„W tym bezświetlu życia” prawda najczystsza

W Pierzchających ogrodach głównym problemem jest pamięć miejsc. Dla Bogusławy Latawiec istotne jest podkreślanie, gdzie dokonała się epifania, czyli przestrzenne zlokalizowanie widzenia, które faktycznie wydarzyło się w porządku pozafizycznym, w tropionej przez poetkę transcendencji, co w tych wierszach zostaje ponownie urzeczywistnione i przekazane w formie wyostrzonej i nierzadko dosłownej. Służyć ma to powierzeniu światu na nowo udzielonej nam Tajemnicy oraz pokazaniu, że nie jesteśmy egoistami i potrafimy odnaleźć w sobie skłonność do dzielenia się olśnieniami. Docenianie tego, co na co dzień ignorowane i deprecjonowane jest częścią budowania podstawowego doświadczenia w Pierzchających ogrodach. Polega ono na tym, że życie zaklęte w bytach napotykanych przez podmiot liryczny niejako od niego ucieka, a on musi co rusz je tropić i ponawiać swoje marzenia o dojmującym poczuciu sensowności tego, co go otacza. Na tym polu człowiek wypowiadający się w wierszach rozumie, że tylko z jego wnętrza pochodzą druzgoczące go, negatywne siły, dlatego przygotowuje się do obławy na zło w sobie, w czym hamuje go pozorowana przez siebie bezradność, wymuszająca na nim przeniesienie odpowiedzialności za formy swego indywidualizmu na to, co nieobecne i niebyłe.

„Ja” uznaje, że wywołująca w nim czarną rozpacz pustka pochłonąć może również to, co stoi na drodze jego szczęściu. Człowiek nowoczesny przez swą żarłoczność znalazł się w sytuacji, w której przyszłość budować może tylko na fundamencie cierpienia i krzyku pomordowanych. Świadom tego podmiot Latawiec szuka czegoś, co pozwoli mu w dobrym celu wykorzystać niedosyt sensu i jazgot rzeczywistości. Pragnie wszystko zdemaskować, odsłonić prawdziwą naturę dookolności. Jednym z możliwych rozwiązań jego dylematów jest podwajanie obrazów odsyłających do metafizyki, malujących przed nim niezidentyfikowane wizje, które mogą albo wyjaławiać jego umysł i stawiać go na pozycji tego, kto obserwuje, ale nie działa, albo budzić w nim rozwijające intelekt i receptory domysły. Liryczne „ja” może tak odejść od interpretacji i zobaczyć świat w formie czystej. Uznaje to za idealną perspektywę w nadawaniu intymnego charakteru efektom swego widzenia, które nie jest tożsame z budowaniem pozornego muru obojętności, udawaniem bycia odpornym na obcość. Chodzi mu tylko o to, by nie zatrzasnąć się w bańce egotyzmu i pamiętać o tym, co kryje się z drugiej strony pozytywnej odsłony realności: o cierpieniu, strachu i przelewanej krwi. Tak istotna dwoistość przechodzi wreszcie w Pierzchających ogrodach w świadomość skrytości wszechistnienia. Każdy obiekt jest polifonicznym wirem, w którym „głoska iskry o iskrę” wznieca i będąc w jego wnętrzu, w czasie poznawania bytu, stajemy twarzą w twarz z tym, co inne, chwytając rzecz wprost „a nie tylko jej cień”. Nie chodzi wszak o to, by prawdę ledwie uchwycić, ale z nią się skonfrontować.

Poezja Bogusławy Latawiec, której patronuje Bolesław Leśmian, podobna jest do materiału łatwopalnego – wszystko jest tutaj rozżarzone i co rusz rozbłyska wielobarwnymi płomieniami. Uroczo rozświetla to, będące jednym z wielu tematów tych wierszy, ukorzenianie się w kimś ukochanym, scalanie się z nim i poszukiwanie w nim schronienia po to, by spleść swój los bezrozumnie i bezinteresownie oraz podarować komuś to, co ma się najlepsze – samego siebie. Wyjątkowość tej liryki ma źródło w tym, że pokazuje, jak nie zawsze szeroko rozumianą miłością, miłością będącą pełnym zjednoczeniem się z bliźnim, bez pośrednictwa obdarowuje się osobę, choć to ten międzyludzki, pozarzeczowy aspekt jest tu kluczowy, a stanowiący trzon Cierpkiego wiersza obraz wkładania cierpkich malin lub jeżyn do ust przez ukochaną osobę tym bardziej czyni go fundamentalnym w poetyckiej wyobraźni, co niejedynym możliwym. Miłość jest włączeniem innego w siebie – przypomina istną tożsamościową rewolucję i uprzestrzennienie swego „ja”, radykalne rozszerzenie horyzontu bycia: „Która z tych twarzy / jest moja a która twoja / już nie odgadnę / chociaż przez lata / w moich oczach nosiłam także twoje”. Równie emocjonalny stosunek podmiot wierszy Latawiec ma do słów, które ożywiają w nim skłonność do poetyckiej ekstazy. Chce „dopaść / dziką iskrę głoski”, być w „ognistej pełni” słowa i bardziej niż widzialnością rozkoszować się tym, co usłyszane. Dzięki temu rzeczy jawią mu się jako jeden z nielicznych, niezdradliwych składników świata, które nie są złośliwe i martwe, a przepełnia je burzliwe życie wewnętrzne, mogące zdradzać posiadanie przez nie duszy. Latawiec pragnie mierzyć się z mówieniem jałowym, które nie oddaje bezkresu jako podstawowego horyzontu poezji oraz ognistości istnienia – tego, że w każdym bycie tli się siła. Wychodzi poza obręb materii, poza istnienie tkwiące w nurcie bieżącego bycia i wkracza w bezcielesność, gdzie poetycka inwencja także świetnie sobie radzi. Znamienne jest, że tak silnie obecny w Pierzchających ogrodach tragizm prędzej czy później prowadzi do „niedosytu pełni” – niemożności komunii z tym, co minione, ze zmarłymi i przemienionymi. Koncepcja finalności i tak nie jest jednak literalnie tutaj przyjmowana. Momenty niegdyś przeżyte, wraz z ówczesnym, immanentnym układem bytów, zjawisk i międzyludzkimi relacjami, są u Latawiec równie przeszłe, co teraźniejsze.

Forma pisania Bogusławy Latawiec to rozmawianie z realnym i poszukiwanie języków zdolnych do ujęcia istoty dookolności. Na plan pierwszy wysuwa się krytyka zorientowania współczesnego człowieka na „żarłocznych głębinach” – bezdennych szczelinach w duchowości, które usiłuje on nieudolnie zasypać, co oddala go od zrozumienia, że drogą do oswojenia się z rzeczywistością jest ona sama. Przykład dają podmioty tych wierszy, ukazując siebie zawsze w perspektywie innych, równie czułych i czujących, istnień. Poszerzanie horyzontu swojego bycia to istotny wyróżnik idiomu Latawiec, która chce udowodnić nam, jak niewiele widzimy i jak konieczne jest doskonalenie percepcji. Zwykliśmy zadowalać swój umysł i zatrzymywać się na powierzchownych, „niemych” znakach, nie sięgając po ich źródło, choć przechowuje ono bezcenne świadectwo, jako coś „ze wszystkich goszczących nas drzew, traw, wód / i ciemności / najsprawiedliwszego”. Być może, gdybyśmy nie zapominali o pomocnych drogowskazach, znajdujących się na wyciągnięcie ręki, nie byłoby na świecie tyle nieszczęścia, przemocy i braku poszanowania wartości dla każdego fundamentalnej, czyli życia samego w sobie, które zniweczone jest „nie do odratowania / nie do wywołania / w żadnej ciemni świata”. Przekonuje się o tym „ja” w wierszu Na gałęzistej drabinie, gdy słyszy „w splątanym zielonym nade mną” ptaka, na którego poluje kot. Tego rodzaju urywki codzienności uczą o powszechności epifanii i nonsensownym wymiarze oczekiwania na zaskakujące objawienie. Chcąc żyć świadomie, być w „śnie nieśnionym” trzeba mieć szeroko otwarte oczy i nie wierzyć w to, że przypadki są nieznaczące, bo nawet w poetyckim świecie Latawiec „światło w pełnym świetle / samo siebie od siebie zapaliło”. Wszystko tu niepostrzeżenie rozbłyskuje, nie pozwalając już od zarania na formułowanie na swój temat pochopnych twierdzeń choćby w ten sposób, że manifestuje swoją płynność i widmowość. W ostateczności poezja o tak wysokim stężeniu metaforyczności scala ze sobą kolejne komponenty przestrzeni, podkreślając niewidoczne dla człowieka interferencje pomiędzy nimi i przywilej liryzmu do doświadczenia wzajemnego przenikania się przez żywioły natury: „Wszystkożerna ziemia / połknęła ogień / jak wodę // A gdy żywioł traw wypłynął z łąki / na kamienny dukt / zostaliśmy sami”. Zdarza się, że przechodzi to w apelowanie o niewstydzenie się zwierzęcego pierwiastka swojej osobowości. Gdy człowiek zda sobie z niego sprawę, wychodzi poza antropocen, wyzwala się z okowów Kartezjańskiego racjonalizmu i mechanicyzmu, jak również patrzy szerzej na przypisane sobie miejsce w świecie, swoją osobniczość i inaczej interpretuje cud psychosomatyczności i moc intuicji. Wszystko to (i jeszcze więcej) nie byłoby możliwe, gdyby nie afirmowane przez poetkę słowa. To one, jak domniemuje, będą przy niej do końca i ułożą się w obrazy potwierdzające nieśmiertelność piękna.

Poezja Latawiec nie tyle ogrzewa się w blaskach słońca, ile wprost z niego promieniuje. Tak można wytłumaczyć ognistość obrazowania i niewyczerpane rezerwuary poetyckiej energii, których pokazem jest każdy wers Pierzchających ogrodów. Tempo wiersza o takiej proweniencji regulowane jest przez rytm „ziem wymiany”, który podniesiony do rangi fundamentalnego prawa wymusza na człowieku lotne myśli, niekolonizujące, swobodnie przelatujące „między jedną łąką a drugą wonią, między słowem a słowem / z kroplą słodyczy u dna”. Częstotliwość poetyckich uniesień zbliżona jest tu do obiegu rzeczy, które opuszczają podmioty bez ich woli i przekonfigurowują się, stając się czymś innym lub przeistaczając się we wspomnienia śledzące ich poprzedniego właściciela. Zaufanie ekspresji wraz z wiarą w samodzielność własnych zmysłów jest wehikułem poetyckości w tym tomie, który odkłamuje stereotyp mówiący o tym, że „ja” czujne nie może być „ja” wolnym. Latawiec zjawiskowo pokazuje, że oparty na sensualności kontakt jednostki z zewnętrznością jest zrównoważony sam w sobie, dlatego wzrok i słuch napawać mogą tylko spokojem – tym bardziej, że pozwalają usłyszeć nadrealny śpiew i dojrzeć migotliwy ruch istnienia [„Moje oczy mnie rozumieją / Idę za nimi czujna i wolna // (…) Moje uszy mnie słyszą nawet w środku nocy”].

Zmysły nie są w Pierzchających ogrodach tym, za czym bezwzględnie trzeba podążać. Można wykorzystać je do zaczarowania, zasiedlenia otoczenia swoimi myślami o alternatywnych wcieleniach materii i zaskakujących kierunkach przepływu energii witalnej: „Samowolnie hoduję rzekę i powietrze (…) // by wszystko z wszystkim wspólnie dorastało / w ziemskiej skończoności i niebnej nieskończoności / niczym owoce”. Życie ze zwierzętami, z uznaniem ich suwerenności, na tym polu znosi bariery między warstwami rzeczywistości i właściwymi im bytami. Dlatego „ja” rozmawia z sikorkami, wie, które istoty ocaleją do następnego dnia w walce o przetrwanie, dekoduje tajemniczą mowę liści i słyszy rozgłaszaną przez pszczoły informację o miodnym urodzaju. Jest to jedna z wielu sposobności do „rozświetlenia” swojej egzystencji. Pierzchające ogrody składają się właśnie z takich olśniewających, hierofanicznych chwil, w których nic nad teraźniejszość nie zajmuje podmiotu i może on całego siebie oddać przeżyciu, poświęcając się przechowaniu w danym momencie najcenniejszej i nierodzącej żadnych napięć konfiguracji: „Prędko przerzuciłam do pamięci / zbiegłą z blasku stronicę jeziora / by nie umarła jak prześwietlona klisza”. Czytelniczy zachwyt budzi metafora „bezświetla”, która oddaje wiarę „ja” lirycznego w to, że rzeczywistość odpowie, „zaszumi, zaszeleści” – zareaguje czynem lub słowem, gdy nawet nie licząc się z nią, człowiek będzie jej potrzebował i gwałtownie zawalczy o jej uwagę. Wątpliwości w tej kwestii znikają, gdy indywiduum wznosi się nad swoją prywatność i ponad swym egotyzmem widzi dookolność w formie czystej, płomiennej i takiej, wobec której nie może pozostać obojętnym. Realność nie musi wtedy zostać retorycznie przetworzona, słownie zrekonstruowana, by intelekt „porywała do lotu” nad przeszkodami wcześniej ograniczającymi płaszczyznę jego aktywności.

Pierzchające ogrody to również studium wspólnoty doświadczenia. Kilka z tych wierszy w poruszający sposób eksponuje fakt, że ludzie mają wspólne trajektorie bycia w świecie i niezależnie od osobniczych cech, na czele z kolorem skóry i położeniem geograficznym, je przemierzają. Zdaniem podmiotów lirycznych, paradoksów podobnych do polegającego na podnoszeniu przez człowieka ręki na bliźniego z pewnością jest wiele, jednakże ich poznanie dopóty będzie niemożliwe, dopóki ziemia będzie zaklęcie milczała. Ustawia to model wyznania Latawiec w ten sposób, by zaakcentowana została trudność, z jaką dochodzi do urzeczywistnienia autentycznej łączności pomiędzy odrębnymi zjawiskami w poetyckim świecie. Nie tylko człowiek jest tutaj monadą, ale i każdy byt, z podmiotem włącznie, przypomina układ hermetycznych struktur, co generuje wiele problemów i interesujących zwarć. W tych okolicznościach wielkim utrapieniem jest nawiązanie ontologicznego sojuszu i zajęcie przemyślanego stanowiska. Od człowieka jako układu uzależniają się jego składowe: narzędzia poznawcze, zmysły i podstawowe narządy, co tak naprawdę jest wielką nadzieją dla podmiotów tych wierszy i ludzi, których one reprezentują. Rozczłonkowanie siebie jest w istocie rozprzestrzenieniem swej osoby – życiem więcej niż jeden raz. W tej poezji mózg funkcjonuje receptywnie bez wyraźnej intencji jego posiadacza, a nawet niezależnie od jego (nie)istnienia. Samo bycie się zwielokrotnia i zarówno poszczególny moment widzi się w różnych kontekstach, jak i treści wrażeniowe, jakie napływają na jego temat, są pogrupowane i nie ingerują w siebie nawzajem. Metoda ta uwiarygadnia poetyckie wyznanie i jego odpowiednik w postaci życia głównie dzięki starannemu przefiltrowaniu ich składników, których esencja nie gubi się po drodze, ani nie jest rozcieńczana: „Mój mózg śni / że jest ze mną której jeszcze nie ma / która dopiero będzie / gdy wszystkie myśli, cała pamięć / bezszelestnie przepłyną przez powietrza”. Na tej płaszczyźnie poetka marzy także o poetyckim spojrzeniu, które nie sprowadzając przedmiotów obserwacji do wspólnego mianownika, potrafi je odmieniać przez czasy – widzieć poza i ponad temporalnością.

Świergoczące wszechistnienie wychodzi w poezji Latawiec z każdego zakątka realnego i wyimaginowanego. Widzialne ponad miarę ogarnia to, co ludzkie. Nic nie może się ukryć przed siłą życia. Zwierzęta, poprzez różne modi swego bycia, mają nam uzmysłowić, że świat nie należy do nas. Lotne istoty są bowiem samoistnymi władcami czasoprzestrzeni, także poetycko ustanowionej, one „oddychają światłem w gałęziach naszych wierszy / – etatowi handlarze piękna”. Pomimo naszych morderczych skłonności echa ich śpiewu i szumu skrzydeł są nieregulowanym znakiem prawdy zaklętej w metafizyce – prawdy, która nieustannie nam się objawia, choć my jej nie pożądamy, szukając uniesień nie w tym, co jest przed nami, ale w tym, co nieistniejące. Człowiek, istota cierpiąca na własne życzenie z powodu różnorakich deficytów, potrzebuje poezji, która uwalnia przed nim to, czego pragnie, choć nie poczuwa się do tego, by po to sięgnąć. Latawiec interesuje zagadkowość przezroczystych tafli wypełniających przestrzeń, oddzielających „ja” od zewnętrzności i uniemożliwiających mu regularny, płynny kontakt ze światem. Sytuację utrudnia to, że z chaotycznej, aktualnej mieszaniny dźwięków wysłyszeć można, potwierdzające tezę o relatywności czasu, reminiscencje odgłosów odbieranych w odległej przeszłości.

Pierzchające ogrody, dzięki zjawiskowej pracy wyobraźni, to zapis poszukiwania metod pogłębienia obrazu świata w ludzkiej świadomości i nabycia przez „ja” pewności co do tego, że materia jest strukturą wielowymiarową i adekwatnie do tego trzeba się z nią obchodzić. Nie jesteśmy koroną stworzenia. Odkłamywanie tego stereotypu jest jednym z najciekawszych aspektów tomu, bo to dzięki niemu dochodzi do fundamentalnych przesunięć – trawa potrafi liczyć, kwiaty „śpiewają swoje kolory” a ptaki „wymieniają się darami”. Sekretne, wyrafinowane życie zwierząt znacznie przerasta nasze oddanie zaspokajaniu siebie. Nie inaczej jest z roślinami, które działają w porządku przeważającym nad ludzkim – ich wola przetrwania nie deprawuje się w bezmyślną afirmację materii, ale motywowana jest przez chęć ciągłego wcielania się w kolejne formy, wystawienia siebie jako współuczestnika w obiegu istnień. Rzecz jasna poezji Latawiec nie można zarzucić deprecjonowania człowieka – poetka pragnie tylko zdroworozsądkowo spojrzeć na fenomen człowieczeństwa i na nowo przeanalizować kwestię tego, gdzie leży granica pomiędzy ludzką obsesją samorealizacji i osiągania kolejnych celów, zresztą podsycaną przez odporność na cierpienie innych, a prawem odmiennych form istnienia do własnej przestrzeni.

W Pierzchających ogrodach nic nie jest „zwykłe”, a każdy komponent świata ma istotne znaczenie. Jeden moment liczy się za wszystkie inne. Kluczowe dla tej poezji jest „przeliczanie” – radzenie sobie z tym, że świat nie jest i nie może być jednolity, a jego zrozumienie, przez cechy ludzkiego myślenia, niestety prowadzić musi przez upraszczanie i unifikowanie. Latawiec nie minimalizuje „rozbiegania” istnienia i nie rozszczepia go na cząstki pojmowalne przez umysł. Wyłącznie przekłada „ze stanu ogrodowego na stan wierszowy”, z czułością mediując pomiędzy stronami tej translacji – Naturą i Poezją. Autorka godzi się na fenomen niepamięci, ale intensywnie tropi utraconą pamięć, której cząstki są albo nazbyt obecne, zbyt jaskrawe i zniechęcające swą ewidentnością, albo takie, które zanikły, bo w czasie ich istnienia nikt wystarczająco nie wejrzał na nie i teraz są białą, niezapełnioną i ziejącą na „ja” plamą. Co gorsza, naprawa ich reprezentacji kosztowałaby podmiot zbyt wiele wyrzeczeń. Ów wątek, konotujący problem nihilizmu lirycznych „ja” i ich podatności na odczuwanie braku, funkcjonuje jako rewers afirmacji, jako podstawowej dominanty poezji Latawiec. Zachwyt jest osią Pierzchających ogrodów, w których istotą każdego z punktów przełomowych jest marzenie o tym, by przeżyć jeszcze raz to samo – nie tylko odwrócić się za siebie i znów raz ujrzeć błysk, echo „minionego”, ale faktycznie ponownie doświadczyć „suchego szmeru dębowego liścia” czy „trzepotu jedynego ocalonego po burzy / skrzydła motyla admirała”. Nigdy nie spotkamy się w tym samym czasie i miejscu z tym samym zwierzęciem, zdaje się twierdzić poetka. Świat się człowiekowi „zdarza” jednokrotnie, a ciągle „wydarza” się poza nim, bez jego udziału. Możemy tylko liczyć na ekwiwalentne epifanie, noszące znamiona powtórzenia, na „ukrycie” w wierszu znaków przeszłości, na efemeryczne i zaszyfrowane wyznania, które równocześnie rozszczepiają się i na powrót skupiają. Nie sposób uniknąć zmian w kwestii przeszłości, a nawet to dzięki nim pamięć jest trwalsza, zweryfikowana i oddziałująca. Oddaje to dialektykę odzyskiwania i utraty, która reguluje egzystencję „ja” i przygotowuje go na „pierzchanie” przed nim istnienia.

W tych wierszach poznanie podobne jest obieraniu owocu, pozbawianiu go miąższu okrywającego ze wszech stron nasiono, którego wstępna recepcja jest najważniejszym etapem całego procesu. To podczas niej wybiera się reprezentatywny wariant i decyduje, jakie języki wykorzysta się do interpretacji i jak będzie się „czytało” przestrzeń, aby być gotowym na decydowanie „z których mgnień / ze szkła w szkle odbitego po wielokroć / z naszych źrenic patrzących” wydobyć prawdę choćby przelotną. Bogactwo języka Latawiec pochodzi, jak zdają się sugerować te rozpoznania, z unikania przez nią bezwzględnego wpatrywania się w kartkę, na której zapisuje wiersz. Dzięki spoglądaniu stale ponad nią, filtrowaniu empirii poetyckością, autorka widzi znacznie więcej. Albo nie istnieją dla niej tylko słowa, albo wręcz są one dla niej niczym w porównaniu do tego, do czego odsyłają. Nie wyklucza to jednak koncepcji wiersza jako życia i miniatury całego bytu, ogrodu wszechistnienia, która Latawiec jest bardzo bliska. Pierzchające ogrody to równie wyważona, co niepohamowana relacja z rozdzwonienia się świata, rozplenienia się „sypkiej” materii i anihilującego ją pierwiastka. Poetka stale wystawia tu swoje liryczne persony na peryfrazy nadprzyrodzonych idei i sił, czego następstwem jest ich przekonanie o nieodosobnieniu w świecie i konieczności „opukiwania” zewnętrzności z kolejnych osłon przesłaniających prawdę o tym, co metafizyczne. Słowne olśnienia, które wiążą w całość najnowszy tom poetki, nie tylko mają potęgować piękno dnia powszedniego, ale i zachęcać do wyjścia z kontekstu siebie z zachowaniem swojej osobowości, by przeżyć coś więcej niż to, co oferuje spektrum odgórnie uwarunkowanych doświadczeń, przypisanych tylko sobie.

Autor: Przemysław Koniuszy

Bogusława Latawiec „Pierzchające ogrody”, Wydawnictwo Forma, Szczecin, Bezrzecze 2018, s. 64

„W tym bezświetlu życia” prawda najczystsza

Mroczne „odbicia świata” i refleksy duszy w zwierciadle zła. O Lissy

inline_56_http://szelestkartek.pl/wp-content/uploads/2019/04/lissy.jpgPodstawowym walorem lektury Lissy, wzbudzającej wiele emocji powieści, jest obcowanie z niewymuszonym, naturalnym rytmem jej rozwoju. Frazy, którymi posługuje się włoski prozaik, Luca D’Andrea, i powołany przez niego do opowiedzenia tej historii język, są niepodrabialne. Świetnie oddaje to atmosferę, jaka panuje wśród gór, niewyobrażalnych zwałów śniegu i ludzi, którzy próbują ukryć mroczną stronę swego „ja”. Tym samym, w istocie na nieskomplikowanej konstrukcji fabularnej autorowi udało się osadzić niezmierzone bogactwo znaczeń i przemyśleń. Jest to iście wycyzelowana proza, napisana prawie jak gotowy scenariusz filmu, który mrozi krew w żyłach dzięki szybkim zmianom planów akcji oraz skrótowym, choć bardzo oddziałującym na czytelnika zdaniom. Uproszczenia, jakie ktoś mógłby zarzucić autorowi Lissy, są następstwem subtelnego uporządkowania narracji. Jest to literatura nieznosząca elementów zbędnych, zmuszających czytelnika do zbaczania na drogi prowadzące donikąd i skazująca go na meandrowanie. Surowość niektórych fragmentów wyłącznie akcentuje wagę problemów tu opisywanych i grozę, do której wszystko się w Lissy sprowadza. Innymi słowy, autor przejmująco oddaje tragizm doświadczeń bohaterów, dynamikę ich wewnętrznych sporów oraz refleksje natury etycznej. Równie umiejętnie portretuje postaci, którym rola w całej historii nie pozwala na autorefleksję. Egzystencja nie daje im czasu na zastanowienie, dlatego wszystko – tak jak w pozaliterackim życiu – dzieje się tu tak gwałtownie i spontanicznie.

Lissy przecina początkowo bardzo wyraźna linia, która oddziela dobro od zła, ofiary od sprawców, czyny dokonywane bezwzględnie i brutalnie od aktów miłosierdzia. Jej stopniowe niknięcie, które ujednolica proponowaną tu wizję świata i utożsamia opozycyjne siły, to główny temat Lissy i oś całej narracji. Skoro precyzyjne podziały na nic się zdają wobec odwiecznej walki dobra ze złem, której złożoności nie udało się opisać żadnemu prozaikowi w dziejach, Luca D’Andrea postawił na przekonującą zwięzłość i jasność stylu, która niepostrzeżenie wciąga nas w wir tej opowieści. Opowieści, którą łatwo można zawrzeć w kilku zdaniach, jednak jej autentyczne zrozumienie i uchwycenie wszelkich „zakamarków” nie jest już takie łatwe, wymaga bowiem szczególnej czytelniczej wrażliwości.

Marlene, żona przywódcy mafii, nie chce, by jej ukochane i jeszcze nienarodzone dziecko rozwijało się w wątpliwych etycznie warunkach. Stawia więc wszystko na jedną kartę, a jej ucieczkę skutecznie przerywa wypadek samochodowy. Zrządzeniem losu ratuje ją Simon Keller – enigmatyczny mieszkaniec górskich odludzi, które są nieosiągalne dla kogokolwiek poza nim. Już wybór tego szczególnego miejsca determinuje całą akcję, gdyż – jak czytamy w powieści – „śmierć kocha góry. Kocha tak, jak można kochać grę, której wynik od początku jest sfałszowany. Wykańczającą walkę o przeżycie, z której nikt nie wychodzi zwycięzcą. Poza nią. »Śmierć kocha lustra. Świat jest jej lustrem«”. W ten sposób przyszła, zdesperowana matka trafia do rzeczywistości, która niewiele różni się od niedawno porzuconego środowiska. Niemniej na początku wszystko wydaje się w jak najlepszym porządku. Pełen dobroci i bezinteresowny mężczyzna, który trudem własnych rąk robi wszystko, byle tylko utrzymać się przy życiu w tak nieprzystępnych warunkach, z sercem na dłoni próbuje jej pomóc. Z biegiem czasu wszystko zaczyna się jednak coraz bardziej komplikować: tajemnicza hodowla świń, reinkarnacja, dziedziczone od wieków kolejne kopie Biblii i przedziwne figurki stworzone z połączonych ze sobą szczątków różnych gatunków zwierząt. A wszystko to zestawione z bezwzględnym płatnym zabójcą, który wyrusza, by pochwycić i zabić Marlene. Zabójcą niepewnym samego siebie, bo upodabniającym się do świata, znikającym w nim i czerpiącym z niego całą esencję zła, które jest w nim dobrze zadomowione. Niezależnie od wątpliwości, jakie ma on do samego siebie, jasno jednak stawia kwestię zadania, które zostało mu powierzone: „Wszystko, co go otaczało (…) wydawało się czystą iluzją. Świat rodził się, kiedy rano otwierał oczy, i znikał w ciemności, kiedy zasypiał. Dlatego chłopiec nie śmiał się i nie płakał. Niczym się nie przejmował, bo nic nie istniało naprawdę. Poza nim. On jako jedyny był rzeczywisty w tym idealnym świecie. (…) Znikał”.

Czytając Lissy można dojść do wniosku, że człowiek zrobi wszystko, byleby tylko swój obraz świata, uprzednio pieczołowicie zaprojektowany, utrzymać w stanie nienaruszonym. Tym bardziej, gdy jest zdeprawowany, jest zdolny poważyć się na cokolwiek, aby spełnić swe instynkty i zrealizować mordercze żądze, tak głęboko zakorzenione w każdej, nawet bardzo religijnej jednostce. Wymaga to od niego nierzadko ważenia się na gesty świadczące o aspirowaniu do statusu bytu rozporządzającego istnieniem – pozwalającego nadal żyć bądź skazującego na śmierć. Niemniej ta zasada, której autor Lissy jest jak najbardziej świadom, zostaje skrajnie wypaczona i zwielokrotniona w punktach węzłowych tej historii, kiedy to najczęściej bestialskie akty przemocy przenicowują zastany porządek i weryfikują wszystkie zamierzenia. Wydaje się, że niezależnie od następujących po niej wydarzeń, to właśnie wojna jest źródłem wszystkiego, co w Lissy wyrażone. Już samo to, że wedle autora prawdziwym oczyszczeniem i zapowiedzią odkupienia jest śmierć, która nie tyle kończy cierpienia ofiar, ile odsyła w niebyt emisariuszy zła, świadczy o dojrzałości twórcy i dokonanej przez niego przenikliwej analizie mechanizmów zła.

Zgodnie z postawioną w Lissy tezą każda negatywność, każda tendencja sprzeciwiająca się dobru i wszystkiemu, co pozytywne, funkcjonuje jak kostki domina lub zgodnie z tak zwanym efektem motyla. Każdy czyn dokonany w imię zła, każde pojawienie się ciemności w świetle dnia niepowstrzymanie potęgują swoje efekty aż do czasu, gdy zabraknie istnień, na które będą mogły oddziaływać. Nawet i wtedy zło jest niewyczerpywalne. Zdarzenie będące jego przejawem – mające miejsce tu i teraz, ma swoje konsekwencje w całej czasoprzestrzeni bez względu na to, że związek przyczynowo-skutkowy jest niedostrzegalny. Analogicznie drobne nieporozumienie w Lissy z biegiem czasu okazuje się czynnikiem ostatecznie przeważającym szalę, wpływającym na podjęcie decyzji zmieniającej bieg tej i innych historii. Wbrew zmianom, nie tylko politycznym, wychodzeniu na światło dzienne pewnych zjawisk i maskowaniu się innych, mniej chlubnych, w odmętach ludzkiej podświadomości i w tkance społecznej zawsze pozostaje margines, w którym zło ma się dobrze.

Lissy to osobliwy, niewytłumaczalny splot makabry i baśni, któremu patronują uwielbiane przez główną bohaterkę baśnie braci Grimm. Choćby tym można wyjaśnić przynajmniej cząstkowo fakt reagowania ze sobą w tkance opowieści refleksji nad nieodwołalnością (między innymi pociągnięcia za spust broni czy wydania na kogoś wyroku śmierci), umownością porządku społecznego (wątek stojących ponad prawem organizacji przestępczych) oraz historią, której prześladujące widmo wyrzuca w tym thrillerze jednostkę poza obręb tego, co moralne. Wszystkie te wątki służą autorowi do postawienia zasadniczego problemu: Gdzie kończy się prawda i naoczność, a zaczynają się wizje chorego umysłu i białe plamy na mapie rzeczywistości – innymi słowy: jej deficyty? Dlaczego akurat na peryferiach wielkiego świata szerzy się niewidoczne i najintensywniejsze okrucieństwo? Dlaczego ludzie, usilnie wytyczający granice pomiędzy dobrem i złem, z taką mocą doświadczają podstawowej prawdy: nie ma jasnych rozróżnień, niepodważalnych podziałów na czarne i jasne, jest tylko nieogarniona mnogość możliwości. Wydaje się, że to, czego doświadczyła Marlene było próbą uprzytomnienia jej przez wszechświat, że złożoność ludzkiej natury czyni nas istotami niejednoznacznymi, działającymi z niejawnymi intencjami, które – gdy wreszcie zostają odsłonięte – mogą mieć niemożliwe do zniwelowania następstwa. Dlatego pozbawienie bliźniego wolności – wyobrażonej bądź rzeczywistej – usiłowanie wywarcia na nim presji oraz bezwzględnego kontrolowania nim, automatycznie czyni z niego dozgonnego wroga. Znaczące są tutaj również rzeczy, które w Lissy posiadają duchową energię. Nie można jej lekceważyć. Przekonała się o tym Marlene, główna bohaterka Lissy i ostatnie ogniwo w historii zbierających krwawe żniwo szafirów, drogocennych kamieni szlachetnych, które jej mężowi miały zapewnić awans w przestępczej hierarchii. Pozaludzkie i spirytualne, wedle tej powieści, trzeba pozostawić nienaruszone i pozwolić im przemierzać tylko im znane ścieżki, godząc się z tym, że nie wszystko jest dostępne człowiekowi: „Czas (…) należy do gwiazd, nie do ludzi. Kim jesteś w porównaniu z gwiazdami, mój synu? Świeciły, kiedy Terach dał życie Abrahamowi, i będą świeciły nadal, kiedy wszyscy już o Tobie zapomną. Gwiazdy władają czasem, ludzie są przez niego miażdżeni. Grzeszy pychą ten, kto nie umie czekać”.

Scalająca moc świętych słów zapisanych w Biblii, które przepisywane i nadpisywane przez indywidualne przemyślenia kolejnych pokoleń górskich mędrców, zostały w końcu siłą rzeczy w Lissy przeformułowane, przeinaczone i utraciły swą potencjalność wykształcania tego, co pozytywne, a nawet pierwotnie przez siebie dekodowane przesłanie dobra, prawdy i piękna. Zło wyrządzane przez Simona Kellera, zbrodnie przez niego dokonane, wynikają z niechęci dostrzeżenia, że jego światopogląd zawiera nawzajem wykluczające się składniki. Doprowadza to do powstania w jego mentalności przekłamanego obrazu świata i do sformułowania sądu o tym, że jeżeli rzeczywistość nie odpowiada fantasmagoriom, tym gorzej dla rzeczywistości. Dlatego chrześcijaństwo łączy się w Lissy z problemem reinkarnacji. Simon Keller wierzy bowiem, że duch zmarłego krąży po przestrzeni, szukając nowego usytuowania, by później, od pozostałych przy życiu, oczekiwać zemsty za własne nieszczęście oraz osobliwego pokarmu: śmierci innych.

Każda postać w Lissy z desperacją buduje subiektywną narrację na temat siebie i swego miejsca w świecie, w czym nie ulega nigdy faktom, ale samej naturze świata, czyli temu, że pełen jest on pozorów, iluzji i nietrafionych ocen autorstwa innych, nieprzyjaznych ludzi. Niemożność zaakceptowania swojej porażki w tej kwestii doprowadza do powstania potrzeby zaspokojenia swojego wewnętrznego głodu zła. Bohaterowie Lissy marzą o urzeczywistnieniu stanu, w którym świat nie jest pełen kontrastów i napięć. Słowem: tego, co trzeba znosić lub rozładowywać. Lubują się w ujednolicaniu rzeczywistości, w myśleniu o takich pojęciach, jak bezkarność, sprawiedliwość i zbrodnia doskonała jako sytuacjach sztucznych, konsekwencjach wiary w rozum, gdy w istocie świat rządzi się prawami niedosiężnymi dla poznawczych narzędzi człowieka. Równie nieosiągalne są w Lissy wszelkie cele prowadzące do radykalnej zmiany swojego życia. Jest to co prawda możliwe, ale długotrwałe i wyłącznie z poszanowaniem licznych punktów pośrednich. Stąd tak wiele uwagi w Lissy poświęca się dzieciństwu, kiedy to wyznaczane są trajektorie życia. Jest ono, jak się okazuje, czasem kiełkowania wszystkiego, co później nadaje egzystencji sens lub czyni ją absurdalną.

Powieść ta – jako mieszanina, w której kotłuje się wszystko, co choćby tylko na moment włączone w jej ramy – skłania się ku spostrzeżeniu, że nikt nie jest kowalem własnego losu w pełnym tego słowa znaczeniu. Każdy metal ma swoją, z góry ustaloną plastyczność, która w sensie pozytywnym nie może zostać przekroczona, w negatywnym jednak jak najbardziej, czego dowodem jest fakt, że w Lissy krzywda jednego człowieka a nawet jego śmierć, wywołuje radość i nasycenie u drugiego. Luca D’Andrea pyta więc o to, czy jeżeli zabójstwo nazwie się aktem sprawiedliwości i czy jeżeli zmieści się ono w błędnie rozumianym systemie etycznym jednostki, to czy wówczas język zachowuje swą stwórczą moc, czyniąc tak morderstwo aktem pozytywnym i moralnym. Czy odpowiedzialność za czyn ponosi sprawca czy jego mocodawca? Czy narzędzie zbrodni jest czymś autonomicznym czy może posiada własną wolę i sumienie, dzieląc brzemię odpowiedzialności ze sprawcą? Autor Lissy zastanawia się również, czy pozbawienie życia kogoś, kto uprzednio doprowadził do wyemanowania zła i kto dopuścił się zbrodni na sobie najbliższych, jest zbrodnią czy czynem litościwym. Idąc dalej, prowadzi to w Lissy do pytania o to, czy przysłowie „tonący brzytwy się chwyta” powinno tłumaczyć morderstwo, które było w danych okolicznościach na pozór jedynym „ratunkiem”, ostatnią możliwością. Bez względu na odpowiedzi na te kwestie i przywołane przy okazji argumenty, wydaje się, że w Lissy tak czy inaczej śmierć zawsze okazuje się niezabliźniającą się szczeliną, niezatartym śladem w przestrzeni, poprzez który przeziera ciemna strona bytu. To, co przez niego przenika, ośrodkuje się w tej powieści w symbolach i rytuałach kultywowanych przez bohaterów Lissy, którzy odnosząc się do Nienazywalnego i Nieprawdziwego, okłamują siebie i skazują się na autodestrukcję.

Ciężar tej opowieści oparty jest po pierwsze na tym, jak to, co budowane przez lata w mgnieniu oka może się obrócić w pył, po drugie zaś na paradoksalności wydarzeń będących udziałem bohaterów, dla których morderstwo jest nieznaczącym impulsem, odruchem, albo – o wiele częściej – przyczynkiem do zbawienia. Uwolnienie duszy bliźniego jest tu zapewnieniem sobie wieczności lub jakiejś formy nieśmiertelności. Prawda, którą uparcie i z namiętnością odsuwają, staje się dla nich wreszcie niepomijalną esencją realnego. Normalność natomiast wydaje się im czymś utopijnym i tym samym nierealnym, dlatego nadzieję o byciu szczęśliwym dziadkiem wybawca Marlene poczytuje za płonną, nieprzystającą do realiów. Namacalne jawi się tylko zło. Sięgając po tę książkę, wkraczamy do świata, w którym zwierzęcy atawizm zagłusza poczucie sprawiedliwości i zdrowy rozsądek, budzi natomiast pierwotne instynkty i klarowne podziały: „Krew za krew. Życie za życie”. Co istotne, w Lissy ta maksyma odwraca się przeciwko tym, którzy wybiórczo wcielają ją w życie, niejako przez to, że chcą wieść życie proste, puste, wychodzące z założenia, iż „jakoś trzeba żyć” i nierozróżniające podstawowych pojęć wypracowanych przez całe wieki rozwoju cywilizacji. Niecierpliwe dążenie do zrozumienia tego, co Niewysławialne oraz dwuwymiarowości naszego istnienia, duchowego i fizycznego zarazem, prowadzi bohaterów Lissy do katastrofy. Katastrofy brutalnie weryfikującej podstawy myślenia o świecie i przerastającej nawet śmierć i fatum, które obecne jest tutaj z powodu podzielania przez dzieci tragicznego losu swych rodziców.

Postacie występujące w Lissy pragną oddalić ból życia, przenieść swój niepokój na egzystencję, pozbawiając się tego, co hamuje naturalne reakcje obronne na zło. Egoizm zmusza ich do postrzegania wrażliwości na krzywdę drugiego jako niechcianego oświecenia, czyli dostąpienia prawdy, której nie chce się przyjąć. Żałoba jednak, według Lissy, jest nieodłączna od człowieczeństwa. Iluzje są w tej historii konkretne, a „pustka, w której pogrąża się świat, (…) pożera” bohatera. Bohatera, który skądinąd „Był na powrót człowiekiem” – człowiekiem przerażonym, trwającym w „idealnym świecie okazującym się idealną fikcją”. Zdając sobie sprawę z kolejnych prawidłowości, postacie tu występujące mniej lub bardziej skutecznie zastanawiają się, czy powinni weryfikować swe fantazje i rojenia nasilające się na właściwej im, cienkiej granicy oddzielającej nierzeczywistość od naoczności. Realność jest dla nich za trudna, by dokonać na jej płaszczyźnie przekonujących spostrzeżeń, dlatego odwołują się do baśni, pytając na przykład, jak Jaś i Małgosia zareagowali na śmierć wiedźmy, czy kontynuowali zabijanie, czy zostali po tym szaleńcami dręczonymi przez jej zjawę. Moim zdaniem jednak najciekawszym wymiarem tej powieści, którego tropienie kolejnych śladów sprawia czytelnikowi wiele radości i czyni tę powieść czymś dogłębnie przemyślanym, jest motyw koła. W Lissy „koło oznacza tajemnicę i cud” – to od niego wszystko się zaczyna i do niego zmierza, symbolizując odwieczny ruch materii we wszechświecie, która powstaje, by kiedyś przeminąć, przeistoczyć się w inne byty i ponownie ulec zniszczeniu. Właśnie w miejscu, w którym powstaje koło i dwa końce linii spotykają się, dochodzi do spięcia – zarzewia całej tej opowieści i eskalacji zła. Dlatego we wszystkim, co podstawowe w Lissy, prędzej czy później pojawia się koło: „Świat roił się od tajemnic. Wszystkie miały kształt idealnego koła. (…) Świat był tajemnicą i cudem, a tajemnica miała kształt koła”.

Lissy to opowieść o człowieczeństwie, wątpieniu w uniwersalne prawdy i koszmarach, które są wcielane w życie. Nic nie jest tu tym, czym wydaje się na pierwszy rzut oka. Wraz z rozwojem opowieści prawda okazuje się kłamstwem a dobro złem. Choć jest to osobliwa równowaga, która polega na rażącej niezgodzie pomiędzy czystością natury otaczającej bohaterów a ich duszą i sumieniem, to etyczny kompas ani na moment nie potrafi tu odnaleźć północy. Dominuje płynność, niestabilność oraz niemożność przypisania się do żadnej ze stron w walce pomiędzy siłami dobra i zła. W tym wszystkim dużą rolę odgrywa wybrzmiewający w umyśle głos, który schizofrenicznej i ulegającej demonom osobowości wmawia przedziwne, niszczące go od wewnątrz rzeczy. Sugerują one osiągnięcie pozazmysłowej przyjemności, która nie nadchodząc, zastępowana jest przez czarną rozpacz i nieszczęście. To historia o samopotępieniu, o tym, jak cienie zasnuwają świat i przesuwają się granice odwagi, a kolejne fundamentalne idee są wykreślane ze świadomości bohaterów. Lissy obrazuje, że nie można próbować wyrównać rachunków z losem, gdyż może się to przeciwko nam obrócić. Zamiast szukać w ciemności, powinno się zwrócić w stronę Słowa, jako podstawowego dziedzictwa ludzkości, które – funkcjonując niekiedy jako medium dla prawd objawionych – powinno być brane takie, jakie jest, z całym swym dobrodziejstwem. Próba dopasowania narracji do własnych potrzeb, narzucających się sobie introspekcji, to krótkowzroczne kalkulacje, przyczynek do obsesyjnego kłamania i wyrzeczenia się podstawowego bezpieczeństwa. Słowem: do zaistnienia zła w świecie. Zła w najczystszej postaci.

Autor: Przemysław Koniuszy

Luca D’Andrea, „Lissy”, tłum. A. Szewczyk, wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2018, s. 432

Mroczne „odbicia świata” i refleksy duszy w zwierciadle zła. O Lissy