„męczy się człowiek Miron męczy”, bo „Słońce świeci / nie siulpeci”, a on nie wie „którędy wyjść ze słowa?” Czyli „Święty Miron” w sennej jawie

To nie jest jeszcze taka pra-
wda do końca. Ale ostate-
cznie to, że się umrze, to
też nie jest taka prawda
do końca, dopóki się nie
przeżyje śmierci. A podobno
nikt jej nie przeżył.

Niniejszy tom zbiera cztery pierwsze tomy poetyckie Mirona Białoszewskiego: Obroty rzeczy, Rachunek zaściankowy, Mylne wzruszenia oraz Było i było, które powstały na przestrzeni niespełna dekady. W każdym z nich autor praktykuje swe awangardowe reporterstwo, pokazując przy tym, że nic nie jest tutaj kostiumem. Dla niego całe życie było literaturą i odwrotnie: literatura stanowiła zapis egzystencji. Nie ma w tej materii u niego żadnych dysproporcji, choć z drugiej strony nie brak tutaj niespójności. To, że cokolwiek z tego, o czym u niego przeczytamy, może nosić znamiona kreacji i „przekombinowania”, wynika wyłącznie z tego, że dotychczas wszystkie sfery „peryferyjne”, jakie u Białoszewskiego zyskują pierwiastek świętości, były najzwyczajniej przez literaturę pomijane. Jego fraza jest mówiona, sprozaizowana, a tym samym odwołująca się do ludyczności, folkloru i przede wszystkim mistycyzmu (czy – być może bardziej – całej tradycji gnostycyzmu). W ten sposób – trudno powiedzieć, czy zamierzenie – Białoszewski stał się nowym „prorokiem” drugiej połowy ubiegłego wieku. Kimś, kto pokazał, że poezja po II wojnie światowej może zostać wskrzeszona i znów w jej struktury można wtopić przeróżne siatki znaczeń, które wzbudzają zachwyt, zdumienie i zastanowienie.

Białoszewski jest poetą, który stworzył swoją własną legendę i prywatną mitologię. Jego prywatność stanowi osnowę i fundament dla tej rewolucyjnej twórczości, która skierowała współczesną polską poezję w stronę rzeczy samej w sobie. Już w swoich pierwszych czterech tomach, pokazał, że nic nie jest niemożliwe dla poety niebojącego się odważnych rozwiązań formalnych – odejścia od interpunkcji, składni i zaproponowania zamiast nich swojego prywatnego, absurdalnie niepodrabialnego języka poetyckiego. To właśnie on jest jego największym wyróżnikiem i gwarantem rozpoznawalności. Łączy w nim pozorowaną niedbałość, język pozarozumowy, w jakiś przedziwny sposób pierwotny z językami, którymi władają zarówno dzieci, jak i dorośli i osoby starsze. Korzysta ze wszystkiego, co jest mu dostępne, by stać się swego rodzaju budowniczym alternatywnego uniwersum i siłą naturalnego rozpędu jego despotycznym władcą. Dlatego znajduje u niego miejsce to, co zasłyszane, wyobrażone, czy nade wszystko będące dziełem przypadku, jak to ma miejsce w niezliczonych zabiegach fonetycznych, oddających przejęzyczenia, „zasłyszenia” i nurtujące podobieństwa dźwiękowe. Jego postulat jest bardzo precyzyjny: Co najwyżej / krzyczmy małpim językiem. / naszym starym narzeczem, / o rzeczach najnowszych. Obcując z tymi tekstami nie możemy wysnuć wniosku, że nie jest tak, jak on pisze. Nawet nieprawda i fantazja stają się u niego tak prawdziwe, że aż na wyciągnięcie ręki. To wszystko wpisuje w formę wiersza, która najczęściej także na pierwszy rzut oka wydaje się zupełnie nieprzemyślana, pokawałkowana i przypadkowo rozstrzelona na przestrzeni strony, by już po chwili ujawnić swą „schodkową” strukturę, pełną współzależności i ukrytych mechanizmów. Każdy element, za sprawą swojego położenia, sugeruje swą ważność w danym wyznaniu, naświetla to, co go otacza i intensywnie współoddziałuje z tym, co bezpośrednio się z nim styka.

Białoszewski zawsze zwraca się do rzeczywistości za pośrednictwem apostrofy, jakby tymi swoimi quasi-modlitwami chciał dotrzeć do jej prawdziwego i niezafałszowanego przez narracje innych obrazu. Podróżując po Polsce i po swoim własnym, wyimaginowanym światoobrazie daje nam tutaj świadectwo magii, jaka ukryta jest w świecie na wyciągnięcie ręki. Mimo to trudno po lekturze jego wierszy ostatecznie stwierdzić, czy on – na drodze lirycznych uzewnętrznień – zaprasza nas do swojego świata, czy może bardziej odpowiada mu, abyśmy przyglądali się mu z boku, co prawda z zaangażowaniem, ale bez współuczestnictwa. W swej liryce jest bardzo zachłanny i bezkompromisowy – czerpie ze świata całymi garściami, jakby chciał oddać chwilę w jej polimorficzności, rozszczepialności na kolejne momenty-całości i wykazać tym samym przynależność konkretnego układu elementów do „ja”. Czytając go, czujemy się jakbyśmy w niespodziewanej chwili trafili do neoawangardowego teatru, w którym wszystko imploduje feerią zjawisk, a sami aktorzy-uczestnicy nie za bardzo orientują się w tym, co się tak naprawdę wokół nich (i w nich samych) tak naprawdę dzieje. Najbardziej znamienny jest zatem tutaj zachwyt nad światem i euforyczne podejście do niego, które nierzadko przeradza się w ekstatyczną afirmację. Białoszewskiemu chodzi o to, by ze znanych nam rozwiązań artystycznych, przeradzających się bardzo szybko w przejrzałe konwencje, wykrzesać ogień inwencji. Dlatego mamy u niego do czynienia z organizującymi się formami, czyli strukturami pozornie wymykającymi się autorowi, których przeznaczeniem jest oddawanie antyarchetypiczności otaczających nas przestrzeni. Ma się tu wrażenie, że tekst jest niezależny od człowieka i staje się sam z siebie, dzięki czemu nic się tutaj nie powtarza i wszystko jest żywiołowe, zaczarowane, poddane działaniu dylu-dylu / dyluwium / peryferyjnego.

Białoszewski jest niekwestionowanym mistrzem transpozycji i ekfraz. W swojej praktyce przekładania świata na słowa nie waha się przed niczym, począwszy od opisania religijnego obrazu, skończywszy na oddaniu konstrukcji kamienicy i ruchu miejskiego. Wszystko może być dla niego szarą eminencją zachwytu. Wydaje się, że w jego przekonaniu poezja klasycyzująca zbyt bardzo uciekła od życia w stronę transcendencji, zupełnie się w tym eskapizmie zgubiła i zbyt głęboko pogrążyła się w trywializacji, która – być może – okazała się bardzo kojąca swym zawężeniem spektrum tematycznego do abstraktów. Okazuje się bowiem, że piec kaflowy i nieprzecedzona w bogactwie, / łyżka durszlakowa mogą powiedzieć o wiele więcej o nas samych, niż jakiekolwiek uniwersalia wprowadzone do poezji. W Obrotach rzeczy słusznie pyta: A kto wymyślił, / że gwiazdy głupsze / krążą dokoła mądrzejszych? Dlatego to wszystko, co wymyka się zmysłom i ma nieprzeniknioną naturę, znajduje w jego liryce miejsce naczelne. Każdemu, kto mógłby wysunąć kontratak wobec takiej estetyki codzienności, zarzucając jej na przykład, że to niepoważne i uwłaczające etosowi poety, wprost rzuca wyzwanie i pokazuje zasadność swych racji: Spróbuj schwycić / ciało niebieskie / któreś z tych / zwanych „pod ręką”… Dla niego im bardziej się coś narzuca i im więcej miejsca zajmuje w codzienności, tym więcej tajemnic kryje i tym bardziej zasługuje na wnikliwą interpretację. Także jakiekolwiek traktaty metafizyczne, w jego przekonaniu, nie miałyby żadnego odzwierciedlenia bez wsparcia przedmiotów i miejsc, dlatego pisze wiersz Podłogo, błogosław! i stwarza alternatywną wersję Genesis, w której wszechbytem jest stół – punkt wyjścia i dojścia całej rzeczywistości. Świat nie jest u niego zgodny z powszechnie przyjętymi narracjami. Jest po prostu jego światem, rzeczywistością nieustaloną, kubistyczną i płynną zarazem. Bardzo blisko jest mu do uznania, że to on przynależy do świata, nie odwrotnie, dlatego w nim, a nie w sobie szuka prawd. Nie chce powiedzieć wszystkiego, co pomyśli głowa, gdyż jego celem jest odnowienie znaczeń i wydobycie języka z zastanych formuł, które są wynikiem kompromisu na płaszczyźnie konfliktu o przyległość słowa do rzeczy.

Gdybyśmy chcieli scalić te cztery odrębne tomy w jeden i zsyntetyzować jego treść, to nieuniknienie dotarlibyśmy do obrazu poety, który chwieje tym wszystkim / niby żuraw, scala rzeczywistość, która rozpada się pod jego nieobecność i raz na jakiś czas, dla zaczerpnięcia oddechu, wychodzi ze swojej stajenki, by skontrapunktować swój mikroświat w mieszkaniu makroprzestrzenią. Istnieje dlatego, że czuje w sobie siły oddzielające jego świadomość od powłoki cielesnej i zespalające go z miejscami, w jakich przebywa, a które ironicznie i w niewytłumaczalny sposób są nim samym. Jego ostoją są przedmioty-zwierciadła, w których dostrzega samego siebie i wartość naddaną, czyli dowody na to, że rzeczywistość nie jest raz na zawsze istniejąca, ale wciąż dokonują się w niej metamorficzne ewolucje. Chodzi Białoszewskiemu o to, by pokazać, że liczy się tylko to, czego człowiek może zaznać. To, że coś przez nas poznawane przed interakcją z nami miało swoją historię i po naszym przeminięciu nadal będzie egzystować w jakiejś formie, nie ma dla niego najmniejszego znaczenia. Dlatego związki przyczynowo-skutkowe są tutaj odsunięte na daleki plan, by wyeksponować harmonię „ja” z przedmiotem jego namysłu, gwałtowność dzikości świata i zawirowań wewnątrz form, w jakie wciela się przepoczwarzająca siła, która inicjuje mnożenia / wszystkiego przez wszystko. Wówczas, gdy nie jest to pozytywna przemiana, ale redukcja i uproszczenie, podmiot, zamiast wchłaniać realność, uzewnętrznia się w jej ramach i dokonuje się przez to z natury dekadenckie podważenie istnienia. Jego romans z konkretem i miłość tragiczna do krzesła sprawiają w ten sposób, że teksty wychodzące spod jego pióra oddają literalnie to, co jest ich tematem lub wprost przeciwnie – dążą do eliminowania, jakby chciały się zemścić na świecie za oszukiwanie w wielkiej grze życia, jak ma to miejsce w wierszu Krajobraz jako oko, gdzie tworzy / oglądane / oglądającego.

Jest to jednak dość kurtuazyjna konstatacja, gdyż o wiele częściej Białoszewski po prostu łapie nas za słowa. Ujawnia skalę nasycenia naszych wypowiedzi, odwraca zawarte w nich sensy, demontuje ich strukturę, wkomponowuje w zadziwiające układy i unaocznia, że często, krzywdząc język i ignorując gramatykę, czynimy dla niego wiele dobrego, poszerzając jego oddziaływanie na sfery dotąd przez niego niezaanektowane. Złączenie ze sobą potoczystości mowy codziennej i tego wszystkiego, co potoczne umożliwia zatem pokazanie Białoszewskiemu samego siebie jako kogoś, kto funkcjonuje symultanicznie z rzeczywistością i w pewien sposób jest jej odzwierciedleniem. Jemu także zdarzają się pomyłki, mylne wzruszenia, pomieszanie surrealizmu z realizmem, trwanie w pozycji horyzontalnej i traktowanie słyszenia z niedosłyszeniem na równych prawach. Wyróżnia go jednak to, że jego przestrzeń jest niesterroryzowana i nieupchana. Jego żywiołem jest wolność i swoboda. Te niesamowite wiersze mają więc najczęściej formę monologizowania ze światem, a więc wchodzenia z nim w taki dialog, którym włada on autorytarnie, dopuszczając do głosu tylko osoby sobie zaufane. Słowa Białoszewskiego są fantomowe – coś z nich jest wycinane, aby wprowadzić w nie nowy składnik, potęgujący niejednoznaczność i pokazujący w konsekwencji, że w kontempsiumplaniu jedynym ograniczeniem jest wyobraźnia. Podobnie dzieje się ze związkami frazeologicznymi, które są kontaminowane, rozbijane i łączone w przeróżne warianty. Bierze Białoszewski w ten sposób całą rzeczywistość i samego siebie w wielki, ironiczny i hiperbolizujący cudzysłów, w którym znajdzie się miejsce także i dla nas.

Autor: Przemysław Koniuszy

Miron Białoszewski „Obroty rzeczy. Rachunek zaściankowy. Mylne wzruszenia. Było i było”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2016, s. 430

Kursywą zostały wyróżnione cytaty pochodzące z recenzowanej książki.

„męczy się człowiek Miron męczy”, bo „Słońce świeci / nie siulpeci”, a on nie wie „którędy wyjść ze słowa?” Czyli „Święty Miron” w sennej jawie