Inspiracją do napisania tej książki stała się wizyta José Saramago w restauracji w Salzburgu, gdzie znajdowały się figurki przedstawiające budynki jakie odwiedził pewien słoń podczas swej pamiętnej podróży w 1551 roku. Autor ten podjął się zatem rekonstrukcji historii, która na pierwszy rzut oka nie nosi znamion bycia czymś niezwykłym i tym samym godnym opisania. Wydaje się być bowiem opowieścią jakich wiele, bez zalążków czegoś rzadko spotykanego. Jednak to właśnie język ukształtowany w skondensowaną i aforystyczną treść czyni z tej powieści dzieło nietuzinkowe. Wszystko zaczyna się w Lizbonie, gdzie król Portugalii Jan III, niezadowolony podarowanym kiedyś prezentem, postanawia obdarować swego kuzyna księcia Maksymiliana Austriackiego, regenta Hiszpanii, zwierzęciem o imieniu Salomon. Z tego powodu zwierzę zmuszone zostało do uciążliwej, niemiłosiernie długiej i wyczerpującej podróży z Lizbony do Wiednia. Płonne są zatem nadzieje tych, którzy oczekują po tej książce porywającej fabuły. Tutaj, jak przystało na dzieło wybitnego prozaika, dominuje bowiem filozoficzno-historyczny wymiar egzystencji. Poza tym tę książkę możemy uznać nawet za podsumowanie wcześniejszych twórczych dokonań autora. Jak zwykle za pośrednictwem linearnych historii Saramago chce przekazać treści niezwykłe i uniwersalne. Główne tezy „Podróży słonia” oscylują wokół problemu przeszłości, która jawi się w umyśle autora jako „wielka kupa kamieni”[1]. Wielu chciałoby pominąć ją w swych codziennych obserwacjach rzeczywistości. Niektórzy jednak wciąż są badaczami, skupiającymi się na nawet najmniejszych szczegółach. Tylko oni podnoszą każdy z kamieni, chcąc na własnej skórze sprawdzić „co się pod nimi kryje”[2]. Tym samym za sprawą istnienia wielu podmiotów poznających odmienne mogą być wnioski końcowe, z których nadrzędny jest ten, iż wszystko to co piękne zawsze może zostać skalane. Podobnie dzieje się z charakterem człowieka, w którym wraz z ubiegiem czasu zaczynają dominować wady, a zalety niepostrzeżenie umykają. Słoń jest zatem tylko pretekstem do moralizatorsko-dydaktycznego wydźwięku powieści, czego dowodem są na przykład tego typu fragmenty:
„Każdy jest taki, jaki się urodził, ale zawsze trzeba się liczyć z możliwością, że pojawią nam się na drodze istotne wyjątki, jak to jest w przypadku Sulejmana, który nie urodził się po to, by być myślicielem, ale nie miał innego wyjścia (…).”[3]
Słoń to zwierzę symboliczne, postrzegane jako znak szczęścia, radości i powodzenia. Jest więc wszystkim tym czego brakuje każdemu z nas. Jak wyznaje narrator:
„Nie co dzień pojawia się słoń w naszym życiu.”[4]
Należy zatem bez mrugnięcia okiem cieszyć się tym co daje nam los. Według tej zasady zachowywali się wszyscy ci, którzy niespełna pięćset lat temu mieli okazję zetknąć się ze słoniem indyjskim z ponurą aprobatą maszerującym przez Europę Środkową. Każdy darzył go ogromnym, choć krótkotrwałym szacunkiem, ani razu nie spotkał się podczas swej podróży z nienawiścią i agresją. Wielu odbierało go jako istotę nadnaturalną, obdarzoną zdolnościami jakie były nieosiągalne na ziemi dla przeciętnych jednostek. Nawet osoba prowadząca narrację przyznaje, że „rządził się zasadami, które nie mieściły się w żadnym znanym kodeksie moralnym”[5]. Bardzo ważny i występujący ze znaczną częstotliwością jest tutaj wątek stosunku człowieka do zwierząt, który opisywany z perspektywy wieku XVI nieznacznie różni się od tego co prezentuje nasza cywilizacja w XXI stuleciu. Według autora słoń musi być zwierzęciem obdarzonym niezwykłą cierpliwością, gdyż wielokrotnie znosi bez sprzeciwu wiele szykan ze strony ludzi. Przejawia się to między innymi podczas polowania, gdy zwierzę ścigane jest w celu zabicia i zabrania mu drogocennej kości słoniowej.
Także ukształtowanie tej powieści wymaga szczególnego zainteresowania. Narrator (kreowany jako uczestnik wyprawy) robi wszystko, aby w umyśle odbiorcy stworzyć wrażenie współuczestnictwa w podróży i współautorstwa całej opowieści, co czynione jest na przykład za pomocą tego typu sformułowań:
„Zmęczeni długim marszem przybyliśmy (…).”[6], „Wszak nikt by tego nie powiedział, a na pewno nie my, którzy tu jesteśmy.”[7]
Skromny autor jest przekonany o niedoskonałościach własnego warsztatu. Między innymi według niego jest to zauważalne przy opisach pejzażu, których piękno może zostać w pełni docenione tylko za pomocą fotografii lub malarstwa:
„Prawda, gdybyśmy chcieli ją przyjąć w całej jej surowości, jest taka, że nie sposób opisać pejzażu słowami. Albo raczej, że jest to możliwe, ale nie warto tego robić. Zadaję pytanie, czy warto pisać słowo góra, skoro nie wiemy, jak góra nazwałaby samą siebie.”[8]
Również czas poczynił pewne spustoszenia w wykorzystywanych przez pisarza źródłach, zniekształcił całą opowieść. Narrator jest jednak świadomy, że korzysta tylko z tego co wtórne i za każdym razem stara się to zaznaczać:
„Nie byliśmy tam, polegamy tylko na przekazach, a kto może wiedzieć, cóż one są warte (…).”[9]
Występuje tutaj także wiele fragmentów, które można potraktować za wskazówki dla czytelników próbujących swoich sił w pisaniu. José Saramago wielokrotnie podkreśla, że podczas przebiegu narracji trzeba nieustannie myśleć o odbiorcy, zastanawiać się czy osoba czytająca napisane przez nas zdania podąży za naszym tokiem myślenia. Narrator zaznacza na przykład:
„Przez te wyjaśnienia, zresztą niezbędne dla zachowania spokoju obecnych i przyszłych czytelników, ominęliśmy (…).”[10]
Niekiedy przybiera to formę bardziej wyrafinowaną, wskazującą na niezwykłe wyczucie autora „Podróży słonia”:
„Uznajemy w tym miejscu, że wyraźnie ironiczny i nonszalancki ton wprowadzany na tych stronach za każdym razem, gdy musimy mówić o austrii i o jej mieszkańcach, był nie tylko agresywny, ale również ewidentnie niesprawiedliwy. Nie, żeby takie były nasze zamiary, już wiemy, że w pisarskiej robocie nierzadko słowo ciągnie słowo tylko dlatego, że razem dobrze brzmią, wielokrotnie w ten sposób zarzucając szacunek na rzecz lekkomyślności, etykę na rzecz estetyki, jeśli mieszczą się w dyskursie takim jak ten, tak uroczyste idee, a do tego jeszcze bez żadnej korzyści dla nikogo.”[11]
Dominantą całej książki jest satyra, wisielczy humor i wszechobecna ironia. Sztuczny dramatyzm w wielu przypadkach wywoła zapewne w czytelniku przeczucie obcowania z tekstem wymagającym, opartym na konfrontacji prawdy z konfabulacją. Wiele przykładów tego typu fragmentów możemy odnaleźć w opisie przejścia słonia przez Alpy:
„Wspaniałe to były czasy, w których gdy ktoś spadał, rozbijał się tysiąc metrów poniżej, na dnie doliny już zasłanej żebrami, piszczelami i czaszkami innych równie nieszczęsnych awanturników. To było życie.”[12]
Nie brak tu także aluzji do realiów życia w ówczesnym świecie. Jako, że podróż słonia przypadła na czasy reformacji i ten drażliwy temat musiał zostać w powieści ujęty, oczywiście w sposób satyryczny. Zmuszenie słonia do uklęknięcia przed kościołem, aby podupadająca instytucja mogła chwalić się nastaniem „cudu”, przedstawione jest w iście karykaturalny sposób co doprowadza na przykład do takiej konkluzji:
„ach, lutrze, lutrze, ileż racji miałeś”[13]
W celu podkreślenia absurdalności tego wydarzenia autor konfrontuje je z myślami opiekuna słonia, który zaskoczony jest stosunkiem Europejczyków do religii:
„Zadaje sobie pytanie o to, dlaczego nie przyszło mu do głowy sprzedawać słoniowych włosów, gdy mieszkał w Indiach, i w najgłębszych zakamarkach swojego serduszka czuje, że mimo przesadnego rozmnożenia bogów, podbogów i demonów, które je trapią, znacznie mniej jest przesądów w jego rodzinnych ziemiach niż w tej części cywilizowanej i niebywale chrześcijańskiej Europy, która potrafi w ciemno kupować włos słonia i pobożnie wierzyć w wymysły sprzedawcy. Mieć potrzebę płacenia za własne marzenia, to musi być najgorsza desperacja.”[14]
„Podróż słonia” to powieść niezwykła. Długie, meandryczne zdania, nowatorska interpunkcja i pisownia nazw własnych minuskułą wskazuje na zdecydowanie ponadprzeciętną świadomość twórczą autora. Pełna symboli, wzruszających opisów i uniwersalnych myśli, które mają za zadanie oddziaływać na umysł nie tylko w trakcie lektury.
W ostatnich partiach „Podróży słonia” odnaleźć można takie stwierdzenie:
„(…) ludy iberyjskie bywają zadowolone z byle powodu, są jak dzieci.”[15]
i to ono właśnie oddaje prawdziwy klimat tej pozycji specyficzny ze względu na pełną mistycyzmu otwartość na świat, ludzi i to co otacza samego twórcę.
Autor: Przemysław K.
José Saramago „Podróż słonia”, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2012, s. 210
——————————–
[1] s. 31
[2] Ibid.
[3] s. 197
[4] s. 58
[5] s. 155
[6] s. 231
[7] s. 197
[8] s. 225
[9] s. 227
[10] s 162
[11] s. 165
[12] s. 203 – 204
[13] s. 188
[14] s. 185
[15] s. 236
„NN” to powieść awangardowa i z tego powodu nietuzinkowa. Składa się z dwóch części. Pierwsza z nich zatytułowana enigmatycznie „Nikt” wprowadza na scenę tytułowy „rekwizyt”, czyli nikomu nieznanego człowieka o nazwisku Nowak. Zostaje on znaleziony na ulicy przez trzy pozornie przypadkowe osoby prowadzące całkowicie odrębne narracje, dzięki czemu prezentują własną historię i wersję wydarzeń. Pierwszym przechodniem, inicjującym całą opowieść, jest Artur Kochanowski, który w knajpie przeżywa przegraną ukochanej „Wisełki”. Z powodu halucynacji wywołanych marihuaną „ocknął” się dopiero na ulicy. W trakcie rozmyślań nad tym jak zareaguje jego partnerka na tak późny powrót do domu zauważa na ulicy leżącego mężczyznę:
Maciej Niemiec (1953-2012) to odważny i uważny obserwator świata w jego abstrakcyjnym wymiarze, artysta prawdziwie współczesny, wciąż skupiający się na kondycji współczesnego człowieka. Jego najnowszy, pośmiertny tom o znamiennym tytule „Stan nasycenia” jedynie to potwierdza. Jego krytycyzm w tym przypadku operuje kontrastem będącym wynikiem skonfrontowania stanu jawy z konwencją oniryzmu. Zaprezentowane tutaj wiersze są zatem dowodem na to, że różnorodny wybór form utworów gwarantuje ewokowanie znaczeń uniwersalnych i dotąd rzadko spotykanych we współczesnej poezji. Czytelnik odnajdzie także w tym tomie cztery przekłady autora z języka francuskiego, są to wiersze Paula Eluarda („Wiem to i ty wiesz”), Charlesa Baudelaire’a („Odwracalność”) oraz Michela Deguy („Przedczyściec”, ***«Cień pomiędzy cieniami»). Te teksty natomiast wskazują na ogromne podobieństwo światopoglądu polskiego poety z tym co w swych twórczych dokonaniach prezentują Francuzi. Warto zatem przeanalizować główne stany pośrednie tytułowego „nasycenia”. W wykreowanym przez autora świecie wyrazy złości (przekleństwa) bardzo szybko nikną, ulegają autodestrukcji, nie ingerują w rzeczywistość. Natomiast nie tylko nazwy (pewnego rodzaju punkty odniesienia) są nośnikami wspomnień, także ich nieodczuwalny brak wskazuje na pewne wydarzenia. Wszystko to co nieskończone jest sprawiedliwe, a każdy czyn „określa” człowieka. Tytułowy „stan nasycenia”, według autora, na pewno istnieje, jest powtarzalną równowagą. Śmierć karmi się tylko losem człowieka, nie interesuje jej jego życie. Jedynym stałym, niezmiennym elementem egzystencji jest literatura, zaś miłość nie jest możliwa, osiągalna. Sny są „strzępkami opowiadań tych, którzy nie przeżyli”[1] zetknięcia z miłością. Człowiek, choć bardzo tego pragnie, to nigdy nie osiągnie stanu równowagi, czyli tytułowego „nasycenia”. Wszystko to co przyszłe jest „wyczerpane”. Nawet stratę można utracić i tylko to jest najpewniejsze. Poeta stara się dookreślić pojęcia czysto abstrakcyjne, np. czas jest dla niego „niepewną pewnością co do istnienia świata” [2]. Poranek kończy porę dnia, w której można udawać, noc natomiast tylko czyha, aby zniewolić człowieka. Wyrzeczenie się czegoś nie wyklucza pragnienia tego. Dotyk i myśl są ze sobą ściśle sprzężone. Czasem, który przedstawiany jest jako istota mięsożerna, według autora, można się zaopiekować. Bez moralności nasze życie byłoby zniewoleniem, a wolność obrazą. W świecie wykreowanym kłamstwo pragnie być klasyfikowane jako wyobraźnia. Emocje potrafią zmusić myśl do „powiedzenia” prawdy. Wszyscy są dziećmi Boga. Ciało, podatne na zniszczenie, nie może być schronieniem, gdyż człowiek nie posiada o nim wystarczającej wiedzy. Istota ludzka nie ma wyboru, musi istnieć. Bogowie są samotni. We współczesności ważne jest, aby nie „odczuwać”, nie „wiedzieć” i nie „myśleć”. Autor przekazuje także, za pośrednictwem swych utworów, wskazówki dla adeptów poezji: „Jeśli chcesz, by wiersz przeżył ciebie, mów”[3]. Światło wszystko weryfikuje, lecz w nocy (w ciemności) bez problemu można uznawać, że „niczego nie ma”[4]. Pamięć tych wierszy jest bardzo niedokładna. Wszystko to co znajduje się blisko podmiotu poznającego bezsprzecznie musi istnieć. Poetę zastanawiają przeróżne, często sprzeczne, kategorie estetyczne, np. brzydota (jeżeli w wierszu pojawia się diament to zawsze jest on zarówno zakurzony jak i olśniewający), jeżeli podmiot liryczny widzi „piękne i czerwone” czereśnie to równocześnie są one „gnijące”. Maciej Niemiec w swych utworach nie „myśli” o tym co będzie po śmierci, interesuje go przede wszystkim sam akt umierania: pyta sam siebie o to gdzie umrze i w jakim towarzystwie. W jego świecie paradoks wymaga niezrównoważenia, a chwila potrzebuje stałości, aby zaistnieć. Walka ze śmiercią jest także walką z życiem. Obecna cywilizacja chce wszystkiemu zapobiec. Bohater tych wierszy swoje „niedokonane” życie przyrównuje do egzystencji Norwida, któremu w tym tomie „wybacza”. Dla autora sztuka jest powiązaniem irracjonalnych marzeń i realnej wiedzy. Wizualne konfrontacje Andy’ego Warhola postrzega jako „pogrzeb porównania”[5]. Autor także posługuje się tego typu technikami – kota konfrontuje z tekstem, który według niego „lubi być głaskany”[6]. Utwór literacki jest dla niego bólem, chorobą codzienności, który tak samo jak kot nie może oczekiwać na uzdrowienie. Nawet nieistnienie może być „hałaśliwe”. Wszystko to co brzydnie nie powinno istnieć, a wszystko to co istnieje jest piękne. Maciej Niemiec skupia się na obecnych problemach, nawet na „kryzysie” finansowym. Co ciekawe podaje nawet rady jak można z nim walczyć, jedna z nich brzmi: „Codzienne mycie naczyń oduczy cię rozpaczy”[7]. Czas w ujęciu indywidualnym jest dla niego czymś nieprzygotowanym do życia. Wyobraża go sobie jako kogoś „kto wyszedł na ulicę w piżamie”[8]. Podmiot liryczny wierszy równocześnie z lekturą książek Henri Bergsona oczekuje nadejścia „dyktatora”. Ludzi nazywa „armią”, która jest „rozproszona po całym świecie”[9] z powodu bliżej nie określonej „klęski”, wywołującej instynktowny strach. Paryż kreowany jest na utopię. Według podmiotu lirycznego jednego z wierszy: „Jest tu wszystko, o czym mógłbyś pomyśleć – gdybyś zechciał”[10]. Jest to miasto zmienne, bez tajemnic, pełne „kulturalnych” oszustów. Jak widać poezja Macieja Niemca to surrealistyczny miraż, kolaż wrażeń i zdarzeń codzienności. Na szczęście jego świat jest jedynie rzeczywistością równoległą, w której wszystko kiedyś wraca na swoje miejsce.
„Gołębie wzlatują” to druga powieść Melindy Nadj Abonji, która została opublikowana w 2010 roku i w niedługim czasie otrzymała dwie najważniejsze nagrody dla książek niemieckojęzycznych: Deutscher Buchpreis i Schweizer Buchpreis. Wybrana przez pisarkę tematyka wskazuje na silny autotematyzm tej powieści będącej w rzeczywistości opisem zmagań z podziałami zarówno terytorialnymi jak i mentalnymi. Autorka ta urodziła się w małym miasteczku Bečej w Serbii, a jej rodzina należała do węgierskiej mniejszości w prowincji Wojwodina. Już w wieku pięciu lat wyjechała wraz z rodzicami do Szwajcarii. Podobny los spotkał główną bohaterkę opisywanej pozycji. Całość rozpoczyna się opisem jej przyjazdu na serbską prowincję, gdzie próbuje odnaleźć początek swej historii rodzinnej. Ildikó Kocsis uważa, że jej ojczyzna nie powinna się zmieniać. „Obchód” (wykonany zaraz po przyjeździe) miał utwierdzić ją w przekonaniu, że nadal ma coś wspólnego z krajem swoich przodków, którzy w praktyce byli jej zupełnie obcy. Narracją, która składa się z kaskadowo następujących po sobie długich, meandrycznych zdań, kieruje dorastająca dziewczynka wraz ze swoją siostrą Nomi, z którą poznaje świat, walczy z historią swojego narodu i decyzjami rodziców.
„Obcy w domu” to druga wydana w Polsce książka Radży Shehadeha, który w ubiegłym roku dzięki „Palestyńskim wędrówkom” znalazł się w finale Nagrody imienia Ryszarda Kapuścińskiego. Tym samym polski czytelnik ma okazję do zmierzenia się z opowieścią autobiograficzną i z tego powodu wielowymiarową. Już zamieszczone na początku kalendarium, które zawiera najważniejsze daty z najnowszej historii Izraela i Palestyny, może uświadomić odbiorcy z jakiego typu książką obcuje. Głównym bowiem wątkiem, eksplorowanym przez autora na wszelkie możliwe sposoby, jest opis zmagań ludzi ze stale zmieniającą się rzeczywistością polityczną i wyrokami bezlitosnej historii. W tym wypadku Shehadeh bardzo ciekawie podchodzi do tego zagadnienia. W swoich zapiskach zwraca przede wszystkim uwagę na chronologię wydarzeń i ciągłość tematyczną. Rodzina pisarza mieszka w Ramallah, jednak całe wcześniejsze życie spędziła w Jafie, skąd w trakcie wojny domowej zostali wyrzuceni przez Żydów. Opuszczone miasto za sprawą opowieści rodziców i babci zostało wykreowane w umyśle dziecka na miasto snów i niespełnionych marzeń, zaś Ramallah wydawało się mu „burą, zimną, zacofaną mieściną, gdzie nic się nie działo” [1]. Stale przypominano mu, że został stworzony do „lepszego życia” czego konsekwencją było jego przekonanie o tym, iż gdyby jego przodkowie nie opuścili Jafy jego życie potoczyłoby się całkowicie inaczej. Wszyscy inni członkowie rodziny wciąż naiwnie tęsknili za utraconym życiem i mieli nadzieję na bardzo szybkie zakończenie okupacji i szybki powrót w ukochane strony. Ubiegający czas bardzo szybko konfrontował te marzenia z brutalną rzeczywistością. Gdy po dwudziestu latach ojciec autora przyjechał do wyidealizowanej mentalnie Jafy okazało się, że miasto to już nie istniało, zostało doszczętnie zniszczone i zapomniane. Światła, obserwowane każdej nocy i mające świadczyć o rosnącej potędze utraconego miejsca, były tak naprawdę światłami Tel Awiwu, który wcześniej był zaledwie przedmieściem Jafy. Teraz role się odwróciły. Ukochane przez rodzinę Shehadehów miasto było „martwym przedmieściem tętniącej życiem metropolii.”[2]. Z tego powodu dorastający Radża czuł się bardzo zagubiony, nie rozumiał stale zmieniającej się sytuacji rodzinnej. Egzystencję w Ramallach postrzegał jako namiastkę prawdziwego życia w mieście marzeń.
Lektura „Znieważonych” to moje pierwsze zetknięcie z prozą Sándora Máraiego. Zetknięcie, trzeba rzec, zadziwiająco oszałamiające, pełne zachwytu i podziwu. Mój przykład pokazuje więc, że nie jest konieczne chronologiczne podejście do jego dzieł. Powieść ta jest czwartą częścią cyklu „Dzieło Garrenów” (poprzednie to: „Zbuntowani”, „Zazdrośni” i „Obcy”). Została podzielona na dwie autonomiczne części, odrębne tylko pod względem treściowym i tajemniczo zatytułowane: „Głos” i „Zmiana”.
Pozycja „Teorie badań literackich” Zofii Mitosek to publikacja niepowtarzalna, wielopoziomowa, zbierająca w sobie szkice na temat dwudziestu najważniejszych teorii literatury. Opublikowana około trzydziestu lat temu doczekała się sześciu wznowień i sklasyfikowania jako „podręcznik akademicki”. Określenie to jednak jest bardzo mylące. W gruncie rzeczy jest to pozycja bardzo przydatna dla każdego, kto rozpatruje literaturę nie jako niepowiązany i schematyczny ciąg publikacji lecz siłą rzeczy długotrwały proces kształtowania się światopoglądu literackiego. Jedyną możliwą wadą (a może zaletą?) jest wyłącznie skrupulatność autorki, która chce zasygnalizować „wszystkie” kontynuacje opisywanych nurtów i tym samym czytelnik mniej zorientowany może się w tym pogubić, odnosząc równocześnie wrażenie, że napotkał na przestrzeń całkowicie nieuporządkowaną. Porządek chronologiczny pozwala zauważyć różnice i podobieństwa poszczególnych metodologii, co skutkuje ogólną orientacją w każdej z nich oraz zauważaniem korelacji (współzależności). Całość rozpoczyna się rozdziałami poświęconymi Platonowi i Arystotelesowi (autorowi m.in. „Poetyki”, której zasługi dla literaturoznawstwa wszystkich epok nie sposób przecenić), podejmujący problematykę estetyki mimesis, wiernego naśladowania rzeczywistości. Następnie badaczka skupia się na klasycyzmie francuskim, antypozytywizmie oraz tak zwanej metodzie filologiczno-historycznej. Na uwagę zasługują także szkice poświęcone teoriom Kanta, Taine’a, Ingardena, Freuda, Lukács’a oraz Bachtina. Według mnie jednak najciekawsze są rozdziały poruszające metodologie najbardziej popularne w ostatnim czasie: formalizm (ukierunkowany na badanie „literackości”, wewnętrznych cech tekstów), strukturalizm (dopatrujący się w utworach językowej nadorganizacji), semiotyka (doszukująca się znaczeń wykreowanych przez znak), marksizm (kreujący pogląd alienacji sztuki), intertekstualność (dla której każdy tekst jest nieskończonym „plagiatem”), hermeneutykę (skupioną wyłącznie na interpretacji samego tekstu, bez jakiegokolwiek ukierunkowania na konteksty), dekonstrukcjonizm (skupiający się wyłącznie na „linearnej” analizie tekstu) i genetyzm (skierowany w kierunku badania rękopisów). Te krótkie definicje, po przeczytaniu całej tej książki, wydają się jedynie enigmatycznymi sformułowaniami, zupełnie niewnikającymi w problematykę najważniejszych teorii. Publikacja ta jest więc ewenementem. Bardzo długo należałoby szukać, aby odnaleźć równie pełne (lecz siłą rzeczy skondensowane) przedstawienie tematyki potrzebnej każdemu czytelnikowi – interpretatorowi myślącemu o literaturze jako o obrazie pełnym wielu białych plam, oczekujących na zapełnienie kolejnym „niedoczytaniem”.
„Epitafium dla Lucy” to jeden z najnowszych tomików poetyckich poetów wywodzących się z tak zwanego Pokolenia 68’, w którego skład wchodzi między innymi Adam Zagajewski, Stanisław Barańczak i Ryszard Krynicki. Pochodzący z Cieszyna Jerzy Kronhold uważany jest za współtwórcę Nowej Fali, gdyż to w jego rodzinnym mieście odbywały się zjazdy tej krakowskiej formacji. Tom ten opublikowany został jako piąta część niedawno powstałej Serii Poetyckiej „Zeszytów Literackich”, dzięki której mieliśmy już okazję poznać utwory Marcina Kurka (autora poematu „Oleander”, nagrodzonego nagrodą Kościelskich), Anny Piwkowskiej („Lustrzanka”) oraz Natalii de Barbaro („Ciemnia”). Książka ta została podzielona na dwie części: „Walc angielski” i „Stare pieczki”. Uderza w nim przede wszystkim wyważone ukierunkowanie na szczegół, dynamiczne wyszukiwanie konkretu w otaczającym poetę statycznym świecie, pozbawionym dynamizmu uczuć. Poezja ta uderza w najniższe tony, przedstawia katastrofalną wizję świata, w którym wszystko umiera a nic nie powstaje. Zwraca uwagę inspiracja codziennością, przedmiotami na które przeważnie się nie zważa: dzwon, torebka, płatek kwiatu, skakanka, liść. Dopiero z tej perspektywy Jerzy Kronhold dąży do zasugerowania tematów historiozoficznych, metafizycznych. Ukazywany przez niego w zawoalowany sposób podmiot liryczny charakteryzuje się konsekwentnym zagubieniem w rzeczywistości. Tylko pesymistyczne wyznania wprowadzają pewien status samookreślenia. W wierszach tych radość odnajdziemy jedynie w momentach, gdy autor wraca do czasów swojej młodości, pierwszych wzruszeń i dziecięcego odruchu miłości. W ludzkiej egzystencji dostrzega tylko pewność nadejścia śmierci, natomiast pozorne szczęście jest dla niego złudzeniem, wytworem imaginacji. Autor, koneser pospolitych oznak istnienia, czerpie garściami z dorobku polskiej tradycji literackiej, lecz jednocześnie jego twórczość głęboko osadzona jest mentalnie w kulturze europejskiej i amerykańskiej. Książka warta uwagi tym bardziej, że „poezja to zaproszenie do tańca”[1], jest uniwersalną próbą uniknięcia losu „starszej siostry”[2], która wszędzie się spóźniała, lecz na spotkanie ze śmiercią z pewnością zdążyła. Dzięki niej wielu może zdać sobie sprawę z prawdziwego przeznaczenia poezji, którą tworzą ludzie grający na tej samej scenie „teatru życia” a nie istoty z najwyższych partii Olimpu.
Pozycja „Ulica Mandelsztama” jest pierwszym tomem wierszy Jarosława Marka Rymkiewicza opublikowanym w podziemiu w 1983 roku. Autor ten znany jest przede wszystkim z książki „Zachód słońca w Milanówku”, która została nagrodzona Literacką Nagrodą NIKE w 2003 roku. Popularny jest także jego cykl szkiców oscylujący wokół osoby i twórczości Adama Mickiewicza oraz dwóch powieści-encyklopedii o Bolesławie Leśmianie i Juliuszu Słowackim. Już sam zakres tematyczny tych publikacji może stać się zapowiedzią utworów zebranych w analizowanym tomie. Przede wszystkim uderza wybrana przez poetę klasyczna forma wiersza, jakby się wydawało całkowicie nieprzystająca do współczesnych prób zdominowania sztuki przez pozornie ulotne abstrakcje i impresje, których celem ma być porzucenie „Formy” na rzecz „Treści”, czyli przekazu pełnego i skazanego na złudną ludzką percepcję. Ponowna eksploracja symboli barokowo-romantycznych wymusza spojrzenie na podobne tematy w teraźniejszych kontekstach. Dowodem tego może być już pierwszy utwór „Mogiła Ordona” będący prawdopodobnie aluzją do znanego wszystkim wiersza „Reduta Ordona” autorstwa Mickiewicza. Następny – „Zbaraż 1979” – poddaje w wątpliwość ofiarę Polaków atakowanych przez oddział składający się z trzystu tysięcy Kozaków i Tatarów, która dzisiaj jest już całkowicie zapomniana (oczywiście pod względem duchowym, nie dokumentalistycznym) i „rozdzierana” przez „buldożery”, całkowicie nieczułe na nieznane nieszczęście. Kilka zamieszczonych tutaj tekstów wydaje się być próbą uświadomienia czytelnikowi, iż dzisiejsza Litwa zawiera w sobie pewien pierwiastek polskości, a ludzie tam mieszkający mogą czuć się urażeni z powodu mentalnego zanieczyszczenia „nadzieją ojczyzny”. Nie brak tu także utworów opartych na klasycznych motywach biblijnych. W wierszu „13 grudnia” zwraca uwagę czytelnika przyrównanie ojczyzny do ciała mającego „gwoździe w dłoniach”, które ma być symbolem konającego kraju, co oczywiście skutkuje asocjacjami z opisem męki Chrystusa. Interesująca i zarazem zadziwiająca jest również konfrontacja ulotnego losu człowieka, który jest bez wątpienia niepowtarzalną jednostką, z „wiecznymi zwierzętami” będącymi tylko kolejnymi (powtarzalnymi) neutralnymi wcieleniami swoich przodków. Tom bardzo spójny, ciekawy, pociągający i kontrowersyjny z powodu drastycznego ukierunkowywania przez autora swych liryków na tematy polityczne.