą, by znaleźć się w enklawach, rezerwatach bogactwa, rzekomych miejscach materializacji idealnych warunków życia, które agregują to, co ma uosabiać szczęście, choć tak naprawdę te przestrzenie udowadniają, jak wiele licznej grupie osób trzeba odebrać w celu zapewnienia niektórym krótkotrwałej ułudy dobrobytu i możności arbitralnego uznania czegokolwiek za odpad nielicujący z formą zasiedlonej, skolonizowanej pseudoidylli: „przeliczamy się automatycznie automatycznie się zasysamy pracujemy na tych / którzy umieli wykorzystać zdarzenia losowe jakoś lepiej / tak to się kończy liczby rosnące numery małe przekręty przełamywanie się łamanie / nieużyteczność wyrzucanie segregowanie śmieci jedzenie z koszy”. Oparek sprzeciwia się „wzorcom” kształtowania społeczeństwa czy odrealnieniu idei postępu, jednak przez arterie jej wierszy przepływa o wiele więcej pochodnych problemów, które równie silnie krytykuje. I tak w mocnych skórach, białych płótnach mówi o „brudnej energii”, neokolonializmie i mającemu dziś miejsce wprowadzaniu na piedestał kreatywności jako nowego sacrum, czynnika z nieznanych powodów funkcjonującego jako wyjątkowy i wymagający dostosowania świata do jego aktywności, gdy w istocie pojawianie się nowatorskich pomysłów powinno być sprzężone z każdą epoką w dziejach, z zachowaniem specyfiki aktualnego czasu i bez odgórnego wywoływania.

Cóż jednak po tym, że do wszystkiego nowoczesność usiłuje przypiąć etykietę „kreatywne”, gdy ludzie, w tym liryczne „ja” Oparek, nie mogą wyjść ze stanu, w którym brak im tchu i nie mogą przesiać w umyśle tego, co im przedstawiane przez wewnętrznie pomieszaną teraźniejszość: „nie zniosę tego zaduchu ani drgnie powinnam zamieszać w tym kotle / ale gotuję się tu sama a sama w sobie nie mogę tyle mieszać / mogłabym rozbić się na multiuniwersum ciężkich oczu smutku”. Przez duszenie się w kokonie swej psyche i niemoc wyjścia do świata, który nie byłby naznaczony przez zdegenerowany koncept modernizacji i wyzysku, „ja” wpada w hibernację, jak wyznaje: „będę patrzyła jak zastyga fala / Żywa skamieniałość objawia się światu”. Taka figura poetycka wprawdzie nie sprawuje patronatu nad tym, co właśnie obecne, jednak pilnuje, by świat nie został doszczętnie wypreparowany a jego cenne, znaczeniotwórcze pierwiastki wyeksportowane poza uniwersum bycia podmiotu doświadczającego. „Ja” woli istnieć między teraźniejszym a nieprzemijalnym („mój los odwrócony znak wiecznego istnienia”) i być na straży tego, co żywe, choć realia lokują go w samym jądrze tych pomysłów na rzeczywistość, które doprowadzają do jej skarłowacenia i upadku, determinowanego też przez obsesyjny progres: „kiedy kończy się świat handel ożywia się ludzie kochają się szybciej / płodzą pomysły na nowe światy i transakcje”.

W swym tomie Oparek ma apetyt na zagadnienia nierozwiązywalne. Fascynują ją zarówno wykrystalizowane twory wyobraźni i myśli zaimpregnowane, jak i to, co żywe i ruchome, włącznie z jaźnią „ja”, którą w wierszach obrastają nieokrzepnięte znaczenia. Jej imaginarium nie nasila swej aktywności przy nienazywalnych i nieustalonych zjawiskach, ale też nie skupia się z uporem na rekonstrukcji idei niezmiennych, a więc takich, które nie „uciekną” lirycznemu „ja” z horyzontu egzystencji, choć nie brak tu obserwacji świadczącej o tym, że nienaruszalne składniki świata wyzwalają najbardziej nęcące wizje: „pragnienia / odnoszą się do rzeczy raczej stałych a wolność jest jak łamanie w kościach możesz / policzyć kości i cieszyć się złożonością szkieletu możesz je łamać i mimo wszystko iść dalej / układ kostny jest skomplikowany a nerwy obrastające kości jeszcze to utrudniają”. W mocnych skórach, białych płótnach nie marginalizuje się chaosu. Wprost przeciwnie – „ja” wyraża zgodę na jego ekspansję i jest to gest odkrywczy, wykonany ponad barierami znanymi z konwencjonalnych, utartych interakcji z zewnętrznością, w których unika się skomplikowania i niekonsekwencji. Zachwalając ekstatyczną ewokację, podmiot tych wierszy szokuje zatrważającą skalą pamięci utajonej. To ona pozwala mu odmalowywać wyobrażenia nie do końca postrzeżone, wyrastające jakby znikąd i wielopiętrowe, co sekunduje poetyckiej dynamice, która często pozostaje poza jurysdykcją podmiotu mówiącego – „ja” pamiętającego wiele, ale niezdolnego do zapanowania nad tym, co przywołane.

Zgodnie z logiką mocnych skór, białych płócien łącznikiem składników poetyckiego uniwersum i spoiwem świata pozatekstowego nie może być indywiduum, choć pojawia się w tych wierszach ciekawe spostrzeżenie, zgodnie z którym nie można przypisywać sobie cudzego bohaterstwa, bo czyny nadzwyczajne zawsze są dziełem wyjątkowej indywidualności, a praca wyobraźni i lirycznego wysłowienia w okolicznościach opisywanych przez Oparek to bez wątpienia heroizm. W tych wierszach odnaleźć można nie tak rzadkie chyba przypadki, w których ludzkie wartości nie muszą być poddawane próbie, są bowiem od dawna już obalone, co daje się zilustrować choćby za pomocą dwóch zjawisk. Pierwsze z nich to przywoływany w tomie paradoks historii, w której zawsze katów jest więcej niż ofiar, przez co liczba oprawców jest niewspółmierna do skali cierpienia. Drugie zaś dotyczy śmierci, której podmiot wiersza Oparek nie traktuje metafizycznie i duchowo, lecz przez pryzmat tego, co ziemskie, zastanawiając się nad „obrządkiem” rozkładu ciała i jego dalszym, pośmiertnym trwaniem pod postacią ziemi zmieniającej stany skupienia i reaktywowanej w innych bytach, niezmiennie żywej. Pomimo tematyki, jaka podejmowana jest w mocnych skórach, białych płótnach ani śmiałe, brutalne efekty, ani subtelne opisy uczuć nie są do przesady nagromadzone w obszernych ramach wersów, bo potok wierszy i poematu Oparek po równo zagarnia to, co chtoniczne i wielkomiejskie. Nie chodzi tu o celowe wyposażanie tekstów w materiał pochodzący z jednej dziedziny i dlatego zatrważający przez posiadanie decydującego głosu w kształtowaniu obrazu lirycznego świata, ale uwzględnianie w formie konstelacji obiektów wytracających się bez narzuconych dominant z odmiennych przestrzeni i niezasklepionych ran postapokaliptycznego, jakby postwspółczesnego, ale wciąż napędzanego przez ludzkie popędy świata potransformacyjnego. Poetka opowiada się przeciwko sczeźnięciu wszystkiego, co duchowo cenne, bezproduktywnemu oczekiwaniu na „lepsze”, dokonywaniu z niezrozumiałą satysfakcją ideowego „obrachunku” z tendencjami modernistycznymi oraz całkowitemu zaspokojeniu głodu sensu absolutnego.

Poetka, chcąc stymulować sięganie przez człowieka po skuteczne narzędzia do uzyskiwania samoświadomości, w rzednięciu materii, jej przeciekaniu nam przez palce oraz niemocy wypatrzenia dookoła siebie fundamentalnych kryteriów jej problematyzacji stawia światu ponowoczesnemu i potransformacyjnej, rodzimej rzeczywistości kontrpropozycję. Jest nią scenariusz bycia łączący uczestniczenie w stale rozgrywanych porachunkach na płaszczyźnie ideowej z odczuwaniem ukierunkowanym na nienarcystyczną autokontemplację, pretendującą dany podmiot do zainteresowania sprawami ogólnoludzkimi i uszanowania sprzecznych dążeń teraźniejszego społeczeństwa. Co ważne, przemiany społeczno-ekonomiczne „pożerające” pozytywne strony człowieka słusznie podmiot tomu wiąże z koniecznością transgresji siebie. Te wielopłaszczyznowe metamorfozy reagują z językiem poetyckim Oparek, który nieraz przechodzi w tym tomie w przejmujące zaklęcia i klątwy. Obsesja, sublimacja, autoanaliza, maska, cielesność i sadyzm to punkty wspólne tej nie-mglistej poezji, ulepionej z sensów osadzających się na szkielecie wiersza, który następnie służy do pokazania reanimacji świata, jego rehabilitacji po kolizjach znanych z historii i nadaniu mu nowego impetu. Idzie tu o to, żeby nie dopuścić, by cywilizacja, której dotychczasowy los można sprowadzić do mitu o Ikarze, wynalazła nowy sposób myślenia o sobie i pozbawiony atrap system symboliczny. Wartością dodaną tomu mocne skóry, białe płótna dla współczesnej poezji nie jest zespół lirycznych wrażeń, w wysoce jakościowy sposób opracowanych, czy potencjał semantyczny wynikający ze sprzęgnięcia mniej lub bardziej suwerennych wierszy z sekundującym im i szalenie ciekawym poematem, stanowiącym rdzeń projektu Oparek reinterpretacją nie tak bardzo odległego w czasie i obecnego porządku, ale przede wszystkim model czułego zaangażowania w sprawy ważkie, przedstawiający się w tekstach pod postacią efektów głębokiego, poetyckiego przemyślenia problemów, które mimo oddziaływania na wielu płaszczyznach współczesności nie dają łatwo wyekstrahować prawdy o swojej naturze i nie pozwalają zasnąć lekkim snem. Podobnie te wiersze na zasadzie hipnozy wdzierają się do naszych myśli, pozostają w nich na długo i wibrują w codziennym doświadczeniu, nie pozostawiając czytelnika obojętnym na żadną postać presji wywieranej na człowieka przez władzę – fizyczną, psychiczną i symboliczną.

Autor: Przemysław Koniuszy

Joanna Oparek „mocne skóry, białe płótna”, Instytut Mikołowski im. Rafała Wojaczka, Mikołów 2019, s. 72

Zrealizowano w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego – Kultura w sieci

„jak to możliwe że żadnej rewolucji nie zauważył nigdy nikt na czas”, czyli jak ludzkość straciła głowę myśląc o rozkoszy

„Toczymy pod wiersz kamień węgielny”, czyli jakie poetyckie korzenie łączą naturę z językiem

Ploso – najnowszy tom Joanny Roszak – to poszukiwanie, w ramach porywającego, lingwistycznego idiomu, spokojnego miejsca, z którego można pokusić się o poznanie rwącego strumienia płynnej ponowoczesności, równocześnie pozostając w bezpiecznym zagłębieniu i nie pozwalając zewnętrzności na pochwycenie siebie. Można te wiersze zidentyfikować jako lekcje uważności i medytacji, których efektem nie jest przeciwstawianie stanów, ale łączenie ich i udowadnianie, że niezależnie od warunków niemożliwa jest dominacja rozpadu bądź głodu, skoro zawsze tuż obok dopełnia je scalanie bądź zaspokojenie. Tym razem poetkę fascynuje ruch transformujący myślenie, włączający w nie to, co nieuporządkowane i prowadzący do pozostawienia nieokrzesanego daru od zewnętrzności w formie, w jakiej został ze świata zaczerpnięty.

Po erozji i turbulencji – zjawiskach znanych z tomów poprzednich – ploso kieruje tę dykcję w stronę nie tyle podsumowania, odcięcia się grubą kresą od przeszłych wykopalisk w języku, ale takiego bilansu relacji na linii człowiek-świat i język-materia, by wyniknął z tego różnie rozumiany balans lub – mówiąc wprost – co najmniej wewnętrzny spokój. Ten ostatni bezprecedensowo w ploso emanuje ze strony przyrody. Obcowanie z nią kończy się tezą na temat poetyki: animizacja jest bestialstwem, zamiast ożywiać trzeba patrzeć na to, co już ożywione. Życia nie trzeba symulować, wydarza się ono tu i teraz, w poetyckiej teraźniejszości, wystarczy otworzyć na nie świadomość, nie traktować go jako konieczności i dostrzec w nim przywilej: „wyjątkowo jasna ciemność / niespodziewanie ścisła / rozsuwa oceany między literami // (…) zwierzęta wychodzą na brzeg i śpiewają // wiersz ugina się pod lekkością”.

Wiersze Roszak są królestwem języka nie tylko budującego i rekultywującego, ale również pozytywnie wpływającego na świat, który pod jego naciskiem niejako zapada się, by ostatecznie jeszcze bardziej się rozrosnąć. Nadal jednak nierozstrzygnięta zewnętrzność, nieopanowana przez język, jawi się w ploso jako zużyta przez rozciągający się na wiele epok proces jej ewolucji. Jednak jest to wrażenie iluzoryczne, wywołane tylko przez nasze zmysły, które swoje zmęczenie, spowodowane przez nieustanne badanie tej samej, nieuchwytnej przestrzeni, przekładają na jej nieskończoną przecież wytrzymałość. Rzeczywistość nie jest tu obecna jako całość, u Roszak reprezentowana jest przez interesującą figurę „łąki” i to ona jest pierwszym i absolutnym centrum ploso. Oddaje to fakt, że pragnienie osiągnięcia esencji jest niespełnialne. Dla kontrastu język – choć może być on też widziany jako alter ego „łąki” – okazuje się tu systemem zamienników, czyli narzędziem, dzięki któremu wciąż krążymy wokół jakiegoś jądra, niedostępnego i niewysłowionego. Język, neutralizujący medytacyjność wiersza, gdy nadzwyczaj się rozplenia oraz komplikujący przekaz siłą symbolizacji, może być drogą do „łąki” tak samo, jak nie bez trudności staje się podstawowym instrumentem w eksploracji świata.

To poprzez język i w języku robimy wszystko, by zaistnieć, poznać i doświadczać aż do tego stopnia, że utożsamiamy się zarówno z nim, jak i z „łąką”: „piszemy łąki / wijemy w nich gniazda / powtarzamy się łąkami wstrząsamy nimi / łatamy i tłuczemy się pociągiem do łąki”. Za pomocą różnych modalności nie tyle wyrażamy to samo, trwając w samozapętleniu „łąki”, ile utwierdzamy się w przekonaniu, że jest ona faktycznym centrum, ośrodkiem myślenia i bycia, możliwym i zarazem niemożliwym do zlokalizowania miejscem: „ubieramy w łąkę / wstępujemy na nią / przeciągamy po niej ręką”. W ploso człowiek jest tłumaczem, kimś, kto utrzymuje się na powierzchni tylko dlatego, że wszelkie – materialne i słowne – urzeczywistnienia i artykulacje są nieprzewidywalne, więc trzeba przekładać je na inne języki. Stąd potrzebny jest ktoś, kto przynajmniej próbuje cokolwiek wyjaśnić mimo trudności: „zagłusza nas łąka / udzicza bezpotomnie nasze palce / (…) odrysowujemy jej kształt / (…) zapisujemy się na prywatne lekcje łąki / zamykamy w jej czterech ścianach / w pierwszym akcie jej / słabo znanej tragedii”.

Żyjąc, wykonujemy symboliczne akty, stale do czegoś podświadomie odwołując się, odsyłając nasze myśli w zaskakujące, nieznane i umykające nam podczas werbalizacji rejony, zestawiając teraźniejsze przeżycie z czymś na stałe kulturowo zakotwiczonym. Przez tę prawidłowość, słusznie przez Roszak rozpoznaną, w ploso nie znajdujemy się w czasie konkretnym i ustawicznie brakuje tu czegoś, co pozwoliłoby ujednoznacznić moment doświadczenia i przyszpilić go w wierszu: „chodzenie nad rzekę / by w trzcinach znaleźć koszyk // (…) szukanie miejsca / myślą mową uczynkiem i ciałem / i każdą rzeczą która / naprawdę jest”. Boimy się świata, separujemy się od niego dzięki językowi, który – jak wykazuje Roszak w ploso – jest naszą podstawową platformą obecności, zbiornikiem, którego szczelność stara się liryczne „ja” podtrzymać za wszelką cenę oraz zjawiskiem na różny sposób reaktywowanym, reanimowanym, inscenizowanym na scenie życia dzięki nowym metaforom i oryginalnemu obrazowaniu. Język, jako przemieniająca i życiodajna siła, inicjuje u Roszak liryczną akcję, która przebiega zgodnie z dynamicznym następstwem: od wyłonienia rzeczy-symbolu, opisania jej, przez iluminacyjny zachwyt nad nią i skończywszy na przyzwoleniu, by ten obiekt zdominował podmiot i zagłuszył jego obecność. Wszystko to dzieje się w ramach możliwości dawanych przez nazywanie.

Język, osadzony przecież w transcendencji i polegający na niej, jako sile odśrodkowej pozwalającej mu stale wychodzić na zewnątrz i poszukiwać czegoś „poza” rzeczą samą, sprawia, że nieprzerwanie podmiot u Roszak jest w przedsionku do nieznanych mikroświatów i blisko tego, co inne. Jednak równoległe usytuowanie, różnie realizowane sąsiedztwo, nie jest gwarantem prawdziwej bliskości i zawsze ktoś czuje się w ploso osamotniony i obcy. Można z tego wydedukować, że język w jakimś stopniu wyalienowuje, obecność zastępując słowną efemerydą. Językowe, czyli arbitralne wprowadzanie sztucznych korelacji nie służy odnotowywaniu rzeczywiście występujących prawidłowości, skoro wszystko jest jednokrotne, tak jak blaski i cienie życia. Niemniej podstawową hipotezą ploso jest to, że właśnie w słowach, dzięki ich niejednoznaczności zagnieżdżona jest prawda o świecie: „płowieje zapach nowego dywanu / świat kończy się po raz pierwszy // niczego więcej / nie zdołamy się tu nauczyć / ani słowa o miejscu o czasie // trwa trawa // ręce wkładamy w ziemię”. Z porozumienia między zewnętrzem a wnętrzem „ja”, a więc też między tym, co zwierzęce, instynktowne i materialne a tym, co intelektualne, językowe i duchowe wynika w ploso potrzeba bezpośredniego, namacalnego kontaktu ze wszystkim, co ziemskie, gdyż prawowitym posiadaczem znaków nie jest tu ani człowiek, ani rzeczywistość, tylko wszechistnienie: to, co ożywione. Zgodnie z ploso, skoro nigdy nie jesteśmy u siebie, to pozostaje nam tylko przenoszenie realiów natury na realia poezji, nie prześwietlając przy tym świata, ale permanentnie zmagając się z samymi sobą jako podstawową zagadką naszego bycia.

Roszak, zamiast przyjmowania panteizmu, apeluje o różne, acz przemyślane formy wolnego istnienia, wprowadzanie zmysłowego porządku i unikanie beztroski w antropocentrycznym sakralizowaniu siebie. Ploso wyraża projekt, w którym poznanie nie jest posiadaniem, dostęp do jakiegoś mikroświata nie jest zaproszeniem do jego niszczenia od wewnątrz. Głównym przedmiotem krytyki jest tu wszczepiona nam przez kulturę, bezpodstawna, choć paląca potrzeba samostanowienia w świecie, nieprzechodząca niestety w pielęgnowanie samoświadomości oraz wyradzająca się w niszczenie otoczenia i potencjału swej osobowości. Intencja bycia w sobie i dla siebie, jaka ukryta jest za ludzką egzystencją, jest według ploso potrzebna i słuszna, jednak nie może być ona realizowana w swym najbardziej barbarzyńskim wariancie, w którym nie rozpoznaje się aluzji, jakie oferuje rzeczywistość i nie bierze się pod uwagę niewspółmierności własnych poczynań do rytmu ewolucji wszechbytu. Człowiek jest w tych wierszach istotą samoistnie obecną, a nie taką, która intencjonalnie zaznaczać musi swe istnienie w delikatnej tkance realności. Ploso w tym sensie ustawia nas w miejscu zerowym, od którego od nowa powinniśmy zacząć budowanie hierarchii wartości i wypracowywanie metod myślenia, włącznie z refleksją nad naszą konstytucją i prawdziwą relacją podległości, w której to my jesteśmy gośćmi i zależymy od świata, a nie odwrotnie: „pod okna podchodzą dzikie zwierzęta / wystawiają nam jedzenie i picie / znaczą powściągliwe szlaki w wysokiej trawie // prosimy o dwie krople wody // z tego miejsca zaczęto tworzyć świat // uczyć się wszystkiego od nowa”. Tak samo jak blisko jest tu od „karmienia” do „kamienia”, tak samo zbliżone do siebie jest to, co ludzkie (arcyludzkie) z tym, co nieludzkie (antyludzkie). Akcentuje to, że Roszak pragnie swym lirycznym projektem przedstawić, jak wiele nieszczęść wynika z przemilczania i maskowania negatywnych stron ludzkiej osobowości, gdy wystarczyłoby na plan pierwszy wysunąć mroczne oblicze człowieka i następnie rozszerzyć na całą jego osobowość to, co święte i ciche: „ludzkie bardziej ludzkie najbardziej ludzkie / żywoty nieświęte / cichsze niż woda // (…) czytamy głośno w najczulszy punkt”. Paradoks polega jednak na tym, że im bardziej chcemy być „ludzcy”, tym bardziej skłonni jesteśmy do gestów nieludzkich i przesadzonych, dlatego dla kontrapunktu ploso przynosi sytuacje, w których człowieczeństwo stopniowo przyrasta, gdy podmioty i bohaterowie zagłębiają się w siebie i świat, czyli w przypisany sobie kontekst.

Obrazowanie Roszak w ploso – niebędące odwzorowywaniem – jest zależne, ale nie uzależnione od witalizmu, żywych stron świata i wiary w to, że wszystko wokół, a przynajmniej to, co tętni życiem, ma moc sprawczą i jest swego rodzaju strunami świata. Żywioły naturalne w ploso uobecniają wszystko, co potrzebne poetyckiej maszynie do działania, choć same trwają w trudnej do zwalczenia enigmatyczności. To na ich bazie podmioty ploso budują schronienia mimo tego, że korzystanie z tego, co żywe wystawia je na pierwszy front wyistaczania się materii. Nadto natura jest najważniejszym rezonerem nie tylko poczynań lirycznego „ja”, ale również istnienia w ogóle. Bez niej nie tylko nie byłoby ploso, ale też nigdy nie zaistniałyby, trzymające wszystko w ryzach, pokrewieństwa substancjalne i piętrowe zależności w poetyckim uniwersum, które tylko powierzchownie wydają się determinującymi relacjami władzy, gdy w istocie mogą one częściowo wprowadzać ład w chaotyczną rzeczywistość i o ile nie są zdeprawowane, o tyle są one czymś koniecznym i pozytywnym: „cienkie nitki traw / (…) przewodzą obrazy / rozsypane jak zażegnane kartki / okrywamy się trawą / pogłosem i rozhuśtaniem / zaistniejemy niepojęci jako trawa”.

Natura i język jako hipostazy, które pozostają ze sobą w stosunkach co najmniej niejasnych, nie są w stanie zapobiec temu, co stanowi punkt wyjścia ploso, a mianowicie dekadenckiej myśli o tym, że koniec jest bliżej, niż można sobie wyobrazić. Z jego powodu trzeba odmienić swoje myślenie, by oddalić kryzys tożsamości i kres fundamentów rzeczywistości. Lekarstwa na te zjawiska w ploso funkcjonują pod postacią znieczulania podmiotu przez świat na dostrzeganie negatywnych tendencji i duszenie się „ja” z powodu braku tchu, wywołanego przez deficyt świeżego powietrza pod postacią nowatorskich idei: „próbujemy sobie wyobrazić każdy / kwadrans który tam spędzimy / podlegamy świadomości trawy / nad głowami / kamieniowi przyłożonemu do drzwi”. Na tym planie lingwizm Roszak jawi się jako panaceum na stan, w którym anektujemy obce, znane nam dotychczas tylko pobieżnie terytoria, posługując się przy tym nieznanymi w gruncie rzeczy narzędziami i uciekając, spłoszeni przez to, co nieoswojone. Na-oczność i wid-oczność są tu obwarowane przez język, który pod pozorem ich uściślenia, wytyczenia (czyli odtworzenia) w innym systemie znaków oraz ontologicznego wzmocnienia motywuje wyobraźnię do ich interpretowania. Stąd wiersze to nie wszystko, co oferuje ploso – tom niesamolubny, zdający sobie sprawę z istnienia czegoś poza wizją przez siebie wyprodukowaną: „co było dalej będzie poza wierszem”.

Taka poezja, jaką reprezentuje ploso, ma „być jak tajemniczy mleczarz / z dzieciństwa podmieniający butelkę / pod drzwiami // brać puste / zostawiać pełne”, czyli jej cechą, w idealnych warunkach, ma być dostarczanie czegoś symbolicznie posilającego i to w taki sposób, by ona sama jako nośnik znaczeń pozostała niezauważona w przeciwieństwie do zawartości i skutków jej „spożycia”. Poetka chce, żebyśmy obcowali z ploso jak z „łąką”, a więc korzystali z niego, nie widząc pełni korzyści, jakie przy tym uzyskujemy. Z innej perspektywy może to być postulat budowania tekstów poetyckich z takich fraz, które nie są toporne, nie narzucają się i nie czynią z zawiłości swego podstawowego wyróżnika. Poeta ma być więc kimś, kto wykonuje swoją pracę, realizuje posłannictwo i funkcjonuje na granicy między prawdziwym a wyobrażonym. Poezja Roszak okazuje się darem, który otrzymujemy, nie do końca zdając sobie z niego sprawę, w czym można dostrzec analogię z sytuacją z wiersza księga wejścia (posłane). W nim autentycznym wierszem, emanacją czystej poetyckości, jest przyroda i życie: „ziemia pachnie deszczem / wokół śpiewają rudziki i pokrzywnice // tak powstają wiersze dalekie od tych / które chcemy napisać / czyli bliskie życia”. Czytelna ironia płynąca z ostatnich wersów służy dookreśleniu sprzęgnięcia przez poetkę liryzmu z witalizmem, mechanizmu wiersza z trybami życia: „wiersz osiada na mchu / w zwierzęcym pokoju strachem / kosmykiem na stalówce jeziora / szerokim łukiem zdania”.

Warto dodać, że nie o prosty mechanizm podobieństwa na linii poezja-natura tu chodzi, choć w ploso jednym z dominujących narzędzi obrazowania jest właśnie zestawianie obiektów bądź mówienie o tym, że zjawiska „przypominają” siebie nawzajem. Bliżej jest temu do wypatrywania w równej mierze istoty poezjowania i bytowania w przyrodzie, które obejmuje nade wszystko zwierzęta i rośliny – istnienia inne niż człowiek. Ten ostatni jest bowiem tylko statystą w teatrze świata, jego los w ploso przedstawia podmiot, który pojawia się i znika na scenie wiersza Roszak, nie odgrywając nigdy pierwszej roli w sposób niepozostawiający złudzeń co do jego pierwszeństwa i wszechsprawstwa. Domeną ploso jest negowanie wpływu człowieka na kształt świata, tak zawyżonego przez nowoczesność i niesięgającego przecież aż do rdzenia rzeczywistości. Jednym z kluczowych argumentów za tym jest dostrzeżony w tych wierszach fakt, że ludzkość w procesie postępu nie działała stopniowo i wielowektorowo, tylko impulsywnie i punktowo, nie tworząc jednej, nieporwanej historii progresu cywilizacyjnego, na równi polegającego na industrializacji i intelektualnym namyśle nad problemami pojawiającymi się w jej trakcie.

Tymczasem ploso – z konieczności w ramach poetyckiego rozwoju, który niemniej stoi w jasnym związku z innymi dziedzinami życia – proponuje spokojne przechodzenie między etapami o sukcesywnie wzrastającym poziomie zaawansowania: „przesuwamy się o ziarnko piasku / o ziarno”. Czegokolwiek byśmy nie zrobili – wedle tych wierszy – literalny odbiór świata jest niemożliwy, zawsze bowiem zmierzamy „ku sobie”, korzystając z pośrednictwa ego. Poezja zbiera się w szczelinach świata jak opad atmosferyczny, dlatego zasadniczo nie jest odrębna od rzeczywistości, nie o panowanie liryką nad światem tu chodzi, ale uprzytomnienie sobie, że wiersze mają za zadanie nas w nim zanurzać. „Niepodzielne” władztwo nad rzeczywistością sprawują zwierzęta, a podmioty ploso nie próbują utożsamić się z nimi, pojąć logiki ich bytowania, gdyż rozumieją niestosowność takiego postępowania i niemożność powodzenia na tej płaszczyźnie. Natura jest tu świętością innego rodzaju niż dotychczas nam znany, objawia się blisko nas, a my omijamy ją, nie będąc w stanie sięgnąć po jej tajemnicę, tylko z daleka możemy cokolwiek przekonującego na jej temat powiedzieć.

Ploso wyraża pragnienie dematerializacji siebie, by ujrzeć świat bez znaku ludzkiej obecności, nieporuszony przez chaotyczne ruchy człowieka, niezdeterminowany przez następstwa z góry założone i wyjaławiające reprezentacje. Nie tyle być niewidocznym obserwatorem, co percypować bez faktycznego i dosłownego istnienia. Zostać zaskoczonym emanacją nie jakiegoś wyjątkowego szczegółu, ale całej konfiguracji zjawisk, które okazałyby się w tej odmiennej rzeczywistości inne niż zazwyczaj, kiedy ich przedstawienie zunifikowane jest przez ludzki aparat zmysłowy i pojęciowy. Wedle ploso nęcą nas oczywiste rozwiązania, odstręczają zaś amorfizm i wszelkie percepcyjne utrudnienia, które wygaszają intelektualny entuzjazm. Wartością tego tomu jest brak znaczeniowej transparencji o poziomie wyższym niż zazwyczaj mamy okazję obserwować w przypadku poezji najnowszej, co ma miejsce dlatego, że dotyka on również uniwersum przedstawionego. Jest bowiem w tych wierszach projektowana kompletna dominacja nieprzewidywalnych i niekonsolidujących się sensów, które są widoczne – o ile nie krępuje ich obecność podmiotu – „we wzywających się kaczkach / w tej co oddziela się od stada / i zbliża do brzegu / w samotnym lisie / w rybie która wymyka się napierającej wędce / w norze jaskółki wnurzającej się w skarpę / w cofce i płynącym pod prąd drzewie”. Wersy te są pochwałą języka żywego i nowatorskiego zogniskowania wyobraźni, sensy zaś są tu ukryte „w” organizmie żywym i nie są przez niego mediatyzowane, wyrażane „przez” coś.

Zbiegłe, wykreślone w jednym z wierszy słowo „naprawdę” oddaje w ploso fakt, że triumf obrazu poetyckiego i bogaty zasób lirycznego materiału dyskredytuje te metody poezjowania, w których na przekór faktom i wyobraźni usiłuje się coś udowodnić, urzeczywistnić nieznaną nam jeszcze prawdę o procesach psychicznych i sposobie, w jaki wyłaniają się w świecie nowe istnienia. Sugerowanie wszechwiedzy w ploso – tomie, dla którego widmowość i ekstremalna, językowo podbudowana imaginacja są podtrzymującymi całą strukturę filarami – jawi się jako skupianie się na „zbiegłych zdaniach powtarzanych w ciemność” i przypomina bezsensowne próby zintegrowania siebie ze światem. Tymczasem ploso idzie w stronę obecności skromnej i wąsko zakrojonej, ale równocześnie charakteryzującej się szeroką autonomią i polegającą nie na wyrazistym zaznaczaniu, tylko „odbijaniu” siebie: „zwierzęta jeszcze nas poznają / w rzece potykają się o nasze odbicie (…) // zejdźmy nad wrzącą rzekę / na wodzie rozłożą się / twarze naszych dzieci w koszykach // idziemy po cudzych śladach / po własnych sprzed lat // mamy wodę na rękach”.

Wiersze Roszak pokazują, jak miotamy się, uwięzieni w języku jak w klatce oraz nie mogąc oswobodzić się z więzów rzeczywistości i własnych instynktów, toniemy w zawiesinie sensów i obawiamy się, że albo ktoś wykradnie nam to, co z takim trudem zdobyte, albo nasza wstydliwość nas nie uchroni i światło dzienne ujrzą marne efekty pracy naszej świadomości, okupione tak licznymi wyrzeczeniami: „nikomu nie zdradzić / gdzie ukryto ziarna słonecznika / i jak szybko pająk zwija sieć / i jak znaleźliśmy nazwy własne”. Przyroda w ploso jest oknem na przyszłość i jedynym ośrodkiem, wokół którego z pokojowym nastawieniem mogą skupić się walczące ze sobą w ponowoczesności tendencje, postawy i stronnictwa. To natura uczy, jak nie werbalizować przede wszystkim podświadomie żywionej nienawiści i jak przeczuć, że to, co chcemy zakomunikować, niewarte jest otwierania ust. Jednak najważniejszą korzyścią płynącą z ploso i inicjowanych przez nie interakcji z przyrodą jest rozpoznanie trudności w nazywaniu i eksponowaniu ścieżek, z których moglibyśmy skorzystać, chcąc być sojusznikami życia pozaludzkiego i skrócić odległość między nami a naturą, równocześnie zapraszającą nas do siebie z otwartymi ramionami, ale też dystansującą się poprzez ostentacyjne pokazywanie, że nie jest jeszcze gotowa na relację z człowiekiem, jakby nie wierzyła w jego empatię: „z ust tylko para / nieznalezionych słów / długo dojrzewająca opieszałość łąk / opowiada niewyrobionym uściskiem”.

Takimi przedziwnymi drogami prowadzi nas Roszak po świecie ploso, który rzekomo daje nam do rąk niesamowity oręż w postaci języka, by następnie, za pośrednictwem jego samego, obalać użyteczność i skuteczność słownej artykulacji doświadczeń. Budowa ułomnych, bo dotkniętych problemem niewysławialności wyobrażeń jest sposobem rekompensowania sobie przez podmiot powolnej utraty dostępu do świata. Owe nierealistyczne wizje najbardziej rozkwitają podczas snu: „śni się łąka / że jest nasza / mamy z niej blisko nad rzekę / zimne pole jednego z tych bezsennych dni / kiedy ciało cicho recytuje wiersze”. Oniryczna (nie)obecność w rzeczywistości jest lekcją, jak wykonywać delikatne ruchy, by, próbując zaistnieć w przestrzeni, nie naruszyć jej struktury, która splata życie z materią i ewidentnie ugina się nawet pod naciskiem niezauważalnym gołym okiem, bo pochodzącym od organizmu odrzucającego prymat natury. Ploso jest wielopłaszczyznową krytyką mechanicznego przerabiania rzeczywistości na wrażenia, bytów na słowa i w tym sensie okazuje się zawiązaniem paktu ze środowiskiem, w którym człowiek istnieje, by obie strony miały nieskrępowaną możliwość kontaktu i symbiozy ze sobą, co ma miejsce w tym wypadku: „świat widziany przez włókna traw / rozsypany na cztery oceany”. Roszak w swym tomie rozwija interesujące strategie rozumienia i istnienia, czego efektem jest to, że w ploso funkcję widzenia przejąć ma dotyk lub – w odmiennym wariancie ­– „otwarte oczy” podmiotu poznającego. Wszystko po to, by „ja” nabyło pokojowe nastawienie do świata. Wskazanie w ploso możliwych etycznych postaw oczywiście nie wyczerpuje możliwości takiego bycia wobec pozaludzkiego istnienia, które nie jest totalitarne, ustawia blisko prawdy o życiu oraz w żadnym aspekcie nie korzysta z przemocy siłowej lub symbolicznej. Rzecz jednak w tym, by człowiek zaufał światu i pozwolił prowadzić się jego wysłannikom: „z zamkniętymi oczami i dłońmi / zwierzęta nad rzeką wodzą nas nad świat”.

W poetyckim uniwersum ploso zmiany zachodzą od razu, co kontrastuje z poznawczą stagnacją człowieka, który tylko w swoich wyobrażeniach jest postacią aktywną i twórczą, gdy w istocie zdecydowanie nie jest w stanie nadążyć za lirycznym dzianiem się. Dlatego to zdarzenia poetyckie, a nie doświadczenia cielesne „ja” lub praca jego świadomości zajmują pierwszoplanowe miejsce w ploso. Podmiot w wierszu udostępnić może tylko marginalny i odtworzony wgląd, a więc jego konwencjonalna obecność jako gwaranta spójności sensów nie jest potrzebna w realizacji podstawowego celu ploso: niebezpośredniej afirmacji stworzenia. Bezrozumne, antystoickie traktowanie wszystkiego jako istotnego znaku lub zapowiedzi przyszłego ładu poddawane jest w tym tomie krytyce, by nadać słuszną rangę pędu życiowemu, czyli temu, co motywowane przez siły nadfizyczne lub metafizyczne. Dlatego też u Roszak podmiot nie może przewodzić w inwentaryzowaniu istnień, jego pozorowanie czynów przełomowych tylko zamącić może ruchy bytów, a instrumentalne traktowanie świata skutkuje niekorzystnym rachunkiem poetyckim. „Ja” nie widzi bowiem, z powodu swoich podstawowych atrybutów, owego pędu jako domeny rzeczywistości, ale bodziec formujący doraźne sytuacje poznawcze. Podmiot silny słusznie jawi się poetce jako źródło marginalizacji. W ploso nie wyizolowuje się z gromady przedmiotów-symboli jednego lub co najwyżej kilku. Wedle tych wierszy nie daje to bowiem pojęcia o postrzępionej tkaninie, jaką jest uniwersum poetyckie. Arbitralna decyzja o wyłonieniu bądź odsunięciu w mrok jakiejś cząsteczki również nie służy realizacji założeń ploso, w którym uchwycenie kadru poetyckim skrótem nie jest redukcją żadnego naddatku, ani triumfem jednostki nad rzeczywistością, ale naturalnym uosobieniem kondycji rzeczywistości: „a tak spokój / zmącony nad wodą / wołanie trawy w trawę / obrębiona niedokończeniem piosenka o czasie / przewleczonym przez wilgoć rzeki / wszystko to odsłania się stopniowo”. W tomie ploso Roszak pięknie i przekonująco udaje się rozpętać rozłożysty i nieantropocentryczny świat za pomocą szlachetnej, poetyckiej wyobraźni, wobec której trudno pozostać obojętnym.

Autor: Przemysław Koniuszy

Joanna Roszak „ploso”, Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2020, s. 40

Zrealizowano w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego – Kultura w sieci

„Toczymy pod wiersz kamień węgielny”, czyli jakie poetyckie korzenie łączą naturę z językiem

„Niebo nad Hanowerem / jest ciut inne // Szczególnie gdy łamie się świt / i zagląda w oczy drzewom // i próbuje zrozumieć / otwartość zrolowanych liści”, czyli jak ciemność pogodzić z jasnością

Wiersze poniemieckie to zbiór tekstów powstałych w ciągu czterdziestu lat, złączonych dzięki wspólnemu mianownikowi w postaci „poniemieckiej” symbiozy świata przez jednych opuszczonego a przez drugich odzyskanego oraz takiego, który wybrało się samodzielnie, jako miejsce do życia. Wiersze te, po raz pierwszy zaistniałe po polsku w takiej konfiguracji, są bowiem wypadkową życia ich autora, Dariusza Muszera, który urodził się na Ziemi Lubuskiej, by w dorosłym życiu opuścić ją i przenieść się do Hanoweru. Dlatego te poetyckie miniatury o egzystencji wyłaniają się pomiędzy dwoma punktami orientacyjnymi, polskim i niemieckim. Zrodzone są dzięki tęsknocie za tym, co ojczyste i niedopasowaniu do tego, co wybrane. Skutkuje to tym, że Wiersze poniemieckie przesiąknięte są niepokojem wywołanym niemożnością poprawnego zdefiniowania rzeczywistości i zbudowania filozofii życia opartej na solidnych fundamentach.

Podstawowe odczucie przy lekturze tomu Muszera jest takie, że jego materia poetycka obejmuje zaskakująco różne, choć sprawnie współpracujące ze sobą dziedziny, które dzięki zjednoczeniu dają tej poezji dynamikę oraz zaskakującą rozpiętość formalną i semantyczną. Przywracanie do życia momentów uniesienia, opisywanie przełomowych etapów w ewolucji wrażliwości oraz żywienie pragnień o ocaleniu siebie dzięki schronieniu wiersza to tylko jedne z wielu wątków tych tekstów, będących dla Muszera sposobem na zapisanie czasu przeżytego, choć nadal żywego i pulsującego w jego wyobraźni. Nie tylko przemijanie jest głównym źródłem problemów w Wierszach poniemieckich, a nawet można odnieść wrażenie, że jest ono tylko jednym z wielu elementów kryzysu, który dotyka „ja” wierszy Muszera. Oprócz niego „ja” cierpi z powodu nawracającego poczucia zbliżającego się końca, braku skutecznej metody zapominania, trudności z przebudzeniem siebie do życia „pomiędzy” oraz utożsamienia niechęci z niepamięcią. Na dodatek wydaje mu się, że rzeczy kłamią – sugerują możliwości, które naprawdę nie są podmiotowi dostępne.

Czas biegnie, a wraz z nim zmieniają się ludzkie charaktery, nastawienie do świata i ferowana narracja na temat rzeczywistości – wszystko dlatego, że człowiek zrobi wszystko, by zachować swój komfort bycia, uzyskać jak najwięcej korzyści i przedstawić się innym z jak najlepszej strony. Jednak wyobraźnia nie jest tu na służbie w imię partykularnych interesów, wręcz przeciwnie, jest głównym narzędziem w przezwyciężaniu czasu, lokowaniu siebie poza temporalnością i wychodzeniu spod jurysdykcji ziemskich praw. W tej poezji podejmuje się próbę wejścia na taki poziom, na którym potrzeby związane z codziennością odchodzą w zapomnienie i odżywa problem „śpiących trzęsawisk”, ziejących ran pamięci. Symbolizują one nierozwikłane tajemnice i to, czego „nikt (…) nie pamięta, choć wszyscy przywołują”. By doszło do autentycznego przypomnienia, nie są potrzebne ślady a wyobraźnia, która restauruje przeszłe powiązania i relacje, odnawia przeglądanie się bytu w innym bycie oraz leczy duszę tego, „który zapomniał / gdzie jego ptaki // gdzie jego drzewa / pozostały”. I z tym, co „pozostałe” najwięcej w Wierszach poniemieckich poeta pracuje.

Teksty te – ponowione dzięki tej edycji – już na podstawowym poziomie są interesujące dlatego, że zrodzone są z dawno już doświadczonych zdarzeń, jednak dzięki swej treści sprawiają zgoła odmienne wrażenie. Często, czytając te wiersze, czujemy się, jakbyśmy wnikali w teraźniejszość będącą również naszą, nieprzewidywalną przecież aktualnością – najpierw bezpośrednio i klarownie kształtowane jest liryczne ujęcie, dotyczące choćby przyrody, by już w następnym utworze zapuścić się w niechciane, wyraźnie zamierzchłe rejony, w zapomniane partie historii. Właśnie umiejętność przechodzenia przez poetę nawet między przeciwstawnymi kadrami okazuje się podstawowym bodźcem, który towarzyszy lekturze Wierszy poniemieckich i zachęca do jeszcze większego zagłębiania się w ten poetycki świat, kuszący też uwzględnianiem tak zwanego „międzyczasu” – tego, co innym poetom umyka: „Między pierwszym a jedenastym wersem tego wiersza / wiatr rozwiał trzy ślady po odrzutowych samolotach. / Niebo jest nie do opisania. Słońce też. / Nie znam nazw wszystkich promieni słońca”. Wizja Muszera jest nieposkromiona w autentycznym uwzględnianiu ducha czasu, co wynika z wyostrzonego, ale nigdy pompatycznego wyrażenia własnych doświadczeń. Nie ma tutaj detali funkcjonalnych – jeżeli cokolwiek występuje w Wierszach poniemieckich, to jest to element zauważony i przetworzony przez świadomość, nigdy wykreowany tylko po to, by coś oznaczał: „Gdyby nie szyba, nie zauważyłbym, / że pod koniec wiersza nadleciały cztery samoloty. / Oczywiście zostawiły białe ślady. / Nie wiem, jak nazywa się każdy ślad z osobna”.

Także w przestrzeni jednego tekstu wyznanie może rozdwajać się i dzięki tym subtelnym przejściom, jak i wynikającym z nich zmiennym natężeniom kontemplacji, wyzwala się moc wiersza Muszera. Jest to poeta, który w Wierszach poniemieckich dobrze odnajduje się w dykcji fantazyjnej, nawet nadrealistycznej i dematerializującej, choć mającej swoje źródło w zachłyśnięciu się tym, co ziemskie: „Daleko. Bezkrajobrazowo. / Po łące / biegnie chłopiec. // Ręce jego pokrywa trawa. / Gdy odrywa się od ziemi, / wiatr wstrzymuje oddech. // Zielone skrzydła / szamocą się w pełni nieba. / Jakże ziemi ulżyło”. Rzeczywistość, szczególnie pod postacią przyrody, jest tu źródłem niezbędnego spokoju, wewnętrznego wyciszenia, jednak poeta – w ramach dualistycznej wyobraźni – najczęściej wpisuje ją w kontekst ponadmaterialny, nadzwyczajny i surrealny: „Gałęzią jarzębiny / kołyszę, piszę. // Szuram powiekami / w pustej dłoni”. Rozdwojenie lub po prostu równoczesna obecność różnych wymiarów budujących liryczne uniwersum, owocuje skondensowaniem poetyckich poszukiwań, jak ma to miejsce w wierszu Trzcina i pies, w którym koncepcja „trzciny myślącej” Blaise’a Pascala zestawiona jest z tezą mówiącą, że to, co istnieje, jest postrzegane, znaną z pism George’a Berkeley’a: „Jak trzcina / przyglądam się