„Niech tratuje!”, czyli tylko jeden krok od zaangażowania w codzienność do intymności

Co szepczą latakianki
cichym latakijczykom
w wyciszonej Latakii?

Od wschodu, od zachodu
bezdźwięczne bombowce
w bezszelestnej obstawie.

W swym najnowszym tomie Słomczyński zwraca się w stronę różnych form rytualności i przywiązania do symboli, które nawet w nowoczesności zdają się organizować ludzką egzystencję. Poddaje w ten sposób krytyce tradycję literacką, która swej ostoi poszukiwała w natchnieniu, metaforze jako wieży z kości słoniowej i nade wszystko niemożliwej do definitywnego rozsupłania wiązance figur retorycznych. Latakia to tym samym dość kontrowersyjne, bo obracające ostrze krytyki wobec samej siebie, wezwanie do debaty nad tym, czy owe ideały można wskrzesić i to najlepiej bez tego całego negatywnego naddatku, o którym tu mowa. Dlatego czytelników znających dwa poprzednie tomy Słomczyńskiego ton z Latakii może bardzo zaskoczyć. Trudno jednak stwierdzić, w jaki konkretnie sposób – pozytywny czy negatywny. Niemniej zmiana dykcji jest tutaj znacząca i niekiedy stoi w afroncie do tego, co wcześniejsze i już wyartykułowane. Równie dużo miejsca poświęca przy tym Słomczyński refleksji nad ekshibicjonizmem i jego możliwym uzasadnieniom, jak chociażby przedkładanie prawdy sztuki nad swoje prywatne dobro. Prowadzi to do radykalnych pytań, dotyczących wulgarności i sprowadzania literatury do tematów uznawanych przez wielu za niskie. W Latakii życie i tworzenie tożsame są z wojną, konfliktem o pryncypia, dlatego na próżno tutaj szukać kompromisów i pokojowych rozwiązań. Stąd dominantą jest tutaj dialog z tym, co Inne lub nieprzedstawialne. Biologia zderza się z wojną, lot kontrastuje z brutalnym przygwożdżeniem do ziemi. Z kolei podmiot tych wierszy jest przekonany, że nie sposób ukryć prawdy o tym, co się w istocie dzieje. Dlatego tak bardzo dziwi go rozdźwięk pomiędzy tym, co przez niego doświadczane, a narracjami o nim, jakie pojawiają się w przeróżnych, niezależnych od siebie miejscach. W ten sposób Słomczyński zdaje się artykułować swoje niezrozumienie wobec faktu, że świat i rządzący nim ludzie, choć z zapamiętaniem apelują o precyzyjność sądów, transparentność i prawa człowieka, w swych działaniach nierzadko zapominają o jakoby wyznawanych przez siebie ideałach XXI wieku. Tym właśnie, w jego przekonaniu, powinna zajmować się poezja, a mianowicie demaskacją, odkłamywaniem i postulowaniem autentyzmu. W przeciwnym razie, gdy uznamy, że to wszystko nas nie dotyczy i cierpienia innych nie są naszym problemem, wówczas okaże się, że wprost proporcjonalnie do skali naszej niechęci odwróci się przeciwko nam nasz marazm i zadufanie.

Z tych wątków wyłania się prawdopodobnie najgłówniejszy, czyli problem wolności i imperatyw odnoszenia sukcesów. Chodzi tutaj bowiem o to, czy artystyczno-intelektualne osiągnięcia są zdeterminowane i z góry określone przez konkretne, uniwersalne czynniki, jak na przykład uwarunkowania społeczne, etyczne, polityczne i gospodarcze, czy może wszystko rządzi się nieprzeniknionymi dla człowieka prawami i w istocie liczy się tylko intuicja, usposobienie i talent. Słomczyński zastanawia się zatem, czy bazujący na przypadkach artysta powinien odpowiadać na zapotrzebowanie swych potencjalnych odbiorców, czy raczej jego przeznaczeniem jest przezwyciężanie swoich ograniczeń i permanentny rozwój warsztatu. Konsekwencją tego jest wniosek, że każdy człowiek powinien sam o sobie decydować, gdyż i tak, wbrew teoretycznym postulatom, nie wpłynie w żaden sposób na naturę wszechrzeczy i prędzej czy później doświadczy czyhającego na niego zapomnienia. Dlatego najważniejsza jest autoreferencyjność, traktowanie siebie samego jako niezbywalnego punktu odniesienia i słuchanie głosu swojego serca. Dostrzegalnym przez poetę wyjątkiem od tego są rozbieżności pomiędzy narracjami Wschodu i Zachodu, odmiennymi ujęciami życia, dobrobytu i płci, pomiędzy którymi – jak się wydaje – nie sposób wypracować porozumienia. Latakia mówi nam więc o miejscach wspólnych, o tym, co przenika przez granice i burzy mury. Czymś takim jest na przykład miłość – chęć utożsamienia i scalenia się z kimś drugim, ukochaną osobą.

Latakią Słomczyński pyta o przyczynę utraty przez naszą cywilizację naturalnej ciekawości świata, której pośrednimi etapami było zamknięcie się w sobie i wmówienie nam, że trzeba pozbyć się natychmiast wszystkiego, co wymyka się intuicyjnemu, niezaangażowanemu poznaniu. Proponowanym i praktykowanym tu panaceum na te problemy jest wyzbycie się ignorancji i otwarcie się na złożoność zjawisk, które są obce naszemu systemowi poznawczemu. Jednak zwodzący nas poeta nie poprzestaje na tym. Kreuje sytuacje liryczne, w których podmioty odrzucają swe przekonania o świecie i czynią ze swej świadomości pustą, niezapisaną stronicę. Efektem tego jest zawsze zaskoczenie. Najlepsze są tutaj bowiem niezaplanowane wzruszenia, akty iluminacji. Rzeczywistość się nie narzuca, jest jednorodnym tworem i nie jest intencjonalna, a więc istnieje sama dla siebie. Dopiero na kanwie tego nadbudowywane jest to, co (nie)ludzkie, ze szczególnym uwzględnieniem konsumpcjonizmu i braku szacunku dla samych siebie. By to zwizualizować i przy okazji w zawoalowany, subwersywny sposób skrytykować, Słomczyński z tkanki rzeczywistości wyrabia wieloaspektowe i chwytliwe metafory, które nigdy nie są ostatecznie ukierunkowane i w ogóle nie są przysposobione do argumentowania za konkretnymi konkluzjami. Zdaje się w ten sposób polemizować z głosami sprzeciwiającymi się poezji hermetycznej, „wysokiej” i zarazem niemającej rzeczywistych adresatów. W Latakii z jednej strony pokazuje zatem, że tworzywem wiersza może być wszystko, co w odmiennych kontekstach i na przestrzeni jednego tomu potrafi zaakcentować konieczność demontażu pewnych zastanych i niepotrzebnych formuł oraz wykazać, iż niektóre z nich, dzięki swej możliwości dostosowania się do zmiennych warunków kulturowo-socjologicznych, mogą nam powiedzieć znacznie więcej niż ich pozornie nowe zamienniki. Latakia pozostaje więc w ścisłym miejscu rozdziału pomiędzy tym, co niedokładnie zasłyszane lub wynikające z celowo przewrotnego zrozumienia jakiejś istotnej w danej kulturze narracji  i tym, co wyraźne, bo wprost skierowane do podmiotu, choć i tak nie do końca dla niego samego możliwe do zrozumienia. Dlatego, gdyby ktokolwiek odczuwał potrzebę wykazywania innym sprzeczności i błędów logicznych, w Latakii można wyznaczyć wiele antagonistycznych głosów, spośród których rzadko kiedy wyłania się coś nadrzędnego, totalitarnie uznanego za najprawdziwsze i najstosowniejsze.

Przeważająca większość wierszy z Latakii jest koncentryczna, skupiona wokół jakiejś pretekstowej impresji, doznanej najczęściej mimochodem, jakby na marginesie życia, która służy poecie za bazę do czegoś znacznie bardziej skomplikowanego, a co – zupełnie inaczej niż w poprzednich tomach jego autorstwa – wymyka się jemu samemu i zostaje w pełni powierzone czytelnikowi. To wrażenie doklejania sensów, dopisywania ich i tworzenia z nich czegoś pomiędzy konsekwentnym opisem a surrealno-oniryczną grą sprawia, że Latakia pobudza wrażenie obcowania z dekadenckim raportem ze świata, który albo się kończy, co wywołuje w podmiocie gest radykalnego eskapizmu i fragmentarycznego dopuszczania do siebie zewnętrzności, albo ulega tak gwałtownej transformacji, że owe „ja” nie potrafi odnaleźć się w sytuacjach dla niego bez wyjścia. Rzeczywistość jest tutaj zatem nierealna, zbudowana z prefabrykatów i rozsypująca się ledwo, gdy się jej dotknie. Dlatego podmiot Latakii lawiruje pomiędzy ośmieszeniem jej baśniowo-magicznym repertuarem poznawczych „chwytów” a jej zakłamywaniem, wmawianiem jej czegoś, czego w niej nie ma, aby z hipotetycznego rozeźlenia świata na te niecne praktyki uzyskać prawdziwą wiedzę, a może coś jeszcze lepszego – przyznanie się do oszustwa.

Tak Słomczyński pokazuje Latakią, że efekt motyla nie jest fanaberią i wszystko w świecie jest ze sobą powiązane, a wszystko to, co negatywne będzie miało swe daleko idące reperkusje i w niewytłumaczalny sposób prędzej czy później na każdym odbije się czyjaś samotność, cierpienie czy po prostu zmierzanie świata do zagłady. Dziś jakakolwiek decyzja nie jest wyłącznie kwestią konsumpcyjnego wyboru, ale niepostrzeżenie przeradza się w dylemat moralny, a więc mający niewątpliwy wpływ na status człowieczeństwa. Problem tkwi jednak w tym, że tendencje dominujące w ówczesnym świecie nie pozwalają o tym otwarcie mówić, zalecając zamiast tego wstydliwość i zarzucając wsteczny charakter tego rodzaju głosów. Dziś – jak głosi Latakia – nie można być niewinnym i zwracać uwagę na problemy niecierpiące zwłoki, które giną w gąszczu narracji o niczym. Prywatny dobrobyt zdaniem Słomczyńskiego oślepia, zaciemnia jaskrawość problemów globalnych. Współbrzmiącym z tą krytyką aspektem jest to, że człowiek niczego nie nauczył się przez wieki od Natury, której rzekomo jest jedną z części i przez swój egocentryzm zapomniał o konieczności dbania o inne elementy tej „układanki”. Latakia unaocznia, że nie potrafimy wykorzystać naszej przebiegłości i racjonalizmu do pozytywnych celów i wyprzedzić destrukcję swą zapobiegliwością. Płacimy więc za to ogromną cenę, a każda jednostka jest przecież niepowtarzalna, niemożliwa do zreprodukowania, co rezonuje w jednej z najbardziej wymownych stron tej książki: Nie udawaj malarza. / Malowane nie działa. / O słońcu się milczy przy / uczulonych na światło.

Autor: Przemysław Koniuszy

Szymon Słomczyński „Latakia”, Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2016, s. 56

Kursywą zostały wyróżnione cytaty pochodzące z recenzowanej książki.

„Niech tratuje!”, czyli tylko jeden krok od zaangażowania w codzienność do intymności