„Pół świata nas / nienawidzi. / Drugie pół to my”, czyli esencja i ekstaza w ogrodzie detali

„Echa” to już szósta książka poetycka Wojciecha Bonowicza (rocznik 1967), uznanego krakowskiego poety, zdobywcy Nagrody Literackiej Gdynia w 2007 roku, propagatora myśli Józefa Tischnera. Tym razem na warsztat swoich literackich zmagań ze światem wziął próbę wskrzeszenia autonomicznych stopklatek, kiedyś zatrzymanych, dziś znów powołanych do życia za sprawą poezji.

Tom ten uderza przede wszystkim niezwykłą zdolnością do oddawania dynamizmu świata, jakby twórca chciał zwrócić uwagę odbiorcy na fakt ignorowania przez ludzi zjawisk błahych, lecz będących częścią także naszego bycia. Równocześnie optyka tutaj wykorzystywana bardzo często skupia się na opisie przestrzeni, w której materię zaingerowało coś niemal na sekundę przed momentem, gdy poeta rozpoczął obserwację. Jest to zatem poezja „osiągania równowagi”. Bohaterowie tych wierszy stronią od jakiegokolwiek przejawu chęci zmiany otaczającego ich świata, wręcz w zahipnotyzowaniu oczekują na działanie z bliżej nieokreślonego zewnątrz. Zdaniem Bonowicza obecny etap rozwoju naszej cywilizacji można określić mianem „monotonnej walki”, polegającej na przeczuciu nadchodzącej apokalipsy, z równoczesnym brakiem jej zwiastunów, przejawów. Głównej przyczyny tego można niewątpliwie dopatrzeć się w braku chęci do wyobrażenia siebie. Wiele z tych wierszy (tych, które wielu uznałoby za „najlepsze”) powstało na podstawie zaistniałych przypadkowo sytuacji. Rozmowa pomiędzy mężczyznami, wykonywanie fotografii, odczytanie napisu przy torach lub wymiana doświadczeń rodziców na temat wychowywania dzieci to idealne okazje do zastanowienia się nad własnym miejscem w świecie, wpływem cierpienia na egzystencję i rolą języka poetyckiego w dyskursie publicznym. W chwili, gdy wielu poetów fascynuje się reinkarnacją Bonowicza o wiele bardziej intryguje i przeraża wizja stale powracającego na ziemię niepokoju i nienawiści. Skazanie na samotność, niezrozumienie, poczucie zmarnowanej szansy oraz przekonanie, że jest się jedną z nielicznych zębatek mechanizmu to motywy wielokrotnie w tym tomie przywoływane. Ich „echami” są właśnie wiersze do pewnego stopnia programowe, metapoetyckie, w których dowiemy się między innymi, że poeta jest twórcą straconym – nie może ingerować w utwór już stworzony (w przeciwieństwie do prozaików), nie może także tak jak krytyk nauczyć się swojego „fachu”. Jednocześnie tworzenie to „wydobywanie się z grobu” (s. 30), taniec śmierci i zniewalająca przemiana, której w przypadku tego poety jedynym rezultatem może być balansowanie na krawędzi przepaści, przekonanie o tworzeniu poezji w obecnym czasie dawno zamierzchłej, odpowiadającej wartościom dawnym, lecz nadal aktualnym i ważnym.

„Echa” to tom podejmujący w dużej mierze tematy nieokreślone, niemożliwe do opisania, skazany już przez samego poetę na odbiór osobisty i nie dopuszczający do siebie wskazówek z zewnątrz. Dlatego wszystko tutaj jest otwarte, zezwalające na wszelkie możliwe odczytania i akcentujące wartość momentu i słów go opisujących. Spinający klamrą tom opis nieświadomych niczego dzieci idących ścieżką w kierunku nieskończoności pobudza do myślenia i nadbudowywania znaczeń do tego obrazu z innych wierszy. Utwory te są do głębi mroczne, dwuznaczne i tajemnicze, co w znacznej mierze zostało zdeterminowane przez oszczędne korzystanie z interpunkcji

Autor: Przemysław K.

Wojciech Bonowicz „Echa”, Biuro Literackie, Wrocław 2013, s. 40

——————————–

Cytat wykorzystany w tytule tego tekstu pochodzi ze strony 21.

„Pół świata nas / nienawidzi. / Drugie pół to my”, czyli esencja i ekstaza w ogrodzie detali

„Wiersz – rzecz nie do wiary: / Ale każdy dobry / Sprawia, że chcemy wiedzieć”, czyli zmysł codzienności w cyklu

Wystan Hugh Auden (1907-1973) to wybitny poeta anglojęzyczny ubiegłego wieku, nagrodzony w 1957 roku nagrodą Feltrinelli. Za uzyskane dzięki niej pieniądze zakupił posiadłość niedaleko Wiednia, w Kirchstetten, stanowiącą dla niego pewnego rodzaju utopię na ziemi, która stała się później inspiracją do napisania niniejszego tomu. „W podziękowaniu za siedlisko” (w oryginale: „About the House”, 1965) to czwarte wydanie książkowe utworów tego genialnego poety w naszym kraju.

Dla bohatera tych wierszy liczy się tylko teraźniejszość, przeszłość minęła dla niego zbyt szybko, aby zasłużyła na jakąkolwiek uwagę. Wszystkie dzieła architektoniczne nie zawdzięczają swojego istnienia architektom, lecz całej cywilizacji człowieka. Pomimo tego, że budowle te nie są trwałe, to artysta nie waha się apelować o ich wznoszenie. Tylko nimi będzie można „zadziwić / tych, co przyjdą po nas”[1]. Współistnienie z betonem pomaga przecież człowiekowi w osiągnięciu stanu samoświadomości. Tytułowe „siedlisko” jest tutaj nazywane nawet „jaskinią wytwórczości”, ponieważ ze względu swoją intymność, usytuowanie i klimat stało się idealnym miejscem do pracy twórczej. Dzięki sztuce poecie udało się dostrzec to, co uległo bezpowrotnie zniszczeniu, natomiast obcowanie ze światem po terrorze Stalina i Hitlera wyrugowało z jego życia coś tak ważnego jak zaufanie i pokazało, że wszystko jest dla człowieka osiągalne.

Auden nazywa siebie tutaj „przeszczepem // zza oceanu”[2]. Do pewnego stopnia czuje się spełniony „po pięćdziesiątce”, ponieważ udało mu się zrealizować swe największe i nigdy nie wyartykułowane marzenie – zamieszkał w ostoi, na terytorium, którego granice może dowolnie przekraczać. Dopiero to miejsce go wyzwoliło. W celu dotarcia do źródeł swej fascynacji tą przestrzenią zastanawia się nad rolą piwnicy w życiu człowieka, która jest metaforycznym odpowiednikiem jaskini w jakiej skrywali się nasi praprzodkowie. Wapienne groty kiedyś dawały tak potrzebne schronienie jak azyl w XX wieku, dla poety potrzebującego spokoju. Tylko strych wydaje się poecie być wytworem współczesności, czymś zupełnie nowym, jako miejsce przeznaczone do kolekcjonowania przedmiotów ważnych i nieużywanych, jednak niegodnych porzucenia. Dopiero łazienka zdobywa u poety największe uznanie, ze względu na swe zdolności do zjednoczenia „Umysłu” z „Ciałem” i dużą rolę w rozwoju kultury.

„W podziękowaniu za siedlisko” to w przeważającej mierze poezja połączeń, na przykład w utworze „Encomium balnei” uwidacznia się to próbą wskazania na różne stopnie pojmowania czystości przez angielskiego dżentelmena, uzależnionego od łaźni Rzymianina i świętego Antoniego, a następnie skonfrontowania tego z obecną skłonnością człowieka do marnowania dużej ilości czasu w łazience, „gdzie (…) / zazna spokoju Statyczne Ego”[3]. W nowej przestrzeni poety znajduje się „kaplica przyjaźni”, czyli pokój przeznaczony tylko dla najbardziej zaufanych przyjaciół. Dla tych wyjątkowych osób, bez udziału gospodarza, zmienia się całe otoczenie: krajobrazy stają się piękniejsze, przyroda bardziej zajmująca uwagę, a sam fakt zaistnienia przyjaźni przemienia się w coś wyjątkowego, niepowtarzalnego i nie posiadającego swego odpowiednika. Następnie Auden dzieli przyrodę biorąc pod uwagę kryterium sposobu odżywiania się organizmów. Rośliny (jako byty idealne) całe życie oddają się w samotności ciągłemu konsumowaniu, przeżuwacze są w stanie sobie zrobić przerwę w jedzeniu, a drapieżniki działają z pośpiechem i „en familie”. Tylko człowiek jako „zwierzę z limitowanej serii”[4] może podzielić się z kimś posiłkiem i na tym właśnie polega jego wyższość. „Doskonała Liczba Społeczna” w czasach Chrystusa i króla Artura stanowiła dwanaście, dziś zaś ze względu na kryzys moralny i ekonomiczny do stołu jesteśmy w stanie zaprosić tylko sześć osób. Auden podziela myśl Brechta: „Najpierw żarcie, potem etyka”[5], jego zdaniem „suty obiad” bez problemu mógłby na przykład odmienić losy bitwy o Termopile. Wobec tego zastanawia się, co należałoby odpowiedzieć Platonowi, gdyby ten zechciał zadać nam pytanie: „Co słychać u antroposa”?[6] i szuka przyczyn dlaczego w obecnym czasie o wiele większą uwagę zwraca się na „dzieło”, niż „mozół”; nie jest w stanie dociec co jest przyczyną tego, że przedkładamy efekt nad sposób jego osiągnięcia. Sypialnia jest zaś kolejnym niezwykle istotnym pomieszczeniem w „siedlisku” każdego człowieka. Nie jest ona „polem bitwy”, lecz pełni inną bardzo ważną rolę: pomaga w uświadomieniu sobie „codziennej ludzkiej zgryzoty”[7] i ujawnić „życie w jego naturalnej barwie”[8], bez udziału zakłócających perspektywę masek. Zdaniem poety bez problemu można sfabrykować swój życiorys, w którym o wiele większą rolę odgrywa „talent opowiadacza”, niż uczciwość. Tylko sny posiadają strukturę uniemożliwiającą jakąkolwiek ingerencję.

„Wspólne życie”, utwór zamykający cykl, stanowi ostateczne podsumowanie i sformułowanie tezy – „siedlisko” człowieka charakteryzuje go jako istotę społeczną, jest pewnego rodzaju wizytówką. Tym samym to, czy kogoś warto poznać zależy od stanu jego mieszkania i opłaconych rachunków. Wiersz ten zawiera również wyrażenie wiary w niepodważalną siłę przyjaźni, która nie pozwala nikomu zniknąć „w zbrodniczym zgiełku Historii”[9].

„W podziękowaniu za siedlisko” to tom dotykający materii niezwykle wrażliwej, ponieważ w większości przypadków traktuje o codzienności i wyznaniach jakie ta stawia przed jednostką wybitną, doświadczającą. Drobiazgowy styl, opierający się na szczególnej erudycji, uczynił tutaj z pozornie nic nie znaczącej przestrzeni coś na kształt arkadii, pozwalającej na zwrócenie uwagi w stronę ostateczności. Opisy piwnicy, strychu, jadalni i pracowni są tutaj metaforami ściśle korespondującymi z ukształtowaniem formalnym tych tekstów: niektóre z nich zawierają  „Postscriptum”, kończą się utworami na pierwszy rzut oka przypominającymi haiku, a każdy z nich został komuś zadedykowany; znajdziemy tu także teksty „schodkowe”, czyli zbudowane z syntagm nieregularnie porozbijanych na wiele wersów. W. H. Auden dociera tu do samych granic tego, co poeta może powiedzieć o teraźniejszości. Odkryta przez niego czystym zbiegiem okoliczności przestrzeń stała się ostoją generującą sensy w makro świecie, uniwersum nieidealnym, jednak jedynym możliwym.

Autor: Przemysław K.

W. H. Auden „W podziękowaniu za siedlisko”, przełożył i posłowiem opatrzył: Dariusz Sośnicki, Biuro Literackie, Wrocław 2013, s. 56

——————————–

[1] s. 7

[2] s. 10

[3] s. 27

[4] s. 35

[5] s. 29

[6] Tamże

[7] s. 39

[8] Tamże

[9] s. 44

Cytat wykorzystany w tytule tego tekstu pochodzi ze strony 17.

„Wiersz – rzecz nie do wiary: / Ale każdy dobry / Sprawia, że chcemy wiedzieć”, czyli zmysł codzienności w cyklu

„Był dzień do opisania i nie było pointy”, czyli poeta zrozumiały w świecie tonów dekadenckich

Jacek Dehnel (rocznik 1980) pomimo młodego wieku zdążył już opublikować kilkanaście książek, odebrać kilka prestiżowych nagród i zdobyć bardzo duże uznanie. „Języki obce” to już czwarta jego książka wydana w tym roku.

„Języki obce” składają się z trzech cykli, które otoczone są przez kilka wierszy, będących pewnego rodzaju komentarzem do świata poetyckiej refleksji Jacka Dehnela. Tytułowy cykl, jak większość z zaprezentowanych tutaj utworów, powstał w biegu, przypadkiem, na przykład „na marginesach programu Międzynarodowego Festiwalu Poezji”[1] lub w pociągu, jakby autor chciał zaakcentować swoje przekonanie, że poezja powinna bezpośrednio odnosić się do rzeczywistości, bez abstrakcyjnych pośredników. Człowiek stoi tutaj przed koniecznością wyrażenia myśli w obcy sobie sposób w sytuacjach życia codziennego. Słowa stają się czymś, co trzeba bezwzględnie chronić, a różnorodność występujących na świecie języków jest zjawiskiem determinującym podziw dla ludzkiej zdolności do odrębności także w tej materii. Pomimo tego znana poecie rzeczywistość jest zapętlającą się przestrzenią, w której poszczególne elementy, pozornie nie mające ze sobą nic wspólnego, łączą się i tworzą wspólne komunikaty. Praca tłumaczy jest zatem ponurą formalnością, gdyż wybiórczo działająca pamięć pozwala na nieścisłości i zaburzenie perspektywy. Wobec tego literatura jest sposobem na zjednoczenie ludzkości, próbą zwrócenia jej uwagi na szczegół i możliwość istnienia bez bycia. Natomiast zbiór „Plankty sławiącego boleść”, powstałe prawdopodobnie dzięki przejęzyczeniu młodego adepta języków, stanowią komentarz pełen cierpienia zrodzonego z przekonania o wszechobecnym wokół nas zawężaniu granic własnego postrzegania. Nikt dzisiaj nie zastanawia się nad sytuacją mrówki wobec ogromu Drogi Mlecznej, nikt nie rozmyśla nad postrzeganiem logosu przez ciemność, nikt nie jest w stanie uchronić słów przed wyginięciem. Te niezbyt popularne przyjemności stają się udziałem tylko takich poetów jak Dehnel. „Mały śpiewnik piosenek miłosnych dla średnio zaawansowanych”, cykl najobszerniejszy, budzi w nas obawę przed czasem, który zbiera swe krwawe żniwo we wszelkich możliwych dziedzinach życia. Dzięki takiej postawie wyeksponowane są tutaj sytuacje pełne stagnacji. Pokazują one jak wiele człowiek traci na własne życzenie z powodu braku zainteresowania procesami poznawczymi – wszystko wokół coś znaczy, naszym celem jest tylko ukierunkowanie się na odbiór. Jacek Dehnel piętnuje tutaj postawę wszechwiedzącego, która w pewnym momencie życia staje się udziałem każdego z nas. Tym samym zdaje się apelować o naiwność wobec tego, co oferuje świat.

Jest to tom powstały ze względu na niezwykłą intensywność przeżywania u poety i dzięki temu operujący wieloma poetykami i pozostający na granicy pomiędzy tym, co klasyczne, a tym, co awangardowe. Zrodzony z kilku fascynacji, które nie opuszczają Jacka Dehnela od początku tworzenia. Jedną z nich jest strach przed zapominaniem o przeszłości, tutaj manifestujący się przewrotnie relacjami z procesów nieudolnego niszczenia pamiątek po dawno już zmarłych osobach. Zapełnianie swej przestrzeni życiowej niezliczonymi przedmiotami skutkuje potem obarczeniem tych, którzy pozostali w tym wymiarze, problemem i koniecznością jej uporządkowania. Uniwersum tutaj wykreowane chce „każdemu dać / choćby w wyobrażeniach / szansę na odmianę”[2], nie pozwala nikomu na wyodrębnienie się z chaosu. Symbolem tego staje się na przykład odkopanie posągu Antinousa w Delfach w 1894 roku [3], które ma na celu uzmysłowienie odbiorcy jak niewiele nasza cywilizacja ma wspólnego ze swoimi korzeniami. Wydobyta spod ziemi postać jest bowiem świadoma swojej wyższości, nie współczuje, nie pragnie i trwa. Ważną część tego tomu stanowi kilka utworów napisanych prozą poetycką, które opisują sytuacje skrajne, będące dowodem na nieustannie tkwiące w ludzkiej podświadomości łaknienie oglądania cierpienia. Teksty te są manifestem Jacka Dehnela wobec beznamiętnego przenoszenia przeszłości w realia świata ulegającego autodestrukcji. To, co nas otacza nie pozwala przecież na uchronienie się przed niebezpieczeństwami pozostającymi najbliżej, a ciężka praca hipotetycznie mająca prowadzić do osiągnięcia jakiegoś sukcesu jawi się tutaj jako zarezerwowana dla buntownika, nie wahającego się przed realizowaniem pragnień.

Niewdzięczność wobec natury, odchodzących na wieki ludzi, porządku, pór roku, pożegnań i istotności biologicznych szczegółów to motywy ciągle powracające w „Językach obcych”. Jacek Dehnel znów udowadnia, że w jego przypadku zamiłowanie do tego, co przeszłe nie jest tylko fascynacją dawnymi wartościami, lecz poszukiwaniem mostów łączących dawną rzeczywistość z teraźniejszością. Dykcja tej poezji z tego względu o wiele bardziej przypomina przywoływanie, niż relację z bezskutecznych zmagań.

Autor: Przemysław K.

Jacek Dehnel „Języki obce”, Biuro Literackie, Wrocław 2013, s. 52

——————————–

[1] s. 8

[2] s. 15

[3] Zdjęcie dokumentujące to wydarzenie znajduje się na okładce tomu.

Cytat wykorzystany w tytule tego tekstu pochodzi ze strony 50.

„Był dzień do opisania i nie było pointy”, czyli poeta zrozumiały w świecie tonów dekadenckich

Rytm, rym, kobieta jako „Ja”, czyli piętnowanie patologii i magia

Szymon Słomczyński (rocznik 1988) to jeden z ośmiu tak zwanych „najlepiej rokujących poetów”, laureat projektu „Połów. Poetyckie debiuty 2012”. Po opublikowaniu almanachu „Wysokie obroty” przyszła pora na książkowy debiut – „Nadjeżdża”.

Tom Słomczyńskiego to przede wszystkim próba wyrażenia własnej autonomicznej wizji świata, ze szczególnym uwzględnieniem perspektywy i ujmowania czasu w ramy wiersza. Pobrzmiewają jeszcze w nim echa dawnych tradycji, które nie są tu rzecz jasna celowo wyeksponowane, lecz tolerowane i w pełni akceptowane. Operowanie w jednej przestrzeni kilkoma obrazami w różnych kontekstach pozwala odbiorcy na zetknięcie się ze światem od dawna znanym, jednak za sprawą tych utworów doprowadzonym do ekstremum. Dzieje się to za sprawą niezliczonych przerzutni, które prawie w tym samym czasie pozwalają Słomczyńskiemu wykreować dwa obrazy, będące wyłącznie przedmiotem refleksji czytelnika, a nie poety. Wszechobecne aluzje pozwalają stwierdzić, że wiele z zaprezentowanych tutaj wizji aktualnych jest tylko tu i teraz, gdyż za jakiś czas staną się pozbawione punktów odniesienia, dotychczas gwarantujących zrozumienie.

„Nadjeżdża” to próba odnalezienia siebie w przestrzeni odhumanizowanej, wirtualnej, która zdaje się być poecie o wiele bliższa, od tego, co może ujrzeć za oknem. Przeważnie kończy się to poszukiwaniem celu w miejscach, w których od dawna już go nie ma: w hermetycznym akwarium dopatruje się źródła, a w obrazie Muncha szuka się ogółu, tętniącego życiem miasta. Tym samym schizofreniczne wariacje obrazów na ścianach opuszczonego szpitala stają się przewodnikiem mentalnym, za którym bohater tych wierszy podąża i szuka drugiego siebie, potrafiącego zapomnieć o chorobie umysłu. Rewolucja obyczajowa zdaniem poety jeszcze nie wybuchła, choć trwa cały czas i znęca się na przykład nad „panienką w kapeluszu”, której Kant nie może odpowiedzieć na pytanie, a Judith Butler podpowiada, że jest „konstruktem”. Esencją tego tomu są dwa wiersze będące poetycką reinterpretacją malarskich perspektyw (Edwarda Hoppera oraz Edvarda Muncha), w których widać niezwykle wyraźnie jak optyka Słomczyńskiego zbieżna jest ze spojrzeniem wirtuozów pędzla.

Nie jest to poezja chorobliwie poszukująca momentu, chwili lub celu. Skoncentrowana jest w zupełności na dążeniu do ustalenia przyczyny i znalezienia swojego miejsca w wielkiej aglomeracji. XXI-wiek jawi się tutaj jako epoka niespełnionych buntowników, pozornie czekających na wezwanie do wszczęcia rebelii. W rzeczywistości wszyscy są i będą bierni, skuszeni tym, co już zdobyte. Wiersze te przepełnione są pragnieniem o powrocie, który sąsiaduje z przekonaniem o niemożliwości jej dokonania.

Słomczyński to jeden z wielu współczesnych poetów, który przekonany jest o bezcelowości walki z polską rzeczywistością, nieustannie degenerującą wszystko dookoła. Wadliwa mentalność, nieprzystające do świata prawo oraz odwieczne poszukiwanie prawdy tam gdzie jej nie ma, doprowadza nasz kraj do niekontrolowanego rozpadu. Ciągłe stawanie się („mutowanie”) w świecie biologii sąsiaduje tu z przekonaniem, że coś więcej kryją tylko wiersze Miłosza. Polska to zatem kraj „bez tłumika”, w którym żyje się bez ograniczeń, z wszystkiego korzysta się bezpośrednio, biernie i bezmyślnie, a wszelkie konwenanse postrzegane są jako coś obcego (złego).

Autor: Przemysław K.

Szymon Słomczyński „Nadjeżdża”, Biuro Literackie, Wrocław 2013, s. 64

Rytm, rym, kobieta jako „Ja”, czyli piętnowanie patologii i magia

„Ja nie wiem nic i muszę czekać, aż będę mógł się dowiedzieć”, czyli amnezja i anamneza na poetyckiej wyspie

Opublikowane w 1973 roku „Zapominanie Eleny” to debiutancka powieść Edmunda White’a (ur. w 1940 r.), wybitnego amerykańskiego prozaika. Choć całość oparta jest na wydawałoby się już bardzo wyeksploatowanym przez artystów motywie, to już od pierwszych zdań zachwyca nowatorskimi formalnymi zabiegami.

W pewnym nieokreślonym miejscu budzi się młody człowiek. Nie wie gdzie jest, jak się nazywa i kim są otaczający go ludzie. Czuje się zupełnie zagubiony i osaczony przez rzeczywistość, która bezwzględnie wymaga od niego, aby dostosowywał się do panujących w niej reguł. Bohater postanawia zatem w jakiś sposób odnaleźć się w tym świecie, równocześnie nie dając po sobie poznać, że zupełnie został pozbawiony punktów odniesienia. Intuicyjnie obserwuje innych, ponieważ chce się przekonać jakie miejsce zajmuje w hierarchii społeczności, której jak się po jakimś czasie okazało jest ważną częścią. Po chwili wiele białych plam w jego pamięci zostaje uzupełnione. Przebywa na wyspie, która jest areną walk pomiędzy licznymi, mniej lub bardziej oficjalnymi, ugrupowaniami. Wiele z osób tam przebywających (na czele z narratorem) czuje się zobligowanych do pisania wierszy na temat aktualnych wydarzeń. Czynią to pośpiesznie, jakby obawiali się, że za chwilę pojawi się następna inspiracja do stworzenia utworu. Ludzie łączą się w grupy, aby razem zamieszkać, gdyż posiadanie domu jednorodzinnego jest postrzegane za coś niewłaściwego. Jedną z kluczowych scen w tej książce jest właśnie pożar jednego z ostatnich takich budynków, który wprowadza wszystkich w stan osłupienia. Po chwili jednak przebywający w hotelu na zabawie wpadają w trans i zaczynają tańczyć w takt melodii „pożar pożar hu?”.

Bohater nie jest świadomy swojego ciała, jego potrzeby są dla niego zupełnie czymś obcym, pozostającym poza postrzeganiem. Jego dramatem istnienia nie jest jednak brak wiedzy o otaczającym świecie, lecz wciąż powtarzający się proces zapominania. Wydaje się jakby trafił on na wyspę „szczęśliwości” zaraz po rewolucyjnym przewrocie, którego skutkiem stało się zastąpienie „Starego Kodeksu” nową, „nowocześniejszą” wersją. Wszyscy bardzo uważnie obserwują swoje zachowanie i w każdym geście dopatrują się ukrytego sensu, ponieważ jakiekolwiek postępowanie „nie na czasie” jest kategorycznie potępiane. Każdy stara się jak najnaturalniej odgrywać swoją rolę w tym spektaklu śmieszności, lecz bohater widzi w tym tylko iluzję stwarzaną przez bezwartościowe i wymuszone pozy. Jednym z jego najważniejszych odkryć jest jak dużą rolę w tej rzeczywistości odgrywa mowa ciała. Zauważając jakiś charakterystyczny gest od razu postanawia „poćwiczyć go” przed lustrem i swobodnie użyć przy najbliższej okazji. Edmund White pokazuje tym samym, że największym przekleństwem ludzi usiłujących dopasować i upodobnić się do innych jest dziecięca naiwność, że jest to niezbędne do przetrwania, a obowiązkiem każdego jest usilne unikania urażenia kogokolwiek swym zachowaniem.

Niezwykle eksperymentalna fabuła i skomplikowana realizacja formalnych konceptów, które zostały połączone w mistrzowskich proporcjach, poskutkowały stworzeniem książki poruszającej wiele problemów naszej cywilizacji. „Zapominanie Eleny” poddaje w wątpliwość na przykład oczywiste do niedawna przywiązanie człowieka do miejsca w jakim się urodził. Pokazuje jak niewiele potrzeba, aby złamać ludzką psychikę i jak ważną rolę w naszej egzystencji odgrywa niestety bardzo krucha pamięć, dzięki której wiemy kim jesteśmy i czy naprawdę nasze życie ma sens. Zdominowanie relacji międzyludzkich przez rytuały zostało tutaj przedstawione w niezwykle intensywnie ironiczny sposób, którego w takim natężeniu nie odnajdziemy nawet w „Przemianie” Franza Kafki. W tym wypadku ironia pozwala narratorowi przetrwać w rzeczywistości opanowanej przez pozorny egalitaryzm, w przeciwnym razie pozostałaby bowiem tylko autodestrukcja. „Zapominanie Eleny” to relacja z poszukiwania tożsamości w samym sobie, w iście nabokovskim stylu. To arcydzieło najwyższej surrealistyczno-onirycznej próby.

Autor: Przemysław K.

Edmund White „Zapominanie Eleny”, przekład: Andrzej Sosnowski (rozdz. I-III) oraz Szymon Żuchowski (rozdz. IV-VII), Biuro Literackie, Wrocław 2013, s. 156

——————————–

Cytat wykorzystany w tytule tego tekstu pochodzi ze strony 63.

„Ja nie wiem nic i muszę czekać, aż będę mógł się dowiedzieć”, czyli amnezja i anamneza na poetyckiej wyspie

„Tylko w książkach można zmienić życie”, czyli o tym jak łatwe jest kłamstwo i niewyobrażalne przebaczenie

Grégoire Delacourt (rocznik 1960) za sprawą wydanego kilka lat temu „Pisarza rodzinnego” osiągnął sukces niespotykany dotąd na francuskiej scenie literackiej XXI wieku. Po otrzymaniu kilku nagród za swój debiut literacki postanowił napisać następną książkę, „Listę moich zachcianek”, która także zdobyła wielkie uznanie wśród czytelników i została przetłumaczona na kilkanaście języków, również na polski. Źródeł tego sukcesu należy prawdopodobnie szukać w posługiwaniu się przez autora, na co dzień copywritera, niezwykle lapidarną i oszczędną w słowach frazą, za pośrednictwem której bez zbędnych ozdobników wprost przekazuje swoje opowieści.

W tym wypadku główną bohaterką swej powieści uczynił Jocelyne Guerbette, dojrzałą kobietę, która prowadzi niezbyt dobrze prosperującą pasmanterię i bloga z biegiem czasu zdobywającego coraz więcej czytelniczek. Związana jest z Jocelynem i ta niezwykle rzadka zbieżność imion w pewnym momencie okaże się przekleństwem. Ma dwójkę dorosłych dzieci, które powoli na wszelkie możliwe sposoby próbują sobie zorganizować życie. Choć mieszka w Arras, niewielkim, prowincjonalnym miasteczku w północnej Francji, to tak jak każdy marzy o zmianie na lepsze i osiągnięciu hipotetycznego stanu spełnienia. Jednak to jej mąż jest mistrzem w zakładaniu sobie nierealnych celów, a ona z całego serca życzy mu, aby kiedyś udało mu się je zrealizować. W swym monologu wspomina swe porażki: nieudane młodzieńcze miłości, śmierć matki w stylu „Krzyku” Edvarda Muncha i chorobę ojca, która pozwala mu tylko na sześciominutowe ciągłe obcowanie ze światem i swoją córką. Pewnego dnia, namówiona przez przyjaciółki uzależnione od gry w loterię, kupuje kupon na Euro Millionos. Los na „chybił trafił” wybrał pięć liczb: 6, 7, 24, 30 i 32 oraz dwie gwiazdki z cyframi 4 i 5. Rezultatem tego stała się wygrana 18 547 301 euro i 28 centów, którą bohaterka w swej narracji powtarza jak mantrę. Jocelyne wpada w marazm, a autor dzięki temu stwarza psychologiczną wariację na temat osiągnięcia pożądanego przez wszystkich stanu możliwości spełnienia wszystkich swych marzeń. Bohaterka odbiera nagrodę, a swój czek chowa głęboko w szafie, z obawy przed tym, jak ogromne pieniądze mogłyby zmienić jej dotychczasowe, jednak szczęśliwe, spokojne i skromne życie. Sporządza listę swoich potrzeb, zachcianek i szaleństw, próbując sobie wyobrazić w jakim stopniu pieniądze, możliwe w każdym czasie do podjęcia z banku, mogłyby zaingerować w jej dotychczasowy ład.

„Lista moich zachcianek” pozwala uświadomić sobie jak wielu spośród nas chciałoby wygrać w loterii, lecz nikt tak naprawdę nie jest pewien co by tak naprawdę zrobił z hipotetyczną wygraną w obliczu możliwości spektakularnego zakończenia swojego życia na dnie. Każdy w rzeczywistości odczuwa przecież lęk przed obowiązkiem spłacenia olbrzymiego kredytu zaufania od ślepego w swych działaniach losu.

Autor: Przemysław K.

Grégoire Delacourt „Lista moich zachcianek”, przełożył: Krzysztof Umiński, wydawnictwo Drzewo Babel, Warszawa 2013, s. 160

——————————–

Cytat wykorzystany w tytule tego tekstu pochodzi ze strony 29.

„Tylko w książkach można zmienić życie”, czyli o tym jak łatwe jest kłamstwo i niewyobrażalne przebaczenie

„Jestem centrum wszystkiego i nie mogę się ruszać”, czyli ad astra per alas porci

John Steinbeck (1902-1968) to jeden z najbardziej utytułowanych pisarzy amerykańskich ubiegłego wieku. Dla historii literatury ważny jest między innymi dlatego, że w czasie gdy wielu jego rówieśników swój czas poświęcało na realizację przedziwnych eksperymentów formalnych on nieustannie rozwijał klasyczne rozwiązania, uznając je za jedyne słuszne i właściwe dla opisywania realiów kalifornijskiego życia. Ponadczasowy realizm utworów spowodował, że wielu zachwyciło się uniwersalizmem jego narracji, który do dziś wzbudza wiele kontrowersji. Jednak dla ogółu znany jest przede wszystkim jako autor takich dzieł jak „Tortilla Flat”, „Myszy i ludzie” lub „Na wschód od Edenu”. Z tego względu warto wnikliwie przypatrzeć się jego pierwszym powieściom, za pomocą których już jako młody człowiek wyraził swe artystyczne postulaty i kształtował swój talent. Staje się to tym bardziej realne za sprawą ich niedawnego wznowienia w jednym, niezwykle obszernym tomie.

„Pastwiska Niebieskie” (1932) koncentrują się na jedności hermetycznej wspólnoty żyjącej w tytułowej, niezwykle żyznej i utopijnej krainie położonej w Kalifornii. Wiele osób upatrywało w niej miejsce idealne do realizacji swych marzeń i założenia rodziny, jednak plany te niekiedy brutalnie zostały skonfrontowane przez brutalną rzeczywistość. John Steinbeck snuje więc kilka opowieści, których głównymi bohaterami są mieszkańcy doliny, w większości nie wyobrażający sobie życia w innym miejscu na ziemi. Schronienie znalazł tu na przykład przedsiębiorca dotychczas zawsze odnoszący w interesach niepowodzenia, a tutaj bez przeszkód rozwijający swoją farmę. Mieszka tu także człowiek prowadzący za wyimaginowane pieniądze przeróżne transakcje i wciąż obawiający się o przyszłość swojej córki. Wszyscy nawzajem tolerują swoje dziwactwa starając się przy okazji w swoich sąsiadach zauważyć cechę, którą należy podziwiać i jej zazdrościć. Pisarza interesują tym samym wydarzenia i jednostki odbiegające od normy, tylko wtedy może on zestawić ludzkie słabości z tym, co oferują idylliczne „pastwiska”. Mamy tutaj zatem historię dziecka chorego umysłowo, które posiada niezwykły talent odwzorowywania postaci, czy też matkę lubującą się w zadręczaniu rodzinnymi nieszczęściami. Jako, że ta społeczność to zbieranina przeróżnych jednostek nie brak tu także człowieka całkowicie odrzucającego wytwory cywilizacji i wychowującego swego syna za pomocą dzieł antycznych pisarzy i filozofów. Obrazy te nawzajem się uzupełniają historiami zżytych ze sobą sióstr, nauczycielki obawiającej się, że w tej wspaniałej krainie jej dziecięce wyobrażenia zostaną pozbawione złudzeń, farmer wybierający się co jakiś czas na więzienne egzekucje,  osaczony przez zmarłych rodziców człowiek oraz mężczyzny pragnącego wielu dzieci, aby jego ród na pewno przetrwał.

W „Nieznanemu bogu” (1933) John Steinbeck wyraża swą ogromną radość z tego, że świat i rzeczywistość, w jakiej przyszło mu żyć, są w stanie obronić się przed wszystkim co z zewnątrz zagraża ich harmonii. Dzięki temu mogą działać bez przeszkód według sobie tylko znanego planu, którego człowiek nigdy nie będzie mógł poznać. Swą opowieść osadza w czasie, gdy w Ameryce nadal dominowały wierzenia ludowe, a chrześcijaństwo tylko dla nielicznych przedstawiało jakąś wartość. Protagonistą jest tutaj Joseph Wayne, który zamierza się usamodzielnić i opuszcza swojego ukochanego ojca, aby udać się do Kalifornii i tam założyć swe gospodarstwo. Na miejscu okazuje się, że nie brakuje w tym rejonie idealnych terenów dla hodowli zwierząt i po chwili do niezwykle urodzajnej krainy przyjeżdżają pozostali bracia, chcący wspólnie stworzyć dużą i bogatą farmę. Za pomocą tej niezbyt skomplikowanej historii Steinbeck eksploruje bardzo ważną dla swojej twórczości problematykę. Zastanawia się jak silna jest więź rolnika z uprawianą ziemią, jak mocne jest pragnienie człowieka posiadania ziemi i jak dużo nieszczęść musi spaść na niego, aby zrozumiał, że dane miejsce nie jest dla niego gościnne i musi je jak najszybciej opuścić. Poza tym uwagę autora absorbuje także rola sił nadnaturalnych na relacje pomiędzy ludźmi a naturą i jej wytworami, wpływ reguł społecznych na moralność jednostki, rola mężczyzny w rodzinie oraz oddziaływanie przypadku na egzystencję. Według Steinbecka największym problemem człowieka XX wieku było to, że mógł on sobie wszystko dookreślić, a jego wyobraźnia była ograniczona wyłącznie przez horyzonty myślowe. Nawet nie wyróżniający się element świata może stać się za sprawą umysłu czymś co trzeba bez względu na wszystko chronić, czymś niezwykle ważnym i istotnym dla psychiki ludzkiej, co może urosnąć nawet do rangi ziemskiego ucieleśnienia istoty przebywającej w innym wymiarze lub nawet Boga.

„Złota Czara” (1929) jest natomiast historyczną fikcją, która oparta została na biografii Henrego Morgana, słynnego pirata. Młodzieniec od dzieciństwa odnajdujący w sobie pragnienie wyruszenia w daleką podróż postanawia udać się do Indii. Zaciąga się zatem na statek, którego kapitan bez żadnych skrupułów wykorzystuje jego naiwność i sprzedaje go jako niewolnika na wyspie Barbados. Dzięki wrodzonemu sprytowi udaje mu się w końcu zrealizować swe marzenia – zostaje piratem i zdobywa ogromną sławę. Chcąc przypieczętować swoją karierę wyrusza na podbój tytułowej Złotej Czary, czyli niewyobrażalnie bogatej w ówczesnym czasie stolicy Panamy. Ma nadzieję także przy okazji poznać tam Czerwoną Świętą, sławną wśród marynarzy ze względu na swe nieporównywalne mistyczne piękno. To opowieść o tym jak marzenia w niezwykle prosty sposób potrafią zniszczyć człowieka i pozbawić go człowieczeństwa w obliczu obcowania z destrukcyjnym złem.

Niewielu zdaje sobie sprawę z tego, że właśnie w tych początkowych książkach Johna Steinbecka najwyraźniej widoczne jest zainteresowanie ponadczasowym dziedzictwem kultury człowieka oraz przekonanie, że to właśnie życie w symbiozie z przyrodą pozwala ludziom bez większych przeszkód egzystować w tak niegościnnych warunkach. Już w nich stał się pewnego rodzaju głosem ubogich i nieustannie lekceważonych. Beznadziejna walka z wszechobecnym umiłowaniem nienaturalnego piękna i bogactwa doprowadziła go do pisania o tych, którzy są podporą dla całego społeczeństwa i świadczą o jego jedności. Melancholia, sentymentalizm i bezprecedensowe ukazywanie problemów społecznych połączył w mistrzowskich proporcjach i stworzył powieści, o których istnieniu wciąż trzeba przypominać, tym bardziej w czasach, gdy wielu stroni od ciężkiej pracy nad sobą.

Autor: Przemysław K.

John Steinbeck „Pastwiska Niebieskie. Złota Czara. Nieznanemu bogu”, przekład (kolejno): Andrzej Nowicki, Irena Chodorowska, Franciszek Skomski, wydawnictwo Prószyński Media, Warszawa 2013, s. 800

——————————–

Cytat wykorzystany w tytule tego tekstu pochodzi ze strony 501.

„Jestem centrum wszystkiego i nie mogę się ruszać”, czyli ad astra per alas porci

„Zamiast kapłanem Boga, będę bogiem małego, barwnego świata”, czyli magnetyzm bycia

Opublikowane na rok przed śmiercią Johna McGaherna (1934-2006) „Wspomnienie” jest po „Pornografie” i „Między niewiastami” trzecią przetłumaczoną na język polski książką tego autora. Powszechnie uważany za najwybitniejszego prozaika irlandzkiego ubiegłego wieku postanowił za pośrednictwem tej pozycji rozliczyć się ze swoim dzieciństwem, które na trwałe ukształtowało jego osobowość. Ta autobiografia została w zupełności zdominowana przez opisy relacji z rodzicami. Ojciec, sierżant o trudnym charakterze, przedstawiony jest na jej kartach jako osoba nade wszystko pragnąca panować nad swoim otoczeniem, nie znosząca sprzeciwu, wielokrotnie wobec swych dzieci stosująca przemoc, zmuszająca je do ciężkiej pracy, oczekująca bezgranicznego szacunku i nie troszcząca się o los swojej. Natomiast wcześnie zmarła matka była dla autora najbliższą osobą, zawsze pełną miłości, niewyczerpanego duchowego ciepła i radości z najmniejszych darów od losu. Dzięki temu John McGahern od najmłodszych lat był przekonany, że życie nie jest tak proste, jakby się to z pozoru wydawało. Pomimo obcowania z szóstką rodzeństwa czuł się niesłuchanie osamotniony, nikt nie był bowiem skory do zaakceptowania jego pasji. Jako przyczynę swoich literackich zainteresowań podaje przypadek. Czytelnik jednak bez trudu zauważy, że pragnienie odwzorowywania rzeczywistości za pomocą słów, ma w tym wypadku swe korzenie w nieprzerwanym zżyciu z naturą oraz odkrycia w sobie tęsknoty za prawdą w jej najczystszym wymiarze. Melancholijny, realistyczny i statyczny charakter wywodu tylko podkreśla fakt, że życie w Irlandii w ubiegłym wieku nikogo nie rozpieszczało. Kraj ten w ówczesnym czasie, co nieustannie zaznacza autor, tylko przez przypadek nie był nazywany teokracją. Wszystkie dziedziny życia były kontrolowane przez kościół, nikt nie mógł zgłosić swego sprzeciwu wobec sięgającej wszędzie władzy księży. Z tego też względu wiele osób praktykowało wiarę jedynie pro forma, widząc w tym podporządkowanie się tyranii i próbę polepszenia swojego statusu społecznego. Nie do pomyślenia było na przykład zdobycie pracy bez poparcia lokalnego proboszcza. Warto także zaznaczyć, że pomimo wszechobecnego niedostatku druga wojna światowa z perspektywy Irlandii toczyła się gdzieś blisko, jednak bez większego wpływu na społeczeństwo.

John McGahern to bez wątpienia pisarz nietuzinkowy. Mówiąc o literaturze irlandzkiej nie sposób nie wspomnieć o jego twórczości, która w pewien sposób wyeksploatowała tematykę wsi i wpłynęła na kilka pokoleń literatów. Z zaangażowaniem opisał rytuały wiejskiego życia, niczym nie wyróżniające się zdarzenia i codzienne zmagania z trudnymi czasami. Dzięki temu niepostrzeżenie zburzył mit o utopijnym trwaniu na prowincji. „Wspomnienie” to zatem uczciwe rozliczenie się z licznymi dramatami dzieciństwa i dojrzewania, które przez wiele lat nie dawały autorowi wytchnienia. To książka będąca prośbą do każdego z nas, aby pomimo wszystko poszukiwać swej niezależności w literaturze, która za pomocą formułowania pytań pobudza do krytycznego spojrzenia na własną egzystencję. Tylko wtedy można zdobyć się na odwagę zagrania głównej roli w wyreżyserowanym przez samego siebie spektaklu istnienia.

Autor: Przemysław K.

John McGahern „Wspomnienie”, przekład: Hanna Pustuła-Lewicka, Czuły Barbarzyńca, Warszawa 2013, s. 350

——————————–

Cytat wykorzystany w tytule tego tekstu pochodzi ze strony 265.

„Zamiast kapłanem Boga, będę bogiem małego, barwnego świata”, czyli magnetyzm bycia

„Sztuka jest moim zbawieniem, ale nie może zbawić ludzkości”, czyli „mea culpa” i „confiteor” w zharmonizowanej symfonii

Pomimo tego, że Jaume Cabré (rocznik 1947) to pisarz od wielu lat przez literaturoznawców uważany za najwybitniejszego twórcę katalońskiego, w naszym kraju dopiero w tym roku ukazała się jego najpopularniejsza powieść. Już od pierwszych dni obecności na polskim rynku „Wyznaję” wzbudza wiele kontrowersji. Wielu wyraża swój sprzeciw wobec nazywania tej pozycji „Czarodziejską górą” Katalonii czy też przełomem we współczesnym postrzeganiu powieściopisarstwa. Inni (przeważnie miłośnicy prozy Eduardo Mendozy oraz Carlosa Ruiza Zafóna) wskazują na niepowtarzalny i mistrzowski charakter całości, która na każdym kroku zachwyca artystycznym wyczuciem, możliwym do uzyskania tylko przez pisarzy Półwyspu Iberyjskiego. Wszyscy jednak zgodnie przyznają, że „Wyznaję” jest czymś niezwykłym i wymagającym wnikliwej lektury.

Powieść ta stylizowana jest na spowiedź (czy też wyznanie, list, rachunek sumienia lub biografię) Adriana Ardévola, który pewnego dnia postanowił opowiedzieć ukochanej swe życie i w jakimś stopniu usprawiedliwić swoje działania. Jak przystało na prawdziwie epicki utwór bohater zaczyna od dzieciństwa, które w zupełności zdeterminowało jego dalszą egzystencję. Już na jednej z pierwszych stron przyznaje, że „przyjście na świat w tej rodzinie było niewybaczalnym błędem”[1]. Jego zdaniem jedynymi sprawcami jego życiowych nieszczęść byli rodzice, którzy go nie kochali i nigdy nie pozwalali mu decydować o własnej przyszłości. Despotyczny, zaborczy i nie znoszący sprzeciwu ojciec, bez żadnych skrupułów narzucający mu swoją wolę, chciał uczynić z niego poliglotę, a do pewnego czasu nie zauważająca go matka ponad wszystko pragnęła, aby został wirtuozem skrzypiec. Adrian stał się zatem ofiarą nie spełnionych ambicji swoich rodziców. Wszystko jednak wskazywało na to, że plany rodziców kiedyś wreszcie zostaną zrealizowane. Dziecko już w wieku kilku lat płynnie posługiwało się kilkoma językami, ich nauka przychodziła mu zdumiewająco łatwo, natomiast gra na skrzypcach także nie sprawiała mu zbytnich trudności, choć do osiągnięcia poziomu mistrzowskiego zawsze brakowało mu determinacji i być może talentu. Każdy czytelnik tej powieści musi przyznać, że Cabré w niezwykle obrazowy sposób pokazuje tutaj jak wybitne jednostki już na samym początku niszczone są przez destrukcyjne otoczenie, które nie pozwala im swobodnie się rozwijać. Młodzieniec namiętnie czyta Karola Maya, nieustannie w tej narracji pojawiają się zatem dialogi z Czarnym Orłem i szeryfem Carsonem. Przekonane o własnej wyjątkowości dziecko poznaje świat za pośrednictwem sprowadzanych do domu przez ojca-antykwariusza starych i w pewnym sensie magicznych przedmiotów, które pokazują mu jak wiele różnorodnych płaszczyzn składa się na pozornie jednolitą rzeczywistość. Przerodziło się to w przyszłości w pragnienie odkrycia istoty estetyki i pracę naukową mającej na celu osiągnięcie ideowej harmonii. Dzięki temu książka ta jest prawdziwym mirażem dorobku „wielkich” filozofów, artystów i pisarzy europejskich, którzy składają się na ogromną rodzinę eksploratorów. Adrian Ardévol uczynił zatem ze swojego wyznania deklarację uczestnictwa w nowym świecie, rzeczywistości po niewyobrażalnych triumfach zła.

„Wyznaję” to przede wszystkim powieść odwołująca się do tak zwanej „techniki powrotu”, której zdumiewającą realizację można odnaleźć na przykład u Marcela Prousta. Po wprowadzeniu do opowieści jakiegoś przedmiotu autor wyznania stara się odtworzyć jego historię, często opierając się na konfabulacji, intuicji i na własnych wyobrażeniach. W tym przypadku cała konstrukcja fabularna oparta jest na tym eksperymentalnym koncepcie. Wielokrotnie niektóre fragmenty są powtarzane, niekiedy także dwie narracje lub dialogi o podobnym charakterze, lecz z odległych epok, prowadzone są naprzemiennie. Autor wskazuje na mechaniczność i rytualność ludzkiej egzystencji, która często jest wtórna ze względu na systematyczne powtarzanie określonych sytuacji. Dostajemy do rąk zatem powieść szkatułkową, w której poszczególne historie bez żadnych wyraźnych „ostrzeżeń” się przeplatają tworząc palimpsest, czyli wieloaspektowe sfabularyzowane studium zła. Mamy tu zatem oprócz wspomnianej biografii Adriana (na którą składają się również historie o jego ojcu i matce), opowieści o czternastowiecznej inkwizycji (kiedy to zło działało pod pozorem walki z herezją i innowiercami), poszukującym schronienia niezwykle utalentowanym „brakarzu akustyku”, Vialu (pierwszych skrzypcach autorstwa Lorenza Storioniego), muzułmance dla której uroda stała się przekleństwem oraz nazistach, sługach zła pozostających w złudnym przekonaniu walki o narodową potęgę.

Celem „Wyznaję” jest udowodnienie odbiorcy, że w każdej epoce zło działało z taką samą intensywnością. Jedynym odstępstwem od tego była II wojna światowa i niewyobrażalne bestialstwo jakie działo się w obozach koncentracyjnych. Wtedy to odwieczny przeciwnik dobra ostatecznie zatriumfował. Odnajdziemy tutaj zarówno katów jak i ich ofiary, cierpiących i zadających cierpienie. Tym samym ta książka to także twierdząca odpowiedź na pytanie czy prawdziwa sztuka jeszcze może powstawać po Holocauście, po tym, co wydarzyło się w Auschwitz. To również opowieść o braku spełnienia. Bardzo trudno w niej bowiem odnaleźć bohatera, który by nie był sfrustrowany. To powieść totalna. Wszystko ma tutaj swoje miejsce, żaden element nie jest pozbawiony sensu. Pomimo tego, że autor nazywa tę książkę „definitywnie nieskończoną” większość z zaprezentowanych tutaj opowieści ma swój początek i koniec, a pozostawiona dla czytelnika układanka z biegiem czasu zaczyna nabierać realnych kształtów. Jednak zło wciąż działa na świecie, zatem jego opisanie będzie teoretycznie możliwe dopiero wtedy, gdy ostatecznie zakończy swą działalność w naszym wymiarze. Wobec tego tylko osamotnienie może przynieść ukojenie jednostce. W tym kontekście często w tej książce pojawia się klasztor, jako miejsce wyciszenia i ożywczej kontemplacji. Dla innych, nie mogących zdobyć się na odwagę całkowitego wyizolowania, „Wyznaję” pozostawia inną nadzieję. Obcowanie ze sztuką i zrozumienie siebie to, według autora, sposób na oczyszczenie i choć minimalne wyzbycie się zła.

Autor: Przemysław K.

Jaume Cabré „Wyznaję”, przełożyła: Anna Sawicka, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2013, s. 768

——————————–

[1] s. 80

Cytat wykorzystany w tytule tego tekstu pochodzi ze strony 500.

„Sztuka jest moim zbawieniem, ale nie może zbawić ludzkości”, czyli „mea culpa” i „confiteor” w zharmonizowanej symfonii

“Cały wszechświat wie, kim jestem”, czyli dlaczego jesteśmy pewni, że nie żyjemy w labiryncie dla myszy

Philip Kindred Dick (1928-1982) to protoplasta science fiction, który dzięki swym książkom na zawsze zapisał się w historii literatury jako twórca dążący do pozbawienia rzeczywistości pozorów harmonii oraz łudzącego wpływu przypadku na całość istnienia. Pewny wyraz tego odnajdziemy we wznowionej niedawno jednej z pierwszych jego powieści. „Czas poza czasem” to wydana w 1959 roku książka mająca na celu poddanie w wątpliwość natury realności i literacka próba zasygnalizowania, że wszystko, co nas otacza, może być kłamstwem.

Wspaniałym sposobem na fabularną realizację tego pomysłu stało się wprowadzenie bohatera-eksploratora. Tym protagonistą jest Ragle Gumm, dojrzały mężczyzna, który wraz z rodziną mieszka w nieokreślonym prowincjonalnym mieście w Stanach Zjednoczonych. Od kilku lat nieprzerwanie wygrywa w konkursie organizowanym przez lokalną gazetę, dzięki czemu stał się sławny i rozpoznawalny. Całe dnie poświęca zatem na przewidywanie w jakim miejscu następnie pojawi się „mały zielony ludzik” i uważnie obserwuje otaczający go świat. Tym samym bez żadnych trudności odnotowuje kolejne zauważone anomalie, między innymi: rozpadający się na molekuły wózek z napojami, książka telefoniczna z nieistniejącymi numerami oraz czasopismo ze zdjęciami nieznanej mu Marilyn Monroe. Kulminacją tego staje się „otwarcie niebios” i „przemówienie” po imieniu do bohatera przez Boga. Wszystko to prowadzi do załamania nerwowego. Ragle Gumm uświadamia bowiem sobie, że rzeczywistość niezauważalnie przenika się z wytworami jego psychozy, „realny apendyks” ewoluuje w „chorobliwe wizje”. Sam stawia sobie diagnozę – „psychoza paranoidalna”. Uznaje siebie za centrum wszystkiego, oś wszechrzeczy i „cel całej ewolucji uniwersum”, czyli istotę warunkującą istnienie każdego elementu ogromnej układanki. Kluczowe dla rozwiązania całej zagadki jest odkrycie, że wszyscy wokół pilnują go, aby pod żadnym pozorem nie opuszczał miasta. Podejmuje więc decyzję o tym, aby z nikim nie podejmować kontaktu, każdy może być przecież wrogiem i mieć na celu unicestwić go jako jednostkę ponadprzeciętną. Osacza go przeczucie, iż wokół niego są sami szpiedzy, nie ma jednak żadnej możliwości na wydobycie się z tego impasu. W końcu pojawia się u bohatera pewność, że to, co dotychczas wydawało się być realne jest kłamstwem, a to, co stało się hipotetycznym wytworem jego chorej wyobraźni jest w rzeczywistości prawdziwe. Okazuje się, że infantylna gra logiczna zamieszczana w gazecie jest naprawdę arcyważna, gdyż wpływa na przyszłość gatunku ludzkiego.

„Czas poza czasem” to najbardziej wyrazistszy w twórczości Dicka postulat o zweryfikowaniu własnej percepcji świata. Utwór ten wskazuje na fasadowość organizacji współczesnych społeczeństw, w których prawda jest bardzo odległa od przekazów medialnych. Jako, że powstała jeszcze w czasie, gdy popkultura jeszcze nie odgrywała tak destrukcyjnej roli w amerykańskiej sztuce, jej lektura to niezwykłe przeżycie. Autor wręcz w każdym zdaniu tej powieści zastanawia się jak odróżnić „rzeczywistość od urojenia” i co niepokojące w jego wyobrażeniu tylko odważni i skorzy do podjęcia ryzyka mogą spodziewać się odkrycia choć namiastki autentyzmu, mieć nadzieję na wyjście poza kurtynę złudzeń. To badacz tego, co tkwi pomiędzy sprawdzalnym i możliwym do przypuszczenia, mistrz spekulacji w poszukiwaniu aberracji. Philip K. Dick bez wątpienia dorobił się o wiele bardziej intrygujących i dopracowanych warsztatowo realizacji swych konceptów, lecz trzeba jednak przyznać, że także ta książka jest dowodem na obcowanie z dziełem geniusza.

Autor: Przemysław K.

Philip K. Dick „Czas poza czasem”, przełożył: Robert Reszke, posłowiem opatrzył: Marcin Zwierzchowski, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2013, s. 272

“Cały wszechświat wie, kim jestem”, czyli dlaczego jesteśmy pewni, że nie żyjemy w labiryncie dla myszy