Transformacja. Człowiek staje się ojcem. Czas utracony nie zostaje odzyskany. Metafory i alegorie wydostają się z okowów liter

W Koło miejsca Krzysztof Siwczyk dąży do rozpoznania specyfiki relacji, jaka łączy go z przestrzenią nie tyle w sensie ogólnym, jako wszystkim tym, co względem niego zewnętrzne, ile nade wszystko zawężoną do miejsc, z których się wywodzi lub gdzie dostrzega źródeł swojego światoodczucia, a więc bycia tym, kim jest. Dzięki temu jest to opowieść o rewizji samego siebie, a więc o takich powrotach do przeszłych i odsuniętych daleko od siebie doznań, aby dziś, wobec hipotetycznej samoświadomości, dostrzec ich prawdziwe znaczenie i wpływ na wszystko to, co późniejsze. Rzecz jasna nie jest to łatwe: nic nie jest już takie, jak dawniej. Coś, co kiedyś poruszało, dziś wywołuje tylko uśmiech politowania na twarzy. Niemniej trzeba przyznać, że Krzysztof Siwczyk świetnie radzi sobie z fragmentaryczną rzeczywistością, która gdzieniegdzie została poprzecierana i widać jej białe plamy, a w niektórych miejscach zdaje się znacznie intensywniej opalizować. Tym samym Koło miejsca to powrót do czasów, w których nieuporządkowane myśli były ważniejsze niż czyny pozostawiające po sobie konkretne ślady. To, co podawał umysł, było o wiele bardziej nęcące niż to, co mogła zaoferować realność sama w sobie. Mimo wszystko detale mają tutaj niesamowitą magię. To one znamionują poszczególne utraty i przyciągają jak magnes zmysły autora, uruchamiają całą feerię wspomnień i następnie swobodnie prowadzą pomiędzy tym, co przez nie konotowane. Swą intensywnością ukrywają niepamięć i nie pozwalają uświadomić sobie wszystkiego, co je otaczało, a co być może było znacznie bardziej wartościowe. Zawsze jednak przy wspominaniu powstaje koło, a szczegóły odsyłają do innych szczegółów, aby po chwili powrócić do tego, co początkowe. Krzysztof Siwczyk pokazuje, że wypracowanie panoramy możliwe jest tylko wtedy, gdy odważy się na przekłamanie lub wówczas, gdy coś przywoływanego nas nie dotyczy i można to zrelacjonować w subiektywnie pełny sposób. A wszystko po to, by zawsze i wszędzie dotrzeć do pytania o to, dlaczego jest się właśnie sobą i żyje się właśnie tu, a nie gdziekolwiek indziej.

Późniejszy wybitny poeta nie zaczął od kompulsywnego pochłaniania kolejnych książek, ale od intuicyjnego przeżywania świata, które dopiero po dłuższym czasie miało stać się łącznikiem pomiędzy nim samym a różnymi językami i modelami obrazowania, jakie już dawno zostały przez innych uruchomione do mówienia o świecie. Wielcy poprzednicy, wyrastający także z Gliwic Różewicz, Zagajewski i Kornhauser, niejako autorytarnie zawłaszczyli tę przestrzeń, niewiele pozostawiając swemu następcy, który przez większość czasu musiał zmagać się z cudzym słowem – czymś, co brzmiało, jak jego własne, choć wyszło spod pióra kogoś innego. Niczego jednak Siwczyk nie wchłonął w całości, by odkryć siebie później, już w dorosłym życiu, przede wszystkim w wyważonym stosunku do doznawania i zdrowym wycofaniu się z postawy kogoś, kto chciałby wszystko zagarnąć. Dlatego Koło miejsca to starcie ze swoim człowieczeństwem, jako od zawsze obecnym fundamentem, który choć obecny od zawsze, to jednak bez autorefleksji nie dość uświadomiony. Tak właśnie ta książka staje się świadectwem konfrontacji i docierania do świadomości narratora takich sygnałów, które petryfikują własną inność, fascynują swą tajemniczością i sugerują mistyczny charakter przeżyć innych, ich mentalne docieranie do sfer dotąd przez niego nieeksplorowanych. To zaś, co tutaj odkrywane i weryfikowane, jako tak naprawdę niepociągające i wyłącznie zmysłowe po opadnięciu zasłony tajemnicy, staje się kolejnym przyczynkiem do mówienia o swoich słabościach i nieprzystosowaniu do równoprawnych kontaktów ze światem.

Wszystko, o czym tu mowa, prowadzi zawsze na pewnym poziomie do Gliwic, jako mieście-symbolu, które opuszczają poeci. Również u Siwczyka dominantą jest odchodzenie, bycie co prawda tu i teraz, ale jednak gdzieś indziej, poza opisywanym porządkiem. Dla niego Gliwice są (nie)swoim miastem – wiąże z nimi najważniejsze wydarzenia w swoim życiu, a z drugiej strony trudno jest mu bezpośrednio się z nimi identyfikować i eksponować do nich przynależność. Wydaje się, że problem tkwi tutaj w tym, że tak naprawdę nie wie, z czym miałby się utożsamić, gdyż to miasto nie stworzyło jakiejś spójnej narracji o sobie. Istnieje tylko po to, by zapełnić przestrzeń fizyczną, ale nie intelektualną. W pewnym sensie Siwczyk wykroczył poza nie dzięki literaturze, gdyż wraz z upływem lat znacznie poszerzały się intelektualne granice jego świata, co było tym bardziej zaakcentowane, że wraz z transformacją zaczęły się pojawiać miasta-przestrzenie inne, poza zasięgiem przeciętnego Polaka, jednak równie realne na ekranie telewizora, czy w opowieściach innych. Niemniej warto zwrócić uwagę na to, że dokonując tu jakiejś summy własnych inicjacji z dotąd nieskonsolidowanym literackim „podłożem” przestrzeni, w jakiej się znalazł i mówiąc „między wierszami” o końcu i odejściu innych, sam równocześnie pokazuje czytelnikowi, że nie wszystkie nadzieje zostały pogrzebane i jest ktoś, kto kontynuuje te tradycje, skromnie, choć niemniej skutecznie. Wciąż cierpliwie wskazując dowody swojej obcości względem Gliwic i vice versa tak naprawdę akcentuje swe ciągłe oscylowanie wokół nich jako wielkiej metafory, ogarniającej summę myśli tam powstałych w jego umyśle i zaczerpniętych ze świata, zawężonego do konkretnych śladów-odnośników.

Dla Siwczyka ważne jest w Koło miejsca to, aby swym potencjalnym odbiorcom pokazać korzyści, jakie wynikają z mówienia i aktów współprzeżywania, które muszą mieć miejsce na płaszczyznach powoływanych do istnienia przez jednostki, ale rozwijanych przez wspólnoty. I to nie tylko takie, które są usytuowane w przestrzeni wypełnionej budynkami i ulicami, ale także wśród „myślących” i wrażliwych, różniących się od siebie, ale mających także jakiś wspólny mianownik – jednoczący i umożliwiający porozumienie. Przez to, że jednak w Polsce taki stan rzeczy jest zbyt utopijny, aby był rzeczywisty,  Koło miejsca to także opowieść o przystosowywaniu się do sytuacji, w której pisarz jest zawsze kimś obcym, bez względu na to, gdzie się znajdzie, zawsze będzie z nieokreślonego zewnątrz. Wydaje się tutaj, że gdyby nawet człowiek słowa został zauważony i gdyby jakaś społeczność uznała wytwory jego myśli za współbrzmiące z ich intelektualnymi potrzebami, to i tak ad hoc musi być gotów na to, że prędzej czy później to samo środowisko bez mrugnięcia okiem wyprze się go i nobilitację przekształci w przekleństwo. Innymi słowy, pokaże mu, że poezja jest czymś nieprzydatnym, anachronicznym i zakłócającym.

Wiele miejsca w tej książce poświęca Siwczyk samooskarżeniom o grafomanię. Gdyby odebrać to wszystko dosłownie, to wówczas okazałoby się, że wszystko w literaturze jest nieogarnioną mieszaniną, niemożliwą do przyszpilenia intelektem w odpowiedniej i nieskazitelnie jednorodnej chwili. Wobec tego co chwila przeziera z tej pokawałkowanej narracji przekonanie o tym, że jest się wtórnym wobec tego wszystkiego, co już przeczytane, że ciągle człowiek poprzestaje na powtórzeniu i pomimo swych szczerych chęci nie może zdobyć się na oryginalną myśl.  Z biegiem lat Siwczyk usłyszał tyle współbieżnych ze sobą głosów, że naturalnie się z nimi scalił, aż w końcu nie mógł odróżnić siebie od innych, stał się niesłychanie kreatywnym kontynuatorem, jak wyznaje: Poetyki bywają różne, komunikaty pozostają te same. Przynajmniej mi trudno się z nim wprost zgodzić, gdyż za każdym razem, czytając jego twórczość, natrafiam na coś nowego. W jego poezji najbardziej spośród tego, co dziś publikowane, na pierwszy plan wysuwa się podmiot niespowinowacony bezpośrednio, a więc sposób obrazowania i specyfika języka, które zaprzęgnięte zostały do zadań właściwych tylko jemu. Myślę, że z pewnością to nie intertekstualizm gra pierwsze skrzypce w jego wielogłosowych poematach. Oczywiście, poezja powstaje od stuleci i wiele już mistrzów słowa się nią parało, nie znaczy to jednak, że ktoś tak utalentowany jak Krzysztof Siwczyk musiałby być skazany na pozostawanie przy repetycji, tym bardziej, że wprowadza do polskiej poezji dużo ożywczych rozwiązań. Mimo wszystko jednak, gdyby zaakceptować jego tok rozumowania, to i tak trzeba byłoby uznać, że powtarza po najwybitniejszych polskich poetach, a więc sam powoli i skutecznie wyrabia sobie swój własny głos, który będzie – jak wszystko na to wskazuje – im co najmniej równy.

Koło miejsca to także dowód na fascynację dykcją Tadeusza Różewicza – jego zdystansowaniem, podejściem do historiozofii i jednostki jako jej zakładnika. Ten rys autora Szarej strefy jest tutaj wszechobecny, w szczególności w próbach dostrzegania w wyczerpanych formułach i zdegradowanych modelach życia czegoś nowego, choć podszytego wątpliwościami i niepokojem. Siwczyk, dopatrując się u niego niewzruszonej reakcji na upadek świata, widzi równocześnie jego wewnętrzne przysposobienie do zgody na niemożność zrozumienia. Różewicz zdaje się mu pokazywać, że prawdziwe wojny i eskalacje negatywnych idei mają tak naprawdę miejsce w głowie i to właśnie tam trzeba dążyć do ich problematyzacji. Uzewnętrznienie swojej wewnętrznej niezgody i oporu nie może bowiem przynieść niczego dobrego i kojącego pod względem duchowym, a nie wszystko może zostać pojęte i zrozumiane. Obok słuchania swojego wielkiego mistrza Siwczyk zapoznaje się z kanonem i kształtuje prywatny system literackich wartości. Także on jednak w pewnym momencie z rozemocjonowaniem przyglądał się dekanonizacji, zastępowaniu autorytetów przez młodych i „gniewnych”, którzy z kolei za chwilę mieli przejść z poziomu kontestacji do afirmacji samych siebie, a więc roszczenia sobie praw do bycia nowym, „lepszym” kanonem, bardziej wiarygodnym i przystającym do realności. Jednakże Krzysztof Siwczyk współczesny, po tych wszystkich wtajemniczeniach i literackich zawirowaniach, wydaje się jak najbardziej zdroworozsądkowy i słucha wszystkich tych, których głosy mogą mu otworzyć oczy na coś nowego. Zachłanność przetworzyła się u niego w kontemplacyjność. Wybitnie daje znać tu o sobie smutek wywołany przez to, że kolejni jego mistrzowie dowolnie lub przez wyroki losu odsuwają się w cień, milkną, nie publikują nic nowego, choć w naturalny sposób ich przesłanie nadal jest obecne i nie tylko w liryce poety odczytywane na nowo, lecz także i tutaj, w Koło miejsca.

Siwczyk pokazuje, że ze wspominania samego w sobie, takiego najbardziej konwencjonalnego, nie przychodzi nic poza frustracjami. Z kolei pisanie na podstawie tego, co zarazem przeszłe i własne niezmiernie często przeistacza się w spuszczanie zasłony milczenia na to, co niechętnie przywoływane i od siebie odsuwane. W ten sposób powrót do przeszłości najczęściej kończy się kreacją siebie na kogoś zupełnie innego i nieistniejącego. W Koło miejsca jest zupełnie inaczej. Tutaj ton wszystkiemu nadaje podróż w głąb siebie, której wymarzonym przez autora zwieńczeniem jest odnalezienie jakiegoś punktu stycznego między sobą z różnych etapów życia. Dokonuje się dzięki temu na kartach tej książki demistyfikacja kulturowych reprezentacji – w przekonaniu jej narratora każda rewolucja prędzej czy później okazuje się powrotem do stanu constans, jakąś zasłoną dymną dla czegoś zupełnie innego lub najzwyczajniejszą kontynuacją starego, pod spotęgowaną lub ukrytą postacią. Stąd miejsca otaczane „kultem” lub związane z pamięcią są w Koło miejsca figurami znaczącymi, w pewien sposób zwijającymi w sobie ciąg sensów, które można do dowolnego stopnia rozwijać. Jednak najbardziej prawdopodobne jest to, że i tak każdy pozostanie przy swoim komforcie i powierzchowności. Wszystko to, co umożliwia dążenie do samozrozumienia lub świadomości istnienia jako część większej struktury zostaje przez większość z politowaniem odrzucone. Dlatego i w tej materii poeta doświadcza obcości. Z jednej strony osacza go to, co uniemożliwia kontemplację danej przestrzeni, a z drugiej wydaje się potrzebować jakiegoś kontrapunktu dla sztucznego uwznioślenia, wyprowadzającego humanizm na plan dalszy. Przedmioty są dla niego ważne, bo pozwalają ewoluować myślom. Miejsca są niezbędne do syntetyzowania kolejnych wątków aktywności twórczej i nade wszystko nie pozwalają na zawsze oddzielić się od tkanki realności. Rzeczy są w Koło miejsca odnośnikami do czasu i dlatego są równie wymowne, jak literatura. Ogniskuje swą percepcję przede wszystkim na tym, co niewyraźne, niekompletne niepewne, nieokreślone i obiecujące nowymi myślami przy ponownych odkryciach. Siwczyk lubi to, co zadaje pytania i nie udziela ostatecznych, sugestywnych i niepodważalnych odpowiedzi. W jego optyce tragizm urzeczywistnia się wciąż w równie ekscentryczny sposób, jak to miało miejsce w historii XX wieku. Zmienia się tylko jego skala i punkt odniesienia, a bez względu na wszystko zło zatacza coraz szersze kręgi, choć być może warunkuje także obecność katharsis. W Polsce przedstawionej na kartach Koło miejsca nie ma pryncypiów i czegoś, co moglibyśmy określić mianem ogólnego planu estetyczno-etycznego, którego dogmatów wszyscy za wszelką cenę usiłowaliby przestrzegać. Poza tym co odautorskie liczy się w niej tu i teraz, żadne antagonizmy i historyczne obciążenia nie zasługują tu na żadną atencję ze strony ludzi stykających się z narratorem.

Koło miejsca, dzięki różnym formom redukcjonizmu, staje się historią o zapętlaniu się kolejnych wersji siebie, odtwarzaniu tego, co minione, a co niegdyś mijało w jakimś pomiędzy, mimo słów. Siwczyk pokazuje, że zapomnienie wyostrza zmysły i pozwala przetrwać, gdyż fotograficzne zapamiętanie wszystkiego mogłoby skończyć się szaleństwem. Opowiada nam zatem o tym, jak trwa sam ze sobą, zawsze i wszędzie, i w tłumie równie wyobcowanych, ale o tym niewiedzących. Co ciekawe, praktykowanie przez niego intro- i retrospekcji zostaje w pewnym momencie pozytywnie zahamowane, zaczyna nad swoje wtajemniczenia przedkładać potrzeby ukochanej córki, „nowego” człowieka, mającego je wszystkie daleko przed sobą i dopiero stawiającego pierwsze kroki na drodze do ewentualnych hipotez lub rozstrzygnięć. Jej mikroświat staje się na kartach Koło miejsca makroświatem, który nie jest pochłonięty przez rzeczywistość ojca, lecz współegzystuje z nim na równych prawach. Cała obcość, niemożność i problematyczna pamięć zostają natychmiastowo zniesione przez powrócenie do punktu wyjścia. Znów trzeba wiązać rzeczy ze słowami, ukrywać w realności ślady swojej bytności i żyć tak naprawdę o tym nie wiedząc. Staje się w ten sposób Koło miejsca dość bardzo poetyckim raportem z egzystowania wśród ułomków świata, który prawdopodobnie nigdy nie istniał, choć zdołał na trwałe wtopić się w umysł poety. Mija tutaj wszystko, choć jakoś bez jego udziału, mimo jego protestów lub wręcz przeciwnie – żywo artykułowanych apeli. Dlatego ta książka to jakaś próba pogodzenia się z przodkami, którzy ten świat zaaranżowali, efekt jakiejś przemożnej chęci spreparowania sytuacji, w której będzie możliwe spotkanie z przeszłością i w jego konsekwencji stanie się kimś już niedystylującym całego tego kamuflażu tego, co utracone, lecz poszukiwaczem punktów orientacyjnych prywatnego systemu przekładania sensów na odpowiednie dla nich przekaźniki. W ten sposób ten esej zdaje się pytać, kiedy wreszcie nastanie równowaga i będzie możliwa prawdziwa, ekshibicjonistyczna euforia, niestymulowana, ale naprawdę wychodząca z samego rdzenia własnego „ja” i pozwalająca, po swoim odejściu, introwertycznie wypatrywać horyzontu wieczności. Wszystko to zaś wpisane jest w samoświadomość tego, że robi się coś źle i stoi się w sprzeczności z własnym kodeksem.

Koło miejsca w ten różny, polifoniczny sposób pokazuje, że tendencje jawnie z literaturą sprzeczne, kontestujące ją na każdym kroku i traktujące ją za absurdalną fanaberię, w rzeczywistości stają się katalizatorem jej funkcjonowania, poprzez bunt ewokują jej najbardziej zjawiskowe oblicza, które dotąd były niewidziane. Przeprowadzona tu narracja to istna sinusoida kolejnych fragmentów, które od wynaturzeń i negatywnych projekcji płynnie przechodzą do mówienia o miłości i metafizyce przedmiotów-metafor. Nikt nie zwraca na nie uwagi do czasu, gdy z kontekstu codzienności wyprowadzi je poeta i wplecie w wiersz, jako umowny cud i dowód własnej nieudolności, potęgujący wrażenie nienasycenia światem i danym sobie przez los czasem. I właśnie prozatorsko-wspomnieniową reakcją na ten stan rzeczy jest Koło miejsca – połowiczny rozrachunek z Gliwicami, miastem-opowieścią. Krzysztof Siwczyk dobrze wie, że odpowiedzią świata na brak uświadomionego kontaktu jest fantazmat lub nicość, dlatego niniejszą książką dokonuje zwarcia się z nim, aby wiele sobie unaocznić i sprawić, aby to, co prywatne w choć minimalnym zakresie zaczęło istnieć swoim, suwerennym życiem.

Dopełnieniem dla narracji Krzysztofa Siwczyka jest Elementarz, cykl czarno-białych fotografii autorstwa Michała Łuczaka. Pokazuje on, że zawłaszczone przez nas przestrzenie i wyrwy w rzeczywistości, które pozwalają wedrzeć się w nią ze swą wolnością i wrażliwością na to, co wizualne, odbijają prawdę o człowieku i zdzierają z jego twarzy tak skrupulatnie zachowywaną maskę zakłamania. Pojawiające się na nich wzory i wymykające się im asymetrie, wytwory przypadków, pozwalają artyście pokazać, że trwa tylko jeden wielki, nierozpoczęty i niemożliwy do zakończenia moment – niezależny od naszych systemów myślowych, przyjętych zasad życia społecznego i wzorów postępowania. My zaś wdzieramy się w ten porządek, który tak naprawdę jest nieporządkiem. Myślimy, że wszystko w nim zależy od nas, dlatego włączamy w jego ramy nic nieznaczące rupiecie i anektujemy go, w istocie potęgując swoją słabość i dając jej realny wygłos. Sfotografowane tu wzory nikną, a materia z czystą energią w jej środku pozostaje, jakby miała powrócić do swojego pierwotnego, przedludzkiego stanu, tak niwelując nasz wpływ, aby w końcu stał się tylko widmem – elementarzem i początkiem dla nam podobnych, a dla innych czymś pustym, pozbawionym sensu i racji.

Autor: Przemysław Koniuszy

Krzysztof Siwczyk „Koło miejsca”, Michał Łuczak „Elementarz”, Muzeum w Gliwicach, Gliwice 2016, s. 128

Transformacja. Człowiek staje się ojcem. Czas utracony nie zostaje odzyskany. Metafory i alegorie wydostają się z okowów liter