„Wyłączany telewizor / w kineskopu czarny lej / wsysa całą rzeczywistość, / aby nam się spało lżej”, czyli gdy poeta szuka „smaku / i / znaku / świata”, odnajduje „Wszystko znane, nienazwane”

„Morze miarowo
szumi, Bo niemiarowo nie umi”

Powiedzieć o Stanisławie Barańczaku, że był niezwykle wybitny to tak, jakby nic nie powiedzieć. Jego maksymalistyczne tłumaczenia, które wprowadziły do polskiej kultury wiele bezcennych tekstów. Jego działalność opozycyjna, którą bardzo przyczynił się do zmian ustrojowych w Polsce. Jego działalność naukowa i erudycyjne analizy dzieł chociażby Białoszewskiego, Herberta i Miłosza. I wreszcie jego poezja – przewrotna, lingwistycznie niepokorna, wyróżniająca się umiejętnością godzenia chaosu z porządkiem, intymności ze społecznym zaangażowaniem, formalnej wolności z kongenialnością w operowaniu formami klasycznymi, poezji niepoważnej z barokowo-metafizyczną. We wszystkim tym, bez wyjątku i co najmniej na równi mistrzowsko, był niezrównany i niepowtarzalny.

Zaczyna od krystalicznie czystego liryzmu w swym książkowym debiucie – Korekcie twarzy. Z tych wierszy wyłania się portret człowieka, który choć w pełni jest przekonany, że nigdy nie uda mu się tego spełnić, to ironicznie wciąż marzy o tym, aby stać się wolnym od najczęściej bardzo gwałtownych, emocjonalnych zawirowań i konfliktów z samym sobą. Zestawione jest to z pragnieniami odnalezienia prawdziwej miłości, takiego wzajemnego uzupełniania się i zespolenia z drugim człowiekiem, by punkt połączenia pomiędzy nimi był zupełnie niemożliwy do rozpoznania. Tak podmiot Korekty twarzy szuka wspólnoty ze wszystkim, co żywe i nieożywione w naturze, jakby chciał perspektywę swoich indywidualnych doznań skonsolidować z witalistycznym nurtem impresji, który ogarnia wszystko i wszystkich, pozwalając każdemu, kto tylko zechce, wcielać się w cokolwiek, co tylko umożliwi mu poszerzenie swoich mniemań o naturze świata. Znaczące jest tutaj również podejmowanie prób odpowiedzenia sobie na pytanie, czym w istocie jest bycie Polakiem i jakie wyzwania stawia to przed kimś, kto upewni się o swojej przynależności do tego narodu. W ten sposób, walcząc z wszechogarniającym przekonaniem o niemożności osiągnięcia czegokolwiek i pogodzeniem tego z imperatywem działania, Barańczak zdaje się rozpoznawać, czym jest jego talent i jakie są jego powinności wobec tradycji, światopoglądów potencjalnych czytelników i przede wszystkim nieustalonych i nieuchwytnych idei, jakie krążą w rzeczywistości – jątrząc niezgodę lub kojąc niepokoje. Dąży do tego poprzez pseudonimowanie. Już na samym początku swej drogi jest mistrzem w konstruowaniu obrazów, które są wieloznacznymi skrótami myślowymi. Udowadniają one potęgę jego wyobraźni symbolicznej, przeistaczającej wiersz w arenę zmagań jego własnego głosu z tendencjami preferowanymi przez poprzedników, jak na przykład surrealizm i ekspresjonizm. Prowadzi go to do koncepcji własnego języka poetyckiego, który ma nazywać na nowo to, co dla niego nieskalanie pełne i piękne, a dla innych już zużyte i przejrzałe. Na tym etapie jego namysł metapoetycki oscyluje wokół trzech kategorii: przeczuć, zaprzeczeń i pewności. Żadna z nich nie jest własna, każdą więc darzy się tutaj nieufnością. Korekta twarzy mówi więc jasno – literatura nie znosi kompromisów i połowicznych rozwiązań, trzeba mówić tylko o sobie i wyłącznie prawdę, a im większa introspekcja i niezgoda na zło, tym większa szansa na to, że słowo zbliży się do rzeczy.

W Jednym tchem Barańczak o wiele więcej pozwala sobie w kwestii formy. Natomiast w sferze poetyckich postulatów staje się jeszcze bardziej konkretny – poezja musi przywrzeć do rzeczywistości do końca swoich sił, jej niezbywalnym przeznaczeniem jest mówienie o człowieczeństwie, demaskowanie go i wskrzeszanie idealności tego wszystkiego, co przez nasze działanie zaczyna się degradować. Świat jest zatem możliwością i zależy tylko od nas to, w jaką stronę zostaną skierowane jego siły, czy w afirmującą czy w negującą. Podmiot wszędzie dopatruje się tutaj dowodów na to, że świat podszyty jest śmiechem, a my – urzeczywistniające karnawalizację modele homo ludens – w swej bezradności poszukujemy w nim zasad, które sami uznajemy za relatywne i w konsekwencji nieprzydatne. Sąsiaduje to z kolejnymi wcieleniami wanitatywnych motywów, które najczęściej sprowadzają się do wniosku, że współczesność odpycha od siebie pamięć o zmarłych poprzez jej zrytualizowanie i wyzbycie z metafizycznego kontekstu. Dzięki temu w Jednym tchem świat staje się skondensowany. To, z czym tu obcujemy ekstrapoluje wszystkie ewentualności i odmienności, choć równocześnie nie upraszcza i znacząco akcentuje wagę poszczególności. Barańczak podejmuje problem językowej perspektywy, która od zawsze była bardzo skostniała przez powszechną antropocentryzację. Opisywane tu mówienie o świecie, jakie jest na co dzień przez nas praktykowane, zakłada obligatoryjne pomijanie wielu zjawisk i roszczenie sobie praw do wszechwładzy, gdy tak naprawdę takie nadzieje są płonne i człowiek niewiele może poradzić na to, co się w rzeczywistości rozgrywa. Efektem tego rodzaju językowych manipulacji jest atmosfera szczelności i wzajemne zrośnięcie się z sobą / mózgów i ust, a więc nowomowa, dehumanizacja i sprowadzenie egzystencji do niewiele wnoszących, ustandaryzowanych komunikatów. Barańczak, zaangażowany w walkę z komunistycznym systemem, unaocznia, że przed nadprodukcją bezsensu i relatywizacją życia można było wówczas znaleźć schronienie tylko w metaforze, która z jednej strony dokumentowała, a z drugiej zaś eksponowała cienką granicę pomiędzy życiem i śmiercią, ukryciem i demaskacją, działaniem w ukryciu i byciem ofiarą.

W Sztucznym oddychaniu z 1974 roku odżywa cały repertuar rekwizytów z PRL-owskiej codzienności i powiązanych z nią pytań, do których zadawania Barańczak stwarza personę liryczną nazwaną N. N., jako swego rodzaju odpowiednika Herbertowskiego Pana Cogito. Jest postacią, która w swej zwykłości, powtarzalności wydaje się niezwykła, gdyż – pomimo wyłonienia się ze społeczności dotkniętej atrofią moralno-intelektualną i powielania wielu ówczesnych zachowań – jest w stanie zdobyć się na autorefleksję i dążyć na miarę swych możliwości do samoświadomości. Świat percypowany przez N. N. został pozbawiony metafizycznego fundamentu, wszystko opiera się tu na przekłamaniach, podległości szarego obywatela wobec systemu i powolnemu, choć sukcesywnemu demontowaniu tak pieczołowicie dotąd konstruowanej utopijności socjalizmu. To, co pozytywne i być może prowadzące do prawdy uznawane jest tutaj za naiwne, zgodnie z dominującą wówczas retoryką, a pozornie trywializowane życie N. N. staje się metaforą bezradności wobec wyroków losu i utajonego oporu przed stłamszeniem człowieczeństwa w trybach totalitaryzmu. Nieskuteczność jednostki wobec całego aparatu represji prowadzi Barańczaka do wykazania, że bez względu na jakiekolwiek rojenia despotów i tak świat wciąż będzie rządził się swoimi, niezmiennymi od wieków, prawami, które prędzej czy później oczyszczą rzeczywistość z tego, co złe. Pacyfistyczną antycypacją tego jest ciągle powracający tu obraz wznoszenia ze słów murów, które co prawda są bardzo łatwe do zniszczenia, lecz ich potencjał tkwi w perswazyjności, odsłanianiu prawdy, odsuwaniu zapowiedzi szaleństwa i weryfikowaniu języka. Dlatego w społecznym zaangażowaniu Barańczaka największą rolę odgrywa namysł nad tym, jak poeta powinien reagować na narracje o tym, że innej prawdy nie ma i bezprzykładny zbiorowy entuzjazm, oczarowanie ludzi jakąś myślą, stojącą skądinąd w wyrazistej sprzeczności ze swoimi wyznawcami. Koresponduje to z wyrażanym tu lękiem przed tym, że to, co dla poety najważniejsze, a więc język i powiązany z nim sposób obrazowania, zostaną wykorzystane do niecnych celów, pielęgnowania służalczości i wmawiania ludziom, że określona epoka wymaga określonych ofiar, a tam, gdzie drwa rąbią, tam w wióry wsiąka nasza krew.

Poezja Barańczaka to permanentne pytanie siebie i świata, kim się jest. Bardzo dużo miejsca poeta poświęca cielesności i za jej pośrednictwem próbuje wytyczyć granice obcości. Pozostawiając często komunistyczne realia w domyśle, między wersami, zastanawia się nad tym, czy Kartezjusz rzeczywiście miał rację, gdy w swej słynnej frazie po cogito dodawał ergo sum. Człowiek współczesny nie może bowiem myśleć wszystkiego, wciąż ktoś coś mu wmawia i nieustannie spadają na niego ograniczenia, o wiele intensywniej uniemożliwia się mu cokolwiek, niż poszerza zakres jego wolności, co pogłębione jest na dodatek manipulowaniem jego sumieniem i hierarchią wartości. W ten sposób liryzm Barańczaka dąży do uniwersalności. Nawet wówczas, gdy PRL-owska codzienność wysuwa się na pierwszy plan, to w ogóle nie determinuje to spadku zasadności zawartych w jego wierszach idei lub ich niewątpliwej siły demaskacyjnej, wyodrębniającej z różnych epok te same pierwiastki, dążące do stłamszenia godności człowieka i wykorzystania go do swoich celów. Wspaniale obrazuje to Tryptyk z betonu, zmęczenia i śniegu z 1980 roku. Dokonuje w nim Barańczak mistrzowskiego, można nawet rzec: antropologicznego portretu egzystencji tamtych lat. Mowa w nich o jamach w betonie, uwłaczających mieszkaniach, w których nic nie zostało wykonane tak, jak należy, a więc stają się dla poety osobliwymi symbolami indolencji tamtego systemu, pokazującemu w ten prozaiczny i „podprogowy” sposób obywatelowi, jaki jest szacunek dla niego ze strony rządzących. Właściwe jest poecie w tym tomie zdystansowanie w komentowaniu faktów, które przywoływane są w formie czystej i ironicznej po to, by podkreślić zło epoki i ludzką bezradność wobec jej marazmu. Kulminuje to w Wierszach nabywczych, w których Barańczak – wykorzystując ówczesną retorykę przeciwko niej samej – opisuje stanie w PRL-owskich kolejkach, które w jego optyce stają się dowodem na to, jak nieludzkie jest sondowanie wytrzymałości człowieka i uzależnianie jego przetrwania od wiary w coś tak naprawdę bezsensownego.

Po tym wszystkim następuje Atlantyda, która jest świadectwem rozdarcia Barańczaka pomiędzy intelektualnym przywiązaniem do Polski, opuszczonej z powodu emigracji a Nowym Światem – amerykańską rzeczywistością, w zupełności wolną od komunistycznego zamordyzmu i stawiającą poecie nowe wyzwania w postaci kapitalizmu. Choć z pewnością w życiu Barańczaka wiele się zmieniło, gdy zaczął uczyć na Harvardzie, to w jego twórczości można zaobserwować mimo wszystko pewną stałą. Wciąż czuje się obcy, nieprzystosowany i teraz jeszcze bardziej niezrozumiany przez znalezienie się w zupełnie odmiennej kulturze. W Ameryce wiele rzeczy robi już naprawdę. Gdy zawiązuje na ulicy sznurowadło to po prostu dlatego, że mu się rozwiązało, a nie po to, by sprawdzić, czy czasem ktoś za nim nie idzie. Niemniej udawanie dalej jest częścią jego życia, szczególnie w kontaktach międzyludzkich, gdy musi praktykować small talk lub mówić to, co umie, nie to, co by pragnął. Wszystko to potęguje wrażenie, że dla Barańczaka epifanie codzienności są kluczem do metafizyki. Ostentacyjność, kurtuazja, czy niezręczność, z jaką rzeczywistość wchodzi z nim w interakcje, pozwala mu za pośrednictwem języka poezji mówić o swoich tęsknotach i wygnaniu, które jest, jak sądzę, odkryciem siebie na nowo w perspektywie literatury światowej i nowoczesności w ogóle.

Dowodem na wezbranie tych wątków jest tom Widokówka z tego świata, którym Barańczak, chociażby już nawet w samym tytule, sugeruje zintensyfikowanie poszukiwań swojego podmiotu w kwestii jakiegoś transcendentalnego kontrapunktu dla tego, co realne bądź zreifikowane. Można uznać, że jego „ja” liryczne – wchodząc w drogę odpryskom świata – jest tutaj zarazem zakładnikiem perspektywizmu i solipsyzmu. Wie tylko o tym, co na pewnym etapie przedarło się do jego horyzontu poznawczego i zwróciło jego uwagę. Poza tym, wbrew usilnym działaniom, nadal nie wie, czy to wszystko dookoła istnieje tylko dlatego, że on to poznaje, czy może znaczenie rzeczy i zjawisk jest niezbywalne, przypisane im bez względu na jakąkolwiek podmiotowość. Takie sugestywne, bezpośrednio deklarowane przeorientowanie się na opozycję sacrumprofanum wskazuje być może także na to, że sam poeta stanął przed wyzwaniem oswojenia się z diagnozą swojego stanu zdrowia i nieuniknionym odchodzeniem. Wiele wierszy powstałych od tej pory mówi o byciu „tu”, ale z trudno wytłumaczalnym wychyleniem w nieokreślone topograficznie „tam”, gdzie wszelkie ziemskie dychotomie nie mają już żadnego znaczenia i gdzie wreszcie zazna się ukojenia, pozostawiając przy tym w realności subtelne ślady siebie, które co prawda będą miały swoje reperkusje przez lata, lecz kiedyś, nieuchronnie i raz na zawsze, zanikną. Często myśli się w Widokówce o Bogu, o kimś, kogo tu nie ma, ale kogo działania na wszystko mają wpływ i do kogo człowiek przynależy. Podmiot zdaje się optować za tym, że jest teraz po jednej stronie świata, gdzie ma tylko jedną szansę na bycie współobserwatorem.

Przedostatnim tomem Barańczaka jest Podróż zimowa – zbiór dwudziestu czterech wierszy napisanych do Winterreise, dzieła Franza Schuberta z 1827 roku. Powoływany tutaj do istnienia podmiot-bohater jest symbolem skali doświadczeń, jakie czyhają na współczesnego człowieka. Dręczy go brak miłości, niemożność znalezienia jakiejkolwiek bratniej duszy i rozpacz, jaka go ogarnia w kontakcie z lodowcowymi strefami. Świat jest tutaj tymczasowy, zanieczyszczony intelektualnie i fizycznie, istniejący dzięki kłamstwom i wyjałowieniu obiecanego lądu. Wszystko to ma zaświadczać za tym, że ci, którzy ustanowili naszą cywilizację, najzwyczajniej się pogubili. Nie dostrzegli w porę, że dążenie do wygody i poprzestawanie na partykularnych interesach zubaża podłoże dla jakiegokolwiek samokrytycyzmu i paraliżuje intelekt, uniemożliwia mu wypracowywanie rozwiązań dla dylematów dręczących ludzkość od wieków. Rzeczywistość w Podróży zimowej jest aż tak absurdalna i przenicowana, że destruują ją nawet ci, którzy wciąż ubolewają nad jej upadkiem. Choć – rzecz jasna – etyczna wymowa tego wszystkiego zależy od każdego czytelnika z osobna, to jednak wydaje się, że z tego krajobrazu cywilizacji jako pustego cmentarzyska idei, do których mało kto się przyznaje, wyłania się obraz jednostki odnajdującej źródło prawdy w samej sobie, a być może także źródło do wszystkiego innego.

Całą tę liryczną przygodę, walkę o myślenie i prawdę, oscylowanie między literaturą i życiem, łączenie wersyfikacyjnego mistrzostwa z humorem, zamyka Chirurgiczna precyzja, tom z 1998 roku. Tutaj akcentuje się wagę piękna, jako nieśmiertelnego komponentu świata, który kontrastuje z autodestrukcyjnością ludzkich działań. Tu wciąż na pierwszy plan wysuwa się język i dziejące się w nim rewolucje, które dokonują przewartościowań niemożliwych do zaakceptowania przez poetę. Poniekąd można uznać, że Barańczak stwarza tutaj swój etos artysty – kogoś, kto pod względem aparycji jest zupełnie niepozorny, jednak swoimi umiejętnościami i talentem potrafi zachwycić i dokonać niemożliwego. Uważa, że ludzie takiego autoramentu mogą pomóc innym w odnalezieniu sensu, odwagi w podejmowaniu ze światem dialogu i drzemiącej w nich nieufności do przejawów odchodzenia znanego im świata w nicość. Emanuje z tego tomu bowiem przekonanie, że nieuchronnie zbliża się chwila, w której nić swojego życia trzeba będzie z chirurgiczną precyzją odciąć od nici innych, równolegle biegnących, ale niestety dłuższych. W jednym z zebranych tu wierszy Barańczak wyznaje żonie, że nigdy nie udało się jej mu znudzić, w przeciwieństwie na przykład do chińskich pierożków i powieści Nabokova. Myślę, że on sam nie opanował nigdy umiejętności znudzenia się nam, którzy wciąż w tych wierszach możemy się z nim spotkać. Kiedykolwiek tylko zechcemy.

Autor: Przemysław Koniuszy

Stanisław Barańczak „Wiersze zebrane”, Wydawnictwo a5, Kraków 2006

Kursywą zostały wyróżnione cytaty pochodzące z recenzowanej książki.

„Wyłączany telewizor / w kineskopu czarny lej / wsysa całą rzeczywistość, / aby nam się spało lżej”, czyli gdy poeta szuka „smaku / i / znaku / świata”, odnajduje „Wszystko znane, nienazwane”