Każdy z nas jest słoniem

Inspiracją do napisania tej książki stała się wizyta José Saramago w restauracji w Salzburgu, gdzie znajdowały się figurki przedstawiające budynki jakie odwiedził pewien słoń podczas swej pamiętnej podróży w 1551 roku. Autor ten podjął się zatem rekonstrukcji historii, która na pierwszy rzut oka nie nosi znamion bycia czymś niezwykłym i tym samym godnym opisania. Wydaje się być bowiem opowieścią jakich wiele, bez zalążków czegoś rzadko spotykanego. Jednak to właśnie język ukształtowany w skondensowaną i aforystyczną treść czyni z tej powieści dzieło nietuzinkowe. Wszystko zaczyna się w Lizbonie, gdzie król Portugalii Jan III, niezadowolony podarowanym kiedyś prezentem, postanawia obdarować swego kuzyna księcia Maksymiliana Austriackiego, regenta Hiszpanii, zwierzęciem o imieniu Salomon. Z tego powodu zwierzę zmuszone zostało do uciążliwej, niemiłosiernie długiej i wyczerpującej podróży z Lizbony do Wiednia. Płonne są zatem nadzieje tych, którzy oczekują po tej książce porywającej fabuły. Tutaj, jak przystało na dzieło wybitnego prozaika, dominuje bowiem filozoficzno-historyczny wymiar egzystencji. Poza tym tę książkę możemy uznać nawet za podsumowanie wcześniejszych twórczych dokonań autora. Jak zwykle za pośrednictwem linearnych historii Saramago chce przekazać treści niezwykłe i uniwersalne. Główne tezy „Podróży słonia” oscylują wokół problemu przeszłości, która jawi się w umyśle autora jako „wielka kupa kamieni”[1]. Wielu chciałoby pominąć ją w swych codziennych obserwacjach rzeczywistości. Niektórzy jednak wciąż są badaczami, skupiającymi się na nawet najmniejszych szczegółach. Tylko oni podnoszą każdy z kamieni, chcąc na własnej skórze sprawdzić „co się pod nimi kryje”[2]. Tym samym za sprawą istnienia wielu podmiotów poznających odmienne mogą być wnioski końcowe, z których nadrzędny jest ten, iż wszystko to co piękne zawsze może zostać skalane. Podobnie dzieje się z charakterem człowieka, w którym wraz z ubiegiem czasu zaczynają dominować wady, a zalety niepostrzeżenie umykają. Słoń jest zatem tylko pretekstem do moralizatorsko-dydaktycznego wydźwięku powieści, czego dowodem są na przykład tego typu fragmenty:

„Każdy jest taki, jaki się urodził, ale zawsze trzeba się liczyć z możliwością, że pojawią nam się na drodze istotne wyjątki, jak to jest w przypadku Sulejmana, który nie urodził się po to, by być myślicielem, ale nie miał innego wyjścia (…).”[3]

Słoń to zwierzę symboliczne, postrzegane jako znak szczęścia, radości i powodzenia. Jest więc wszystkim tym czego brakuje każdemu z nas. Jak wyznaje narrator:

„Nie co dzień pojawia się słoń w naszym życiu.”[4]

Należy zatem bez mrugnięcia okiem cieszyć się tym co daje nam los. Według tej zasady zachowywali się wszyscy ci, którzy niespełna pięćset lat temu mieli okazję zetknąć się ze słoniem indyjskim z ponurą aprobatą maszerującym przez Europę Środkową. Każdy darzył go ogromnym, choć krótkotrwałym szacunkiem, ani razu nie spotkał się podczas swej podróży z nienawiścią i agresją. Wielu odbierało go jako istotę nadnaturalną, obdarzoną zdolnościami jakie były nieosiągalne na ziemi dla przeciętnych jednostek. Nawet osoba prowadząca narrację przyznaje, że „rządził się zasadami, które nie mieściły się w żadnym znanym kodeksie moralnym”[5]. Bardzo ważny i występujący ze znaczną częstotliwością jest tutaj wątek stosunku człowieka do zwierząt, który opisywany z perspektywy wieku XVI nieznacznie różni się od tego co prezentuje nasza cywilizacja w XXI stuleciu. Według autora słoń musi być zwierzęciem obdarzonym niezwykłą cierpliwością, gdyż wielokrotnie znosi bez sprzeciwu wiele szykan ze strony ludzi. Przejawia się to między innymi podczas polowania, gdy zwierzę ścigane jest w celu zabicia i zabrania mu drogocennej kości słoniowej.

Także ukształtowanie tej powieści wymaga szczególnego zainteresowania. Narrator (kreowany jako uczestnik wyprawy) robi wszystko, aby w umyśle odbiorcy stworzyć wrażenie współuczestnictwa w podróży i współautorstwa całej opowieści, co czynione jest na przykład za pomocą tego typu sformułowań:

„Zmęczeni długim marszem przybyliśmy (…).”[6], „Wszak nikt by tego nie powiedział, a na pewno nie my, którzy tu jesteśmy.”[7]

Skromny autor jest przekonany o niedoskonałościach własnego warsztatu. Między innymi według niego jest to zauważalne przy opisach pejzażu, których piękno może zostać w pełni docenione tylko za pomocą fotografii lub malarstwa:

„Prawda, gdybyśmy chcieli ją przyjąć w całej jej surowości, jest taka, że nie sposób opisać pejzażu słowami. Albo raczej, że jest to możliwe, ale nie warto tego robić. Zadaję pytanie, czy warto pisać słowo góra, skoro nie wiemy, jak góra nazwałaby samą siebie.”[8]

Również czas poczynił pewne spustoszenia w wykorzystywanych przez pisarza źródłach, zniekształcił całą opowieść. Narrator jest jednak świadomy, że korzysta tylko z tego co wtórne i za każdym razem stara się to zaznaczać:

„Nie byliśmy tam, polegamy tylko na przekazach, a kto może wiedzieć, cóż one są warte (…).”[9]

Występuje tutaj także wiele fragmentów, które można potraktować za wskazówki dla czytelników próbujących swoich sił w pisaniu. José Saramago wielokrotnie podkreśla, że podczas przebiegu narracji trzeba nieustannie myśleć o odbiorcy, zastanawiać się czy osoba czytająca napisane przez nas zdania podąży za naszym tokiem myślenia. Narrator zaznacza na przykład:

„Przez te wyjaśnienia, zresztą niezbędne dla zachowania spokoju obecnych i przyszłych czytelników, ominęliśmy (…).”[10]

Niekiedy przybiera to formę bardziej wyrafinowaną, wskazującą na niezwykłe wyczucie autora „Podróży słonia”:

„Uznajemy w tym miejscu, że wyraźnie ironiczny i nonszalancki ton wprowadzany na tych stronach za każdym razem, gdy musimy mówić o austrii i o jej mieszkańcach, był nie tylko agresywny, ale również ewidentnie niesprawiedliwy. Nie, żeby takie były nasze zamiary, już wiemy, że w pisarskiej robocie nierzadko słowo ciągnie słowo tylko dlatego, że razem dobrze brzmią, wielokrotnie w ten sposób zarzucając szacunek na rzecz lekkomyślności, etykę na rzecz estetyki, jeśli mieszczą się w dyskursie takim jak ten, tak uroczyste idee, a do tego jeszcze bez żadnej korzyści dla nikogo.”[11]

Dominantą całej książki jest satyra, wisielczy humor i wszechobecna ironia. Sztuczny dramatyzm w wielu przypadkach wywoła zapewne w czytelniku przeczucie obcowania z tekstem wymagającym, opartym na konfrontacji prawdy z konfabulacją. Wiele przykładów tego typu fragmentów możemy odnaleźć w opisie przejścia słonia przez Alpy:

„Wspaniałe to były czasy, w których gdy ktoś spadał, rozbijał się tysiąc metrów poniżej, na dnie doliny już zasłanej żebrami, piszczelami i czaszkami innych równie nieszczęsnych awanturników. To było życie.”[12]

Nie brak tu także aluzji do realiów życia w ówczesnym świecie. Jako, że podróż słonia przypadła na czasy reformacji i ten drażliwy temat musiał zostać w powieści ujęty, oczywiście w sposób satyryczny. Zmuszenie słonia do uklęknięcia przed kościołem, aby podupadająca instytucja mogła chwalić się nastaniem „cudu”, przedstawione jest w iście karykaturalny sposób co doprowadza na przykład do takiej konkluzji:

„ach, lutrze, lutrze, ileż racji miałeś”[13]

W celu podkreślenia absurdalności tego wydarzenia autor konfrontuje je z myślami opiekuna słonia, który zaskoczony jest stosunkiem Europejczyków do religii:

„Zadaje sobie pytanie o to, dlaczego nie przyszło mu do głowy sprzedawać słoniowych włosów, gdy mieszkał w Indiach, i w najgłębszych zakamarkach swojego serduszka czuje, że mimo przesadnego rozmnożenia bogów, podbogów i demonów, które je trapią, znacznie mniej jest przesądów w jego rodzinnych ziemiach niż w tej części cywilizowanej i niebywale chrześcijańskiej Europy, która potrafi w ciemno kupować włos słonia i pobożnie wierzyć w wymysły sprzedawcy. Mieć potrzebę płacenia za własne marzenia, to musi być najgorsza desperacja.”[14]

„Podróż słonia” to powieść niezwykła. Długie, meandryczne zdania, nowatorska interpunkcja i pisownia nazw własnych minuskułą wskazuje na zdecydowanie ponadprzeciętną świadomość twórczą autora. Pełna symboli, wzruszających opisów i uniwersalnych myśli, które mają za zadanie oddziaływać na umysł nie tylko w trakcie lektury.

W ostatnich partiach „Podróży słonia” odnaleźć można takie stwierdzenie:

„(…) ludy iberyjskie bywają zadowolone z byle powodu, są jak dzieci.”[15]

i to ono właśnie oddaje prawdziwy klimat tej pozycji specyficzny ze względu na pełną mistycyzmu otwartość na świat, ludzi i to co otacza samego twórcę.

Autor: Przemysław K.

José Saramago „Podróż słonia”, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2012, s. 210

——————————–

[1] s. 31

[2] Ibid.

[3] s. 197

[4] s. 58

[5] s. 155

[6] s. 231

[7] s. 197

[8] s. 225

[9] s. 227

[10] s 162

[11] s. 165

[12] s. 203 – 204

[13] s. 188

[14] s. 185

[15] s. 236

Każdy z nas jest słoniem

Rasa, płeć, ciało i miejsce, czyli „Nikt nie jest znikąd”

„NN” to powieść awangardowa i z tego powodu nietuzinkowa. Składa się z dwóch części. Pierwsza z nich zatytułowana enigmatycznie „Nikt” wprowadza na scenę tytułowy „rekwizyt”, czyli nikomu nieznanego człowieka o nazwisku Nowak. Zostaje on znaleziony na ulicy przez trzy pozornie przypadkowe osoby prowadzące całkowicie odrębne narracje, dzięki czemu prezentują  własną historię i wersję wydarzeń. Pierwszym przechodniem, inicjującym całą opowieść, jest Artur Kochanowski, który w knajpie przeżywa przegraną ukochanej „Wisełki”. Z powodu halucynacji wywołanych marihuaną „ocknął” się dopiero na ulicy. W trakcie rozmyślań nad tym jak zareaguje jego partnerka na tak późny powrót do domu zauważa na ulicy leżącego mężczyznę:

„Podszedłem, potknąłem się blisko, widać było białe adidasy, kurtkę, rękę… To facet jakiś leży, rany boskie, facet jakiś, bezdomny, ale dlaczego na ulicy? I dlaczego taki wywichnięty…”[1]

Co ciekawe, w kontekście późniejszych zdarzeń, mężczyzna jeszcze oddycha. Za chwilę na miejsce przychodzi Mariola i tajemniczy człowiek mający na sobie „marynarkę z postawionym kołnierzem”[2], który zaraz po zobaczeniu radiowozu w popłochu ucieka. Już w tym momencie pojawia się zakrzywienie rzeczywistości. Gdy „Arti” dzwoni na pogotowie mówi, że jest w Wenecji. Po dotarciu do szpitala znaleziony człowiek umiera, a narrację kontynuuje Mariola. Jest kobietą zagubioną. Jej mąż ją bije, zdradza i nie zwraca uwagi na pogarszający się stan psychiczny małżonki, która wpada w depresję z powodu śmierci ukochanego dziecka, „Damianka”. Pochodzi z najniższej klasy społecznej, pracuje w sklepie spożywczym, a cały wolny czas poświęca na opłakiwanie dawnej straty i tworzenie wpisów na swoim blogu, które zawierają wyidealizowaną wersję jej życia. To właśnie internet pozwala jej na uzewnętrznianie się i ucieczkę od rzeczywistości, której nie ma siły zmienić. Następny w kolejce do zabrania głosu jest Reszka, będącym modelem kombinatora, człowieka szukającego korzyści we wszystkim co go otacza. Jako jednostka pozornie wyzwolona  czynnie uczestniczy w działaniach środowiska „No Name” i oddaje się „omamom”, także wywołanym przez narkotyki. Uciekając przed policją trafia do „Jerzaka”, którego prosi o nocleg. Choć ten odmawia to równocześnie proponuje mu miejsce u swego wujka Franka. I to właśnie starszy człowiek, „rasowy” antysemita staje się kolejnym narratorem. Od razu swego gościa oskarża o „żydostwo” i zgłasza go na policję. Jest jednostką całkowicie odrzucającą to co proponuje jej świat zewnętrzny. Według niego „telewizja łże”, a ludzie tam pracujący to „żydzi” chcący sprowokować świat do agresji i czyniący z siebie społeczeństwo pokrzywdzone przez wszystkich. Pewien ideał prezentowały dla niego czasy PRL-u choć i wtedy „rządziła żydokomuna”. Po tym incydencie rozpoczyna się druga część książki o tytule „Nic”, której narratorem jest wspomniany już tutaj „Jerzak”. Jest on związany z Niną, którą poznał pracując na uniwersytecie. Często chodzą do kina, które jest „fundamentem” ich związku. Uważa siebie za „nikogo”, „Żydogórala”, co nawet stanowi dla niego pewien atut:

„To pułapka podwójnego przeczenia. Nikt jest znikąd. A ja jestem Nikt. Bardzo mi miło (…)”. [3]

Pewnego rodzaju puentą całości jest wyjazd „Jerzaka” i Niny nad morze wraz z przyjaciółmi, czego częściowy opis można odnaleźć w siedmiu odbiegających od normy tworach, które bardzo trudno jest sklasyfikować. Można uznać ten fragment książki za wiersze, fragmenty poematu czy też prozę napisaną dla artystycznego kamuflażu w formie wiersza stychicznego.

Jerzy Franczak to prozaik niezwykły. Już nawet powyższy (celowo nieuporządkowany, jak sama powieść) zarys fabuły wskazuje na szerokie spektrum poruszanych zagadnień w tej pozycji. Zaskakujące zdolności lingwistyczne poskutkowały niepowtarzalnymi stylizacjami – każda z narracji napisana została językiem właściwym dla danej grupy społecznej, z której wywodzi się narrator. Co ciekawe tekst został „wzbogacony” także o charakterystyczne błędy językowe, czy też uproszczenia stosowane w mowie potocznej. Tym samym jest to proza do głębi realistyczna, wręcz krwista (na co wskazuje między innymi bezpardonowe wykorzystywanie wulgaryzmów). Każda z części opatrzona została pewnego rodzaju mottem zaczerpniętym z internetu, co także wskazuje na dalekosiężne inspiracje codziennością. Choć w swojej najnowszej książce autor prezentuje poglądy różnych środowisk to możemy wyróżnić kilka wspólnych cech, które pośrednio łączą bohaterów za pomocą mobilizacji słów. Wszystko to co ich określa, to co ich definiuje, jest na zewnątrz ukryte. Pojawia się tylko i wyłącznie za pomocą prozy. Nieudolnie dokonują na sobie osobliwych zabiegów, takich jak autocenzura i samookaleczenie, które zamiast odciągnąć ich od tego co przeszłe i złe wciąż skłania do kontaktu ze znienawidzonym banałem codzienności. Główną osią narracji są wszechobecne stereotypy, które pokazują jak niewiele potrzeba, aby złamać człowieka będącego tylko w naszej wyobraźni na jednym z najwyższych stopni drabiny bytów. Jak nieustannie podkreśla autor – antropocentryzm już dawno wpadł w przepaść zapomnienia, teraz czas na wyzbycie się swych uprzedzeń. Celem nadrzędnym tej pozycji jest uświadomienie czytelnikowi, że jego walka z codziennością jest pozbawiona celu, jest utratą własnego „Ja”, tego co czyni go istotą rozumną.

Jerzy Franczak na pierwszy rzut oka dotarł do samych granic prozy, zarówno pod względem formy jak i fabuły. Choć jest jeszcze wiele do odkrycia to „NN” jest niewątpliwie krokiem milowym w abstrakcyjny świat literackich kolaży.

Autor: Przemysław K.

Jerzy Franczak „NN”, Korporacja Ha!art, Kraków 2012, s. 176

——————————–

[1] s. 18

[2] s. 20

[3] s. 113

Cytat zawarty w tytule tego tekstu pochodzi ze strony 113.

Rasa, płeć, ciało i miejsce, czyli „Nikt nie jest znikąd”

Nasycenie, czyli wszystko to co nieosiągalne

Maciej Niemiec (1953-2012) to odważny i uważny obserwator świata w jego abstrakcyjnym wymiarze, artysta prawdziwie współczesny, wciąż skupiający się na kondycji współczesnego człowieka. Jego najnowszy, pośmiertny tom o znamiennym tytule „Stan nasycenia” jedynie to potwierdza. Jego krytycyzm w tym przypadku operuje kontrastem będącym wynikiem skonfrontowania stanu jawy z konwencją oniryzmu. Zaprezentowane tutaj wiersze są zatem dowodem na to, że różnorodny wybór form utworów gwarantuje ewokowanie znaczeń uniwersalnych i dotąd rzadko spotykanych we współczesnej poezji. Czytelnik odnajdzie także w tym tomie cztery przekłady autora z języka francuskiego, są to wiersze Paula Eluarda („Wiem to i ty wiesz”), Charlesa Baudelaire’a  („Odwracalność”) oraz Michela Deguy („Przedczyściec”, ***«Cień pomiędzy cieniami»). Te teksty natomiast wskazują na ogromne podobieństwo światopoglądu polskiego poety z tym co w swych twórczych dokonaniach prezentują Francuzi. Warto zatem przeanalizować główne stany pośrednie tytułowego „nasycenia”. W wykreowanym przez autora świecie wyrazy złości (przekleństwa) bardzo szybko nikną, ulegają autodestrukcji, nie ingerują w rzeczywistość. Natomiast nie tylko nazwy (pewnego rodzaju punkty odniesienia) są nośnikami wspomnień, także ich nieodczuwalny brak wskazuje na pewne wydarzenia. Wszystko to co nieskończone jest sprawiedliwe, a każdy czyn „określa” człowieka. Tytułowy „stan nasycenia”, według autora, na pewno istnieje, jest powtarzalną równowagą. Śmierć karmi się tylko losem człowieka, nie interesuje jej jego życie. Jedynym stałym, niezmiennym elementem egzystencji jest literatura, zaś miłość nie jest możliwa, osiągalna. Sny są „strzępkami opowiadań tych, którzy nie przeżyli”[1] zetknięcia z miłością. Człowiek, choć bardzo tego pragnie, to nigdy nie osiągnie stanu równowagi, czyli tytułowego „nasycenia”. Wszystko to co przyszłe jest „wyczerpane”. Nawet stratę można utracić i tylko to jest najpewniejsze. Poeta stara się dookreślić pojęcia czysto abstrakcyjne, np. czas jest dla niego „niepewną pewnością co do istnienia świata” [2]. Poranek kończy porę dnia, w której można udawać, noc natomiast tylko czyha, aby zniewolić człowieka. Wyrzeczenie się czegoś nie wyklucza pragnienia tego. Dotyk i myśl są ze sobą ściśle sprzężone. Czasem, który przedstawiany jest jako istota mięsożerna, według autora, można się zaopiekować. Bez moralności nasze życie byłoby zniewoleniem, a wolność obrazą. W świecie wykreowanym kłamstwo pragnie być klasyfikowane jako wyobraźnia. Emocje potrafią zmusić myśl do „powiedzenia” prawdy. Wszyscy są dziećmi Boga. Ciało, podatne na zniszczenie, nie może być schronieniem, gdyż człowiek nie posiada o nim wystarczającej wiedzy. Istota ludzka nie ma wyboru, musi istnieć. Bogowie są samotni. We współczesności ważne jest, aby nie „odczuwać”, nie „wiedzieć” i nie „myśleć”. Autor przekazuje także, za pośrednictwem swych utworów, wskazówki dla adeptów poezji: „Jeśli chcesz, by wiersz przeżył ciebie, mów”[3]. Światło wszystko weryfikuje, lecz w nocy (w ciemności) bez problemu można uznawać, że „niczego nie ma”[4]. Pamięć tych wierszy jest bardzo niedokładna. Wszystko to co znajduje się blisko podmiotu poznającego bezsprzecznie musi istnieć. Poetę zastanawiają przeróżne, często sprzeczne, kategorie estetyczne, np. brzydota (jeżeli w wierszu pojawia się diament to zawsze jest on zarówno zakurzony jak i olśniewający), jeżeli podmiot liryczny widzi „piękne i czerwone” czereśnie to równocześnie są one „gnijące”. Maciej Niemiec w swych utworach nie „myśli” o tym co będzie po śmierci, interesuje go przede wszystkim sam akt umierania: pyta sam siebie o to gdzie umrze i w jakim towarzystwie. W jego świecie paradoks wymaga niezrównoważenia, a chwila potrzebuje stałości, aby zaistnieć. Walka ze śmiercią jest także walką z życiem. Obecna cywilizacja chce wszystkiemu zapobiec. Bohater tych wierszy swoje „niedokonane” życie przyrównuje do egzystencji Norwida, któremu w tym tomie „wybacza”. Dla autora sztuka jest powiązaniem irracjonalnych marzeń i realnej wiedzy. Wizualne konfrontacje Andy’ego Warhola postrzega jako „pogrzeb porównania”[5]. Autor także posługuje się tego typu technikami – kota konfrontuje z tekstem, który według niego „lubi być głaskany”[6]. Utwór literacki jest dla niego bólem, chorobą codzienności, który tak samo jak kot nie może oczekiwać na uzdrowienie. Nawet nieistnienie może być „hałaśliwe”. Wszystko to co brzydnie nie powinno istnieć, a wszystko to co istnieje jest piękne. Maciej Niemiec skupia się na obecnych problemach, nawet na „kryzysie” finansowym. Co ciekawe podaje nawet rady jak można z nim walczyć, jedna z nich brzmi: „Codzienne mycie naczyń oduczy cię rozpaczy”[7]. Czas w ujęciu indywidualnym jest dla niego czymś nieprzygotowanym do życia. Wyobraża go sobie jako kogoś „kto wyszedł na ulicę w piżamie”[8]. Podmiot liryczny wierszy równocześnie z lekturą książek Henri Bergsona oczekuje nadejścia „dyktatora”. Ludzi nazywa „armią”, która jest „rozproszona po całym świecie”[9] z powodu bliżej nie określonej „klęski”, wywołującej instynktowny strach. Paryż kreowany jest na utopię. Według podmiotu lirycznego jednego z wierszy: „Jest tu wszystko, o czym mógłbyś pomyśleć – gdybyś zechciał”[10]. Jest to miasto zmienne, bez tajemnic, pełne „kulturalnych” oszustów. Jak widać poezja Macieja Niemca to surrealistyczny miraż, kolaż wrażeń i zdarzeń codzienności. Na szczęście jego świat jest jedynie rzeczywistością równoległą, w której wszystko kiedyś wraca na swoje miejsce.

Autor: Przemysław K.

Maciej Niemiec „Stan nasycenia. Wiersze i kilka przekładów z lat 1996-2010”, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2012, s. 120

——————————–

[1] s. 34

[2] s. 39

[3] s. 59

[4] s. 60

[5] s. 83

[6] s. 94

[7] s. 100

[8] ibid.

[9] s. 103

[10] s. 105

Nasycenie, czyli wszystko to co nieosiągalne

Sentymentalne podróże zaciemnione przez chmury historii

„Gołębie wzlatują” to druga powieść Melindy Nadj Abonji, która została opublikowana w 2010 roku i w niedługim czasie otrzymała dwie najważniejsze nagrody dla książek niemieckojęzycznych: Deutscher Buchpreis i Schweizer Buchpreis. Wybrana przez pisarkę tematyka wskazuje na silny autotematyzm tej powieści będącej w rzeczywistości opisem zmagań z podziałami zarówno terytorialnymi jak i mentalnymi. Autorka ta urodziła się w małym miasteczku Bečej w Serbii, a jej rodzina należała do węgierskiej mniejszości w prowincji Wojwodina. Już w wieku pięciu lat wyjechała wraz z rodzicami do Szwajcarii. Podobny los spotkał główną bohaterkę opisywanej pozycji. Całość rozpoczyna się opisem jej przyjazdu na serbską prowincję, gdzie próbuje odnaleźć początek swej historii rodzinnej. Ildikó Kocsis uważa, że jej ojczyzna nie powinna się zmieniać. „Obchód” (wykonany zaraz po przyjeździe) miał utwierdzić ją w przekonaniu, że nadal ma coś wspólnego z krajem swoich przodków, którzy w praktyce byli jej zupełnie obcy. Narracją, która składa się z kaskadowo następujących po sobie długich, meandrycznych zdań, kieruje dorastająca dziewczynka wraz ze swoją siostrą Nomi, z którą poznaje świat, walczy z historią swojego narodu i decyzjami rodziców.

Do miejsca, w którym zaczęła się ich historia przyjeżdżają tylko okazyjnie: na pogrzeby i śluby członków rodziny nadal pozostających w niegościnnej ojczyźnie. Jako, że jest to powieść typowo XXI-wieczna życie bohaterów zostało całkowicie zdeterminowane przez historię. Ojciec Ildikó próbuje nieustannie uwolnić się od koszmarnej przeszłości oraz od zniszczonego przez komunizm życia. Pozycja ta dowodzi, że życie na Bałkanach jest jednym wielkim koszmarem pokoleniowym. Jedynym połowicznym ratunkiem od mentalnej destrukcji jest ucieczka, emigracja, która w rozumieniu ludności państw jugosłowiańskich jest niewyobrażalną nadzieją na odrodzenie. Na początku wyjeżdżają tylko rodzice, aby zapewnić dzieciom dobry początek w nowej, całkowicie odmiennej i obcej kulturze. Na nowo w nieprzyjaznej dla przyjezdnych rzeczywistości organizują swoje życie: pracują dorywczo, następnie prowadzą pralnię i kafeterię. Rodzina Kocsis jest przekonana, że teraz żyje „we właściwym systemie” choć wiedzą, iż w każdej chwili mogą zostać wyrzuceni z „utopijnego” kraju, a przez rodzimych obywateli często są szykanowani i nazywani „jugolami”.

Gdy Ildikó i Nomi dorastają poznają całkowicie odmienną kulturę, czynnie uczestniczą w akcjach organizowanych przez środowiska pacyfistyczne. Słuchają punkowej, alternatywnej muzyki. Palą marihuanę. W przeciwieństwie do swoich przodków czują się zupełnie wolne, pozornie nic ich nie ogranicza. Bez problemu odnajdują się w sztuce całkowicie niezrozumiałej dla swoich rodziców. Gdy przebywają wśród squatersów są przekonane, że to anarchia jest najlepszym rozwiązaniem dla współczesnych społeczeństw. Śledzenie za pośrednictwem mediów rozwoju konfliktu bałkańskiego jedynie to potęguje. Równocześnie jednak nie chcą być postrzegane jako ktoś obcy, ktoś „stamtąd”. Nie rozumieją osób, które nieustannie okazują im swoją całkowicie bezpodstawną nienawiść. Choć za pomocą głosowania większość obywateli wyraziło zgodę na przyznanie im obywatelstwa to niektórzy wciąż ich nie zaakceptowali.

Przekonanie, że w tak małym miasteczku są ludzie, którzy czują do nich skrajną niechęć jest dla nich bardzo przytłaczająca, wywołuje strach i melancholię. Dzięki temu coraz lepiej poznają prawa rządzące światem. Wiedzą, że rozrastanie się „cywilizowanych” społeczeństw nie jest tożsame z poprawą ich pojmowania moralności. Ildikó jest przekonana, że nie może „odsunąć rzeczywistości”, zawsze pozostanie kimś obcym. Rodzice, wychowani bardzo tradycyjnie, wierzą natomiast, że jedynie ciężką pracą można zapracować na szacunek. Mają świadomość tego, że jako mniejszość zawsze będą obywatelami drugiej kategorii: „(…) nie wolno się odwracać, kiedy człowiek odchodzi, opuszcza ojczyznę, zdecydowanym krokiem naprzód, trzeba być gotowym przyjąć wszystko, co nadejdzie (…)” [2]. Zawsze koncentrowali się nad tym, aby ich córki „miały lepiej”, lecz jak się okazało one tego nie pragnęły. Chciały żyć w prostym świecie, bez pozorów zamożności. Na jakiekolwiek przejawy niechęci wobec nich (powoli przeradzającej się w akty wandalizmu) chciały reagować jak najbardziej konsekwentnie: „(…) jeśli nie będziemy się bronić, jeśli przynajmniej nie spróbujemy czegoś zrobić, to będziemy nikim (…)” [3] co spotkało się z ogromnym niezrozumieniem u rodziców.

„Gołębie wzlatują” to powieść wielowymiarowa. Główna bohaterka jako jedna z tytułowych gołębi została wbrew własnej woli pozbawiona ojczyzny i wręcz wtłoczona w ramy świata tylko przypadkowo odpowiadającego jej światopoglądowi. Jest to jedna z wielu książek pokazująca, że życie w świecie pozornie cywilizowanym, nieustannie do czegoś dążącym, nie jest usłane różami. Choć wszyscy uznają siebie za ludzi otwartych to wciąż bez mrugnięcia okiem zadają innym ból pokazując im, że są czymś gorszym, niezasługującym na koegzystencję z „rasą wyższą”. I to właśnie jest główne przesłanie tej pozycji. W świecie pełnym półprawd ma nam uświadomić, że wiele podziałów jest całkowitą fikcją, a wszelkie możliwe sztucznie wykreowane linie demarkacyjne są jedynie próbą oddzielenia od siebie prawdy o nas samych.

Autor: Przemysław K.

Melinda Nadj Abonji „Gołębie wzlatują”, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012, s. 264

——————————————

[1] s. 51

[2] s. 215

[3] ibid.

Sentymentalne podróże zaciemnione przez chmury historii

Obcokrajowiec we własnym kraju

„Obcy w domu” to druga wydana w Polsce książka Radży Shehadeha, który w ubiegłym roku dzięki „Palestyńskim wędrówkom” znalazł się w finale Nagrody imienia Ryszarda Kapuścińskiego. Tym samym polski czytelnik ma okazję do zmierzenia się z opowieścią autobiograficzną i z tego powodu wielowymiarową. Już zamieszczone na początku kalendarium, które zawiera najważniejsze daty z najnowszej historii Izraela i Palestyny, może uświadomić odbiorcy z jakiego typu książką obcuje. Głównym bowiem wątkiem, eksplorowanym przez autora na wszelkie możliwe sposoby, jest opis zmagań ludzi ze stale zmieniającą się rzeczywistością polityczną i wyrokami bezlitosnej historii. W tym wypadku Shehadeh bardzo ciekawie podchodzi do tego zagadnienia. W swoich zapiskach zwraca przede wszystkim uwagę na chronologię wydarzeń i ciągłość tematyczną. Rodzina pisarza mieszka w Ramallah, jednak całe wcześniejsze życie spędziła w Jafie, skąd w trakcie wojny domowej zostali wyrzuceni przez Żydów. Opuszczone miasto za sprawą opowieści rodziców i babci zostało wykreowane w umyśle dziecka na miasto snów i niespełnionych marzeń, zaś Ramallah wydawało się mu „burą, zimną, zacofaną mieściną, gdzie nic się nie działo” [1]. Stale przypominano mu, że został stworzony do „lepszego życia” czego konsekwencją było jego przekonanie o tym, iż gdyby jego przodkowie nie opuścili Jafy jego życie potoczyłoby się całkowicie inaczej. Wszyscy inni członkowie rodziny wciąż naiwnie tęsknili za utraconym życiem i mieli nadzieję na bardzo szybkie zakończenie okupacji i szybki powrót w ukochane strony. Ubiegający czas bardzo szybko konfrontował te marzenia z brutalną rzeczywistością. Gdy po dwudziestu latach ojciec autora przyjechał do wyidealizowanej mentalnie Jafy okazało się, że miasto to już nie istniało, zostało doszczętnie zniszczone i zapomniane. Światła, obserwowane każdej nocy i mające świadczyć o rosnącej potędze utraconego miejsca, były tak naprawdę światłami Tel Awiwu, który wcześniej był zaledwie przedmieściem Jafy. Teraz role się odwróciły. Ukochane przez rodzinę Shehadehów miasto było „martwym przedmieściem tętniącej życiem metropolii.”[2]. Z tego powodu dorastający Radża czuł się bardzo zagubiony, nie rozumiał stale zmieniającej się sytuacji rodzinnej. Egzystencję w Ramallach postrzegał jako namiastkę prawdziwego życia w mieście marzeń.

Kolejnym czynnikiem, który zdeterminował dalszą egzystencję autora i jego karierę literacką był spór z ojcem obdarzonym ogromną charyzmą, którego postrzegał jako wizjonera a nie polityka. Poza tym bezskutecznie oczekiwał od rodzica pomocy w dojrzewaniu (czego symbolem stała się maszynka do golenia), nie rozumiał dlaczego ojciec, którego postrzegał jako swój największy autorytet i darzył go niesłabnącym szacunkiem, nie chce zaakceptować jego zainteresowań. Dopiero drastycznie zakończona miłość z Carol uświadomiła mu, że może jeszcze w życiu natrafić na osoby, które będą w podobny sposób odbierać rzeczywistość a on będzie mógł skonfrontować z nimi swe wyobrażenia o świecie. Natomiast studia na Uniwersytecie Amerykańskim w Bejrucie pokazały mu, że we współczesności każdy musi mieć jakieś poglądy polityczne co wielokrotnie prowadziło do nieprzyjemnych awantur i protestów. W pewnym stopniu ten etap życia odtrącił go od polityki, z którą jego ojciec był nierozerwalnie związany. Następnie, przeniesienie się do Londynu na prawo, można odebrać za podporządkowanie się ojcu, który także był prawnikiem i oczekiwał od syna kontunuowania tradycji. Wyjazd do Indii, gdzie Radża spotkał się z przeróżnymi orientalnymi praktykami kształtowania własnej osobowości, uświadomił mu, iż jedynym ratunkiem od bycia drugim wcieleniem ojca jest wewnętrzne poznanie samego siebie, za pomocą umysłu. Pojawia się też tutaj bardzo wiele wspomnianych powyżej wątków historycznych i socjologicznych – Izrael poprzez swą despotyczną politykę osadniczą zabierał ziemię Palestyńczykom, całkowicie ignorował ich prawa. Podróż do Stanów Zjednoczonych pokazała Radży Shehadehowi, iż żyje w bardzo hermetycznym i toksycznym społeczeństwie, nie potrafiącym walczyć o to co mu się jawnie należy. Wyrazem jego sprzeciwu było założenie fundacji walczącej o prawa człowieka Al-Hak (Prawda), która była wielokrotnie szykanowana przez władzę. Postępowanie to jednak nie podniosło rangi syna w oczach ojca. Wszystkie wcześniejsze niepowodzenia doprowadziły w rezultacie do ogromnej depresji i zniechęcenia do życia z powodu zamordowania Aziza Shehadeha, który od zawsze (jako pacyfista, czynny orędownik pojednania palestyńsko-żydowskiego i prawnik walczący o przestrzeganie obowiązujących ustaw) „przeszkadzał” swymi działaniami wielu wpływowym ludziom. Złożyła się także na to bezradność wobec policji, która mordercę (kolaborującego z okupantem) starała się jak najlepiej chronić przed wymiarem sprawiedliwości. Na szczęście, jak wyznaje autor, to właśnie pisanie „Obcego w domu” uratowało go przed „duchową śmiercią”.

Książka ta pomimo tego, iż ukierunkowana jest na autotematyzm, wydaje się być pozycją bardzo ważną ze względu na konieczne poszerzenie wiedzy Europejczyków o tym co zrodziło widoczny do dzisiejszego dnia konflikt izraelsko-palestyński. Jest to tym wyraźniejsze gdy na zawartą w niej opowieść spojrzymy przez pryzmat psychologiczny. Niewyobrażalnie trudna jest sytuacja młodego człowieka, który został wychowany w przeświadczeniu o własnej ponadprzeciętnej wartości, co zostało bardzo szybko zniwelowane przez bezmyślne decyzje rządzących, niemożliwe do zlikwidowania stereotypy i rasizm kulturowy. Należy mieć na uwadze, że książka ta jest przede wszystkim powieścią autobiograficzną i dziennikiem osoby, która wielokrotnie podejmuje decyzje niezrozumiałe dla osób mieszkających w innej części świata. Radża Shehadeh kładzie ogromny nacisk na spójność własnych rozważań i przekazywanie faktów, co czyni tę pozycję wartą przeczytania. Wstrząsające przeżycia dziecka, które niepostrzeżenie stało się dojrzałym człowiekiem i przede wszystkim pisarzem, skrzętnie odnotowującym kolejne zakłócenia w otaczającej go rzeczywistości, w której ludzie ulegają kryzysom moralnym. „Obcy w domu” to prozatorska rubryka strat i nielicznych zysków uzupełniona o opis niezliczonych porażek i nieszczęść.

Autor: Przemysław K.

Raja Shehadeh „Obcy w domu”, wydawnictwo Karakter, Kraków 2012, s. 344

——————————————

[1] s.21

[2] s. 101

Obcokrajowiec we własnym kraju

Połączenie analitycznego egzystencjalizmu i portretu anarchistycznej idylli…

Skutek? Arcydzieło!

„Dzieciństwo Jezusa” to kolejna ekscytująca powieść Johna Maxwella Coetzeego. W pewnym sensie kontrowersyjny tytuł tej książki staje się bardzo ważny w późniejszym odczytywaniu przeczytanego tekstu. Czytelnik, będący zapewne zaznajomiony z historią rodziny z Nazaretu, wszystkie swoje wyobrażenia na ten temat będzie oczywiście konfrontował z tym co znajdzie w powieści. Jednak, jak się okazuje, żadna z postaci biblijnych nie ma tutaj swojego drugiego pełnego „wcielenia”, wszystko jest całkowitą reinterpretacją, bez żadnego odniesienia w Biblii. Możemy tutaj mówić także o fikcji, lecz jest to także zależne od nastawienia danego czytelnika, gdyż przecież każdy z odbiorców prozy Coetzeego może mieć inny stosunek do chrześcijaństwa. Gdyby nie zauważyć pułapki zastawionej na czytelnika przez autora i w nią po prostu wpaść to można byłoby uznać, iż jest to książka obrazoburcza i jednocześnie twórcza. Odrzucając pewne elementy europejskiego dziedzictwa autor chce zwrócić uwagę czytelników na palące problemy. Najbliższy byłbym uznania tej powieści za manifest własnego światopoglądu niż za racjonalną krytykę biblijnego opisu dziejów Chrystusa.

J. M. Coetzee, twórca od zawsze chętnie wypowiadający się za pomocą literatury na temat największych problemów współczesnych społeczeństw, tym razem za główny temat swej powieści wybrał trudności wynikające z życia uchodźców i imigrantów, którzy z powodu brutalnych wyroków historii zostali zmuszeni do zmiany miejsca bytowania. Fabularne podstawy narracji są w zamierzony sposób „uproszczone”, aby na wyższych poziomach twórczych dokonywać złożonych zabiegów znaczeniowych. Bohaterów, jak to zwykle bywa w tego typu pozornie minimalistycznych utworach, jest niewielu. Dwie główne postaci to pięcioletni chłopiec o imieniu David i jego starszy opiekun Simón. Podczas wędrówki do ośrodka dla uchodźców ich łódź zatonęła, a wraz z nią zaginął list zawieszony na szyi chłopca, w którym prawdopodobnie zawarta była jego historia. Simón (nazywany przez narratora najczęściej „mężczyzną”) postanowił zaopiekować się dzieckiem i pomóc mu w odnalezieniu matki. Dotychczas mieszkali w namiotach na pustyni i przez sześć tygodni uczyli się hiszpańskiego, który miał im umożliwić lepszy start w „nowe życie”. Gdy docierają na miejsce mające być spełnieniem ich marzeń okazuje się, że w nowej rzeczywistości nie istnieją organizacje mające na celu „łączyć ludzi”. Do jedynego wolnego mieszkania, które zostaje im przydzielone, nie ma klucza i Ana (pracownica ośrodka) „pomaga” im w znalezieniu tymczasowego lokum. Ta interesująca postać zaskakuje przede wszystkim swoją postawą wobec ludzi. Choć bez zastanowienia deklaruje możliwość pomocy to później całkowicie ignoruje swych podopiecznych, traktuje ich jak „śmieci” i pozwala im tylko na przenocowanie na podwórku jej domu. Rano mężczyzna trafia do doków, gdzie bez problemu dostaje pracę jako sztauer i od teraz do końca powieści zajmować się będzie rozładowywaniem ziarna. Przychodzi mu to z trudem, lecz ma nadzieję, że z biegiem czasu wprawi się do pracy. Główni bohaterowie powoli aklimatyzują się do wykonywania nowych ról.

Utopijne społeczeństwo, zaprezentowane przez autora, może przypominać teoretyczne założenia socjalizmu. Wszyscy są tutaj pracowici, życzliwi, pomocni i nikt nie zauważa zapewne występujących niedociągnięć w zrealizowanej wizji miasta-ideału. Dopiero rozpoczynający pracę Simón zarabia na tyle dużo, że bez problemu może utrzymać mieszkanie i swego podopiecznego. Wydaje się, że zarobione pieniądze wydawane są tylko na jedzenie, gdyż na przykład nie ma biletów autobusowych a na mecze piłkarskie wchodzi się bez żadnych opłat (wyłączając rozgrywki o mistrzostwo). Każdy musi przyporządkować się obowiązującym zasadom (nota bene, co ciekawe, nie występują w tej powieści żadne symptomy istnienia jakiejś władzy), nowo przybyłym nadawane są nowe imiona a wiek wpisywany jest do dokumentów na podstawie wyglądu. Trudno jest także zdobyć pewne produkty, cała dieta oparta jest na chlebie i wodzie; Simón musi poświęcić bardzo dużo czasu, aby odnaleźć sklepy z potrzebnymi artykułami, znanymi ze wcześniejszego życia. W radiu przekazywane są tylko aktualne lokalne wiadomości, pozostałe części świata są w nich skrzętnie ignorowane. W bibliotece, w której Simón wypożycza dla chłopca „Don Kichota”, jest to jedyna pozycja beletrystyczna, wszystkie inne to poradniki. Jednak najbardziej agresywny w swych działaniach jest „aparat” edukacji, który zmusza „rodziców” Davida do wysłania go do szkoły.

Występuje tu także kontynuacja innych wątków, wykorzystywanych wcześniej przez Coetzeego w innych dziełach, między innymi: problem ojcostwa i macierzyństwa (konflikt pomiędzy Inés a Simónem), wegetarianizmu (mięso świni nazywane jest czymś „nieczystym”), obcowania cielesnego (z czym związane są wszystkie kobiety, które spotyka Simón), konfrontacji wspomnień z chwilą obecną, choroby (zarówno psychicznej jak i fizycznej), tęsknoty, życia w wielkich blokowiskach, dorastania, miejsca zwierząt w świecie czy śmierci.

Wbrew pozorom, co właściwe dla tego autora, jest to powieść bardzo skomplikowana, wręcz polisemiczna. Z trudnymi i uniwersalnymi zagadnieniami jakie podejmuje Coetzee należy się zmierzyć indywidualnie, bez używania soczewek nastawionych pod „odpowiednim” kątem przez innych ludzi. „Dzieciństwo Jezusa” to idealny przykład na wspaniałe skompresowanie znaczeń i wykorzystanie ogromnego wachlarza tematów do wymiarów niepozornej wizualnie książki.

„Oczywiście, że pod okiem Boga nie ma przypadkowych liczb. Ale my nie żyjmy pod okiem Boga. W świecie, w którym żyjemy, istnieją przypadkowe liczby, przypadkowe imiona i przypadkowe zdarzenia, takie jak przypadkowe znalezienie się w samochodzie, którym jadą mężczyzna, kobieta i dziecko imieniem David. Oraz pies. Jaka, pana zdaniem, była sekretna racja ukryta za tym zjawiskiem?” (s. 299)

Autor: Przemysław K.

John Maxwell Coetzee „Dzieciństwo Jezusa”, wydawnictwo Znak, Kraków 2013, s. 304

Połączenie analitycznego egzystencjalizmu i portretu anarchistycznej idylli…

Nawet stal nie pomoże w oczyszczeniu z cierpienia

Lektura „Znieważonych” to moje pierwsze zetknięcie z prozą Sándora Máraiego. Zetknięcie, trzeba rzec, zadziwiająco oszałamiające, pełne zachwytu i podziwu. Mój przykład pokazuje więc, że nie jest konieczne chronologiczne podejście do jego dzieł. Powieść ta jest czwartą częścią cyklu „Dzieło Garrenów” (poprzednie to: „Zbuntowani”, „Zazdrośni” i „Obcy”). Została podzielona na dwie autonomiczne części, odrębne tylko pod względem treściowym i tajemniczo zatytułowane: „Głos” i „Zmiana”.

Całość rozpoczyna się bardzo konkretnie. Już pierwsze zdania wskazują na szczegółowość i specyfikę wybranego przez autora modelu narracji. Okazuje się, że głównym bohaterem został w tym przypadku Peter Garren, który uważa się za obywatela całej Europy, jakby ogromny kontynent podzielony przez polityków za pomocą niezliczonych granic był dla niego jednością, a nie zbieraniną społeczeństw o odmiennych i obcych sobie nawzajem kulturach. Jako pisarz-pragmatyk, wnikliwy obserwator otaczającej go rzeczywistości, od razu składa czytelnikowi odważną i poniekąd naiwną deklarację o tej oto treści: „Chcę tu zapisać samą prawdę”. Pierwsze słowa tekstu właściwego rozwijają wcześniejszą, ascetyczną autocharakterystykę zawartą w przedmowie. Dowiadujemy się, że osobą prowadzącą narrację jest trzydziestosześcioletnim mężczyzną, którego egzystencja została zdeterminowana przez wystąpienie Hitlera, a właściwie przez jego głos ingerujący w „podstawową materię” życia bohatera. Przez całą powieść ani razu nie pada to imię, budzące przecież niewyobrażalny strach w czasach, kiedy niniejsza książka się ukazała, czyli w roku 1947. Jest to więc wyłącznie pewne miejsce „niedookreślenia” pretendujące interpretatorów Máraiego (za pomocą osadzenia fabuły w początkowych latach trzydziestych XX wieku) do dokładniejszego umiejscowienia opowieści w historii Europy. Paryż dla Petera jest „nową ojczyzną”, pochodzi z obcego kraju, którego reminiscencji (jak jest przekonany) na pewno nie odnajdzie w tym mieście miłości. To właśnie stolica Francji wszystkiego go nauczyła. Teraz potrafi spacerować, wspominać, kochać kamienie oraz odczuwać wszystko to co dookoła tętni życiem. Choć żyje w środowisku, które jest przekonane o tym, że „rewolucja jest nieunikniona” to równocześnie, opierając się na swym intelektualistycznym światopoglądzie, szuka sposobów na pacyfistyczne rozwiązanie konfliktów. Głęboko zakorzeniona w ludziach sztuki świadomość nadchodzącego niebezpieczeństwa nie przynosiły w czasach przedwojennych, według Máraiego, żadnych realnych działań, jedynie bezczynne i melancholijne spoglądanie w przyszłość. W powieści tej pojawiają się bardzo odważne refleksje na temat narodowości. Niemcy, zdaniem jednego z bohaterów, są narodem „prawdziwie groźnym”, wręcz „antyeuropejskim”; tylko oni szukają realizacji swej „niemieckości”. Wyartykułowana jest także pewność, że kraj ten przed niczym się nie zatrzyma, jego wyobraźnia, pragnienia i możliwości są bowiem nieograniczone.

Wspaniała książka. Pełna interesujących portretów przeróżnych ludzi związanych ze środowiskiem kultury „znieważonej” XX wieku. Kultura „wysoka” jako element odrzucony przez społeczeństwo stała się za sprawą tej powieści czynnikiem koniecznym do ukazania prawdy o człowieku będącym tylko marionetką własnych żądań wobec życia.

Autor: Przemysław K.

Sándor Márai „Znieważeni”, Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 2012, s. 216

Nawet stal nie pomoże w oczyszczeniu z cierpienia

Nieodczytanie nienapisanego

Pozycja „Teorie badań literackich” Zofii Mitosek to publikacja niepowtarzalna, wielopoziomowa, zbierająca w sobie szkice na temat dwudziestu najważniejszych teorii literatury. Opublikowana około trzydziestu lat temu doczekała się sześciu wznowień i sklasyfikowania jako „podręcznik akademicki”. Określenie to jednak jest bardzo mylące. W gruncie rzeczy jest to pozycja bardzo przydatna dla każdego, kto rozpatruje literaturę nie jako niepowiązany i schematyczny ciąg publikacji lecz siłą rzeczy długotrwały proces kształtowania się światopoglądu literackiego. Jedyną możliwą wadą (a może zaletą?) jest wyłącznie skrupulatność autorki, która chce zasygnalizować „wszystkie” kontynuacje opisywanych nurtów i tym samym czytelnik mniej zorientowany może się w tym pogubić, odnosząc równocześnie wrażenie, że napotkał na przestrzeń całkowicie nieuporządkowaną. Porządek chronologiczny pozwala zauważyć różnice i podobieństwa poszczególnych metodologii, co skutkuje ogólną orientacją w każdej z nich oraz zauważaniem korelacji (współzależności). Całość rozpoczyna się rozdziałami poświęconymi Platonowi i Arystotelesowi (autorowi m.in. „Poetyki”, której zasługi dla literaturoznawstwa wszystkich epok nie sposób przecenić), podejmujący problematykę estetyki mimesis, wiernego naśladowania rzeczywistości. Następnie badaczka skupia się na klasycyzmie francuskim, antypozytywizmie oraz tak zwanej metodzie filologiczno-historycznej. Na uwagę zasługują także szkice poświęcone teoriom Kanta, Taine’a, Ingardena, Freuda, Lukács’a oraz Bachtina. Według mnie jednak najciekawsze są rozdziały poruszające metodologie najbardziej popularne w ostatnim czasie: formalizm (ukierunkowany na badanie „literackości”, wewnętrznych cech tekstów), strukturalizm (dopatrujący się w utworach językowej nadorganizacji), semiotyka (doszukująca się znaczeń wykreowanych przez znak), marksizm (kreujący pogląd alienacji sztuki), intertekstualność (dla której każdy tekst jest nieskończonym „plagiatem”), hermeneutykę (skupioną wyłącznie na interpretacji samego tekstu, bez jakiegokolwiek ukierunkowania na konteksty), dekonstrukcjonizm (skupiający się wyłącznie na „linearnej” analizie tekstu) i genetyzm (skierowany w kierunku badania rękopisów). Te krótkie definicje, po przeczytaniu całej tej książki, wydają się jedynie enigmatycznymi sformułowaniami, zupełnie niewnikającymi w problematykę najważniejszych teorii. Publikacja ta jest więc ewenementem. Bardzo długo należałoby szukać, aby odnaleźć równie pełne (lecz siłą rzeczy skondensowane) przedstawienie tematyki potrzebnej każdemu czytelnikowi – interpretatorowi myślącemu o literaturze jako o obrazie pełnym wielu białych plam, oczekujących na zapełnienie kolejnym „niedoczytaniem”.

Autor: Przemysław K.

Zofia Mitosek „Teorie badań literackich”, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2011, s. 480

Nieodczytanie nienapisanego

Statyczny portret chybotliwego wszechświata

„Epitafium dla Lucy” to jeden z najnowszych tomików poetyckich poetów wywodzących się z tak zwanego Pokolenia 68’, w którego skład wchodzi między innymi Adam Zagajewski, Stanisław Barańczak i Ryszard Krynicki. Pochodzący z Cieszyna Jerzy Kronhold uważany jest za współtwórcę Nowej Fali, gdyż to w jego rodzinnym mieście odbywały się zjazdy tej krakowskiej formacji. Tom ten opublikowany został jako piąta część niedawno powstałej Serii Poetyckiej „Zeszytów Literackich”, dzięki której mieliśmy już okazję poznać utwory Marcina Kurka (autora poematu „Oleander”, nagrodzonego nagrodą Kościelskich), Anny Piwkowskiej („Lustrzanka”) oraz Natalii de Barbaro („Ciemnia”). Książka ta została podzielona na dwie części: „Walc angielski” i „Stare pieczki”. Uderza w nim przede wszystkim wyważone ukierunkowanie na szczegół, dynamiczne wyszukiwanie konkretu w otaczającym poetę statycznym świecie, pozbawionym dynamizmu uczuć. Poezja ta uderza w najniższe tony, przedstawia katastrofalną wizję świata, w którym wszystko umiera a nic nie powstaje. Zwraca uwagę inspiracja codziennością, przedmiotami na które przeważnie się nie zważa: dzwon, torebka, płatek kwiatu, skakanka, liść. Dopiero z tej perspektywy Jerzy Kronhold dąży do zasugerowania tematów historiozoficznych, metafizycznych. Ukazywany przez niego w zawoalowany sposób podmiot liryczny charakteryzuje się konsekwentnym zagubieniem w rzeczywistości. Tylko pesymistyczne wyznania wprowadzają pewien status samookreślenia. W wierszach tych radość odnajdziemy jedynie w momentach, gdy autor wraca do czasów swojej młodości, pierwszych wzruszeń i dziecięcego odruchu miłości. W ludzkiej egzystencji dostrzega tylko pewność nadejścia śmierci, natomiast pozorne szczęście jest dla niego złudzeniem, wytworem imaginacji. Autor, koneser pospolitych oznak istnienia, czerpie garściami z dorobku polskiej tradycji literackiej, lecz jednocześnie jego twórczość głęboko osadzona jest mentalnie w kulturze europejskiej i amerykańskiej. Książka warta uwagi tym bardziej, że „poezja to zaproszenie do tańca”[1], jest uniwersalną próbą uniknięcia losu „starszej siostry”[2], która wszędzie się spóźniała, lecz na spotkanie ze śmiercią z pewnością zdążyła. Dzięki niej wielu może zdać sobie sprawę z prawdziwego przeznaczenia poezji, którą tworzą ludzie grający na tej samej scenie „teatru życia” a nie istoty z najwyższych partii Olimpu.

Autor: Przemysław K.

Jerzy Kronhold „Epitafium dla Lucy”, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2012, s. 112


[1] s. 32

[2] s. 94

Statyczny portret chybotliwego wszechświata

Człowiek cierpiący każdą tkanką

Pozycja „Ulica Mandelsztama” jest pierwszym tomem wierszy Jarosława Marka Rymkiewicza opublikowanym w podziemiu w 1983 roku. Autor ten znany jest przede wszystkim z książki „Zachód słońca w Milanówku”, która została nagrodzona Literacką Nagrodą NIKE w 2003 roku. Popularny jest także jego cykl szkiców oscylujący wokół osoby i twórczości Adama Mickiewicza oraz dwóch powieści-encyklopedii o Bolesławie Leśmianie i Juliuszu Słowackim. Już sam zakres tematyczny tych publikacji może stać się zapowiedzią utworów zebranych w analizowanym tomie. Przede wszystkim uderza wybrana przez poetę klasyczna forma wiersza, jakby się wydawało całkowicie nieprzystająca do współczesnych prób zdominowania sztuki przez pozornie ulotne abstrakcje i impresje, których celem ma być porzucenie „Formy” na rzecz „Treści”, czyli przekazu pełnego i skazanego na złudną ludzką percepcję. Ponowna eksploracja symboli barokowo-romantycznych wymusza spojrzenie na podobne tematy w teraźniejszych kontekstach. Dowodem tego może być już pierwszy utwór „Mogiła Ordona” będący prawdopodobnie aluzją do znanego wszystkim wiersza „Reduta Ordona” autorstwa Mickiewicza. Następny – „Zbaraż 1979” – poddaje w wątpliwość ofiarę Polaków atakowanych przez oddział składający się z trzystu tysięcy Kozaków i Tatarów, która dzisiaj jest już całkowicie zapomniana (oczywiście pod względem duchowym, nie dokumentalistycznym) i „rozdzierana” przez „buldożery”, całkowicie nieczułe na nieznane nieszczęście. Kilka zamieszczonych tutaj tekstów wydaje się być próbą uświadomienia czytelnikowi, iż dzisiejsza Litwa zawiera w sobie pewien pierwiastek polskości, a ludzie tam mieszkający mogą czuć się urażeni z powodu mentalnego zanieczyszczenia „nadzieją ojczyzny”. Nie brak tu także utworów opartych na klasycznych motywach biblijnych. W wierszu „13 grudnia” zwraca uwagę czytelnika przyrównanie ojczyzny do ciała mającego „gwoździe w dłoniach”, które ma być symbolem konającego kraju, co oczywiście skutkuje asocjacjami z opisem męki Chrystusa. Interesująca i zarazem zadziwiająca jest również konfrontacja ulotnego losu człowieka, który jest bez wątpienia niepowtarzalną jednostką, z „wiecznymi zwierzętami” będącymi tylko kolejnymi (powtarzalnymi) neutralnymi wcieleniami swoich przodków. Tom bardzo spójny, ciekawy, pociągający i kontrowersyjny z powodu drastycznego ukierunkowywania przez autora swych liryków na tematy polityczne.

Autor: Przemysław K.

Jarosław Marek Rymkiewicz „Ulica Mandelsztama”, wydawnictwo Sic!, Warszawa 2012, s. 48

Człowiek cierpiący każdą tkanką