Przemysław Wechterowicz w drugiej książce poetyckiej z powodzeniem broni swojego idiomu i dąży do tego, by dziedzictwo światowego surrealizmu nie zanikło w polskiej literaturze, a nawet – twórczo przywrócone – odżywało w świeżej i subtelnej formie, stanowiąc rekompensatę za niezaistniały w przeszłości polski nadrealizm. Yachaypucllaypacha jest tomem wielokierunkowym: otwartym na różne strategie lektury oraz w równej mierze rozwarstwiającym się i syntetyzującym własne składowe w iluzorycznie spójną całość. Wechterowicz – co widać już po samym tytule tomu – szuka języka pozorującego adekwatność, by wykorzystać go do opisu złudzeń oraz do diagnozy świata o niejednoznacznej determinancie. Już same autonomiczne, przeładowane tytuły poszczególnych utworów, będące prowokacją interpretacyjną i rodzajem żartu bądź anegdoty, zajmują miejsce wiersza właściwego i inscenizują szereg napięć równocześnie. Również one – uprzedzając lekturę i paraliżując ją – narzucają gotową narrację, zanim wyłoni się sam tekst, w wyniku czego powstaje ciekawe zjawisko: po pierwsze, przeciążenie odbiorcy treścią oraz wymaganiami, jakie stawia utwór, po drugie, symbolizacja skrajnej, komicznej, perwersyjnej wręcz bierności: Bujając się w fotelu, zdrzemnąłem się tak nieszczęśliwie mocno, że nie zdołałem nawet zaprotestować, kiedy moja żona, filozofka od Derridy i malarka abstrakcjonistka, skradająca się od kuchni na czworakach, wskoczyła mi na kolana i poderżnęła gardło moim ulubionym kozikiem do podgrzybków i prawdziwków [32].
Wszystko, o czym przeczytamy w tej książce poetyckiej, ma swój początek w przywołanej w tytule zbitce słów pochodzących z języka keczua. Myśląc o Yachaypucllaypacha w ramach filozofii ludów andyjskich, możemy spróbować przełożyć to pojęcie jako czasoprzestrzeń, w której wiedzę przodków przekazuje się poprzez działanie i grę. Nietrywialnie rozumiana zabawa jest tutaj szczególną formą uczenia się oraz kosmicznie zorientowaną aktywnością poznawczą. W jej ramach pojmowanie rzeczywistości zawdzięcza się praktykowaniu rytuałów oraz podtrzymywaniu relacji z tym, co inne i pozaludzkie. Zgodnie z jednym z symptomatycznych tytułów wierszy Wechterowicza – Nie ma o to pretensji, że pan wkłada głowę do środka przez dziurkę od klucza, skoro to pana bawi [13] – doświadczamy dziś zbiorowej karnawalizacji percepcji, jej uwikłania w zabawę oraz zawłaszczania poprzez nią intymności bliźniego, to jest jej naruszania przez czyny etycznie nieuprawnione oraz upokarzania go poprzez podglądanie, rzekomo zgodne z prawem do poznawczego wglądania w świat.
W pierwszym rzucie oka na tom Wechterowicza uderza wyjściowa dwutorowość przekazu. Po pierwsze, są tu rozbudowane do granic możliwości i rozsadzające ramy spisu treści narracyjne tytuły utworów, które mogłyby stworzyć odrębne teksty. Po drugie, gdy pojawia się treść właściwa wiersza, to niekoniecznie wchodzi w reakcję z inicjalną inskrypcją i wciąż rozrasta się na kolejne odnogi czasowe, tematyczne i tożsamościowe. Dzięki powstałemu interwałowi, który wydaje się skutkiem koniecznego rozdziału między tytułem a treścią utworu, zresztą zaznaczonego przez biel na stronicy książki, Wechterowicz uwzględnił szczelinę dla pojawienia się znaczonego – tego, co dzieje się pomiędzy zapowiedzią treści a nią samą, w pełni uobecnioną. Dwoistość, wyróżniająca tom Yachaypucllaypacha, stanowi o stylu tych wierszy – w początkowej fazie rozpiętych między prawdą a niewiadomą, następnie wykazujących brak potrzeby poszukiwania wyjaśnienia, czym jest rzeczywistość oraz ponoszenia związanych z tym istotnych konsekwencji: „Co robi tu / ta kobieta? Ta kobieta robi tu niezły // meksyk!” [18].
Wizyjność Wechterowicza pozwala mu wcielać do swoich utworów kolejne głosy i postaci oraz pozostawiać odbiorcy rozstrzygnięcie, w jakiej mierze nierealistyczne jest to, o czym czyta, jak dalece naoczność domaga się uwagi człowieka i jak należy rozumieć obowiązującą konwencję poetyckiego przedstawienia. Paradoksy, nielogiczności, przeskoki i regresy – swego rodzaju punkty ogniskowe wierszy – powstają wskutek zwarcia poezji z poznaniem, a ów sojusz uwypukla zamęt tlący się pod powierzchnią świata poetyckiego. Naturalnie współistniejące tu ze sobą zdarzenia w konwencjonalnej czasoprzestrzeni są niemożliwe do zaistnienia łącznie, jakby dla Wechterowicza kluczowy był element zaskoczenia i sprzęgnięcia nieprzystających porządków. Poeta nobilituje wykolejenia, a jego wiersze nie uzyskiwałyby swojej obecnej postaci, gdyby nie dezorganizacja procesu myślowego. Yachaypucllaypacha wynika z twórczego wykorzystania niekontrolowanych przejawów świata w postaci – na przykład – powiązania lekcji mandaryńskiego, na której pojawia się „stary wariat ryczący La Marseillaise!” [7], z dwiema sytuacjami: „Mężczyzny zamkniętego w sobie, wyglądającego z profilu jak / zwierzę” [23] i „Młodej // kobiety [która] objechała go za prześladowanie kaczek” [23], oraz zestawienia świecącego mokotowskiego słońca z „zagadaniem dziewczyny sprzedającej / w sklepie, czy już wie, co będzie robiła po śmierci” [34]. Dramat życia i karykaturalizacja relacji międzyludzkich rozgrywają się u Wechterowicza bez patosu, niemal incydentalnie, bez heroizmu i poprzez banalizację zła. W wierszach powstaje satyryczny obraz świata, w którym wiedza, sztuka, kłamstwo i przemoc współistnieją bez jawnego konfliktu. Nic nie może tutaj uchronić przed absurdem i wyolbrzymieniem, a język i refleksja tylko maskują to, co destrukcyjne i nie pełnią funkcji ocalającej. Wyrazistym przykładem tych strategii jest wiersz zatytułowany Matka straciła równowagę i nim upadła, uderzyła głową o kant stolika kawowego [17]: „Teraz leży w salonie i ma dziurę w potylicy, / z której wycieka krew. // Zasłony w Nabuchodonozora II popijającego / truskawkowy sorbet. Upaćkane muchy. Koń // na biegunach cwałuje bez opamiętania” [17].
Wechterowicz odnajduje źródło wielowarstwowości doświadczenia, która paraliżuje myślenie, w historii rodzinnej swojego podmiotu. Ekstrawaganckie zachowania jego bliskich powodują groteskowy dryf poetyckiej mowy w tomie Yachaypucllaypacha oraz konieczną tolerancję wobec pluralizmu perspektyw, żywiołowości temperamentów bliźnich oraz nieujarzmienia kłączy sensów, podskórnie tętniących życiem w przedstawionym świecie. Ojciec i matka nie istnieją – zastępują ich figury niemal komiczne, imaginacyjne, jakby ich tożsamości były tylko funkcjonalne, a nie egzystencjalne z samej istoty: „Wspomnienie // matki: olbrzymi krokodyl nilowy sunący ociężale / po trapie” [10]. Ojciec natomiast jest widmowym, utraconym fundamentem wyobraźni, niedoścignionym wzorem (Kochał swojego pozbawionego włosów i poważnego ojca i ze wszystkich sił starał się dotrzymać mu kroku [22]), który jest wspominany poprzez fantasmagorie łączące przeszłość, teraźniejszość oraz czas wypowiedzi poetyckiej w jedno: „Ktoś zgasił światło i przyśnił mu się ojciec cały we krwi. // W lewej dłoni trzymał widelec z dyndającym kawałkiem / sera halloumi” [22]. Poeta, wyrwawszy kawałek rzeczywistości i dokumentując ów alogiczny materiał w nieocenzurowanej formie w wierszu, traktuje czas jako żywą zaporę percepcji, będącą dla człowieka ledwie mgnieniem – błyskawiczną eksplozją życia w nieskończonych dziejach wszechświata. Czasu nie sposób się tu więc pozbyć, różne jest jednak jego definiowanie i określanie, stąd w wierszach Wechterowicza odnajdujemy dwie podobne sobie, ale jednak znacząco różne deklaracje wsteczne: „Całe moje dorosłe życie trwało ledwie jeden wieczór” [32], „Całe / jego dorosłe życie będzie trwać zaledwie jedno popołudnie” [11].
W Yachaypucllaypacha nic nie posiada przesłanek istnienia, każda jakość obecna w świecie wydaje się zwrócona ku sobie, ale potrafi się także samodzielnie przezwyciężyć, nieobwarowana jakimkolwiek rygorem znaczeniowym. To wiersze głęboko ironiczne względem sensu, jaki obiecuje zewnętrzność i sama poezja. Można nawet zaryzykować, że są to sklejone, chaotyczne, estetyzowane mozaiki bodźców–razów, którymi okładany jest człowiek okaleczany przez czas. Chodzi się tu pośród rzeczy i zjawisk, dotyka się rzeczywistości, ale nie wchodzi się w nią głęboko, gdyż byłoby to zbyt demonstracyjnym, a zarazem odważnym gestem. Relacje międzyludzkie są natomiast elementami scenografii, a więzi rodzinne przypominają kostiumy pozbawione wnętrza. Ponadto ludzie u Wechterowicza, co bardzo ciekawe, istnieją jako eksponaty – są niezależni, chwilowi oraz wymienialni.
Wiersze w tomie Yachaypucllaypacha praktykują przemoc informacyjną oraz symulują wtłaczanie w świadomość podmiotu tekstowego i odbiorcy absurdalnej ilości treści, których wielość nie licuje z odczuwaną wewnętrzną pustką, jednoznacznością definiującej je nicości. Teksty Wechterowicza mają neutralizować aberracyjną destrukcję struktury niosącej doświadczenie bezsensu współczesności i są dowodem na to, że wciąż możliwe jest przemieszczenie, zmiana kontekstu oraz odkrywanie zaczątków czegoś nowego pośród nieposegregowanych fragmentów utraconego czasu. Rekwizyty poetyckie, będące źródłami kluczowych metafor Wechterowicza, podkreślają gesty autodestrukcji, wykonywane jakby mimochodem przez podmiot, nie do końca świadomy natury swoich czynów. W Yachaypucllaypacha ból i przemoc nie są bowiem przypisane konkretnej osobie, tylko krążą w przestrzeni, sączą się i tworzą ogólną atmosferę okrutności, ściśle związaną z kompleksowym rozpadem systemów etycznych. Świat poetycki Wechterowicza trwa w bezmyślnym ruchu, w czystej entropii i zmyśleniu, a tragedia życia jest realna mimo zakłóceń i filtrów mających przesłonić tendencje odbierające „ja” mandat do działania. Na skutek kilkukrotnie przywoływanej przez poetę figury „aerobiku” splatają się tutaj różne uniwersa – między innymi świat życia i gier wideo, rozpacz i zabawa, krzyk i kontemplacja stają się tu czymś jednym i w podobnej mierze (niezależnie, czy w ramach codzienności, czy w nadzwyczajnym przypadku) przyprawiają o mdłości. Powoływanie się przez poetę na aerobik wskazuje na jego wolę krytyki życia jako fenomenu zależnego od powietrza i ruchu w nim praktykowanego. Poecie zależy na lokalnej, doświadczeniowej dynamice i obrazowaniu poetyckiego oddychania w ruchu, to jest nie w spoczynku, który w tomie Yachaypucllaypacha jest rzadkością. Aerobik – co bodaj najważniejsze – wytwarza różne formy afektów, w tym kontrolowaną euforię, pobudzenie wynikające z wczucia się w intensywność życia własnego ciała i poczucie wspólnoty z innymi, którzy podobnie odczuwają wzrost własnej produktywności oraz napływ nadmiarowej energii fizycznej.
Wechterowiczowi patronuje zróżnicowana plejada pisarzy (Andrzej Łuczeńczyk, Jarosław Markiewicz, Jakobe Mansztajn, Raymond Carver, Donald Barthleme oraz Janusz A. Zajdel), którzy stanowią dla poety cenny punkt odniesienia i dzięki nim Yachaypucllaypacha zawiera wiersze o złożonej tematyce, w tym o labilności, beztroskiej naturze humoru, różnicy między widokiem a przedstawieniem, problemach z ustaleniem źródła obrazu świata oraz sile języka, zdolnego w każdej sytuacji u tego poety odwrócić kota ogonem. Bez ich inspiracyjnego partnerstwa nie mogłyby prawdopodobnie w tych wierszach zaistnieć takie zapadające w pamięć frazy, jak „Ja / pragnę materii zdegenerowanej” [27] czy „Kłamstwo jest psychofanem prawdy” [24]. Poprzez te zdania wiersze Wechterowicza afirmują nieczystość świata i koncentrują się na pragnieniu zewnętrzności, skażonej niestabilnością, mutującej i wyczerpującej się. Czyni to z tomu Yachaypucllaypacha poetyckie odrzucenie metafizyki na rzecz materialności noszącej ślady przemocy i rozpadu. Drugie z przywołanych zdań, definicyjne, świetnie oddaje naturę kłamstwa, które nie zaprzecza prawdzie, ale mimowolnie, posługując się przesadą i manipulacją, demaskuje ją, będąc wciąż nią zainteresowane. Ponadto prawda, szczególnie w tych wierszach, nie ujawnia się bezpośrednio ani w czystej formie, lecz dopiero poprzez swoje zniekształcenia, nadużycia i fałsze.
Efektowne obrazy poetyckie Wechterowicza jawią się jako obrazy oglądane na witrynie świata, jakby stanowiły tymczasową instalację, uobecniając ruch bez celu, napięcie bez spełnienia, chaos niezdolny przejść w porządek. Podmioty Wechterowicza w żadnym razie nie stanowią centrum sensu, nie krzyczą, nie buntują się, działają zgodnie z logiką spektaklu afektów, a ich antypedantyczne artykulacje językowe nie są jednoznacznie nihilistyczne ani agresywne. Ruch „ja” oraz bohaterów wierszy jest formalny, niemal elegancko-teatralny – samo „ja” „Stawia długie i zdecydowane kroki” [14] – ale nigdy nie wiadomo, jaki cel przyświeca tym postaciom i dokąd zdążają. Wszelkie przemieszczenia są tu domyślne, niedokończone i zawieszone w próżni oczekiwania, jak sugeruje jeden z tytułów wierszy: Kiedy stoi na rękach, dokładając do stania szpagat, można odnieść wrażenie, że istotnie się gdzieś wybiera [15]. Fenomeny, którymi poeta rozporządza, zwielokrotniają się w odbiciach i są wciąż intensyfikowaną projekcją zniekształceń oraz zintegrowanych rozbieżności. Razem tworzą strategie obalania ułudy racjonalizmu rzeczywistości.
Dla Wechterowicza, świetnie rozbrajającego konwencje relacji międzyludzkich, świadoma negocjacja znaczeń ludzkiego doświadczenia ma charakter nieudanej autoperswazji – przekonywania siebie na przekór wszystkiemu, że sprawy mają się inaczej niż wydawały się na początku. Na tym poziomie jest to poezja operująca spojrzeniem konsumpcyjnym, pozbawionym empatii i niebiorącym odpowiedzialności za swoje skutki. Wedle tego tomu nasza – chcąc nie chcąc – eksponowana intymność jest dziś w sposób zalegalizowany naruszana przez globalnie uprzemysłowioną rozrywkę. Świat tomu Yachaypucllaypacha to uniwersum, w którym nie ma już elementarnego prawa do obrony i wszystko zostało postawione na głowie, choćby przez groteskowe konfliktowanie metafor oraz zderzanie rejestrów semantycznych i ontologicznych, przez co widoczne są na przykład „Psy na smyczy / w ciągu Fibonacciego” [14]. Estetyzacja destrukcji wydaje się jak najbardziej możliwa w idiomie Wechterowicza, co ukazuje się, gdy przeczytamy choćby ten urywek: „Jak motyl rozszarpujący ścierwo hipopotama. // Jego wewnętrzne szlochy. Jego ściany komórkowe / z perfumowanych chusteczek higienicznych od Toma / Forda” [13]. Fakt, że eteryczny motyl bezlitośnie niweczy hipopotama o ciężarze wielokrotnie przerastającym owada, choćby dzięki przemocy piękna, będącego dziś atrapą – piękna niemetafizycznego, żerującego na widmach i rozpadzie – jest źródłem sugestii, jakby poeta chciał upomnieć się o estetykę współczesną, której rdzeniem jest nienaturalne zszywanie elementów nieprzystających, a zatem pasożytowanie na jakościach cudzych, skomercjalizowanych i przetworzonych.
Yachaypucllaypacha to nie efekt ostentacyjnego wyboru przez poetę najbardziej znaczeniowo płodnych jakości, ale autentyczny wyraz czucia rzeczywistości, zapis jej widzenia jako zespołu nachodzących na siebie, konkurujących przedstawień wyjętych z różnych porządków, które tu tworzą jedność, swoisty zwarty mur przysłaniający widmo istoty rzeczy. Powstaje z tego hybrydyczny świat poetycki, w którym wszystko jest równie potencjalne, co niemożliwe. U Wechterowicza nic nie stoi na drodze żadnemu zdarzeniu, jednak równocześnie czasoprzestrzeń nierzadko sprzysięga się przeciwko każdemu rozwiązaniu idącemu po myśli człowieka. „Okaleczone // jestestwo”, zasadniczy podmiot wierszy, jest uwikłany w luźne skojarzenia i wytwarzane przez świat wszędobylskie impulsy. Sens życia jest tu tworzony społecznie, nie może być uchwycony empirycznie. Poeta spostrzega, że jesteśmy dziś naznaczeni przez internalizowaną dominację i milcząco zgadzamy się na bycie oglądanym, ocenianym i de facto nagim dla posiadającego przewagę Innego nie dlatego, że tego chcemy, lecz z niemożności pokonania realnej przemocy symbolicznej i osiągnięcia czegokolwiek dla siebie za pomocą sprzeciwu.
Wiersze Wechterowicza wypełnione są symptomami lęku przed zakotwiczeniem egzystencji oraz poezji w czasie i miejscu, a także przed pełnym odszyfrowaniem życia i czasu. To poezja bazująca na clinamenie oraz momentach przypadkowości – zdarzeniach stanowiących różnicę, spontanicznych odchyleniach, antyliniowości oraz na odrzucaniu związków przyczynowo-skutkowych. „Ja” liryczne, nie chcąc przystosować się do bieżących okoliczności i pragnąc wolności nieunormowanej, doznaje tu rykoszetowego uderzenia ze strony tego, co przekracza jego możliwości w zakresie świadczenia, wyrażania i pojmowania. Przez to „ja” udręczone i autoironiczne, ale wciąż silne, walczące o siebie, robi egzystencjalny bilans zysków i strat, wracając do początków swojego życia i praktykując reminiscencyjne podglądactwo pamięciowe, z dystansu czasu obserwując swoich najbliższych i skwapliwie odnotowując najbardziej subtelne uzewnętrznienia ich emocjonalności:
„Więzy między chłopcem a mężczyzną, połączone skurczami
i rozkurczami pamięci, nieuchronnie ulegają zużyciu. Ojcowska
miłość – dyscyplina – obumiera, stwarzając komfortowe
warunki do szybkich przemian zachodzących w ciele chłopca.
Powstają nowe obrazy, do czego niezbędny był odpowiedni
budulec zawarty w porzuceniu starego ciała i ustanowieniu
nowego. Chłopiec staje się mężczyzną. Mężczyzna może żyć bez
ojca. Mężczyzna wie: Bez przemiany ojcowskiej materii nie ma życia” [20].
Powrót do przeszłości w obrębie percepcji wewnętrznej neutralizuje w tych wierszach cezury i organizuje tok konfesji poetyckiej według logiki permanentnych przeobrażeń, które wyznaczane są przez zmiany form ekspresji, rodzajów opracowywanego materiału poetyckiego oraz technik obrazowania. Zabiegi te pozwalają Wechterowiczowi opisać przejście z etapu chłopięcości do męskości, co generuje dysonans między bezwarunkową miłością do rodziców a dojrzałą krytyką ich postaw życiowych. Wyzwolenie się spod wpływu autorytetu ojca to szansa na ponowne odnalezienie siebie na symbolicznych osiach współrzędnych, na której tożsamość podmiotu wyznaczana jest przez stosunek do postaci rodziców rywalizujących o miejsce w podświadomości dojrzałego syna. Śmierć, dotykająca szczególnie osoby bliskie, dokonuje się tutaj w tle, jakby była niezauważoną dominantą, jednym z etapów odsłaniania heterogeniczności życia, które wciąż może ulec mutacji, zmierzając ku ostatniemu, nieodwracalnemu aktowi. Równoległe w wierszach Wechterowicza pojawia się spostrzeżenie, że każdy z nas chciałby na stałe wejść w strumień, który „skutecznie pcha nas od sukcesu do sukcesu” [10], a tym samym stać się „akuszerką doniosłych żywotów” [11], i to nie tylko tych uznawanych za własne bądź wyimaginowanych i projektowanych w liryce. Poetyckie myślenie o życiu i jego potencjalnych końcach pozostawia nas z wieloma sentencjonalnymi frazami o dużym ładunku egzystencjalnym, jak choćby ta, jedna z najbardziej inspirujących: „Życie to obserwowanie w zachwycie / przelatującego nad nami klucza żurawi, choć równie dobrze // mogły to być czaple lub gęsi, albo zgoła co innego” [8].
Autor: Przemysław Koniuszy
Przemysław Wechterowicz, „Yachaypucllaypacha”, Fundacja Kultury AFRONT, Bukowno 2025, s. 40.