„Wyznania patrycjusza” Sándora Máraia (1900-1989) dopiero niedawno doczekały się pełnowymiarowego wydania w języku polskim. Przyczyną tego nie była jednak opieszałość wydawców, lecz autocenzura. Jako, że jest to książka autobiograficzna, a autor jako bezwzględny realista przekazuje na jej stronicach pełną prawdę, jeden z najbardziej „znieważonych” na jej kartach bohater wytoczył twórcy proces i sąd zakazał sprzedaży powieści w pierwotnej formie. Zatem węgierski prozaik, nauczony doświadczeniem i z obawą przed następnymi konfliktami prawnymi, znacznie zaingerował w jej treść, dzięki czemu pozbawił swoje dzieło tak znaczącej i symbolicznej podstawy formalnej. Składa się ona bowiem z dwóch części, które następnie podzielone były na cztery rozdziały i dwanaście podrozdziałów. Teraz jednak możemy podziwiać to arcydzieło dwudziestowiecznego powieściopisarstwa w pełnej krasie.
Sándor Márai nazywany jest mistrzem węgierskiej prozy realistycznej, co w jego unikalnym przypadku objawia się unikaniem, na każdym poziomie utworu, stosowania awangardowych zabiegów. Jednak „Wyznania patrycjusza” są najwyrazistszym przykładem na to, że jego dokonania stanowią ożywczy głos w dyskusji na temat wartości estetyki mimesis, gdyż podważa w niej wszystkie zasady realizmu, równocześnie wypracowując odpowiednie dla siebie techniki. Eksperymentom ulegał tylko w młodości, ta książka otwiera w jego twórczości fazę dojrzałą. Widoczne jest to już na samym początku, gdy mówi o kwestii dla siebie najistotniejszej, czyli stanie materialnym swojej rodziny, która jako jedna z nielicznych w jego rodzinnych Koszycach mieszkała w dwupiętrowej kamienicy. Bezapelacyjnie jest to autobiografia, choć wiele z jej elementów wydaje się właściwym tylko dziełom z kręgu fikcji. Trudno jednak orzec czy autor zawdzięcza je swojej wspaniałej i kreatywnej wyobraźni, czy właśnie pod wpływem jego pióra przeistoczyły się w coś magicznego i niezwykłego. Wydawałoby się zatem, że realizm – będący oczywistą konsekwencją wybranego gatunku – wręcz zdeterminuje zaistnienie w tej powieści chronologii i czegoś na kształt dystansu do świata opisywanego. Nic bardziej mylnego. Márai, przez czytelników wciąż błędnie kojarzony z tradycjonalizmem, współtworzy tą książką twór zwany powieścią eseistyczną. Dzięki temu może pozwolić sobie na wiele zabiegów nie mających nic wspólnego z realizmem i dlatego dla wnikliwego oka jest kimś bardzo nowatorskim i można nawet powiedzieć: awangardowym w stosunku do – jak mu się niesłusznie wydawało – niedoścignionych klasyków.
Pominąwszy wiele wariancji „Wyznania patrycjusza” traktują przede wszystkim o realiach życia na progu XX wieku, na przykładzie rodziny z tytułowej klasy średniej, która w ówczesnych czasach na Węgrzech była wyodrębniona i stanowiła poważaną przez wszystkich „kastę”. Zgodnie ze swoimi przekonaniami autor mówi o tym, czego sam doświadczył lub o tym, co mógł bezdyskusyjnie zweryfikować i z tego względu czytając tę książkę należy mieć na uwadze, że – pomimo zamiłowania do bycia „historykiem” w powieściopisarstwie – wielokrotnie na przykład perspektywa dziecka, bądź młodzieńca, wprowadza tu zakłócenia, niejasności lub dodaje kolorytu, tak cenionego przez miłośników tego twórcy. Z powodu wspomnianej „eseistyczności” nie jest to opowieść linearna, lecz pomimo to dotyka kwestii istotnych i nie będących „przebłyskami” rzeczywistości. Márai jest tutaj do głębi konkretny i przenikliwy. Mówi o wszystkim tym, co z czasów dorastania wpłynęło na jego dalsze życie, wybrany zawód i powołanie. Czytelnik może się dowiedzieć jak na progu XX wieku postrzegano Żydów, którzy w kamienicy pisarza reprezentowani byli przez dwie skrajnie odmienne rodziny. Oprócz tego już w tamtych czasach autor „Znieważonych” przewidział, jakie niebezpieczeństwa niesie za sobą cywilizacja XXI wieku i mass media. Z mieszczącego się w kamienicy banku uczynił symbol rozprzestrzeniającego się kapitalizmu, który – choć dla dziecka był nieokreślonym gwarantem bezpieczeństwa rodziny – już wtedy zniewalał klasę chłopów kuszącymi kredytami.
W „Wyznaniach patrycjusza” autor dużo miejsca poświęcił przeróżnym indywiduom, na przykład Irmie, siostrze matki, która potem stała się jej macochą, noszącą w sobie „jakąś straszliwą złość”, będącą dla całej rodziny „klęską żywiołową”, „zatruwającą całe otoczenie jadem”[1]. Jak wiadomo połączenie dziwności, którą w sztuce niewiele dzieli od tego, co zwykliśmy określać mianem „normalności” i osobliwej ekstrawagancji w literaturze tamtych czasów, oczywiście przy współudziale talentu, stwarzało dzieła niezwykłe. Pokazywały one, że skupienie się na ekstremach i napiętnowanie ich nie jest krzywdzące dla przedmiotu refleksji, lecz dla odbiorców stanowi nieskazitelny imperatyw do tego, aby wyrugować ze swego życia skłonność do przyporządkowywania się i spłycania swojej egzystencji. Przeczytamy tu o jednostkach, z którymi stykamy się na co dzień, lecz za sprawą Máraia otoczone zostały one nimbem tajemniczości i takiej niezwykłości, która wymusza na człowieku tendencję utrwalenia. Głównym „bohaterem” jest tu walka klasowa. Márai w swej twórczości zawsze zwykł głosić zmierzch mieszczaństwa – pochodzenie było dla niego niesamowicie istotne. Patrycjuszostwo zawdzięczał ojcu, spokrewnionemu z Sasami, natomiast rodzina matki – jej pradziad był młynarzem, a ojciec stolarzem – była bardziej doświadczona przez życie i dlatego pisarzowi przez całe życie towarzyszył szacunek dla ciężkiej pracy fizycznej. Rekonstruuje dzieje przodków wyłącznie po to, aby zauważając podobieństwa, wykazać jak bardzo zmarli nadal w nim „żyją” i są jego immanentną częścią, z tego względu, że mieli pośredni wpływ na jego charakter, zachowanie i wygląd. Ważni są dla niego również współcześni mu krewni, którzy byli dla niego wskazówką do tego, jak pokierować swoim życiem, aby w jego zmierzchu móc poczuć się spełnionym: „Jeden z synów [dziadka] zastrzelił się, bo nie mógł zostać muzykiem, a drugi porzucił gimnazjum, bo wolał zostać rzeźnikiem”[2]. Najbliższym, bo najbardziej nie odpowiadającym jego wyobrażeniom życia w „wielkim świecie”, był mu Ernő, który – gdy z właściwą sobie „ociężałością” i „niedbałością” nie walczył na wojnie – całe życie spędził grając w hotelowych restauracjach lub czytając książki o skomplikowanych działaniach matematycznych. Historii jest tu co niemiara. „Wyznania patrycjusza” opowiadają o niewyobrażalnie bogatym wuju wykładającym prawo, przedziwnej rodzinie, w której wszyscy – dosłownie lub w przenośni – żyli sztuką, niecierpliwym człowieku nadającym wciąż polecone listy ekspresowe do otaczających go ludzi, maniaku szczegółów, rektorze uniwersytetu lub miejscu zamieszkałym przez same panny. Te historie i nieliczne kontakty z tymi przedziwnymi ludźmi ukształtowały jego charakter i postrzeganie świata. Stosunek do literatury zawdzięczał natomiast cioci, dzięki której pierwszy raz w życiu miał okazję poznać „żywego” pisarza.
Koszyce, choć spełniają wszystkie cechy mikroświata, były dla niego w dzieciństwie wszystkim, o czym warto myśleć, mówić i pamiętać. Na kartach tej powieści uczynił z nich wizytówkę tamtej rzeczywistości i dlatego mowa tu o życiu kawiarnianym, radzeniu sobie ze swoją płciowością u ludzi przedwojnia, organizacji życia domowego, o książkach z domowej biblioteki i preferencjach czytelniczych każdego z domowników. Nie sposób przecenić tu takich opisów jak te dotyczące wszechobecnie lekceważonej i krzywdzonej służby, od której w tamtych czasach wiele środowisk było uzależnionych. Wydaje się, że najbardziej absorbujące czytelnika będą nie tyle te fragmenty opowiadające o dorastaniu, lecz te traktujące o stawaniu się pisarzem. Dużą rolę w tej materii odegrała fascynacja mistycznością życia religijnego tamtych czasów oraz wakacyjne zauroczenie przyrodą. Był ministrantem, kształcił się w katolickiej szkole i aż do tego stopnia poczuł się osaczony przez wytykanie przez obcych ludzi swojej duchowości, że w rezultacie porzucił wiarę. W bardzo młodym wieku, przy okazji zabaw w „bandę”, uzmysłowił sobie jak wielkim i nieusuwalnym złem jest pedofilia i zakorzeniona w człowieku chęć podporządkowania sobie innych. To właśnie te przeżycia – im bardziej drastyczne, tym przekazywane w coraz bardziej lapidarny sposób – najbardziej wpłynęły na jego Ja. Jego dzieciństwo było bardzo burzliwe i wielowymiarowe. Już wtedy chciał przeżywać każdą chwilę jak najintensywniej. Jak wielu pisarzy w młodości bezskutecznie poszukiwał akceptacji u rówieśników, co w jego przypadku poskutkowało znęcaniem się nad tymi, którzy chcieli mu pomóc. Z poziomu własnych historii dociera do refleksji bardziej ogólnych, jak te na temat szkolnictwa tamtych czasów, które poza nauką języków obcych w ogóle nie przygotowywało ludzi na doświadczenie wojny.
Wszystko to doprowadziło do wykreowania w jego umyśle nadrzędnej zasady, zgodnie z którą powinien przez całe życie dopuszczać się dezercji, aby pozostać prawdziwie wolnym i móc się rozwijać w pożądanym dla siebie kierunku. Mając czternaście lat – bez wyartykułowania przyczyn tej decyzji – uciekł z domu, jakby obawiając się mających coraz większy wpływ na jego egzystencję abstrakcyjnych pojęć, takich jak śmierć. Z powodu tej niesubordynacji znalazł się w szkole z internatem, która błyskawicznie nauczyła go samodzielności i tego, czym w gruncie rzeczy jest niesprawiedliwość.
Część pierwsza „Wyznań patrycjusza” skupia się na rozwoju wyłącznie pod względem fizycznym i dostosowywaniu się, co – jak się później okazuje – jest zupełnie niemożliwe, a nawet absurdalnie wręcz surrealistyczne. Opowieść o trudnościach z jakimi radzić sobie musi ignorowane przez rzeczywistość dziecko, jeżeli chce interpretować świat nie tylko jednopłaszczyznowo, jest to tylko preludium do części drugiej, w której główne miejsce zajmie tak ukochany przez pisarza, nie tylko w literaturze, motyw ucieczki i wyobcowania. Mowa tu więc o emigracji. Márai swą historię rozpoczyna od Lipska, gdzie nie znając jeszcze zamiłowania do „bicia rekordów”, pod pozorem studiowania, koncentrował się na marzycielstwie. Zgodnie z zasadą „Kto się boi, ten krzyczy”[3] oddał się bezwarunkowo dziennikarstwu, w czym można upatrywać źródeł jego późniejszego realizmu w prozie. Praca w czasopismach pokazała mu, że pociąga go tylko „niezrozumiałość, chaotyczność świata”[4]. W tym okresie, jako korespondent i reportażysta, podróżował do postrewolucyjnego Monachium oraz Weimaru, gdzie obcował z atmosferą geniuszu swego mistrza Goethego. Później, we Frankfurcie, rozpoczął współpracę ze słynnym „Frankfurter Zeitung”, która uświadomiła mu, jak rozległy jest świat i pozwoliła rozwinąć się pod każdym względem. Potem przyszła pora na Berlin, czyli okres „dandyzmu”, największego wyobcowania i pełnowymiarowej młodości. To tam poznał jakimi prawami rządzi się inflacja, dzięki której mógł stać się jednym z niewielu dostępujących luksusów tamtego świata oraz zawiązał prawdziwe przyjaźnie, w przypadku pisarzy uświadamiające konieczność otwarcia się na przestrzeń i formułowanie myśli. Później było małżeństwo, alkoholizm, zauroczenie poezją i Paryż, równocześnie ukochany i znienawidzony. W pierwszej fazie w tym ogromnym mieście i wydawałoby się utopii dla artystów „nudził się bezwstydnie, straszliwie, w sposób nie do opisania”[5]. W końcu znów trzeba było uciekać, wyswobodzić się z tej dobrowolnej matni. Już bez towarzystwa Loli zamieszkał we Florencji, gdzie miał okazję zapoznać się ze środowiskiem faszystów. W tamtym czasie, we wczesnej odmianie, jego entuzjazm wydawał się autorowi jeszcze zrozumiały. Tym bardziej, iż kierował nim Mussolini, człowiek oferujący swemu narodowi wizje postępu o „energii stu koni mechanicznych”[6].
Za moment jednak powrócili do Paryża. To właśnie wtedy rozpoczął się złoty okres w młodości Máraia. Przestał się ukrywać, otworzył swe zmysły na rozległą przestrzeń, zaczął doświadczać francuskiego życia w pełnej krasie, ponieważ wciąż dręczyło go permisywne przekonanie, że wystarczy chwila nieuwagi, aby ominęło go coś istotnego. Pisał reportaże, nieprzewidywalne felietony i samochodem zwiedzał kraj, który przeistaczał się na jego oczach w utopię wręcz stworzoną dla kogoś takiego jak on, obarczonego niespokojną duszą i pragnącym oddać się bezgranicznie pisarstwu. Już wtedy talent do obserwacji pozwalał mu zbywać milczeniem zewnętrzną powłokę rzeczy i operować wyłącznie tym, co kryło się w samym sednie. Trafność jego ocen do dziś zaskakuje otwartością, bezpośrednim podejściem do życia i unikaniem wdawania się w asocjacje. Te najintensywniejsze w jego życiu doświadczenia otworzyły go na szeroki świat, poszerzyły horyzonty. Zwiedzał jak najwięcej tylko mógł, zauroczony Damaszkiem, w którym wreszcie pozbył się wszelkich ograniczeń i uświadomił sobie czemu ma poświęcić swoje życie. Po tym wszystkim historia zatoczyła koło i autor powrócił na Węgry, tym razem do Budapesztu. Jego twórczość była bezpowrotnie osadzona w języku węgierskim, zatem tylko tam mógł stworzyć coś wartościowego. W tej materii jest na tyle dosadny i metaforyczny zarazem, że każda z jego wypowiedzi na ten temat świadczy nie tyle o jego świadomości pisarza-kreatora operującego tkanką słów, lecz przede wszystkim o potędze Literatury, jako unikalnego rozejmu pomiędzy Formą i Treścią w Sztuce. Dla niego było to „zbliżanie [się] do tej drugiej rzeczywistości, do tego mniejszego świata”, gdzie mógł wreszcie „sylabizować codzienność” i rozpocząć „wieczny dialog”[7].
„Wyznania patrycjusza” pokazują jak bardzo duży wpływ na życie Sándora Máraia miało traumatyczne dorastanie. Od tego czasu oscylował pomiędzy pragnieniem pozostania na „marginesie społeczeństwa” i koegzystowaniu ze zbiorowością, z którą mogłaby łączyć go jakaś idea, bo to idee były dla niego najistotniejsze, nie tylko w pisarstwie. Równie często spotykał się z wyobcowaniem, jak z urzeczywistnieniem tezy, że „kategoria czasu nie ogranicza wspomnienia”. Stawanie się dojrzałym człowiekiem w świetle tego jest tutaj zaprezentowane jako droga przez mękę, w czym należy dopatrywać się źródła późniejszych zarzutów wysnuwanych wobec młodości, która wbrew założeniom w ogóle nie odpowiedziała mu na pytanie „Jak żyć?”, lecz koncentrowała się na niekonstruktywnym stwarzaniu linii demarkacyjnych pomiędzy panami a ubogimi. Z każdej strony tej książki emanuje niezrozumienie wobec tego, jak można było tak kształcić młodych ludzi, aby wyobrażali sobie społeczeństwo jako bezwartościowy „surowiec”, czyli „bezkształtny i nieczysty tłum”[8], który obecny był w prywatnych dysputach jako coś, o czym warto myśleć tylko w kontekście jego pragmatyczności.
Márai nie waha się tu przed niczym, nawet przed pozbyciem się jakichkolwiek pozorów. O sobie mówi jako o „człowieku tchórzliwym, słabym i neurotycznym”[9], ciągle poszukującym stanu i miejsca nie wymagającego samookreślania. To była cena jaką musiał zapłacić za swe pisarstwo, determinujące ciągłe „utrzymywanie serca, nerwów i świadomości w wyższej od przeciętnej, niemal palącej temperaturze”[10]. Nauczony doświadczeniem poszukiwał szczęścia w drobnostkach, ignorując męczącą go dotychczas „duszną prowincjonalność”. Rozwój warsztatu w tym wypadku był kwintesencją poglądu, że „Pisarz żyje i tworzy z trudem, w męce”[11]. Wrażenie to łagodziło tylko przekonanie o uniknięciu „śmiertelnego niebezpieczeństwa” jakie niosła za sobą wojna, która w jego osobie obudziła odpowiedzialność najwyższej próby, konieczność walki z „rozpadającą się na części cywilizacją”[12]. To wtedy zrodziło się w nim poczucie misji jako „pryncypium”. Pomogło mu to dokonać reinterpretacji pisania samego w sobie, będącego w konsekwencji tych procesów „postawą moralną” i poszukiwaniem człowieka. Tylko dzięki realizmowi mógł zatrzymać czas, zachować to, co zniknęło za jego życia. To wszystko było jednak zniekształcone, jak sam pisał: „Na swój dziecinny sposób i ja przeżyłem wojnę i rewolucje; ale ten historycznie interesujący czas przesiał się przeze mnie, nie pozostawiając ani jednego wspomnienia; pewnie nie miałem z nimi nic wspólnego, myślałem zapewne wówczas o czym innym”[13]. Wspomniana indywidualność w zmaganiach z narzuconą sobie autorytarnie odpowiedzialnością wielokrotnie zaważyła na jego życiu – w pewnym momencie poczucie ciągłego zagrożenia, na dodatek nie mającego żadnego rzeczywistego odpowiednika, doprowadziło do skierowania się w stronę alkoholu i narkotyków, co prawda kuszących wielu artystów nowymi perspektywami, jednak mającymi nieodwracalny i destrukcyjny wpływ na system nerwowy. On jednak przez większość swojego życia ulegał innej, o wiele groźniejszej w tym wypadku, używce – dziennikarstwu, któremu zawdzięczał wiele, jednak ta forma wyrazu skradła mu zbyt dużo – jak później oceniał – cennych lat: „Mijały lata, napisałem tysiące artykułów, każdego dnia jeden, dwa, bo maszyna o północy ruszała”[14]. Ten okres jednak się (na szczęście) zakończył i Márai „przestał bezwarunkowo wierzyć, że to właśnie (…) [on] ma zlikwidować w świecie wszelkie chamstwo, podłość i oszustwa”[15].
Z tych powodów to książka nade wszystko o życiu pisaniem. Máraia poznajemy tu jako posiadacza zbyt dużego talentu, który nie mógł sprowadzić się do ograniczonej fizyczności i dlatego pisarz stwierdza, że „Bardzo trudno jest znieść życie bez środków odurzających”[16]. Tworząc walczył z enigmatyczną raną odniesioną w dzieciństwie, która do czasu zapoznania się z dorobkiem psychoanalityków, jawiła się mu jako abstrakcyjna ścigająca go figura. Później przypominała tylko pamiątkę po dawnym tyranizowaniu przez „okaleczony charakter”: „Ów lęk – atmosfera wszelkich neuroz – kłębi się gdzieś w głębi duszy, nie potrafimy czegoś przyjąć, jakiegoś wspomnienia czy pragnienia, i protestujemy przeciw własnej bezsilności”[17]. Z perspektywy tego typu intymnych rozważań, przechodzi do kreślenia portretu mieszczaństwa, które w czasach jego młodości tworzone było przez uzupełniające się nawzajem środowiska Żydów i chrześcijan. Motyw zadziwienia faktem, że Żydzi w tamtych czasach byli „uznawani” przez ogół i po prostu poważani za swe zasługi dla społeczeństwa, jest w jego twórczości przecież obecny już od pierwszych książek i nie mogło go zabraknąć także w „Wyznaniach patrycjusza”.
Był marzącym o eksterytorialności samotnikiem z wyboru, kwestionującym każdy pewnik i wciąż „niewiernym wobec wszelkich programów, wywodów i namów, z jakimi inni zwracali się do (…) [niego], chcąc (…) [go] przekonać, skusić”[18]. Był artystą pełnowymiarowym i nie znającym takiego pojęcia jak bezdyskusyjna prawda. To, co w jednym momencie uznawał za nadrzędną zasadę, w innym postrzegał jako kłamstwo i iluzję. Tylko dlatego jego trudny charakter pozwalał mu na uczestniczenie w spotkaniach w legendarnych kawiarniach na Montparnasse, gdzie wraz z towarzyszami tworzył „po prostu część obojętnego i mądrego uniwersalizmu Paryża”[19].
O każdym swym przodku wyraża się z taką samą atencją, każdego ceni za wkład jaki mieli w jego osobowość i naturę. Kto wie, może gdyby wszyscy w jego rodzinie byli intelektualistami, to dziś nie moglibyśmy czytać dzieł takiego geniuszu jak Márai? Z tego natłoku, w którym nawet sam zainteresowany nie jest w stanie odnaleźć choć namiastki harmonii, wyłania się przekonanie, że choć z rodziny „pozostały (…) imiona, fotografie, czyjeś usta, czyjeś oczy, czyjeś gesty, kilka sztuk mebli i czasem, w labiryncie splotów nerwowych niejasne i kłopotliwe przeczucie, że człowiek nie jest całkowicie samotny, ma coś wspólnego z tą materią i siłą, którą osobiście otrzymał w darze i którą ma obowiązek osobiście przekazać dalej, przez potomków lub czyny”[20]. W dzisiejszych czasach wielu artystów, egoistycznie i nieświadomie, przekonanych jest o swojej niezależności. To właśnie Márai wprowadza do współczesnego dyskursu o pisarstwie tezę, iż pisarz – wbrew temu, co podpowiada intuicja, niczego nie zawdzięcza sobie – lecz rodzinie lub w perspektywie bardziej ogólnej wszystkim tym, którzy tworzyli przed nim.
Główną siłą tej powieści jest sam styl narracji. Autor posługuje się obszernymi zdaniami w zupełności absorbującymi uwagę czytelnika. Tam, gdzie wielu powieściopisarzy zastosowałoby kropkę, on namiętnie wykorzystuje średnik, jakby chcąc uczynić ze swego życia nierozerwalny ciąg przyczynowo-skutkowy. Poza tym zaskakuje tu, że nie jest on hagiografem w stosunku do własnej przeszłości, gdyż nade wszystko interesuje go realność teraźniejszości, a w szczególności to, co funkcjonuje w niej jako pamiątka lat ubiegłych. „Wyznania patrycjusza” to powieść totalna. Autor jak nikt przed nim i niewielu po nim na płaszczyźnie jednego utworu mówi o dorastaniu jako o wewnętrznym poszukiwaniu przeznaczenia, o epoce przerażenia, strachu i podejrzliwości; o upadku idei, w które z takim zapałem uczono go wierzyć w dzieciństwie. Choć napisał ją w bardzo młodym wieku stanowi ona pewnego rodzaju pożegnanie z przeszłością, gdyż wręcz na każdej stronie Márai ubolewa nad czasem, w którym ludzie musieli „kryć się w katakumbach, jak średniowieczni mnisi, którzy chronili przed zwycięskimi wandalami tajemnicę Litery”[21].
Nic mu nie umknęło. O jego niepowtarzalnym mistrzostwie świadczy to, że w tak niespokojnych dla młodego ducha czasach był w stanie pisać z taką samą intensywnością i zaangażowaniem o różnicach w sztuce poszczególnych europejskich narodów, z których każdy specjalizował się w jakiejś dziedzinie, a on sam pragnął pozostawania ponad wszelkimi granicami, także tymi niematerialnymi; jak i o obojętności na zło i niesprawiedliwość społeczeństwa, które przez doświadczenie wojny stało się nie tyle nieczułe na codzienną egzystencję, lecz także na wyższą duchowość i sztukę.
Wypada tylko wyrazić ubolewanie, że Sándor Márai nigdy w pełni nie był świadomy potęgi swego geniuszu. Dopiero w kilka lat po jego samobójczej śmierci Europa zaczęła się nim zachwycać.
Autor: Przemysław K.
Sándor Márai „Wyznania patrycjusza”, przekład, wstęp i posłowie: Teresa Worowska, Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 2014, s. 520
——————————–
[1] s. 93
[2] s. 99
[3] s. 273
[4] s. 278
[5] s. 378
[6] s. 393
[7] s. 463
[8] s. 199
[9] s. 211
[10] s. 212
[11] s. 285
[12] s. 286
[13] s. 336
[14] s. 475
[15] s. 478
[16] s. 363
[17] s. 365
[18] s. 390
[19] s. 412
[20] s. 144
[21] s. 493
Cytaty wykorzystane w tytule tego tekstu pochodzą ze stron: 484-485 i 317.
„Wąsy” – thriller psychologiczny autorstwa Emmanuela Carrère’a (rocznik 1957) – to debiut wyłącznie pod względem formalnym. Przejrzystość wykorzystanej formy, nietuzinkowość chwytów narracyjnych i nade wszystko naprzemienne operowanie technikami z pogranicza surrealizmu oraz sztuki absurdu urzekają już od pierwszej strony i uświadamiają, że nie mamy do czynienia z powieścią sprawnie skonstruowaną, lecz arcydziełem świadczącym o niesamowitym talencie.
„Pokój na wodzie” to powieść autorstwa włoskiego pisarza Roberto Pazziego (rocznik 1946), którego twórczość powszechnie zestawia się z książkami takich sław jak Italo Calvino, Umberto Eco i Orhan Pamuk. Co łączy tych trzech pisarzy, znanych każdemu miłośnikowi literatury na świecie, z Pazzim pozostającym nieco w cieniu? Z pewnością można zwrócić uwagę na niesamowicie wirtuozerską umiejętność łączenia osobliwej tajemniczości (czy nawet mistycyzmu) całej historii ze zręcznym i – wydawałoby się nieświadomym – wykazywaniem, dotąd niedostrzegalnych, koincydencji pomiędzy odległą przeszłością a tym, co jest przedmiotem doświadczenia czytelników w teraźniejszości. Mowa tutaj jednak wyłącznie o sferze technicznej, ponieważ polskiemu odbiorcy, ze względu na tematykę i niektóre motywy, niniejsza powieść skojarzy się nade wszystko z „Faraonem” Bolesława Prusa.
Po „Limonowie” i „Wąsach” przyszła pora na kolejną powieść docenianego w Polsce pisarza, Emmanuela Carrère’a (rocznik 1957). Tym razem nie jest to thriller psychologiczny czy biografia, lecz najczystszy przykład literatury realistycznej, ponieważ inspiracją do jej napisania były naoczne przeżycia autora lub osób, z którymi mógł wymienić się doświadczeniami. Dlatego czytając tę książkę nie natkniemy się na wyszukane zabiegi narracyjne, językowe lub fabularne, gdyż głównymi jej bohaterami są samo życie, abstrakcyjna – jak się okaże – idea szczęścia oraz człowiek zmuszony do życia w poczuciu zagrożenia.
„Listy 1959-1994” to kolejny obszerny tom korespondencji Sławomira Mrożka (1930-2013), tym razem z Gunnarem Brandellem (1916-1994), wybitnym szwedzkim literaturoznawcą, profesorem na uniwersytecie w Uppsali i cenionym znawcą twórczości Sartre’a, Camusa, Strindberga, Freuda i Nietzschego. Już same nazwiska osób, których dorobkiem zajmował się ten intelektualista, są nam w stanie uzmysłowić jak bardzo dzieła Mrożka były jego zdaniem ważne i wartościowe aż do tego stopnia, że kilkakrotnie zgłaszał jego kandydaturę do Nagrody Nobla.
„Haiku. Haiku mistrzów” to książka będąca dowodem na wieloaspektowe zauroczenie Ryszarda Krynickiego (rocznik 1943) haiku. Poza, jak to zwykle bywa w tym przypadku, mistrzowskimi tłumaczeniami japońskich wirtuozów i twórców tego gatunku, czytelnik znajdzie tutaj zawsze z taką niecierpliwością wyczekiwane nowe wiersze poety luźno inspirowane tytułową konwencją, bądź w pełni dostosowujące się do jej na pozór nieelastycznych zasad.
„Sunset Limited” to książka nietuzinkowa nie tylko w twórczości Cormaca McCarthy’ego (rocznik 1933), ale w całej literaturze współczesnej. Ta „powieść w formie dramatu” ma na celu uświadomienie czytelnikom, że wszystkie nasze doznania są złudzeniem, rzeczywistość ciągle kusi nas iluzorycznymi marzeniami, a zdobycie prawdy możliwe jest tylko za pośrednictwem rozmowy, czyli bezpośredniego kontaktu z drugim aktorem dramatu, jakim jest życie. Jak to zwykle bywa u pisarzy tego formatu dialog jest tutaj jedynie pretekstem, aby dotrzeć do kwestii fundamentalnych: Kim jest człowiek? W jakim kierunku zmierza? Czy warto istnieć i cierpieć w imię idei?