„Lepiej z dystansu trenować / jest zastój”, czyli jak pogodzić uczucie z umieraniem

Joanna Lech w swym najnowszym tomie, poprzedzonym przez Trans, mówi o cienkiej granicy oddzielającej jawę od snu oraz o wynikających z tego powinowactwach pomiędzy tradycyjnym poetyckim skrótem a poetyką oniryczno-surrealistyczną. Dlatego w Piosenkach pikinierów dominują niepokój i niepewność, które są związane zarówno z brakiem u lirycznego „ja” jakiejkolwiek pewnej wiedzy co do przeszłych zdarzeń, czy sposobów wykorzystywanych przez realność do spętania jego świadomości, jak i nieokreśloności tego, kim są dla niego otaczający go ludzie, tylko na pozór bardzo bliscy. Siłą tej poezji jest sprawne łączenie wielu perspektyw i źródeł, które razem splatają się w swego rodzaju strumień świadomości. Poetka łączy równolegle myśli podmiotu, opisy jego aktualnej kondycji z relacjonowaniem wszelkich interakcji pomiędzy „ja” i „ty”, przy czym pomiędzy tymi i wieloma innymi warstwami nie sposób często wyznaczyć żadnych granic. Dzięki powstającej tak mieszaninie główny wątek Piosenek pikinierów, a mianowicie miłość, obejmuje swym zakresem wszystkie drugoplanowe uczucia, także tak antagonistyczne, jak nienawiść, która przestaje być czymś osobnym i jawi się wyłącznie jako brak miłości, a więc coś, co w razie uzupełnienia tego defektu, zwyczajnie zaniknie. Innym przykładem tego rezonowania jest to, że wszystko przez „ja” odczytywane jest symbolicznie, zarówno jako oznaka miłości, jak i wieloznaczny sygnał wskazujący między innymi na to, iż właśnie to uczucie nadaje ton istnieniu. Warto odnotować, że może to być następstwem wypowiadanego przez „ja” do najbliższej sobie osoby wyznania „kocham”, które swój pogłos – jako coś w tym tomie najsilniejszego i opisywanego chociażby za pomocą metaforyki powiązanej z ogniem, akcentującej rozprzestrzenianie się uczucia – znajduje na kolejnych poziomach wyznań. Wynikające z tego faktu połowiczne uwielbienie świata, docenienie jego potencjału, tak jak sama miłość wymaga od podmiotu Joanny Lech poświęcenia. Ponadto przedmiotem jej zainteresowania jest każdy obiekt i zjawisko, które znajduje się w horyzoncie dostępnym jej „ja”, choć – rzecz jasna – dokonuje daleko idącej selekcji owego materiału i wybiera tylko to, co mniej lub bardziej słyszalnie „mówi” do powoływanej przez nią do istnienia osoby.

W tomiku Joanny Lech postać ukochanego jest celem wszelkich myśli, niezmiernie potrzebnym, określającym punktem odniesienia i czymś, co pragnie się zabrać ze sobą, dokądkolwiek się udaje, dlatego jego brak lub dezintegracja jego osoby na poszczególne wspomnienia wywołuje rozpacz niemożliwą do opisania i przemianę całego siebie w wizualną reprezentację lęku. Z kolei wszystko poza nim i niekojarzące się z nim jest „drogą”, otwarciem i wyzbyciem się uprzedzeń w stosunku do tego, co inne. Wobec tego jest tu kluczowe pragnienie – bycia kochanym, wchłonięcia przez rzeczywistość, stania się na tyle silnym, by obdarzyć zaufaniem ślepy los i zdobycia się na zweryfikowanie swych wyobrażeń, których podważenie mogłoby wszakże pozbawić sensu istnienia. Podmiot Joanny Lech zastanawia się więc, jak naznaczyć kogoś na tyle trwale, by na zawsze – bez względu na okoliczności – do nas przynależał, ciągle czuł z nami niemożliwą do zredukowania łączność i stanowił dla nas summę tego wszystkiego, co koi nerwy i przypomina o tym, dlaczego warto żyć. Poszukiwanie odpowiedzi na to pytanie prowadzi do co prawda pożądanego, lecz obfitującego w nie do końca satysfakcjonujące i bezpieczne następstwa, czyli do takiego zjednoczenia się z ukochanym, które prowadzi aż do burzliwego konfliktu z jego osobą i tym, co uosabia.

Joanna Lech uprzytamnia, że nie ma żadnych przeszkód ku temu, aby w najmniejszym detalu zobaczyć dokładną miniaturę całej materii, a w pojedynczym słowie skrót wszelkich ważnych narracji o rzeczywistości: „Bo czasem wystarczy jedno słowo. A czasem można / ogłuchnąć od ciszy, gdy już go zabraknie w koronach. / Świat można odpalić nawet od drzazgi, jak coś”. Innym wariantem tego zjawiska jest to, że w świecie przez nią kreowanym doznawanie bólu czy umieranie podmiotu lirycznego rzutuje na wszelkie byty zewnętrzne wobec niego, które niezbyt przyjaźnie reagują na to arbitralne wpisanie ich w perspektywę nihilistyczno-agoniczną, przy czym warto zaznaczyć, iż odchodzenie jest tutaj czymś, co wciąż pozostaje w tle i walczy z miłością o pierwszoplanową rolę, choć posiada z nią wspólny mianownik w postaci bycia tożsamą z doznawaniem pragnienia, które w tym przypadku dotyczy tego, aby odejść szybko, niezauważalnie i bezboleśnie. Joanna Lech pisze o tym, do czego może doprowadzić utrata widzenia rzeczy najbardziej fundamentalnych, które nie muszą być czymś powszechnie afirmowanym, ale mogą być efektem indywidualnie podjętej decyzji. Najciekawszym elementem jej wyznań jest opadanie lirycznego „ja” w nieposiadającą dna przepaść, czym oddaje – między innymi – to, w jaki sposób miłość może siać zniszczenie nawet wówczas, gdy przeminie i wyraża swe zastanowienie nad tym, dlaczego to uczucie zawsze jest w stanie sprawować władzę nad tymi, którzy byli nią owładnięci. Podmiot Joanny Lech odnajduje radość w negowaniu swojego istnienia i wyrzekania się pozostawania w jakiejkolwiek relacji – zarówno z bliźnim, jak i całą rzeczywistością, czego przyczyną jest to, że jego osoba – zarówno w psychice, jak i na ciele – pełna jest różnych „zgięć’ skrywających o nim prawdę i zarazem komplikujących jego recepcję różnych bodźców ze świata, który w Piosence pikinierów zawsze poznawany jest przez szybę i jawi się tylko w zniekształconych odbiciach.

Autor: Przemysław Koniuszy

Joanna Lech, „Piosenki pikinierów”, wydawnictwo Forma, Fundacja Literatury imienia Henryka Berezy, Szczecin, Bezrzecze 2017, s. 38

„Lepiej z dystansu trenować / jest zastój”, czyli jak pogodzić uczucie z umieraniem

„Potem już nic. Wszystko toczyć się będzie kołem. / Karuzela żywych i umarłych kręcić się będzie / pod wysokim murem ofiarowanej nam niewiedzy”, czyli jak katastrofę skojarzyć z zachwytem

Fundamentalną ideą, wyróżnikiem dykcji Janusza Kryszaka w jego najnowszym tomie, Nieme i puste, jest fantomatyczność istnienia – odczuwanie nicości i paradoksalna świadomość bycia czegoś, co już powinno zostać uznane za niebyłe. Dominantą tego projektu ekspresji jest rozziew pomiędzy indywidualnym doświadczeniem a tendencjami aktualnie determinującymi egzystencję, który jest szczególnie widoczny w przypadku motywu wojny. To on pozwala poecie ukazać rozdźwięk pomiędzy powszechnym nieszczęściem a mającym miejsce gdzieniegdzie afirmatywnym i pełnym przejęcia przeżywaniem codzienności, niezakłóconym przez świadomość tragizmu dotykającego innych. W innym kontekście polega to na ukazywaniu kontrastów w psyche wypowiadającego się „ja”, osadzonego prawdopodobnie w naszej współczesności, które wspomina nie tylko swą młodość, pierwsze wtajemniczenia w arkany rzeczywistości i człowieczeństwa, ile lata o wiele bardziej odległe i nieosiągalne nawet za pośrednictwem imaginacji. Podmiot, wieloaspektowo zastanawiając się nad przemijaniem i trwaniem, wyraża w tej poezji głębokie pragnienie wchłonięcia zewnętrzności – uczynienia jej nie tyle osiągalnej w każdym pożądanym momencie, ile przede wszystkim niezakłóconej i niezmienionej, a więc ciągle potencjalnie możliwej do poznania w nieskazitelnej formie. Zdając sobie sprawę z nieosiągalności tego marzenia i wiedząc, że „wszystko w świetle wiekuistym / ubywa”, „ja” zwraca się w stronę przedmiotów, które mają w sobie siłę zachowywania kształtu materii dłużej niż człowiek, stawania się łącznikami wiążącymi teraźniejszość z przeszłością, a nawet medium pomiędzy perspektywą tu i teraz, właściwą przeżywającym jednostkom, a nieistniejącymi już bytami. Rzeczy zaś stoją niżej w jego prywatnej hierarchii w porównaniu do tego, co zajmuje naczelne miejsce, a mianowicie: spojrzenie i oczy. To w nich można się przeglądnąć, zobaczyć echo osobowości człowieka, nawet przeszłe już życie. Tego rodzaju strategie w poezji Kryszaka służą temu, aby lirycznemu „ja” przypomnieć, „gdzie po raz pierwszy doznał cudownego oddalenia od ziemi” i uzmysłowić mu, jaki tryb kontaktu ze światem jest dla niego najodpowiedniejszy, jak czytamy w jednym z wierszy: „Słuchaj tej wspaniałości ostatniej, tych dźwięków, tego milczenia. / Patrz, nie spoglądaj przez ramię”. Jak widać, to śledzenie powszechnych anihilacji, doprowadza poetę do dyktatu zachwytu nad przeszłością, niejednoznacznego z jej badaniem i orzekaniem co do tego, czym naprawdę ona była i jakie były ówczesne realia życia. Wyznania w rodzaju „Przechowałem w pamięci / obraz miasta / przeznaczonego klęsce” poniekąd sugerują przyczyny praktykowania takiego mechanizmu. Otóż to, co minione, gdy zostanie utożsamione z tytułowym Niemym i pustym, okazuje się pozasłowne i niemożliwe do satysfakcjonującego opisania, więc – pomimo ukrytego w sobie bogactwa – jawi się niesłusznie jako puste.

To, czym świat autentycznie jest, w całym swym rozpadzie i połowicznej formie, może – według Kryszaka – zostać ujawnione wtedy, gdy podmiot zacznie go postrzegać przez pryzmat opowieści o bliskich sobie osobach, które już zakończyły swe życie, o typowych dla nich zachowaniach, wynikających z ich nierzadko traumatycznych przeżyć lub specyficznego usposobienia. Taka metoda pozwala uczynić przemijanie ambiwalentnym i scharakteryzować je nie jako destrukcję, po której nic nie pozostaje, ale jako zmianę stanu skupienia, sposobu egzystowania, czy nastawienia wobec tego, kto chce wejść w interakcję z danym obiektem. Niemniej w przypadku ludzi, czyli istot, dla których pamiętanie jest domeną istnienia, zdaniem podmiotów tych wierszy, każdy, kogo się wspomina i o kim się nie zapomina, ciągle na nowo może zaistnieć, choć – rzecz jasna – nie jest to obecność równie intensywna, o czym mowa w poruszającym wierszu Pamięć: „Jak szybko teraz wszystko, co bywa, zamienia się w pamięć. // Jak ucieka od nas pragnących dotyku i wysłuchania. // Wydaje się, że już trzymasz w dłoni, a to natychmiast obrasta / wspomnieniami i niknie jego pierwotna, niczym nieskażona nagość”.

Każdy znaczący, wielki moment w dziejach świata, będący zarazem zwyczajną chwilą, jest w Nieme i puste autentyczną przestrzenią rozładowywania esencji bycia, której nie można pomyśleć bez uprzedniej refleksji nad własną samoobecnością i regułach reprezentowania w świecie Sensu: „Ale tu za oknem sypie śnieg i każdego dnia uczymy się / pierwszych liter z elementarza niewiedzy / czym jest to, co widzimy”. Dla Kryszaka jest to punkt wyjścia do udowadniania, że dla ludzkiej percepcji uchwytne są tylko sfery mikroświata wypełniane przez detale i niewielkie niuanse, które w Nieme i puste wydają się czymś wtórnym wobec innego, być może nadrzędnego, wątku. Poetę interesuje bowiem ciemne oblicze rzeczywistości, które wydobywa się „z wnętrza żarłocznego wszechświata” i – jako symbol demonicznych ciemności – znajduje się na antypodach oczyszczających, wybawiających sił. Podmiot obserwujący wszechświat może wpłynąć na losy tego konfliktu poprzez spojrzenie, inicjujące „tęczowe blaski”, możliwe do utożsamienia z platońską triadą – dobrem, prawdą i pięknem. Jest tak między innymi, dlatego że własność jest u Kryszaka czymś relatywnym – wędrujący po dantejskim lesie człowiek nic nie posiada i wszystko jego reprezentantowi, czyli lirycznemu „ja”, jest tylko „dane”, wypożyczone na mgnienie oka, które skądinąd jest także nierzadko przedstawiane przez niego jako kwintesencja wieczności („Z tego właśnie powstają wiersze. Z tej jednej / chwili, bo ona nagle jest całym czasem, / który objął wszystkie pokolenia ludzi”). Ona zaś, to wieczne teraz, w Niemym i pustym zdaje się wyczekiwać, za pośrednictwem różnych zjawisk i bytów, na ostateczne pojednanie i zjednoczenie z ziemskością. Eskalująca tu ciemność jest nie tylko symbolem zła i negatywności, ale także sygnałem niejawności i ukrycia, które mogą być wykorzystywane przez chcących pozostać poza tym, co dominujące: „Ciemność nas ukrywa pod swoim kapturem, / a powinniśmy w pełnym świetle odsłonić / swoje ułomności, nie skrywać kalekich kształtów, / blizn i braków ciała”. Takie wątki pozwalają Kryszakowi pokazać, jak prawidłowości rządzące światem i wierzenia ludowe zostały wyparte przez ratio i sceptycyzm, a w następnej kolejności rozprzęgły się, czyniąc fundamentami bytu zarazem naoczność, jak i fizykalność. Oprócz tego ostrze swej krytyki Kryszak wysuwa wobec charakteryzującej wielu pychy, która skazuje człowieka na markowanie swych ruchów jako naturalnej reakcji na rzeczywistość i udawanie, że jest się kimś ponad tym, co otaczające, swego rodzaju pozbawionym emocji i owładniętym przez technologię nadczłowiekiem.

Odrębną stronę Niemych i pustych wyznaczają rozważania nad istotą literatury i jej zdolnościami do odseparowania człowieka od niego samego, wcielania go w inne rejestry języka, pozwalająca mu tak dostąpić czegoś bliskiego transcendencji i wykształcająca w nim postawę krytyczną. Dzieje się tak między innymi dzięki konfrontowaniu go przez nią z odmiennymi sposobami myślenia, wywoływaniu w nim „wyrzutów sumienia, / jakie budzą w nas podstępne pytania / strwożonego umysłu”, czy służenia mu jako płaszczyzna do dawania „świadectwa rozpaczy” i akcentowaniu tego, co w zamierzeniu podmiotu tworzącego stało się zupełnie inne, niż powinno, czego dotyczy wiersz Stary człowiek pisze wiersze: „Krucha topola nie powinna być chwastem. / Płytkie jezioro nie powinno zapadać się w sobie. / Pies nie powinien kuleć i skowyczeć z bólu. / Wszystko miało być inaczej a ktoś jednym / ruchem ręki zmazał rysunek możliwego świata”. Kryszak zastanawia się przede wszystkim, jak wytyczyć granice pomiędzy młodością a starością, ciałem a duchem, tekstem a życiem, możliwością a spełnieniem. Uznając potencjał innych sposobów ekspresji, wskazuje na siłę poezji, choć niejednokrotnie w Niemym i pustym, jakby w myśl tego tytułu, milczenie jest przedstawiane jako stosowniejsze od mowy. Według podmiotów wierszy zebranych w tej książce poeta jest w stanie udzielić głosu światu w taki sposób, aby ten – antropomorfizowany – przemówił „wielojęzyczną mową / tych samych zawsze pytań”, wyrażając niejako przy okazji dylematy człowieka. „Ja” stara się dociec, czy będąc poetą, niegodziwym praktykantem mowy wiązanej, wykorzystał swe życie w przynależny sobie sposób, przeznaczając przypadający sobie czas na to, co rzeczywiście potrzebne i swoimi efektami przedstawiające coś wartego uwagi dla kogoś innego: „Warto było tak uciekać od świata? / Zamykać się w domu, przy biurku, / między książkami i obrazami? / Zyskałeś tylko brak mowy, / nieumiejętność porozumienia. I co więcej? / Nic, spokój ducha, który się dusi / między ścianami domu, milczenie ust, / które powinny mówić i martwieją”.

Literatura jest dla Kryszaka uobecnieniem mądrości niemożliwej do dostąpienia, jak również sferą, która pozwala zaistnieć w swych ramach na wpół widzialnym obcym zjawom. Są one dla jego lirycznych „ja” dowodem na pod-, czy nieświadomość i – tym samym – „sygnałem do powrotu”, elementem wywołującym „spragnienie”, wspólnotowe poczucie końca i lęk przed śmiercią. Formowanie się tego typu napięć nie mogłoby mieć miejsca, w kręgu bliskiej poecie problematyki, bez reminiscencji i introspekcji ukierunkowanych na podmiot. Jego zdaniem poezja jest przestrzenią przydatną do przepracowywania wspomnień, doznawania uniesień oraz czynnikiem skłaniającym do różnego rodzaju refleksji. Jedną z dominujących kwestii jest w tym świetle próba odnalezienia jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy powinno się chronić ciało, podtrzymywać w nim życie, czy może należy dążyć do wyzwolenia z niego duszy. Inną, równie istotną, wydaje się właśnie wspominanie, które – traktując o tym, co już nieistniejące – jest obok anamnezy swego rodzaju najbardziej autentycznym przeżywaniem siebie i świata, gdyż to, co nawracające, zawsze jest o wiele bardziej zintensyfikowane w porównaniu do swego pierwowzoru, ukazując przy tym swą prawdziwą naturę, istotę i semantykę, jak pisze poeta: „Co odebrane powraca w żywych snach / i jest bardziej konkretne niż cały zewnętrzny świat, / który wypełnia sobą rzeczywistość niby poranna mgła, / co kryje wszystkie te błahostki”.  W Niemym i pustym bycie wewnątrz katastrof wywołuje łaknienie (nie)śmiertelności i perspektywy wiecznej („Ktoś ich ustawił pod tymi drzwiami / które otwierają się nie wiadomo na co / na czas bez granic / na wieczne teraz / gdy pocałunki uściski zachwyty / tym co ulotne tutaj / tam nigdy nie mają końca”). Ich nieosiągalność wynika z braku konsensusu co do kwestii ostatecznych, co z kolei jest echem niejasnej ontologii poetyckiego uniwersum i zamieszkującego go „ja”. Wszystko to rzutuje na charakteryzujący Kryszaka paradoksalny i urzekający zarazem miraż oniryzmu z realizmem. Innym tego przykładem jest uznawanie przez podmioty, że każda konstatacja jest zawsze kontestacją. Mówienie o czymkolwiek wskazuje na istniejący w danym przedmiocie uwagi rozpraszający defekt, na element uniemożliwiający uznanie go za konwencjonalny i zarazem współtworzący powierzchnię rzeczywistości, która powinna w większości wypadków być dla człowieka tłem, a nie czymś pierwszoplanowym. Paradoks wynika tu z faktu, że równie często podmioty wyrażają swe melancholijne przekonanie o konieczności koegzystencji z siłami natury, wspólnoty z organizmami żywymi oraz wczucia się w dookolność.

W Niemym i pustym Kryszak, wędrując po meandrach swej pamięci, poszukuje kolejnych legitymizacji swego istnienia w tym wymiarze. Życie jest dla niego czymś zbyt niezwykłym, by dokonywało się w imię fatalizmu i bezsensu. We wszystkim jego podmioty liryczne widzą więc echa działalności swego rodzaju arystotelesowskiego Nieruchomego Poruszyciela. Zdają sobie przy tym sprawę, że oczekiwany przez nie cel nie zostanie przez nie osiągnięty, o ile swych świadomych działań nie zastąpią intuicjonizmem, który wyłącznie przynosi prawdę o świecie, jak czytamy w jednym z wierszy: „Idź powoli ciemnym brzegiem jeziora / i nie zadawaj pytań ani czekaj odpowiedzi / i nie komentuj ciemnego milczenia / które cię prowadzi”. Powiedzieć, że głos Kryszaka z Niemego i pustego jest istotny dla współczesnej polskiej poezji, to tak naprawdę nic nie powiedzieć. Chociażby dlatego, że jest to liryzm najwyższej próby, idący innymi drogami niż te, które obecnie są najbardziej uczęszczane i – tym samym – zasługujący na docenienie. I rzecz jasna uważną lekturę, która może być – w tym wypadku – źródłem wielu zachwytów.

Autor: Przemysław Koniuszy

Janusz Kryszak, „Nieme i puste”, wydawnictwo Forma, Fundacja Literatury imienia Henryka Berezy, Szczecin, Bezrzecze 2017, s. 48

„Potem już nic. Wszystko toczyć się będzie kołem. / Karuzela żywych i umarłych kręcić się będzie / pod wysokim murem ofiarowanej nam niewiedzy”, czyli jak katastrofę skojarzyć z zachwytem