Zamiast „Ja to inni” lub „Piekło to inni” – bezwzględna supremacja egocentryzmu, jako bycia innymi i zarazem sobą. Czyli gdzie żarliwa wiara spotyka się z czułością ciała

Karawadżje – najnowsze dokonanie Bogusława Kierca i ostatnia część jego tryptyku mniemania – to próba naprawy własnej podmiotowości, oczyszczenia się z grzechów i wyzbycia się miłości własnej. W tym celu autor powołuje interesującą figurę Tentamtego, który wydaje się rozmawiać sam ze sobą, choć w istocie dzieli siebie na różne autonomiczne persony o niezależnych światopoglądach. Ich funkcjonowanie kontrolowane jest przez dialektykę braku i nadmiaru, która uobecniana jest przez świadomość tego, że ktoś pozbawił ich czegoś zasadniczego dla egzystencji i przekonanie o prowadzącej do destrukcji eksplozywności własnego wnętrza. Podkreśla to fragmentaryczność narracji prowadzonej przez Bogusława Kierca, w szczególności przeplatanie się w niej zawsze nieczystej formalnie prozy i poezji, co pozwala mu meandrować w wykorzystywaniu różnych technik i wrażliwości. Tego rodzaju pomieszanie odzwierciedla horyzont tematyczny tej książki, w której dominuje osobliwy splot mistycyzmu, cielesności i sztuki. Ich wzajemne zawieranie się w sobie czyni z Karawadżjów złożone studium różnych form bycia, które nie mogą bez siebie istnieć. Stąd biblijne opowieści czy pociągające świadomość mity – złączone z ich kontrapunktami w postaci przedstawień malarskich – obecne są tutaj w bezpośredniej styczności z wnikliwą i oryginalną analizą konotacji narządów człowieka. W każdym z tych elementów podmiot Karawadżjów pociąga wizualna konkretność reprezentacji, jako efekt współuczestnictwa w ich tworzeniu, przyjemności z aktu recepcji oraz pragnienia bycia widzianym przez to, co widziane. Innymi słowy, traktuje obraz jako coś, co on sam – patrząc na niego – stwarza tu i teraz, równocześnie mając wrażenie bycia kimś wyższym ontologicznie od tego, co widziane. Ogniskujące jego percepcję najważniejsze elementy zewnętrzności odsłaniają najbardziej nieuświadomione jego sfery (pod)świadomości oraz obnażają go, wystawiając tym samym wrażliwy organizm na działanie tego, co znienawidzone.

Wszelkie niuanse tych transmutacji wyraża autor za pomocą zaimków, które są jednymi z najciekawszych komponentów tej książki. Spośród nich wyróżnia się mność jako emanacja duszy, jej uzewnętrznienie w postaci pragnącego samego siebie odkrytego ciała, jako zewnętrznej powłoki ducha, zbiornika na coś znacznie wartościowszego od niego samego i niepodważalnego dowodu na bycie samym sobą. Swoją drogą, cała ta książka jest „wariacją” na temat nagości, jej subtelną afirmacją, która ani razu nie wzbudza niesmaku, ponieważ nie jest potraktowana przez autora instrumentalnie. Podstępne marzenia o erotycznej konsekwencji lub proweniencji są bowiem dla „ja” Karawadżjów trafieniem w samo sedno jego usposobienia estetycznego, przez co kreuje w nim pragnienie eksterioryzacji, powiedzenia o sobie innym lub – jak sam to ujmuje – pretenduje go to do pielęgnacji swej gramatyki duszy. Ucieleśniane słów, przynależących co prawda do różnych kategorii, to w Karawadżjach kamienie milowe w rozwoju bohatera, swego rodzaju punkty zwrotne w sekwencji jego inicjacji i epifanii, które postępują gradacyjnie od poznawania znaczenia słów, przez myślenie o sobie w kontekście innych, aż do złączenia tych dwóch etapów w samopoznanie i samopoczucie, jako zdanie sobie sprawy z tego, że określenia kierowane w swoim kierunku przez ludzi z otoczenia definiują jego bycie. W innym kontekście Karawadżje to także studium inności, która – wbrew dominującym narracjom – nie jest tylko innością związaną z preferencjami seksualnymi, ale przede wszystkim innością wyobraźniową, tożsamościową i estetyczną. „Ja” – na prawach procesu wchodzenia w ramy osobowości tego, co zewnętrzne, czy osmotycznego przenikania w niego koncepcji etyczno-estetycznych – jest tutaj zatem heterogenicznym konglomeratem różnych elementów, które w tym układzie nigdy się nie mogą powtórzyć tym bardziej, że niejednokrotnie są one wyimkami z różnych dzieł kultury, konstytuujących jego podmiotowość i wrażliwość. Człowiek nie jest tu miarą ale miniaturą wszechrzeczy, ich kontaminacją w formie dopuszczającej zamknięcie w małej formie istoty ludzkiej. Mówienie o innych i aktorstwo, wcielanie się w kogoś obcego jest tutaj tak naprawdę egotyczną wiwisekcją, widzeniem w innych siebie, czy nawet wypełnianiem ontycznej pustki, zawłaszczaniem innych, aby samemu stać się utajoną hybrydą, kimś bardziej autentycznym. Karawadżje to tym samym opowieść o egzaltowano-ekstatycznym pragnieniu zespolenia, poczucia się całością, czy wreszcie: zrozumienia siebie jako istoty czującej i myślącej zarazem, egzystującej w świecie rządzącym się dynamiką opowieści. Z tego wynika bardzo interesująca analiza fenomenu inscenizacji, jako przyswajania i przystosowywania do siebie, którą podmiot uznaje za coś nie do końca prawego, prawdopodobnie z tego względu, że ma ona na celu przeniesienie jakiegoś wytworu myśli z rodzimych okoliczności – przy współudziale kogoś nieuczestniczącego w jego pierwszej emanacji – w nowy i poszerzający percepcję kontekst. Dokonujące się tak połączenie fizyczności z duchowością skutkuje pojawieniem się wizji rzeczywistości, w której wszystko jest popędem i lekturą, dążeniem do czegoś i reinterpretowaniem, jako indywiduacją kultury. Zawarta tu opowieść nie jest wszak autonomiczna, ale zdaje się stanowić komentarz do czegoś, o czym czytelnikowi nigdy nie przyjdzie się dowiedzieć.

Najbardziej w Karawadżjach fascynuje wrażenie spontaniczności i płynności narracji, które celowo są bardzo dojmujące, choć w istocie Bogusław Kierc w swej książce zdaje się przekazywać dogłębnie przemyślany „system”, „wykładany” również w poprzednich częściach tryptyku mniemania. Wszystko przebiega tutaj według określonego wzoru. Początkowo jakaś inklinacja bohatera – przekonująco umotywowana i sensownie osadzona w rzeczywistości tekstowej – sukcesywnie kulminuje, by w pewnym zaskakującym dla czytelnika momencie wybuchnąć jako konfabulacja, czyli uświadomienie sobie przez „ja” skali wpływu źródłowej fascynacji na jego życie i wmówienie sobie przez nie, że to, co go teraz pociąga jest już w nim od dawna obecne. Konsekwencją tego są różne akty autoprowokacji, stwarzania przez bohatera w swoim otoczeniu szeregu korespondencji pomiędzy wnętrzem, zewnętrzem a tym, co obecne gdzieś w nieokreślonej dali. Chodzi tutaj o fantomatyczne przedłużenia „ja”, chociażby o dzieła sztuki i teksty literackie, których celem w Karawadżjach jest stworzenie obopólnego porozumienia i zrozumienia. Czas jest bowiem tutaj brany w nawias i jakikolwiek artystyczny komunikat traktowany jest jako dziejący się dopiero wówczas, gdy jest odbierany przez bohatera. Tym samym to, co odbierane minimalizuje niezgodności pomiędzy sobą a „ja”, przez co oba te „organizmy” w pełniejszy sposób rozumieją zarówno siebie, jak i drugą stronę, aby w konsekwencji stać się jednością. W ten sposób Bogusław Kierc rozważa potencjalność duchowego wymiaru koegzystowania tego, co organiczne z tym, co nieożywione. Tego rodzaju gest liryczny zakłada dialektykę ciemności i świetlistości – wydobywania na światło dzienne z nicości lub niebytu dzieł pokroju obrazów Caravaggia oraz wierszy Kawafisa, świętego Jana od Krzyża i Rilkego. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że te procesy, jak i fantazja, której apoteozą jest ta książka, stanowią substytucje uczuć wyższych. Ich dręczący brak powoduje u bohatera chęć transgresji lub dostrzeżenia w tym, co dookolne jakiegoś zalążka narracji o samym sobie, przez co egoizm jest tu dominujący, a altruizm traktowany jest jako fikcja. Wszystko zdaje się tu zamiennią, powidokiem prawdy, jej karykaturą lub zasłonięciem. Dlatego właśnie przeżywanie jest w Karawadżjach czułym dotykaniem, receptywnym wczuwaniem się, wchłanianiem lub innymi słowy – pragnieniem afektu.

Co ciekawe i nietypowe te wątki zostają ześrodkowane w kwestii religii. Bohater – rozważając różne formy medytacji i kontaktu z tym, co absolutne – czuje się nienasycony tym, co dostrzega w niej za zasłoną dogmatów, rytualności i ufności. Paradoksalnie w Karawadżjach oddalenie się od wiary, wręcz jej radykalne odrzucenie jest dla bohatera-narratora powrotem do niej, co jest częścią praktykowanej przez niego z zapamiętaniem reinterpretacji, jako kompensacji własnych braków, niemożności odnalezienia głębi sensu, czy po prostu ucieczki od egzystencjalnego lęku. Skłania go do tego spostrzeżenie, że religia i cielesność mają wiele wspólnych mianowników, jakby tajemnica ciała Chrystusa – rozważana w kulturze w wielu różnych, także utajonych formach – miała swoje silne reperkusje także w dyskursie na temat relacji pomiędzy zmysłowością a duchem.  Bohater – ciągle analizując wręcz narzucające się mu obrazy – widzi, że opowieści zawarte w Biblii mają swą wartość naddaną, dziwnym trafem odpowiadającą jego wizji samego siebie oraz niedostrzeganą w ich szeroko rozpowszechnionych odczytaniach. Ich oddziaływanie na niego powoduje emanację czynnego imienia „ja” Karawadżjów, swego rodzaju aktywację tego wszystkiego, co się na tę książkę złożyło. Może to zostać także poczytane za osiągnięcie w bohaterze-narratorze bluźnierczej kulminacji pierwiastka boskiego, do którego naiwnie niekiedy zdaje sobie rościć prawo. Innym spajającym tę książkę wątkiem jest lustro, traktowane szeroko jako metafora (zaklinania czasu lub odbijania, jako reintegracji starego z nowym) lub wąsko, jako motyw wywodzący się z mitu o Narcyzie. Przywoływana wprost w Karawadżjach ta postać –  obecna także na obrazie Caravaggia, który „ja” niezwykle pociąga – uświadamia, że zapatrzenie się we własne oblicze jest tutaj efektem obawy przed staniem się przejrzanym przez kogoś obcego.

Stąd Karawadżje – jako zbiór niekiedy destrukcyjnych objawień samego siebie – to kontrolowane i quasi-katarktyczne uzewnętrznienie w celu zrozumienia treści swej psychiki, wyjścia poza siebie i nade wszystko próba docieczenia, czym jest (pra)źródło istnienia, ta nieuchwytna i niepojęta siła, o której istnieniu w najprzeróżniejszy sposób wypowiadało się wiele wybitnych umysłów. Mimo wszystko obecne jest tu przekonanie, że uznanie świętości kogoś innego jest deprecjacją samego siebie, dlatego w lśnieniach i odbiciach transcendencji nie szuka się w Karawadżjach wyłącznie sacrum, ale innych wersji siebie, które – być może – pozwolą się wywikłać z sytuacji niewspółmierności własnych możliwości do pragnień i imperatywów. Bohater-narrator Karawadżjów sytuuje się bowiem po stronie Empedoklesa, który niegdyś wyznał, że był już kiedyś chłopcem i dziewczyną, krzewem, ptakiem i niemą rybą. Tym samym to, o czym Bogusław Kierc pisze w swej najnowszej książce to wdanie sięcałkowita transfuzja i transmisja, czyli balansowanie pomiędzy różnymi rejestrami tożsamości i świadomości, jakby pomiędzy Fichteańskimi kategoriami „ja” i „nie-ja”. Pomiędzy ich wytworami czytelnik Karawadżjów podróżuje jak Odyseusz do Itaki, nie tyle wracając do domu, czy poszukując odpowiedzi na pytanie, kim jest „ja” w tym tekście, ile przede wszystkim na nowo odkrywając samego siebie, jako istotę rozproszoną w innych bytach, a nie ukrytą w ciele samym w sobie. W tym odczytaniu – wbrew wprost narzucającemu się w tekście panseksualizmowi – sensem wszystkiego nie byłoby uczucie pożądania do kogoś podobnego sobie, ale miłość do świata w ogóle, w wielości jego przejawów. Bogusława Kierca zdaje się bowiem pociągać fenomen poetyki i konwencji artystycznej, jako coś, co z powodzeniem łączy w sobie oryginalność z powtarzalnością. Bycie kimś innym – postulowane lub w przedziwny sposób rzeczywiste – nie musi zatem determinować bezwzględnej tożsamości, lecz może być metaforą – figurą wskazującą na inny porządek niż ten dosłowny. Wskazuje na to chociażby to, że Karawadżje to swoiste studium odkrywania się, i nie tylko pod względem cielesno-psychicznym, które ponadto w toku „narracji” nie jest najczęściej explicite komentowane, gdyż zostaje zniesione na czytelnika.

Autor: Przemysław Koniuszy

Bogusław Kierc „Karawadżje. (Inklinacje i konfabulacje)”, wydawnictwo FORMA, Fundacja Literatury imienia Henryka Berezy, Szczecin, Bezrzecze 2016, s. 80

Zamiast „Ja to inni” lub „Piekło to inni” – bezwzględna supremacja egocentryzmu, jako bycia innymi i zarazem sobą. Czyli gdzie żarliwa wiara spotyka się z czułością ciała