„A co to są obłoki? Myślę, proszę państwa, / że westchnienia poezji na niebach mieszczaństwa”, czyli genialny eklektyzm, przewrotny humor, bezprzykładna ironia i zaduma

Czyśmy jeszcze w przedpokoju,

Czy już właśnie jest po wojnie?

Spośród pisarzy dwudziestolecia Światopełk Karpiński (1909-1940) jest postacią co najmniej niezwykłą. Tym bardziej że wszelkie triumfujące wówczas tendencje i estetyki odbijają się w jego twórczości jak w soczewce, w zwielokrotnionej formie. Z jednej strony obserwujemy więc w Wierszach wybranych zwrot w stronę klasycyzmu, operowanie gatunkami w XX wieku już skutecznie zdeprecjonowanymi i reinterpretowanie dokonań wielkich „mistrzów”, zaś z drugiej formowanie własnej, autonomicznej wrażliwości, która znajdowała wyraz w wierszach przezwyciężających ramy narzucane przez epokę „ugrupowań” rządzących się „programem”. Sprawia to, że te Wiersze wybrane stają się opowieścią o twórcy, który przemożnie pragnie rzucić się w wir tego, co nowe i odpowiadające „potrzebom” czasów obecnych, lecz powstrzymuje go od tego konieczność „kontynuacji” nurtu wyznaczanego przez swojego wielkiego przodka – Franciszka Karpińskiego. Napawające smutkiem jest to, że poeta, który „ma” wszystko, co mogłoby mu przynieść rozgłos w obecnym czasie, włącznie z elektryzującą wielu niejasnością jego śmierci i praktykowaną przez niego z powodzeniem autokreacją, dziś obecny jest jako jeden z „zapomnianych”. Tym bardziej jednak zasługuje na ogromne uznanie fakt jego przypomnienia szerszemu gronu czytelników.

W swojej twórczości najwięcej uwagi poświęcał pokazywaniu, jak relacje międzyludzkie kształtują się w kontekście świata, jak dzięki temu uruchamiają się ukryte w nim sensy i przede wszystkim jak szybko człowiek – bez kontaktu z rzeczywistością nieuwikłaną w konflikty – może popaść w czarną rozpacz. Stąd w wierszach najbardziej lirycznych, niekiedy młodopolskich, na pierwszym planie sytuuje się przyroda ekscentryczna, często w swej żywiołowości niewinna i pełna egzotycznych akcentów, a w kontraście do niej zawsze przedstawiane jest to, co złe, bo stanowi wytwór ludzkiego umysłu, jak wojny, wybuchy i wiedza o zabijaniu. Takie obrazowanie Karpińskiego służy unaocznieniu, że pomimo anihilacji jednostkowości przez wszechogarniające ideologie człowiek wciąż zachował swą istotę – to, co pozwala mu istnieć jako byt ciągle poszukujący nie tyle spełnienia, co bliskości z kimś, kto kieruje się równie bezprzykładną nadzieją na ukojenie i dobroć. Rezonuje to w konstrukcji podmiotów zebranych tutaj wierszy – każdy z nich jest do tego stopnia zachłyśnięty bogactwem wszechświata, że aż gotów jest zrzec się siebie w imię racji kosmicznych, czy też przetrwania nieśmiertelnego piękna, co w niczym im nie przeszkadza w uważaniu się za spadkobierców stworzycieli tego, co dziś przeraża swą złożonością i skomplikowaniem. Karpiński – pragnąc duchowej wspólnoty z czytelnikiem – w ten sposób dąży do tego, aby jego poezja uczyła wrażliwości, którą on zdaje się rozumieć jako najbardziej podstawowy odruch dostrzegania tego, co intuicyjnie chcielibyśmy uznać za niewarte naszej uwagi. Nastawienie wobec świata jest zdominowane przez uzależnienie go od neutralnego traktowania czasu, z równoczesną atencją wobec takiej strategii poznawczej, która jest totalna tylko w tym sensie, że umożliwia podmiotowi pełną ekspresję jego wrażeń przy świadomości ich niekompletności i upraszczającego charakteru. Z tego powodu w świecie poetyckim Karpińskiego nie ma nic, co byłoby spodziewane – im intensywniej ktoś rości sobie do czegoś prawo, tym większy napotyka opór i coraz bardziej uzmysławia sobie, że „nic” jest, a „ja” żyje w świecie i dla świata, zaś jego samodzielne bytowanie, w oderwaniu od wszystkiego, jest ułudą.

W zebranych tutaj wierszach na pierwszy plan wysuwa się przekonanie, że największym przekleństwem człowieka jest to, iż każde z charakteryzujących go uniwersaliów zmusza do poszukiwania prawdy. Stąd życie to ciągłe popadanie w katatoniczne stany. Raz uświadamiamy sobie, że czegoś nie ma, by za chwilę wpaść w wiry świata i „czytać” go, jak jeden wielki tekst z pogranicza literatury sensacyjnej, czego oczywistą konsekwencją jest cykliczne upadanie pod ciężarem rzeczywistości. Podmioty Karpińskiego okazują realności wystudiowaną oziębłość, najczęściej w wulgarny sposób demistyfikują ją lub nawet deprecjonują powagę jej istnienia. Doskonałą wizualizacją tego jest jedna z kluczowych metafor – człowiek (odpowiednik everymana), doznając cierpienia, kreśli swoje imię na imionach świata, jakby naiwnie liczył na to, że tym pozostawi jakiś trwały ślad po sobie, gdy przecież – po jego zetknięciu się z tym, co metafizyczne lub po nadejściu prywatnej „zagłady” – inni, równie pragnący pamięci, przekreślają (…) [go] i tym samym ściegiem / imię »nic« wypisują: krwią, farbą i łzami. Dlatego u Karpińskiego często mamy do czynienia ze światem „czystym”, pierwotnym i przede wszystkim nieodczytanym, w którym hierarchizacje i klasyfikacje są czymś zbędnym, niepotrzebnie komplikującym, a każda pojawiająca się w tym wartość fluktuacyjna i zwodnicza. Mimo wszystko odniesieniem dla tego jest surrealistycznie pojmowana natura, która zaborczo wchłania człowieka aż do tego stopnia, że staje się jego odzwierciedleniem, czym autor Mieszczańskiego poematu pokazuje, jak wielu niuansów rzeczywistości pozbawiła nas antropocentryzacja i jak krzywdzące jest myślenie o przestrzeni jako zmechanizowanym zwierzęciu. Stąd ta liryka jest dowodem na to, że potrzebna jest tylko doza oryginalności, aby pewniej czuć się w świecie. Wystarczy nie bać się kojarzenia ze sobą opozycyjnych perspektyw i z przymrużeniem oka traktować to, co dla współczesności fundamentalne i znaczące, aby widzieć więcej, czego dowodem jest jeden z najbardziej zaskakujących tutaj utworów (Gioconda), w którym postać z obrazu Leonarda da Vinci udaje się na dansing.

Refleksja poetycka Karpińskiego ma swe źródło w zadumie i niepokoju. To te dwa czynniki wyzwalają w człowieku chęć do zawarcia siebie „pomiędzy” wersami, które z kolei dążą do wskrzeszenia światów innych, równoległych i dziś uznawanych za nieinteresujące lub „stare”. Efektem tego są wiersze działające jak dynamit, wydobywające człowieka z okowów myślenia zideologizowanego, które dotychczas doprowadzało go tylko do stagnacji. Pisanie jest w świecie Karpińskiego czymś ogromnie wycieńczającym, pozwalającym dotrzeć do samych granic swych fizyczno-intelektualnych możliwości aż do tego stopnia, że tworzenie przeistacza się w „mocowanie” się z rzeczywistością. Pobocznym, lecz równie pociągającym uzupełnieniem tego jest dokonywane tutaj mieszanie ze sobą różnych porządków, dzięki czemu katastrofizm wprost sąsiaduje z arkadyjskością, a erotyzm współistnieje z filozoficznym namysłem. Często wykorzystywaną konstrukcją do operowania taką strategią jest coś na wzór szkatułki – mamy „rzeczywistości” nadrzędne i inne, mniejsze, im podległe, zaś we wszystkim i zawsze, bez względu na uwikłanie we swą współczesność, Karpiński stawia akcenty na miłość, śmierć i poezję – to są kwestie, które skutecznie opierają się jakiemukolwiek ukryciu, zagmatwaniu, czy propagowanemu w danym czasie paradygmatowi. Wyznane liryczne jest dla niego na poły sytuacją opresyjną, gdyż czuje się zmuszony lub predestynowany do mówienia o tym, co konieczne i wynikające z faktu odfrunięcia z pękniętej orbity znanego mu świata, lecz wymykające się ideałom górnolotnego i sakralizującego liryzmu. Stąd wielokrotnie ucieczką od tego jest wysoki stopień zmetaforyzowania tych oto wierszy, które w swej wielopoziomowej strukturze na najbardziej znaczącym miejscu eksponują problem „ja”, które pragnie oddać duszę, bo czuje się w niej uwięzione lub zawłaszczone przez metafizykę i z tego względu liczy tylko na dostąpienie w niedalekiej przyszłości rozpostrzenia się wreszcie nicością i prochem, stania się kimś nieistotnym, lecz uczciwym względem siebie i świata. Inny, przeciwległy wariant tych refleksji odnajdziemy w jednym z najbardziej znanych utworów Karpińskiego, w Poemacie o Warszawie, w którym wrażliwość czasoprzestrzenna wyszczególnia, jak naturalizm egzystencji zderza się z industrializacją i jak wobec tego zmienia się perspektywa myślenia o człowieku. Co ciekawe autor Jesiennych sielanek, gdy mówi o życiu miasta i społeczeństwie, najczęściej wykorzystuje perspektywę ptaka unoszącego się nad dachami. To właśnie dachy romantyczne, staromodne dachy interesują go najbardziej, bo otwierają przestrzeń lirycznego namysłu i skutecznie skrywają złożoność tego, co wewnątrz toczy się swoim rytmem.

Twórczość Światopełka Karpińskiego stanowi stosunkowo małą „próbkę” oryginalności poezji pierwszej połowy XX wieku, choć jego niesamowicie wielka siła oddziaływania i szerokie spektrum poruszanych kwestii nie ma sobie równych. Tym bardziej że historia pozwoliła mu tylko na osiem lat aktywności twórczej. Wydaje się, że w głównej mierze różnorodność i rozpiętość jego poetyki mają swe źródło we wszechogarniającym wówczas niepokoju przed wojną, która nie jest przecież, jak w jednym ze znajdujących się tutaj wierszy, czymś na próbę lub karnawałem pełnym ferii barw, lecz konfliktem podważającym sens wszystkiego i wywracającym na nice każdą wizję poetyckiego zaangażowania w życie.

Autor: Przemysław Koniuszy

Światopełk Karpiński „Wiersze wybrane”, redaktor serii P. Mitzner, wybór i posłowie P. Matywiecki, Wydawnictwo Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”, Lublin 2015, s. 115

Kursywą zostały wyróżnione cytaty pochodzące z recenzowanej książki.

„A co to są obłoki? Myślę, proszę państwa, / że westchnienia poezji na niebach mieszczaństwa”, czyli genialny eklektyzm, przewrotny humor, bezprzykładna ironia i zaduma