„Rytm bezkresny wiecznego mijania”, czyli „tęsknota obrazowa” w tomie pełnym uniesień i niesłusznej amnezji

Dziwność pyłku i bezmiaru. Dziwność piękna –

Dziwność Boga. Dziwność przeznaczenia –

Dziwność, dziwność bezgraniczna, nieobjęta.

Dziwność sama. Bez nadziei i pragnienia.

Wiersze wybrane Elżbiety Szemplińskiej (1909-1991) przypominają nam niezwykle interesujący głos XX-wiecznej poezji, który przeszedł rozmaite ewolucje – od utworów pełnych dziecięcego zachwytu nad „wybuchowością” świata, jego wielogłosowością, przez teksty przepełnione dekadentyzmem i antypatriotyczny epizod, aż do rewizjonizmu i stopniowego wyciszania poetyckiej frazy. Jest to wybór naprawdę niesamowity, bo nie tyle prezentuje reprezentatywne przykłady każdego z tych etapów, ile z tego względu, że czytelnik nie znajdzie tutaj utworu niezasługującego na głębszy namysł i niewzbudzającego zachwytu nad niewątpliwym talentem autorki. Po lekturze tych Wierszy wybranych w niejednej osobie obudzi się z pewnością żal nad tym, jak wiele wartościowych, aktualnych i przede wszystkim poruszających zjawisk pozostanie dla nas w literaturze nieodkryte. Czesław Miłosz w swym wierszu Ale książki napisał niegdyś, że pomimo wszystkiego, co się wydarzy, dobrze urodzone książki będą na półkach. Nie ma tam jednak mowy tylko o półkach bibliotecznych, lecz takich, z których będą mogły trafić do dotykających ich rąk czytelników, inicjujących w ten sposób ich trwanie w myśli i pamięci. Dlatego warto sięgnąć po te teksty, gdyż literatura bez odbiorców traci swą rację istnienia.

Choć poetyka Szemplińskiej przez lata podlegała znaczącym przemianom, to jednak bez względu na czas odznaczała się obecnością podmiotu, który zna swoje miejsce w maszynie, jaką jest społeczeństwo i godzi się na wszystko, co mu w niej przeznaczone. Pogodzenie się ze swoim losem nie koliduje tu jednak z zastanowieniem się nad tym, czy naprawdę człowiek musi być zgubiony przez swe rozdarcie pomiędzy metafizyką a pragmatyczną codziennością, czy w istocie nie ma żadnej możliwości ucieczki przed dehumanizacją i animalizacją człowieczeństwa. Poetka zdaje się docierać dzięki temu do hipotezy, zgodnie z którą, bez względu na panującą w danym momencie dziejowym ideologię, dzięki obraniu odpowiedniej perspektywy zawsze będzie można dostrzec jednostkę zawłaszczoną, sprowadzoną do funkcji, jaką pełni w świecie dla innych, a więc wyzbytą z przynależnego sobie naturalnie humanizmu. W tym tkwi źródło jej postulatu połączenia wolności z równością, aby każdy człowiek miał prawo nie tyle do pracy, jako budowania ładu społecznego i prywatnego dobrobytu, ile także do korzystania z tego wszystkiego, co przez niego współtworzone. Mimo to nie sposób oprzeć się przekonaniu, że sama poetka niezbyt wierzyła w możliwość urzeczywistnienia tych marzeń, gdyż z porównywalną intensywnością konstruowała obrazy potwierdzające te idee, jak i ich przeciwieństwa, uwydatniające wszystko to, co jednostkę sprowadza z „właściwej” drogi na manowce, uniemożliwiając jej rozwój i niejako zatrzymując ją w miejscu, w którym – w sposób metaforyczny – stawała się wystawiona na działanie negatywnych sił. W tym miejscu u Szemplińskiej najczęściej pojawiała się rodzina – organizm niesłychanie przez nią podziwiany i darzony wręcz kultem, lecz niemogącym mimo wszystko uniknąć kontaktu z ostrzem jej krytyki, gdyż to właśnie rodzina sprowadza człowieka do „parteru”: pokazuje mu, gdzie jego miejsce, hamuje wyobraźnię, niweluje ambicje i bezpowrotnie wprowadza w „kołowrotek” egzystencji, w którym każdy etap jest z góry przewidziany.

Wybór ten jest doprawdy wieloaspektowy. Obok tego rodzaju refleksji sytuują się tu, nierzadko ocierające się o surrealizm, swoiste reportaże Szemplińskiej z obserwacji miast i krajobrazów, a wszystko po to, aby czytelnik wraz z nią zbliżył się do niezafałszowanej prawdy o rzeczywistości, której modus operandi jest ukrywanie się za maskami, przybieranie postaw niewzruszonych i udawanie, że wszystko jest dokładnie takie, jakim jawi się na pierwszy rzut oka. Dlatego nic nie stoi tutaj na przeszkodzie, aby świat po Leśmianowsku oszalał, samochody były zwierzętami w dżungli, kościół ropuchą w rui, ogród jęzor ostry zwijał w szorstką rurę, a jezdnie stawały się dusicielskimi olbrzymimi boa, przy czym nie są to popisowe metafory, lecz pełnoprawne obrazy. Tym samym w tej poezji krytyczny namysł nad misteriami rozwoju, / od ziarna do śmierci, siłami przyrody, ich witalistycznym odradzaniem się i trwaniem mimo wszystko kryje się nadzieja dla człowieka pragnącego zachować swą podmiotowość i świadomość nieskończoności świata, który ludzkość próbuje nieudolnie zatrzymać. W zebranych tu utworach także zewnętrzność (świat przedmiotów) nie jest tylko współtowarzyszem człowieka, lecz immanentną częścią niego samego – rzeczywistość poza człowiekiem jest odzwierciedleniem jego wnętrza, determinuje psychikę i zachowania.

Właściwe Szemplińskiej tendencje antropomorfizacyjne służą odkłamywaniu zakorzenionego w świadomości wyobrażenia o tym, że świat nie mógłby istnieć bez „ja” poznającego. W jej optyce oczywista konkluzja mówiąca o tym, że bez człowieka być może byłoby wszystkim innym istnieniom znacznie lepiej, przeobraża się w zachwycające opisy nadmiaru, którego nikt nigdy nie zdoła docenić w odpowiedniej mierze, jak pisze: To już nadmiar jest szczęścia, lenistwa i ciszy. / To nie życie człowieka, lecz ptaków i traw. U Szemplińskiej bycie-w-świecie jest permanentnym cierpieniem, tkwieniem w samym oku cyklonu, w centrum ścierających się opozycji, z którego nie można uciec lub trzeba po prostu oddać się mu w całości, jak to ujmuje w jednym z wierszy: jedyna ucieczka przed tobą – skoczyć w odmęt i dać się pochłonąć. Powoływane przez nią do istnienia podmioty, godząc się na życie, automatycznie wyrażają aprobatę na metaforyczne „wszczepienie” im enigmatycznego pierwiastka, który znajduje się w ten sposób zarówno w nich samych, jak i w całym świecie, łączy „ja” z rzeczywistością, a więc uniezależnia od siebie te dwa byty, inicjuje nieudolne podejmowanie ucieczek od zła w poszukiwaniu dobra (na próżno uciekam i czekam, i walczę, i szukam wokół) i tym bardziej – przez wszechwładzę tego, co niepojmowalne i destrukcyjne – zniewala, przejawiając się w najmniej spodziewanym momencie: Ona mówi do mnie widokiem, dźwiękiem, zapachem, dotykiem, / tym mocniej podświadomość owłada, czym ją głębiej świadomość spycha.

W refleksji metapoetyckiej Szemplińska akcentuje subtelną różnicę pomiędzy koncepcją powstawania wiersza (przejścia od jego nieistnienia do bycia) i jego stawaniem się (pęcznieniem, splątywaniem, gubieniem), swego rodzaju niemożliwym do zakończenia procesem wynikania, który ma swój punkt wyjścia w pozostawaniu liryki na iskrzącym od licznych napięć styku pomiędzy fizycznością i zmysłowością – tym, co twórca zgadza się ujawnić i jego zasugerowaną przez uzewnętrznienie podświadomością. Temu ostatniemu poetka przygląda się jeszcze bliżej, ponieważ rysująca się tutaj niezgodność stanowi dla niej sedno dramatu człowieka może nie tak „zjawiskowego” jak te, o których mówi historiozofia, ale równie ważnego i koniecznego do skomentowania. Okazuje się bowiem, że podmiot XX-wieczny (i zapewne także nam współczesny) znajduje się w osobliwym impasie. Z jednej strony nie może szukać ukojenia, wyjść ze swoją rozpaczą do świata i ludzi, gdyż dałby wówczas świadectwo swej słabości, a słabego człowieka można niezwykle łatwo złamać i zmanipulować. Z drugiej zaś nigdzie nie jest naprawdę sam, zawsze „jest” w kontekście czegoś, co od niego niezależne, chociażby natury, która co prawda została na wszelkie możliwe sposoby opisana, to jednak wciąż zdaje się przed nami skrywać swą prawdziwą istotę i magię. Kumulację tych wszystkich poglądów odnajdujemy w wierszach wprost mówiących o tym, czym dla Szemplińskiej jest liryka. Wiersze są dla niej czymś, co otwiera umysł na nowe doznania, poszerza horyzonty i wydobywa ze „strefy komfortu”, przy czym nie może tego robić gwałtownie – im dłużej poeta utrzyma na wodzy uwagę czytelnika, tym bardziej do niego dotrze ze swą twórczością. Co ciekawe tekst w jej przekonaniu ma umożliwić czytającemu zagubienie się w sieci znaczeń, by następnie pomóc mu w odnalezieniu się.

Szemplińska jest niewątpliwą mistrzynią w kreowaniu uniwersalnych, miniaturowych obrazów-scen, które są wspólne każdemu z nas. Na pierwszy plan wysuwają się sytuacje dotyczące relacji międzyludzkich – niemożności przewidzenia, jak zmiana środowiska, w jakim żyje bliska nam osoba, wpływa na jej wnętrze, kłopotliwych sytuacji wynikających z niewłaściwego odczytania intencji Innego wobec nas lub niezgody na próby przejrzenia kogoś na wskroś, poznania pełni jego myśli. Nie bez kozery warto tutaj zaznaczyć, że może mieć to charakter całkowicie pretekstowy do mówienia o sobie jako o kimś w świecie zagubionym, pozostawionym samemu sobie, wrzuconym w tłum, który ma do zaoferowania jednostce tylko samotność, ponieważ bez względu na okoliczności „ja” zawsze samo musi zmierzyć się ze swoimi myślami. Nikt nie jest w stanie mu w tym procesie autokonfrontacji pomóc, ugasić w nim nienasycony ogień, ujarzmić chaos myśli, uspokoić rozżarzony, dymiący mózg i zracjonalizować to, co wymyka się poznaniu.

Apogeum twórczości Szemplińskiej przypada na lata Dwudziestolecia i II wojny światowej, dlatego tak wiele z tych wierszy pragnie na trwałe zaczarować świat, nałożyć na niego cały zestaw bajkowych motywów, które pozwolą się przekonać, że to, co dzieje się dokoła, tak naprawdę jest fikcją i nie ma w istocie miejsca. Inną możliwością jest także to, że wyobraźnia pozwala wskrzeszać światy już nieistniejące i jest jakimś remedium na rozczarowanie Polską powojenną, „inną”, rozbieżną ze wspomnieniami i oczekiwaniami powracających do ojczyzny: Nie zdobywszy nic, prócz goryczy, / prócz zawodu nic nie doznawszy, / odlatuję, po krótkim spoczynku, / bez nadziei, a z żalem. Na zawsze. Podmioty tych wierszy ewidentnie przygotowują się na śmierć, z zapartym tchem zdają się jej wypatrywać, jakby pewne, że nie sposób uniknąć nadchodzącej klęski, jak w wierszu z sierpnia 1939 roku: Co napisałam, / to się nie liczy: bełkot i krew. / Przyszłość nadchodzi, / w skoku się wspina, / cicha – / jak lew. A gdy to następuje, gdy przyszłość utożsamia się z końcem, dla poetki zaczyna się droga, podróż na wozie życia, emigracja do przeróżnych miejsc, którą my, czytelnicy tego tomu, możemy bardzo dokładnie prześledzić, czytając wysyłane przez nią do nas liryczne pocztówki z Kujbyszewa, Moskwy, Warszawy, Paryża, Rzymu, Luksemburga, Casablanki – kolejnych etapów jej tułaczki. A wszystko to w tle zmagań człowieka z demonami przeszłości i samym sobą – kimś, kto co prawda jest żywy, lecz już jakby przekonany o tym, że decyzja o jego śmierci  zapadła i nie ma odwrotu. Najbardziej poruszające jest tutaj myślenie o Warszawie, swego rodzaju locus communis, mieście-symbolu, miejscu wspólnym dla Polaków kierujących tam swoje myśli o przeszłości, która powrócić nie może, choć oni, w swym wnętrzu, zachowali ją niezmienną. Dlatego z zebranych tu wyznań emanuje niesamowicie silna rozpacz, której przyczyną jest wyszydzenie tego wszystkiego, czemu się zaufało, a co okazało się iluzjami niewartymi nawet spojrzenia, jak czytamy w wierszu z 1946 roku: Ciało moje ziemi rzuć na dno, / w ogień na dno rzuć moje serce – / abym nigdy nie wstała więcej, / kiedy wszystko przepadło… Wobec tego wszystkiego nie ma tutaj zgody na rzeczywistość, w której wojna i nieszczęście jest częścią rozrywkowego kiczu. Do ocalenia jest bowiem tylko człowieczeństwo i jego zapamiętane przejawy, a nie konsumpcjonizm i materializm, gdyż uczuć nie sposób uwięzić w przedmiocie.

Elżbieta Szemplińska pokazuje, że każdy z nas zmierza do miejsca, w którym wszyscy się spotkamy. Warto więc (poza tym, co opisane powyżej) przeczytać tę książkę, chociażby po to, by poznać drogę kogoś, kto już tam na nas czeka.

Autor: Przemysław Koniuszy

Elżbieta Szemplińska „Wiersze wybrane”, redaktor serii P. Mitzner, wybór i wstęp: M. Chabiera, Wydawnictwo Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”, Lublin 2015, s. 108

Kursywą zostały wyróżnione cytaty pochodzące z recenzowanej książki.

„Rytm bezkresny wiecznego mijania”, czyli „tęsknota obrazowa” w tomie pełnym uniesień i niesłusznej amnezji