„jak to możliwe że żadnej rewolucji nie zauważył nigdy nikt na czas”, czyli jak ludzkość straciła głowę myśląc o rozkoszy

Wiersze Joanny Oparek – poetki w sposób innowacyjny buntowniczej – z tomu mocne skóry, białe płótna dają nam do zrozumienia, że jesteśmy wplątywani w wojny o nie swoje racje. Brutalnie rozgrywani przez idee, których nie podzielamy i wrzucani w wir zmian o dynamice sprzecznej z naszą naturą, nie widzimy podstawowej prawdy: celem organizacji społeczeństwa jest ukształtować człowieka zmanipulowanego i pozbawionego podstawowego narzędzia przetrwania w postaci myślenia krytycznego. Poetka od „gier narodowych”, czyli prób wyciosania z podatnej tkanki narodu bezkształtnego i bezwolnego organizmu, woli „gry” językowe i wyobraźniowe, które wszak, czego sama jest świadoma, nie są w stanie zaradzić drenażowi umysłów i zanikowi inteligencji. Łatwość, z jaką przychodzi niektórym obalać dziś powszechniki, trzymające w ryzach nie tylko etykę, ale też pokłady znaczeń stanowiących filary naszej kultury, budzi w lirycznym „ja” tych wierszy przerażenie i zachęca do wzięcia pokojowego odwetu na ludziach podcinających gałąź, na której siedzą: „Poszło prosto szło jak burza / Wszystko padło rzędem leży / Wszystko sczezło zło i niezło / W czarnym pyle marne chwile / Wszystko wyschło albo spuchło / Co nie zgniło to wybuchło”.

Myśl, że z materii upadłej, wypranej z esencji oraz pyłu, pozostawionego po katastrofach materialno-ideowych i pozbawionego życiodajnej wilgoci, zbudować można tylko krajobraz klęski, wprost wynika wniosek o tym, że w warunkach panujących w poetyckim świecie trzeba pogodzić ze sobą zastaną sytuację, czyli permanentnie trwającą wojnę, z projekcją lepszego życia, czyli miłością. Tak dojrzewa się tu do poczucia winy i formułowania „pokrętnych tłumaczeń”. Wszystko po to, by rozpoznać różne rodzaje człowieczeństwa, zdaniem lirycznych „ja” bowiem dobre uczynki wwiercają się w ludzką duszę, wzmacniając ją, natomiast złe wsączają truciznę, doprowadzając do jej zgnicia. Poza (nie)prostą antynomią dobro-zło chodzi tu też o sensowne rozwiązanie mediacyjnej relacji między myślą a światem, a nawet o ominięcie tego procesu mediacji i dojście do stanu integralności częściowej, w poezji jest przecież możliwe, żeby rzecz była bliska słowu. Przez to liryczne „ja” może tu nieposkromione budować swój warsztat poznawczy, wcielać się i obserwować, jak poza nim, na zewnątrz świadomości jakaś siła nadaje formę całemu bogactwu życia i materii. Tak „ja” chce osiągnąć jasność w pojmowaniu: „Gdy oswoiłam już brzegi płycizny i głębię / gdy słońce pierwszą skórę łatwo zdjęło ze mnie / zachwycająca jasność przeciwieństwa myśli / oto jest drewno paleta po prostu zbite deski”.

Stanowisko Oparek uobecnia się na dwóch płaszczyznach. Pierwsza dotyczy nieziszczalności pragnienia bycia zanurzonym w wewnętrznym świecie przeżyć. Człowiek sportretowany w tym tomie został tak skrzywdzony, że z trudem przenika meandry swych posttraumatycznych myśli. Druga dotyczy potrzeby wynalezienia takich środków działania, które pozwolą uzasadnić w jasny sposób, dlaczego na rewolucję jest już za późno, choćby z tego powodu, że ten tryb przemiany nie sprawdził się w dziejach, więc trzeba myśleć o innym mechanizmie przekształcania realności, na przykład działającym na zasadzie przejściowych etapów, reformujących naoczność stopniowo. Podmioty tomu myślą o pochodzie, a nie lawinie postępu, nie zwalczają jednak rozwiązań gwałtownych, może nawet ich pragną, choć boją się ich zastosowania i dostrzegają potencjalną mnogość negatywnych konsekwencji. Liryczne „ja” Oparek, widząc, że nie da się pojednać sprzeczności i zamiast osiągnąć inne, rozjaśniające naturę rzeczy rozstawienie akcentów, tylko doświadcza krystalizacji niejednoznacznych rozpoznań, słusznie, choć tylko na podstawie objawiających się mu symptomów ich działania, przeczuwa prawdziwe uwarunkowania swych przeżyć: fatalizm ewolucji, brutalne ścieranie się idei oraz spontaniczną, niekontrolowaną kreację. Wydaje się, jakby ogniskowało to wszystkie te wiersze na indywidualności, ale perspektywa „ja” jest tu od razu przyćmiona przez podrażniony przez podmiot świat, na dodatek zdefragmentowany w trakcie wojen: „Łowiłam ryby rozgryzałam muszle teraz to łóżko jest całą moją plażą / sama dla siebie jestem / widokiem i powietrzem // Opieram stopy na wzburzonych falach / czarno-czerwone morze krzyczy od nadmiaru / drażnię ostrym ołówkiem / ośmiornicę”. Celem mocnych skór, białych płócien jest wydobycie takiej formy poetyckiego przeżycia, która na równi rejestruje poczynania „ja” oraz ukierunkowuje ów podmiot na podjęcie pracy w dziedzinie genealogii – jawnych i utajonych – śladów działania władzy w obrębie więzów łączących indywidua w zbiorowość.

Bliska lirycznym „ja” tego tomu strategia impasu, sprzężona z konstrukcją świata, w którym egzystują, doprowadza do dwóch, uzupełniających się procesów: zachłannego czerpania wrażeń oraz pielęgnowania postawy minimalizującej ryzyko wynikające z bycia. Jej przyjęcie owocuje uznaniem, że największe bezpieczeństwo osiągnąć można poprzez unikanie jakiegokolwiek określenia, przypisania do konkretnej emocji lub uczestniczenia w zdarzeniu weryfikującym, kim tak naprawdę się jest: „Nie powinien był być ani nie być / i nie powinien był / kochać ani udawać że nie kocha”. Nie jest to możliwe do zrealizowania, skoro według Roszak to emocje zabarwiają świat, są niezatartym w ludzkiej świadomości znakiem interakcji między „ja” a zewnętrzem. Nadto ów kontakt nie jest możliwy do zaistnienia, gdy indywidualność nie odsłoni prawdy o sobie. Podmioty w mocnych skórach, białych płótnach chcą karmić się emocjami niewyprodukowanymi przez siebie, ale pozyskanymi z tekstów kultury. Stąd wywodzi się postulat, oczywiście nie jest on akceptowany bezkrytycznie, by nie opowiadać się po żadnej ze stron współczesnych konfliktów, być w punkcie zero oraz nie zostać radykalnym zwolennikiem i obrońcą jednej tendencji, ale obserwować i reinterpretować to, co pozyskane. Nie chodzi tu o brak odwagi, tylko wiedzę o tym, że w przeciwnym razie, gdy jakaś koncepcja nabiera rozpędu i ogół opowiada się za nią jako słuszną, efektem jest cierpienie jako dominanta dziejów świata, a uniknięcie go jest podstawowym założeniem poetyckiej etyki Roszak. W mocnych skórach, białych płótnach lokuje nas autorka między Scyllą a Charybdą, matematyką a historią. Ta pierwsza jest „zabawką bogów”, królową nauk „i tylko popiołem włada ta królowa / z ziemi wyrasta i rosnąc mierzy ziemi obszar / (…) w skupieniu / wbija paliki w trupy”, tymczasem historia jest „pętlą błędną, gilotyną tępą”. Innym pomysłem na zachowanie równowagi jest nie być ani zbyt głośno w protestowaniu przeciwko światu, by nie naruszyć jego struktury, ani zbyt cicho, gdyż wtedy upokarzamy siebie, przedstawiając się jako ktoś nieudolny, tchórzliwy i tracimy zdolność rozróżnienia, co jest słuszne a co nie, a formułowane twierdzenia na temat świata wyrażają nasz, niegodny człowieka program bezczynności. Summa summarum zamiast wahania, bycia pomiędzy i niezdecydowania, liryczne „ja” mocnych skór, białych płócien wybierają wyczulenie na istnienie i naturalną, niebłazeńską czujność na nieszczęście drugiego. Tym drugim nie tylko jest człowiek, ale też zwierzę i roślina, bo antropomorfizacja to podstawowy oręż tej poetyki, który ujawnia motywacje ukryte za składnikami rzeczywistości. Ożywienie czegoś, poetyckie zmutowanie i wprawienie tego w ruch w tekście to sposobność ujrzenia wielu niuansów, które w statyce niemożliwe są do spostrzeżenia.

Podmioty Roszak chcą rozkopać świat, dokopując się do warstw pierwotnych i zapomnianych, ale nie jest to prowadzenie „ekshumacji” w sensach, tylko archeologia w „niepamięci”. Nie dają wmówić sobie, że celem ich życia jest rozliczenie ze światem za pomocą nagromadzonych znaczeń lub wyczerpanie potencjału materii poprzez konstytuowanie i zapamiętywanie wszystkich jej przejawów oraz osiągnięcie momentu, w którym ani rzeczywistość, ani twórcza myśl nie jest w stanie niczym zaskoczyć. Mocne skóry, białe płótna to tom, w którym liryczne „ja” same weryfikują swoje poetyckie „proroctwa” i dochodzą do wniosku, że jako wieszczowie nie spełniają się, co wywołuje w nich podobny do schizofrenii stan, polegający na połączeniu zaburzenia tożsamości i ciągłej manifestacji tych samych wizji z poczuciem braku zdolności do odróżniania faktów od urojeń. Chcąc cokolwiek rozstrzygnąć, „ja” musi zatrzymać czas dla swojej wyobraźni, nie chce jednak zatamować substancji świata, wówczas mogłoby zaniknąć z powodu zachowania ostrożności wobec tego, co przelewa się z naoczności do świadomości i określa jego istnienie jako podmiotu. Także wtedy „ja” – bezczynne i wtórne – doświadczyć może braku sensu swej egzystencji. „Ja” wierzy, że należy wyrażać milczącą zgodę na przepływanie przez siebie spostrzeżeń, bo pobudzają one temperament osoby, nie tylko poznawczy, ale też obywatelski, kontestatorski i empatyczny. Podmiot w tym tomie, gdy przestaje być barierą dla rozwoju rzeczywistości, wyzwala swą osobowość, otwiera się na dary otrzymywane z zewnątrz i zaczyna rozumieć, że gdyby dane mu było zostać wskrzeszonym po życiu przesyconym doświadczeniami, to wówczas będzie naznaczony duchowo przez sam kres egzystencji, przejście na drugą stronę, czyli ostateczne wyczerpanie jego potencjału i modalności. Wówczas mógłby nie zdobyć się na żaden twórczy czyn i zostałby posłańcem nihilizmu: „będziesz powoził tym co utracone / popędzał stratę / nawoływał koniec / Na gorzkich łąkach rozrasta się wieczność / pleni się / w suchej ziemi / w gorącym powietrzu / zostawia / blizny na kamieniach”.

Opisywane w tym tomie milknięcie poezji oraz zanik lirycznego ducha w ponowoczesności wymusza konieczność trwania przy wierszu do ostatniego słowa, nawet wtedy, gdy jest ono nieobecne i kiedy celowo w mocnych skórach, białych płótnach nie wybrzmiewa wystarczająco dosadnie i podmiot w przejmujący sposób ucina tok wypowiedzi, nie posługując się nawet poetyckim skrótem, ale po prostu nie finalizując uzewnętrznienia i pozostając w ukryciu. Oparek obłaskawia w swych tekstach niemoc nazywania, która nie wynika tylko z istoty obiektu poetyckich badań, ale pochodzi też od samego „ja”, wolącego sugestię, nieczytelność i symbol od dosłowności. Ów podmiot jest też niekompetentny w rozwiązaniu rozbieżności między potrzebą opisywania a obecną sytuacją słów, które „jak muszle otwarte są już puste”. Bez obejścia tego pata niewiele „ja” udaje się ocalić ze składników subiektywnego świata, tym bardziej że jego podstawowe komponenty określają nie mikrouniwersum jego przeżyć (marzenia, światopogląd i potrzeby serca), tylko ducha czasu (wymagania stawiane „ja” przez zewnętrzność) i trywialne, fizjologiczne zobowiązania człowieka wobec swego organizmu. Być wolnym i zachować swoją osobniczość, ale „w obliczu głodu” przezwyciężyć tymczasowe ograniczenia, to kurs, który obiera Oparek w swym najnowszym tomie. Po tej trajektorii płynie się wewnątrz lirycznego oceanu, skąd „sączy się ciemność”, a symbole są niesforne, zbuntowane i przyczajone „rosną w ukryciu”. Tak podmioty wypowiadające się w tomie chcą podrażnić rzeczywistość, nacisnąć ją piórem, by wybuchła od nadmiaru treści w niej zrodzonych. Myślą o tym, by zachować najpiękniejsze „kwiaty”-zjawiska w wazonie umysłu i utrzymać się na „wzburzonych falach” czasoprzestrzeni, „kiedy nieskończoność przekwita i opada”: „Końce łodyg / należy zanurzyć we wrzątku / na chwilę potem włożyć / do roztworu soli / i dzięki temu róże umierają dłużej / irysy / lubią gorący popiół”.

Są to mocne postulaty, jednak ich realizacja może wiązać się z czynami tak samolubnymi, jak zanik zainteresowania tymi, którzy nie zostali uprzywilejowani przez ślepy los, wykluczający ich z wejrzenia w migotliwe sensy poezji, czyli odpowiednik znaczeniowych i duchowych głębin świata lub nadrzeczywistości oraz z wykonywaniem tak absurdalnych aktów przez człowieka, jak modlenie się o nieszczęście dla bliźnich po to, by więcej treści pozostało do odkrycia i zostało zachowane pierwszeństwo indywidualności w dążeniu do prawdy nad zbiorowością. Dominujący model lirycznego „ja” – niewolny, jak widzimy, od światoburczych i niegodnych człowieka czynów – zbudowany jest też z pierwiastków pozytywnych. Na przykład „ja” chce poświęcić część siebie, aby na nim wyrósł „nowy świat”, „nowe generacje” istnień, a zatem też by powstały „nowe lepsze pragnienia”: „Cała / odrosnę z tej odciętej ręki / tylko to co odjęte może być swobodne / ustanowić kolonię”. „Z żywej gliny” świata, z mieszaniny cząstek innych organizmów, „ja” wytwarza istotę hybrydyczną, łączącą pierwotność z wyrafinowaniem, wymarzoną, ale daleką od wyimaginowanego ideału. To, co wykreowane przez „ja” na bazie natury, często nie może dokonywać samoregeneracji i wymaga daleko idącej opieki, z czego wynika przymus brania odpowiedzialności za istnienie, przedłużania jego umierania poprzez konserwowanie go za pomocą wprowadzania dopełniającego kontekstu, czegoś nieistniejącego dosłownie, wyobrażonego i pozaczasowego, co ma na celu zachować świeżość świata zjawiskowego.

Rekreacja życia i próby ustabilizowania dynamiki jego przemijania tworzą podwaliny dla kolejnego ciekawego zjawiska poetyckiego, które przekłada się na logikę wierszy Oparek. Chodzi tu o widzenie uniwersum przedstawionego jako kontenera, do którego usiłuje „ja” wcisnąć jak najwięcej „żywych” fenomenów – obiektów chcących następnie wydostać się na zewnątrz i zgodnie ze swą istotą ukonstytuować nową formę świata. Przez to tom mocne skóry, białe płótna, wraz z postępem lektury, „nabiera ciężaru” i stopniowo zyskuje coraz więcej ognisk znaczeniowych. Ich powstawanie łączy się z kształtowaniem lirycznego „ja”, które na równi wzrasta w sobie pod względem duchowym, „wyrasta” ze świata i pozwala, by nasiona z dookolności w nim wykiełkowały. Owa persona „jasne pojęcia” uznaje za najwłaściwsze, proste podobieństwa bierze za rdzeń definiowania rzeczy nieznanych i nie zauważa sprzeczności między odrzucaniem tego, co zdegenerowane i równoczesnym otaczaniu się resztkami pozostającymi po cywilizacyjnym pędzie. Dzieje się tak przez zanik uczucia, które sprawia, że „spirala oczekiwań / wywraca się na lewą” stronę i czysto ludzkie pragnienia, realizacja interesów indywiduum, schodzą na plan dalszy względem kontemplacji upadku i sankcjonowania stanu dwoistości, bycia po dwóch stronach: życia i śmierci, początku i kresu, miłości i nienawiści: „W półkonaniu w półżyciu w tym pięknym śmietniku / wszystko co kocham rozkłada się przede mną / patrzę w morze / błękitny worek na pozostałości / nie myślę już ani o śmierci ani o miłości”. „Ja” marzy o ciosach ze świata, stymulujących, oprzytomniających, wyprowadzonych z nieznanego kierunku i przede wszystkim na tyle mocnych, aby były odczuwalne nawet pod „pancerzem” z wrażeń. Zdaniem podmiotów tych wierszy trudno dzisiaj wywnioskować, jakie naprawdę panują stosunki między zjawiskami, skoro okala naszą świadomość gruby kordon treści pozostałych po przeszłych doświadczeniach i niewiele dociera do nas ze źródłowego kontaktu z rzeczywistością, tym bardziej że wszystkie sfery ludzkiego życia przenika duch instytucji odbierających człowiekowi wolną wolę, a zatem też samowładztwo wynagradzające indywidualność ważnymi, subiektywnymi spostrzeżeniami. Poezja nie jest co prawda utopią teoretyczną, ale i tak cudownie powraca tu uzdolnienie do rozpoznawania aksjomatów.

Wstrząs mózgu i stan katatonii – zjawiska pozwalające „ja” nabrać indywidualnych cech i opracować niekompromitującą go strategię aktywnego bycia w świecie – oczyszczają ów podmiot z arbitralnych założeń i czynią jawną możliwość urzeczywistnienia się nie tylko Arkadii, ale też scen infernalnych, dotyczących człowieka, istoty śmiertelnej i grzesznej oraz pokazujących, jak czeluści piekielne pochłaniają twory jego myślenia: „ziemia rusza się od myśli / kamień kruszy się / krzyż trzaska // nikt już tego nie chce // lepiej pogrzebać”. Myśl, jako następstwo refleksji jednostki, nie ma tu zostać „pogrzebana” bez wpływu na los tejże osoby, dlatego to ludzie w mocnych skórach, białych płótnach „czołgają się brudni oblepieni wszystkim / co mieli w sobie co ze sobą nieśli”, są oni bowiem „rodzicami” myśli składających się na świadomość „ja” i szykują „powstanie” przeciwko dominującemu podmiotowi – niezrównanemu komandosowi eksplozji lirycznych zdarzeń. „Ja” jest w mocnych skórach, białych płótnach w stanie opresji, bo sytuuje się między „światem odzyskanym” a utraconym, przy czym to, co już skorodowało i zanikło, nadal obecne jest w postaci skrawków w języku i porządku symbolicznym. Odruch tworzenia „nowych interpretacji” dawnych tragedii przegrywa tu z oczekiwaniem na nieszczęścia dziewicze, nieskalane ludzką myślą. Nie o krew i łzy tu chodzi, ale o porzucenie archiwum myśli na rzecz odczuwania żywej teraźniejszości i uobecnienie wojny odmieniającej oblicze świata na oczach podmiotu: „Jak każdy tutaj marzę o prawdziwej śmierci o rewolucji wymierzonej w granat / chciałbym eksplodować w granacie cha ha! / rozpaść się na srebrne igły krwawe błyski niech zmieszają się kolory / krew przynosi nadzieję na fiolet a srebro / jest symbolem utraconej mowy”. Jeżeli wojna nic nie przemieni, „ja” nie chce czekać w uśpieniu i afirmować znieruchomienia, woli albo wytworzyć odlew ekscytującej go osoby z „cienkich strużek jej myśli wyobrażeń warstwa po warstwie”, albo wyreżyserować spektakl społeczny, w którym każda indywidualność emituje to, co pociąga za sobą jej istnienie: „wszystkie ludzkie projekcje w miliardach wyświetleń / te miejskie iluminacje dają złudzenie ruchu zmiany / każdy z nas jest tylko ekranem i wyświetlamy się sobie”. Tym samym liryka ta ewokuje łaknienie transparentnych, niezapośredniczonych przez żadne medium, odmiennych od wizualizujących materię tworów techniki i w efekcie najbardziej dla świadomości żywotnych doświadczeń, by „utrzymać widzialność zwiększyć częstotliwość / każdą myślą” i dowiedzieć się, czym jest to, co dla realności pierwotne, namacalne, fundamentalne i istotowo nienaruszone. Bardziej niż pragnienie niezaburzonego oglądu jest to efekt podświadomie wyrażonej prośby o ratunek. Jest on potrzebny z powodu porzucenia przez ukochaną osobę, utraty spoistości siebie, konieczności odrzucenia takiego sposobu odbierania rzeczywistości, który był naznaczony przez pryzmat związku z drugim oraz fragmentaryzacji podmiotowości: „Jestem naczyniem które pęka / drzwiami które otwierają się nagle / wyję nocą z pyskiem ku ziemi”.

„Ja” w mocnych skórach, białych płótnach chce realizować taki scenariusz, w którym trzeba metaforami odbić się od transformacji wizualizowanej jako dno czarnych myśli, pozbyć się kasandrycznych wizji, wyjść z cienia i nabrać rozpędu, na przekór płynącego czasu. Drugim aktem tego spektaklu ma być krytyka spoufalania się z „obcym kapitałem”, rzekomo łaskawym darczyńcą, w imię partykularnych, krótkowzrocznych interesów i za cenę adaptacji do zastanych warunków, która jest wygodniejsza do przeprowadzenia niż samodzielne uformowanie status quo. Podmiot Oparek widzi, jak współcześni mu ludzie na złamanie karku nadmuchują ekonomiczną bańkę – dzieje się to w świecie, w którym fabryki sąsiadują ze „składowiskami kości”, a motorem napędowym teraźniejszości jest odpowiadanie na sztucznie wykreowane potrzeby oraz prosta logika działania, wyrażona w maksymie takiej jak ta: „pieniądz budzi się z rana i nigdy nie zasypia” / „zniszczyć przejąć i wyjąć”. Czasy się zmieniają, historia ma swoje wzloty i upadki, jednak jedna rzecz pozostaje nienaruszona: ludzkie instynkty. Ich działanie jest nieprzewidywalne i nie zawsze zależne od czasu pokoju lub wojny. Nie jakość i rzetelność, tylko zysk ponad wszelką miarę, nie empatyczna wolna wola, tylko bezlitosny wolny rynek – oto dominanty poetyckiej teraźniejszości. Nawet umrzeć tu nie wypada, gdy jest się ubogim. Z innej perspektywy jednak wszystko zmierza w dobrym kierunku, o ile przyjąć nieantropocentryczną perspektywę i afirmować siły naturalne, skoro przez dyletantyzm ludzkości nasz świat betonu i metalu zostaje „zjedzony przez kolonie pokrzyw / o wyuczonej zaradności chwastów”. Już w specyfice opisu i języku wykorzystywanym przez podmioty mocnych skór, białych płócien wybrzmiewa istota systemowego problemu. Ludzie zapomnieli, że to przyroda włada rzeczywistością i sugerują, jakoby to ona miała kiedyś przejąć „nasz” świat, więc musimy – o ironio wykorzystując jej metody – zakamuflować się, zastosować „organiczną komunikację” i za wszelką cenę przetrwać. „Ja” tomu stara się przypomnieć pryncypium ludzkiej podległości temu, co naturalne, dlatego pokazuje, jak bardzo fascynujące są zjawiska, których doświadcza na płaszczyźnie relacji między sobą, człowiekiem a przyrodą i to w nich upatruje sprzyjających dla życia okoliczności: „ruch nie zamiera nigdy trwa / migracja robactwa rozwój żywej myśli / Skruszony topielec skalny wypłynie przy remoncie / Wypchną nas z ziemi / krety larwy kłącza / Wszystko co nas wciągnęło będzie nas wyciągać”.

Na poziomie wyobrażeniowym podmiot mocnych skór, białych płócien dociera do ważkich obserwacji, budujących zarazem atmosferę wierszy i akcesorium wyznań. Jego zdaniem, skoro świat utkany jest dzięki walce przeciwieństw, wymogiem jego dalszego trwania i rozwoju jest kontynuacja tej wojny opozycji. W przypadku jej zakończenia, pogodzenia wszystkiego ze wszystkim, trzeba przygotowywać świat do ostatniej drogi, dematerializując to, co ludzkie i usamodzielniając się, także z powodu życia w czasach społeczno-politycznej przemiany, która wymusza niestandardowe zachowania, każe polegać wyłącznie na sobie i wyklucza przy podziale korzyści i władzy, w tych nieprzeniknionych i szemranych układach jednostki najbardziej skromne, pracowite i podtrzymujące przewidywalny rytm codziennego życia. Otwarte granice nie oznaczają otwartych umysłów i faktycznych możliwości podróżowania, zdobywania nowych kategorii opisywania świata i wzbogacania rodzimego, niechcianego, przaśnego i zrujnowanego zespołu spostrzeżeń o taki, co do którego domniemuje się, że jest doskonały, choć nie ma ku temu żadnych podstaw poza niewiedzą i naiwnością. Podmiot mówiący przenikliwie zwraca uwagę na to, że kolejne pokolenia nie odrzucają chłodno dorobku swoich rodziców, powiązanego z zakotwiczającym w konkretnej metodzie myślenia systemie wyobrażeń i nawyków, jakby nie chcieli od zera ustanowić swojego pojmowania i przestać widzieć siebie na przykład jako „rozczarowanie średniego kapitalizmu górnośląskiego”, ale ewidentnie „gardzą” tym, co pozostawione im w symbolicznym spadku i nie przyoblekają odrażającego dla nich dziedzictwa w nowe formy. Jesteśmy niewolnikami – mówią podmioty Oparek – własnych możliwości, „idiotycznych przyczyn”, przymusu samozniewolenia i naszych mikroświatów, które przerysowują wszystko, co do nas dociera i sprawiają, że w każdym doświadczeniu doznajemy emocji o intensywności iluzorycznie jawiącej się jako największa możliwa. Nie zmienia to naszej małostkowości i nie wybiela mrocznych stron psychiki: „Apokalipsa nigdy nie jest mała / tylko konie apokalipsy kurczą się marnieją / stają się kucykami / konikami Przewalskiego”. Temu Roszak przypisuje winę, pisząc o negatywnych obliczach polskiej transformacji, tej utopii regresywnej, szczególnie mając na myśli karykaturalność świata i dzikość przechodzącą w atawizm u człowieka chcącego skorzystać jak najwięcej z czasu zmiany. Podmiot jej wierszy wie, że nic nie da zaklinanie losu, bo o życiu człowieka decyduje wciąż to, co materialne i to nadaje pęd jego dążeniom: „Wszystko za czym moja matka tęskni / nadal jest ważne dla ludzi / ludzie nadal starają się o dobra”. Miarą ludzkości jest efekt „wyceny”, a nie praca nad sobą i ideami. Żyjemy w świecie zrewitalizowanym, w czasach, w których śmierć jest czymś zwyczajnym, tylko narodziny „zakrawają raczej na cud”. Snujemy się wśród ludzi wykolejonych, zdradzonych, „rozszarpanych / przez jastrzębia czasu”, dotkniętych przez „wspomnienie rozłożycielskie / o czerwonym dziobie historii i polityki”.

Tryby mocnych skór, białych płócien uruchamia sąd o tym, że wszyscy dziś dążą, by znaleźć się w enklawach, rezerwatach bogactwa, rzekomych miejscach materializacji idealnych warunków życia, które agregują to, co ma uosabiać szczęście, choć tak naprawdę te przestrzenie udowadniają, jak wiele licznej grupie osób trzeba odebrać w celu zapewnienia niektórym krótkotrwałej ułudy dobrobytu i możności arbitralnego uznania czegokolwiek za odpad nielicujący z formą zasiedlonej, skolonizowanej pseudoidylli: „przeliczamy się automatycznie automatycznie się zasysamy pracujemy na tych / którzy umieli wykorzystać zdarzenia losowe jakoś lepiej / tak to się kończy liczby rosnące numery małe przekręty przełamywanie się łamanie / nieużyteczność wyrzucanie segregowanie śmieci jedzenie z koszy”. Oparek sprzeciwia się „wzorcom” kształtowania społeczeństwa czy odrealnieniu idei postępu, jednak przez arterie jej wierszy przepływa o wiele więcej pochodnych problemów, które równie silnie krytykuje. I tak w mocnych skórach, białych płótnach mówi o „brudnej energii”, neokolonializmie i mającemu dziś miejsce wprowadzaniu na piedestał kreatywności jako nowego sacrum, czynnika z nieznanych powodów funkcjonującego jako wyjątkowy i wymagający dostosowania świata do jego aktywności, gdy w istocie pojawianie się nowatorskich pomysłów powinno być sprzężone z każdą epoką w dziejach, z zachowaniem specyfiki aktualnego czasu i bez odgórnego wywoływania.

Cóż jednak po tym, że do wszystkiego nowoczesność usiłuje przypiąć etykietę „kreatywne”, gdy ludzie, w tym liryczne „ja” Oparek, nie mogą wyjść ze stanu, w którym brak im tchu i nie mogą przesiać w umyśle tego, co im przedstawiane przez wewnętrznie pomieszaną teraźniejszość: „nie zniosę tego zaduchu ani drgnie powinnam zamieszać w tym kotle / ale gotuję się tu sama a sama w sobie nie mogę tyle mieszać / mogłabym rozbić się na multiuniwersum ciężkich oczu smutku”. Przez duszenie się w kokonie swej psyche i niemoc wyjścia do świata, który nie byłby naznaczony przez zdegenerowany koncept modernizacji i wyzysku, „ja” wpada w hibernację, jak wyznaje: „będę patrzyła jak zastyga fala / Żywa skamieniałość objawia się światu”. Taka figura poetycka wprawdzie nie sprawuje patronatu nad tym, co właśnie obecne, jednak pilnuje, by świat nie został doszczętnie wypreparowany a jego cenne, znaczeniotwórcze pierwiastki wyeksportowane poza uniwersum bycia podmiotu doświadczającego. „Ja” woli istnieć między teraźniejszym a nieprzemijalnym („mój los odwrócony znak wiecznego istnienia”) i być na straży tego, co żywe, choć realia lokują go w samym jądrze tych pomysłów na rzeczywistość, które doprowadzają do jej skarłowacenia i upadku, determinowanego też przez obsesyjny progres: „kiedy kończy się świat handel ożywia się ludzie kochają się szybciej / płodzą pomysły na nowe światy i transakcje”.

W swym tomie Oparek ma apetyt na zagadnienia nierozwiązywalne. Fascynują ją zarówno wykrystalizowane twory wyobraźni i myśli zaimpregnowane, jak i to, co żywe i ruchome, włącznie z jaźnią „ja”, którą w wierszach obrastają nieokrzepnięte znaczenia. Jej imaginarium nie nasila swej aktywności przy nienazywalnych i nieustalonych zjawiskach, ale też nie skupia się z uporem na rekonstrukcji idei niezmiennych, a więc takich, które nie „uciekną” lirycznemu „ja” z horyzontu egzystencji, choć nie brak tu obserwacji świadczącej o tym, że nienaruszalne składniki świata wyzwalają najbardziej nęcące wizje: „pragnienia / odnoszą się do rzeczy raczej stałych a wolność jest jak łamanie w kościach możesz / policzyć kości i cieszyć się złożonością szkieletu możesz je łamać i mimo wszystko iść dalej / układ kostny jest skomplikowany a nerwy obrastające kości jeszcze to utrudniają”. W mocnych skórach, białych płótnach nie marginalizuje się chaosu. Wprost przeciwnie – „ja” wyraża zgodę na jego ekspansję i jest to gest odkrywczy, wykonany ponad barierami znanymi z konwencjonalnych, utartych interakcji z zewnętrznością, w których unika się skomplikowania i niekonsekwencji. Zachwalając ekstatyczną ewokację, podmiot tych wierszy szokuje zatrważającą skalą pamięci utajonej. To ona pozwala mu odmalowywać wyobrażenia nie do końca postrzeżone, wyrastające jakby znikąd i wielopiętrowe, co sekunduje poetyckiej dynamice, która często pozostaje poza jurysdykcją podmiotu mówiącego – „ja” pamiętającego wiele, ale niezdolnego do zapanowania nad tym, co przywołane.

Zgodnie z logiką mocnych skór, białych płócien łącznikiem składników poetyckiego uniwersum i spoiwem świata pozatekstowego nie może być indywiduum, choć pojawia się w tych wierszach ciekawe spostrzeżenie, zgodnie z którym nie można przypisywać sobie cudzego bohaterstwa, bo czyny nadzwyczajne zawsze są dziełem wyjątkowej indywidualności, a praca wyobraźni i lirycznego wysłowienia w okolicznościach opisywanych przez Oparek to bez wątpienia heroizm. W tych wierszach odnaleźć można nie tak rzadkie chyba przypadki, w których ludzkie wartości nie muszą być poddawane próbie, są bowiem od dawna już obalone, co daje się zilustrować choćby za pomocą dwóch zjawisk. Pierwsze z nich to przywoływany w tomie paradoks historii, w której zawsze katów jest więcej niż ofiar, przez co liczba oprawców jest niewspółmierna do skali cierpienia. Drugie zaś dotyczy śmierci, której podmiot wiersza Roszak nie traktuje metafizycznie i duchowo, lecz przez pryzmat tego, co ziemskie, zastanawiając się nad „obrządkiem” rozkładu ciała i jego dalszym, pośmiertnym trwaniem pod postacią ziemi zmieniającej stany skupienia i reaktywowanej w innych bytach, niezmiennie żywej. Pomimo tematyki, jaka podejmowana jest w mocnych skórach, białych płótnach ani śmiałe, brutalne efekty, ani subtelne opisy uczuć nie są do przesady nagromadzone w obszernych ramach wersów, bo potok wierszy i poematu Oparek po równo zagarnia to, co chtoniczne i wielkomiejskie. Nie chodzi tu o celowe wyposażanie tekstów w materiał pochodzący z jednej dziedziny i dlatego zatrważający przez posiadanie decydującego głosu w kształtowaniu obrazu lirycznego świata, ale uwzględnianie w formie konstelacji obiektów wytracających się bez narzuconych dominant z odmiennych przestrzeni i niezasklepionych ran postapokaliptycznego, jakby postwspółczesnego, ale wciąż napędzanego przez ludzkie popędy świata potransformacyjnego. Poetka opowiada się przeciwko sczeźnięciu wszystkiego, co duchowo cenne, bezproduktywnemu oczekiwaniu na „lepsze”, dokonywaniu z niezrozumiałą satysfakcją ideowego „obrachunku” z tendencjami modernistycznymi oraz całkowitemu zaspokojeniu głodu sensu absolutnego.

Poetka, chcąc stymulować sięganie przez człowieka po skuteczne narzędzia do uzyskiwania samoświadomości, w rzednięciu materii, jej przeciekaniu nam przez palce oraz niemocy wypatrzenia dookoła siebie fundamentalnych kryteriów jej problematyzacji stawia światu ponowoczesnemu i potransformacyjnej, rodzimej rzeczywistości kontrpropozycję. Jest nią scenariusz bycia łączący uczestniczenie w stale rozgrywanych porachunkach na płaszczyźnie ideowej z odczuwaniem ukierunkowanym na nienarcystyczną autokontemplację, pretendującą dany podmiot do zainteresowania sprawami ogólnoludzkimi i uszanowania sprzecznych dążeń teraźniejszego społeczeństwa. Co ważne, przemiany społeczno-ekonomiczne „pożerające” pozytywne strony człowieka słusznie podmiot tomu wiąże z koniecznością transgresji siebie. Te wielopłaszczyznowe metamorfozy reagują z językiem poetyckim Oparek, który nieraz przechodzi w tym tomie w przejmujące zaklęcia i klątwy. Obsesja, sublimacja, autoanaliza, maska, cielesność i sadyzm to punkty wspólne tej nie-mglistej poezji, ulepionej z sensów osadzających się na szkielecie wiersza, który następnie służy do pokazania reanimacji świata, jego rehabilitacji po kolizjach znanych z historii i nadaniu mu nowego impetu. Idzie tu o to, żeby nie dopuścić, by cywilizacja, której dotychczasowy los można sprowadzić do mitu o Ikarze, wynalazła nowy sposób myślenia o sobie i pozbawiony atrap system symboliczny. Wartością dodaną tomu mocne skóry, białe płótna dla współczesnej poezji nie jest zespół lirycznych wrażeń, w wysoce jakościowy sposób opracowanych, czy potencjał semantyczny wynikający ze sprzęgnięcia mniej lub bardziej suwerennych wierszy z sekundującym im i szalenie ciekawym poematem, stanowiącym rdzeń projektu Oparek reinterpretacją nie tak bardzo odległego w czasie i obecnego porządku, ale przede wszystkim model czułego zaangażowania w sprawy ważkie, przedstawiający się w tekstach pod postacią efektów głębokiego, poetyckiego przemyślenia problemów, które mimo oddziaływania na wielu płaszczyznach współczesności nie dają łatwo wyekstrahować prawdy o swojej naturze i nie pozwalają zasnąć lekkim snem. Podobnie te wiersze na zasadzie hipnozy wdzierają się do naszych myśli, pozostają w nich na długo i wibrują w codziennym doświadczeniu, nie pozostawiając czytelnika obojętnym na żadną postać presji wywieranej na człowieka przez władzę – fizyczną, psychiczną i symboliczną.

Autor: Przemysław Koniuszy

Joanna Oparek „mocne skóry, białe płótna”, Instytut Mikołowski im. Rafała Wojaczka, Mikołów 2019, s. 72

Zrealizowano w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego – Kultura w sieci

„jak to możliwe że żadnej rewolucji nie zauważył nigdy nikt na czas”, czyli jak ludzkość straciła głowę myśląc o rozkoszy