„Czasem mam w sobie taki myślnik, taki szum”, czyli „mrówki w cukrze” w poezji o byciu kimś innym, gdy jest się (niestety) ciągle tym samym

W wierszach uznanej poetki młodego pokolenia, Joanny Lech, zebranych w jej najnowszym tomie Trans, rzeczywistość i człowiek są sobie wrogie, stosują przeróżne sztuczki, aby siebie nawzajem przechytrzyć, przybierają coraz to wymyślniejsze maski i w konsekwencji wpadają w osobliwy trans, w którym nic nie jest pewne i nie sposób oddzielić prawdy od ułudy. Po stronie „ja” główny problem leży w tym, że chcąc być uczciwym wobec siebie, wciąż musi utwierdzać się w przekonaniu, że czegoś nie wie, co prowadzi do intuicyjnego poczytywania przesłanki za niezbity dowód na potwierdzenie jakiejś tezy. Do zrozumienia i samopoznania dąży się tutaj przez sen – zarówno naturalny, prowadzący do regeneracji organizmu, jak i wynikający z wyboru, polegający na psychodeliczno-podejrzliwym traktowaniu całego świata, jako tworu onirycznego, nierealnego, rządzącego się zupełnie innymi zasadami, niż nam zdołano wmówić.

Choć trudno jednoznacznie rozstrzygnąć, ile tak naprawdę zależy tutaj od samego podmiotu, a ile zostało mu narzucone, to jednak w większości tych wierszy napotkamy na akceptację stanu rzeczy właściwego poetyckiemu światu. Mimo to, gdy pojawia się pragnienie ucieczki, to zawsze nie „od” tego, co tutaj, lecz „do” tego, co można napotkać w przestrzeniach nieznanych, egzotycznych i wątpliwych. Poszczególne „transe” wynikają więc z tego, że człowiek pragnie innych stanów skupienia, czuje się najzwyczajniej uwięziony w swoim ciele i poznaje dzięki temu najbardziej uniwersalną prawdę o życiu. W świecie realnym, ufundowanym na relacji pomiędzy podmiotem i przedmiotem, każdy akt jego świadomości poczyniony jest z konkretnej perspektywy, nigdy nie stanie się czymś totalnym, wykraczającym poza egzystencjalne i psychologiczne paradoksy. W świecie Transu wszystko jest ze sobą surrealistycznie powiązane – coś, co „normalnie” jest niewytłumaczalne, tutaj zyskuje swoje klarowne wyjaśnienie w postaci jakiegoś zjawiska lub rzeczy, która choćby się wydawało, że nie ma żadnego powiązania z tym, co chcemy naświetlić, to jednak tutaj ta zależność okazuje się czymś najoczywistszym, uchwytnym na pierwszy rzut oka. Równie często obecnym przejawem tego jest język, który bohaterom-podmiotom Joanny Lech potrafi wielokrotnie „spłatać figla” swą wieloznacznością i zmetaforyzowaniem. W naszym systemie językowym nie brak przecież wyrażeń, które traktują rzeczywistość na wyrost i zakłamują ją, gdy chcą nienazywalne ująć w sztywne ramy komunikatu, czemu Trans stawia jednym razem ewidentny opór, by za chwilę podać w wątpliwość jego zasadność i zakamuflować go – udać, że sprzeciw miał miejsce, lecz teraz jest czymś niekorzystnym.

W transowej rzeczywistości nieprawdopodobne rzeczy naprawdę się dzieją – uczucia można wyjaśnić stanem fizycznym, wewnętrzne uniesienia znajdują swój realny odpowiednik, a absurd staje się normalnością. Fatalistyczne traktowanie świata takim, jakim jest, nie zadowala podmiotów Transu – o wiele bardziej satysfakcjonujące jest dla nich szarpanie się z nim i postrzeganie go tak, aby spełniał ich postulaty i odzwierciedlał wyobrażenia. Stąd tyle tu buntu i strachu przed demaskacją ferowanych przez nich przeinaczeń, co nie prowadzi jednakże do wniosku o wtórności „transowego” świata, jego wynikania z myśli kolejnych podmiotów lirycznego wyznania. Wydaje się, że Joanna Lech chciała nam unaocznić, że nie ma żadnych powodów ku temu, aby bać się rzeczywistości, nie czerpać z niej wszystkiego, co ma do zaoferowania, choć całkowite jej zaufanie również nie jest czymś w jej światopoglądzie twórczym godnym pochwały. Kontrapunktem dla tego wszystkiego jest pragnienie miłości, jako jedności z kimś bliskim tylko sobie, poczucia z nim wspólnoty duchowej i bezgranicznej otwartości na tę jedną, wybraną osobę. Jednak i o tym, słusznie, nie mówi się w sposób pozbawiony zastrzeżeń. W Transie każda zależność i relacja, zarówno znaczeniowa, jak i dotycząca opisywanych zdarzeń, zawsze stawiana jest w ogniu krzyżowych pytań, aby wyłonić ich dwie strony medalu, negatywne i pozytywne oblicze. Dlatego jest to poezja nieco polifoniczna, splata się tutaj inwencja i niewątpliwy talent autorki, wymowa piosenek składających się na soundtrack tomu, a na dodatek przeziera z tego gdzieniegdzie niefortunny komunikat prasowy, który może wydawać się błędem praktykanta lub lekceważącego czytelników dziennikarza, lecz w Transie staje się odsłonięciem zasłony lub potwierdzeniem tego, że nawet w najmniej spodziewanych momentach może dać znać o swoim istnieniu coś, co jest pod „podszewką świata”, a co nieświadomy emisariusz prawdy nam ujawnia.

Dlaczego warto więc pozwolić wprowadzić się w stan transu, na przykład poprzez lekturę tej książki? Jedną z niewątpliwych zalet jest to, w jaki sposób wówczas zachowuje się pamięć. Okazuje się, że bardzo łatwo wtedy pozbyć się ze świadomości czegoś, co poniekąd nas dotychczas współtworzyło, lecz czemu dotychczas zawdzięczaliśmy tylko frustracje, lęk i smutek. W świecie wyobrażonym, sennym można żyć w sposób prawdziwie wolny, niezideologizowany, ponieważ śniąc i marząc nie pamiętamy o tym, co poprzedziło chwilę obecną. Podmioty Transu, dokonując spontanicznych i intuicyjnych wyborów, pragną zapomnienia również dlatego, że swoje życie postrzegają w kategoriach kieratu – konkretne momenty, znieczulające na zło i wpajające materializm, wciąż powracają w ich historii, więc mają ich po prostu dość. Nie widząc jednak możliwości wydobycia się z tego impasu wolą stać się kimś, dla kogo „teraz” jest czymś ciągle nowym i równocześnie tym, co wcześniej i później. Rozpatrując to z perspektywy metaliterackiej moglibyśmy odnieść wrażenie, że Trans eksponuje jedną z głównych cech literatury, którą jest zawężanie percepcji. Poeci, chcący poddać refleksji jakąś ważną w danym czasie tendencję, muszą najpierw sprowadzić ją do konkretnego przejawu, najczęściej ekstremalnego, aby następnie na tyle uwieść zmysły czytelnika swą wizją, aby ten był w stanie pociągnąć ją dalej, formułując kolejne pytania i odnosząc to do swojego życia, które także nie jest czymś ciągłym i skupione jest wokół epizodów-egzemplifikacji. Rodzi to jednak znaczące niebezpieczeństwo, przed którym ostrzega wiele z tych wierszy. Widząc detal, wielokrotnie nie mamy świadomości tego, że całość, na którą ów szczegół się składa, może mieć zupełnie inne znaczenie, niż sugerowałaby jakiś jej element, co bez przeszkód wykorzystują przeróżni manipulatorzy. Pokazuje to, że wejście w stan transu, iluzji i fantazji może pomóc znieść to, z czym przyjdzie nam się zetknąć, gdy powrócimy do względnej normalności i ujrzymy całość.

Trans w ujęciu Joanny Lech ma moc wyzwalającą siły zakorzenione w podświadomości, pozwalającą działać wbrew innym i przede wszystkim w zgodzie ze sobą i pragnieniami, które poza światem snu nigdy nie mogłyby się ujawnić. Jednak człowiek, z jakim obcować będzie czytelnik tego tomu, w przedziwny sposób okazuje się pęknięty i pozytywnie słaby, daleki od ostatecznego określenia i ciągle się „stający”, bo dzięki temu zyskuje na autentyzmie, zaczyna w swoim życiu splatać walkę z koszmarami z oddawaniem się we władanie fantazjom. Dlatego nierzadko zdaje się pragnąć zniewolenia, które zawsze w jego mniemaniu powinno zostać poprzedzone czymś na wzór zgody. W ten sposób w Transie różne formy negatywizmu tracą na znaczeniu, gdyż nade wszystko zgodnie z jego przesłaniem warto poszukiwać jakiegoś punktu wspólnego lub złotego środka, który pozwoli trwać i rozwijać się w harmonii pomiędzy tym, co ciągnie nas i podmiot tych wierszy w dwa, przeciwne kierunki, raz z jednej, a raz z drugiej zwiększając swą siłę przyciągania.

Gdzieś na peryferiach tych myśli kryje się poetycki namysł nad tym, czy rzeczywiście to człowiek jest gwarantem istnienia sensu świata i czy może nie jest w gruncie rzeczy tak, że jeżeli cokolwiek posiadamy, to tak naprawdę tylko siebie i to wyłącznie w momentach szczególnych, właśnie transowych. Wówczas nie odgranicza nas od świata powłoka cielesna, nasze istnienie staje się płynne, nieokreślone, bije z nas światło i wszystkie kategorie, jakimi ludzie przez stulecia posługiwali się, gdy mówili o życiu, stają się dla nas nic niewartą abstrakcją, sztuką dla sztuki niemającą zastosowania w praktyce. Trans otwiera więc na kwestie, które z perspektywy wielu być może nie stanowią większego problemu i powinny zostać przemilczane, tym bardziej jeżeli przecież nie wiemy, czym są ani tym bardziej, jakie mają dla nas znaczenie. Wbrew temu Joanna Lech wnikliwie przygląda się poszczególnym aberracjom rzeczywistości, nie roszcząc sobie przy tym prawa do totalności, gdyż do jakiegoś stopnia jest świadoma swego talentu, ale – co tutaj najbardziej pociągające – nie wie, w jakie rejony może on ją zaprowadzić. Dzięki temu, za każdym razem zaskakując czytelnika niecodziennym podejściem do tego, co niewyrażalne i niemożliwe, kontynuuje eksplozywność znaną z poezji Przybosia. Świat Transu naładowany jest nieznaną energią, która prędzej czy później będzie musiała wybuchnąć. Zanim to jednak nastąpi Joanna Lech, burząc zastane struktury, chce nam pokazać, do czego można dotrzeć, gdy korzysta się z dynamitu wyobraźni.

Autor: Przemysław Koniuszy

Joanna Lech „Trans”, Instytut Mikołowski, Mikołów 2016, s. 40

Kursywą zostały wyróżnione cytaty pochodzące z recenzowanej książki.

„Czasem mam w sobie taki myślnik, taki szum”, czyli „mrówki w cukrze” w poezji o byciu kimś innym, gdy jest się (niestety) ciągle tym samym