Wywoływanie duchów to idealna reakcja na erozję pamięci

Duchologia polska pióra Olgi Drendy to próba antropologicznego wskrzeszenia kilku lat (1986/7-1994) z początków polskiej transformacji. Wydaje się to wręcz niezbędne z uwagi na fakt, że ów okres pod względem kultury i estetyki chcemy jak najszybciej wyprzeć z naszej świadomości, na przykład poprzez zastąpienie tego wszystkiego, co duchologiczne przez szereg wydarzeń politycznych i gospodarczych. Termin użyty przez autorkę w tytule oraz wykorzystywana przez nią metodologia mają swoje źródło w widmontologii Derridy (poruszanej na przykład w przetłumaczonych ostatnio Widmach Marksa) i Antropologii codzienności Rocha Sulimy. Sprawia to, że niniejsza książka staje się portretem Polski w stanie przejściowym, kiedy to jej natura była nieuchwytna, kończył się pewien świat, a jego mieszkańców nawiedzały przeróżne duchy z innych rzeczywistości, znamionujące nachodzenie na siebie dwóch czasoprzestrzeni i dwóch porządków: przyszłości i przeszłości, socjalizmu i kapitalizmu. Duchologia polska wspaniale obrazuje, jak to zacieranie się granic znacząco potęgowało i tak już ogromną dezorientację ludzi.

Dużym wyróżnikiem tej książki jest to, że Olga Drenda często w swej narracji przytacza wypowiedzi obcokrajowców, którzy w tych osobliwych, widmowych czasach odwiedzili Polskę, co wówczas było niesamowicie trudnym i nietypowym wyzwaniem. Najintensywniej obecne jest to w rozdziale pierwszym, kiedy to uwaga czytelnika skupiona jest na bajecznym słońcu, jakie spowija wszystkie zdjęcia z epoki duchologicznej. Okazuje się bowiem, że wszystkie mają niewytłumaczalną i podkreślającą nierealność tamtych czasów żółtą poświatę, która w każdym calu zaprzecza szarości, jaka jakoby miałaby wtedy dominować. Polska, w swoim nieustająco chorobliwym pędzie do nowoczesności i przemożnym pragnieniu dogonienia Zachodu, stała się psychodelicznym tworem, pełnym nieprzystających do rzeczywistości, najczęściej fluorescencyjnych barw, które w konkretnych swych przejawach podkreślały toczące się wtedy procesy przepoczwarzania. Z tego poziomu Olga Drenda słusznie dostrzega, że ludzi charakteryzuje przede wszystkim oswajana przez nich przestrzeń, to ona ma na nich najwięcej wpływu poprzez stymulowanie określonych zachowań społecznych, które z kolei rzutują na przeróżne sfery życia, włącznie z gospodarką i polityką. W tym aspekcie czasy duchologiczne stawiały na przytulność, której praktyczne realizacje z dzisiejszej perspektywy mogą budzić politowanie, a nawet u innych zachwyt, gdyż uskuteczniane wówczas wzornictwo, między innymi dzięki działalności pierwszych polskich przedsiębiorców, było nierzadko bardzo zjawiskowe i w niektórych przypadkach niemające sobie równych nawet dziś, jak to ma na przykład miejsce w pomalowanej na zielono drewnianej żabce, znanej współcześnie jako Froggie Talkie.

Najbardziej pociągające rozdziały Duchologii dotyczą przeróżnych aspektów wrażliwości na sztukę i piękno. Mowa tutaj zatem o Polskiej Szkole Plakatu, rodzącej się poligrafii, dynamicznie ewoluującej sztuce reklamy czy marketingu i zjawisku tworzenia bardzo widmowych okładek dla książek science fiction i fantasy, które wtedy sprzedawały się w niewyobrażalnych wręcz nakładach i siłą rzeczy formowały wyobraźnię ludzi. A to wszystko spowite jest w Duchologii aurą popularnej w tej epoce muzyki i śpiewanych wtedy tekstów. Swoje piętno na epoce duchologicznej pozostawiła także niewidzialna ręka rynku, stawiająca zagraniczne ponad rodzime i degradująca wiele polskich inicjatyw, które i tak, wielokrotnie niesłusznie, obarczane były mianem gorszych. Na te czasy przypada również rozkwit działalności wypożyczalni wideokaset i handlu detalicznego lub „pokątnego”, uobecnianego przede wszystkim przez piractwo i sprzedaż na wpół legalnych kopii bez jakiegokolwiek poszanowania praw autorskich.

W epoce duchologicznej minimalizm traktowany jest za coś niebezpiecznie nieokreślonego. Dopiero dekoracyjność, lęk przed pustką (horror vacui) i tandetność ustala status społeczny. Do takiego stanu rzeczy z biegiem czasu wdzierają się przedmioty z innych światów, najczęściej plastikowe, jako pierwsze zwiastuny nowoczesności. Tym samym rzeczy przeistaczają się w motor napędowy wszystkich aktywności, gdyż ludzie często przedkładają „mieć” nad „być”. W zamknięciu książki autorka wiele uwagi poświęca legendom miejskim i różnym wariantom „urzeczywistniania” się widmowości poprzez nadprzyrodzoność. Wówczas ludzie na potęgę fascynowali się wszelkiego rodzaju cudami, ezoteryką, parapsychologią, ufologią i leczeniem na odległość za pośrednictwem telewizora. W ten sposób Duchologia przynosi kulturowe uzasadnienie dręczących wówczas wszystkich „kryzysów” i w przekonujący sposób pokazuje podłoże widm epoki transformacji, najczęściej będących tylko przebłyskami, niewpływającymi na stan constans – zmierzania kraju do czegoś lepszego.

Lektura Duchologii polskiej skutkuje natychmiastowym wrażeniem niedosytu. Autorka jest w pełni świadoma niemożności sporządzenia obrazu panoramicznego, dlatego pozostaje przy spojrzeniu kontekstowym, opierającym się na wybieraniu spośród gąszczu przeróżnych zjawisk i problemów tych najbardziej symptomatycznych, nietypowych lub dotąd niedostrzegalnych. Rzecz jednak w tym, że samo prezentowanie artefaktów niekoniecznie jest wszystkim, czego oczekuje się od tego rodzaju publikacji, które pomimo jak najlepszych intencji nie powinny przeradzać się w kompulsywne gromadzenie opisów i faktów. Choć obserwowana tu polifoniczność nie sprowadza się do tezy i uogólnienia, to wydaje się, że Duchologii nie we wszystkich aspektach udało się uniknąć kluczowego niebezpieczeństwa wynikającego z pisania o czymś, co zostało doświadczone przez większość hipotetycznych czytelników lub w jakimś w stopniu było przez nich poznane, chociażby pośrednio. Warto zastanowić się nad tym, czy współcześnie bardziej potrzebujemy przypominania, czy może nowego spojrzenia i usłyszenia czegoś nowego. Dlatego ta książka jest dopiero początkiem i chciałoby się mieć nadzieję, że autorka jeszcze nieraz wykroczy poza środowisko portali internetowych, aby postąpić kilka kroków dalej i nie poprzestawać tylko na tym, co „dali” jej inni. Duchologii potrzeba, przynajmniej moim zdaniem, krytycznego spojrzenia, przedarcia się przez widma i zaobserwowania, co się za nimi kryje i czy na pewno po czasach transformacji w pełni nas opuściły, czy może nie nawiedzają Polaków tu i ówdzie, jakby stając się przy tym absurdalnym podkreśleniem teorii spiskowych o obradach Okrągłego Stołu. Warto również dostrzec, że ów niedosyt ma swe źródło także w pewnym wybrakowaniu: dominacja reminiscencji wyjętych wprost z życia „prostego” człowieka może stać się argumentem oskarżającym o powierzchowność i zachowawczość, gdyż autorka, deklarując unikanie wplątywania się w jakiekolwiek mitologie nabazgrane na faktycznych wydarzeniach, niejako jeszcze głębiej popada w mityzację, kreuje swoją mitologię, tym razem duchologiczną. Mimo wszystko największą zasługą tej książki jest to, że jest wyzbyta protekcjonalności: nieudolna kreatywność i pozytywne kombinatorstwo (zrobić coś z niczego) nie są tu w żaden sposób ośmieszone. Ciekawym uzupełnieniem dla potraktowania w Duchologii transformacji za pewnik może być akwaforta Francisca Goi Gdy rozum śpi, budzą się demony, która może posłużyć za unaocznienie zasadności tego, co robi Olga Drenda, a co w następnych ujęciach mogłoby w jakimś stopniu odpowiadać na pytanie, czy owe duchy czasem się nie wysublimowały i teraz pragną naszego snu, aby w pełni działać i ewoluować.

Autor: Przemysław Koniuszy

Olga Drenda „Duchologia polska. Rzeczy i ludzie w czasach transformacji”, wydawnictwo Karakter, Kraków 2016, s. 255

Kursywą zostały wyróżnione cytaty pochodzące z recenzowanej książki.

Wywoływanie duchów to idealna reakcja na erozję pamięci

„A co to są obłoki? Myślę, proszę państwa, / że westchnienia poezji na niebach mieszczaństwa”, czyli genialny eklektyzm, przewrotny humor, bezprzykładna ironia i zaduma

Czyśmy jeszcze w przedpokoju,

Czy już właśnie jest po wojnie?

Spośród pisarzy dwudziestolecia Światopełk Karpiński (1909-1940) jest postacią co najmniej niezwykłą. Tym bardziej że wszelkie triumfujące wówczas tendencje i estetyki odbijają się w jego twórczości jak w soczewce, w zwielokrotnionej formie. Z jednej strony obserwujemy więc w Wierszach wybranych zwrot w stronę klasycyzmu, operowanie gatunkami w XX wieku już skutecznie zdeprecjonowanymi i reinterpretowanie dokonań wielkich „mistrzów”, zaś z drugiej formowanie własnej, autonomicznej wrażliwości, która znajdowała wyraz w wierszach przezwyciężających ramy narzucane przez epokę „ugrupowań” rządzących się „programem”. Sprawia to, że te Wiersze wybrane stają się opowieścią o twórcy, który przemożnie pragnie rzucić się w wir tego, co nowe i odpowiadające „potrzebom” czasów obecnych, lecz powstrzymuje go od tego konieczność „kontynuacji” nurtu wyznaczanego przez swojego wielkiego przodka – Franciszka Karpińskiego. Napawające smutkiem jest to, że poeta, który „ma” wszystko, co mogłoby mu przynieść rozgłos w obecnym czasie, włącznie z elektryzującą wielu niejasnością jego śmierci i praktykowaną przez niego z powodzeniem autokreacją, dziś obecny jest jako jeden z „zapomnianych”. Tym bardziej jednak zasługuje na ogromne uznanie fakt jego przypomnienia szerszemu gronu czytelników.

W swojej twórczości najwięcej uwagi poświęcał pokazywaniu, jak relacje międzyludzkie kształtują się w kontekście świata, jak dzięki temu uruchamiają się ukryte w nim sensy i przede wszystkim jak szybko człowiek – bez kontaktu z rzeczywistością nieuwikłaną w konflikty – może popaść w czarną rozpacz. Stąd w wierszach najbardziej lirycznych, niekiedy młodopolskich, na pierwszym planie sytuuje się przyroda ekscentryczna, często w swej żywiołowości niewinna i pełna egzotycznych akcentów, a w kontraście do niej zawsze przedstawiane jest to, co złe, bo stanowi wytwór ludzkiego umysłu, jak wojny, wybuchy i wiedza o zabijaniu. Takie obrazowanie Karpińskiego służy unaocznieniu, że pomimo anihilacji jednostkowości przez wszechogarniające ideologie człowiek wciąż zachował swą istotę – to, co pozwala mu istnieć jako byt ciągle poszukujący nie tyle spełnienia, co bliskości z kimś, kto kieruje się równie bezprzykładną nadzieją na ukojenie i dobroć. Rezonuje to w konstrukcji podmiotów zebranych tutaj wierszy – każdy z nich jest do tego stopnia zachłyśnięty bogactwem wszechświata, że aż gotów jest zrzec się siebie w imię racji kosmicznych, czy też przetrwania nieśmiertelnego piękna, co w niczym im nie przeszkadza w uważaniu się za spadkobierców stworzycieli tego, co dziś przeraża swą złożonością i skomplikowaniem. Karpiński – pragnąc duchowej wspólnoty z czytelnikiem – w ten sposób dąży do tego, aby jego poezja uczyła wrażliwości, którą on zdaje się rozumieć jako najbardziej podstawowy odruch dostrzegania tego, co intuicyjnie chcielibyśmy uznać za niewarte naszej uwagi. Nastawienie wobec świata jest zdominowane przez uzależnienie go od neutralnego traktowania czasu, z równoczesną atencją wobec takiej strategii poznawczej, która jest totalna tylko w tym sensie, że umożliwia podmiotowi pełną ekspresję jego wrażeń przy świadomości ich niekompletności i upraszczającego charakteru. Z tego powodu w świecie poetyckim Karpińskiego nie ma nic, co byłoby spodziewane – im intensywniej ktoś rości sobie do czegoś prawo, tym większy napotyka opór i coraz bardziej uzmysławia sobie, że „nic” jest, a „ja” żyje w świecie i dla świata, zaś jego samodzielne bytowanie, w oderwaniu od wszystkiego, jest ułudą.

W zebranych tutaj wierszach na pierwszy plan wysuwa się przekonanie, że największym przekleństwem człowieka jest to, iż każde z charakteryzujących go uniwersaliów zmusza do poszukiwania prawdy. Stąd życie to ciągłe popadanie w katatoniczne stany. Raz uświadamiamy sobie, że czegoś nie ma, by za chwilę wpaść w wiry świata i „czytać” go, jak jeden wielki tekst z pogranicza literatury sensacyjnej, czego oczywistą konsekwencją jest cykliczne upadanie pod ciężarem rzeczywistości. Podmioty Karpińskiego okazują realności wystudiowaną oziębłość, najczęściej w wulgarny sposób demistyfikują ją lub nawet deprecjonują powagę jej istnienia. Doskonałą wizualizacją tego jest jedna z kluczowych metafor – człowiek (odpowiednik everymana), doznając cierpienia, kreśli swoje imię na imionach świata, jakby naiwnie liczył na to, że tym pozostawi jakiś trwały ślad po sobie, gdy przecież – po jego zetknięciu się z tym, co metafizyczne lub po nadejściu prywatnej „zagłady” – inni, równie pragnący pamięci, przekreślają (…) [go] i tym samym ściegiem / imię »nic« wypisują: krwią, farbą i łzami. Dlatego u Karpińskiego często mamy do czynienia ze światem „czystym”, pierwotnym i przede wszystkim nieodczytanym, w którym hierarchizacje i klasyfikacje są czymś zbędnym, niepotrzebnie komplikującym, a każda pojawiająca się w tym wartość fluktuacyjna i zwodnicza. Mimo wszystko odniesieniem dla tego jest surrealistycznie pojmowana natura, która zaborczo wchłania człowieka aż do tego stopnia, że staje się jego odzwierciedleniem, czym autor Mieszczańskiego poematu pokazuje, jak wielu niuansów rzeczywistości pozbawiła nas antropocentryzacja i jak krzywdzące jest myślenie o przestrzeni jako zmechanizowanym zwierzęciu. Stąd ta liryka jest dowodem na to, że potrzebna jest tylko doza oryginalności, aby pewniej czuć się w świecie. Wystarczy nie bać się kojarzenia ze sobą opozycyjnych perspektyw i z przymrużeniem oka traktować to, co dla współczesności fundamentalne i znaczące, aby widzieć więcej, czego dowodem jest jeden z najbardziej zaskakujących tutaj utworów (Gioconda), w którym postać z obrazu Leonarda da Vinci udaje się na dansing.

Refleksja poetycka Karpińskiego ma swe źródło w zadumie i niepokoju. To te dwa czynniki wyzwalają w człowieku chęć do zawarcia siebie „pomiędzy” wersami, które z kolei dążą do wskrzeszenia światów innych, równoległych i dziś uznawanych za nieinteresujące lub „stare”. Efektem tego są wiersze działające jak dynamit, wydobywające człowieka z okowów myślenia zideologizowanego, które dotychczas doprowadzało go tylko do stagnacji. Pisanie jest w świecie Karpińskiego czymś ogromnie wycieńczającym, pozwalającym dotrzeć do samych granic swych fizyczno-intelektualnych możliwości aż do tego stopnia, że tworzenie przeistacza się w „mocowanie” się z rzeczywistością. Pobocznym, lecz równie pociągającym uzupełnieniem tego jest dokonywane tutaj mieszanie ze sobą różnych porządków, dzięki czemu katastrofizm wprost sąsiaduje z arkadyjskością, a erotyzm współistnieje z filozoficznym namysłem. Często wykorzystywaną konstrukcją do operowania taką strategią jest coś na wzór szkatułki – mamy „rzeczywistości” nadrzędne i inne, mniejsze, im podległe, zaś we wszystkim i zawsze, bez względu na uwikłanie we swą współczesność, Karpiński stawia akcenty na miłość, śmierć i poezję – to są kwestie, które skutecznie opierają się jakiemukolwiek ukryciu, zagmatwaniu, czy propagowanemu w danym czasie paradygmatowi. Wyznane liryczne jest dla niego na poły sytuacją opresyjną, gdyż czuje się zmuszony lub predestynowany do mówienia o tym, co konieczne i wynikające z faktu odfrunięcia z pękniętej orbity znanego mu świata, lecz wymykające się ideałom górnolotnego i sakralizującego liryzmu. Stąd wielokrotnie ucieczką od tego jest wysoki stopień zmetaforyzowania tych oto wierszy, które w swej wielopoziomowej strukturze na najbardziej znaczącym miejscu eksponują problem „ja”, które pragnie oddać duszę, bo czuje się w niej uwięzione lub zawłaszczone przez metafizykę i z tego względu liczy tylko na dostąpienie w niedalekiej przyszłości rozpostrzenia się wreszcie nicością i prochem, stania się kimś nieistotnym, lecz uczciwym względem siebie i świata. Inny, przeciwległy wariant tych refleksji odnajdziemy w jednym z najbardziej znanych utworów Karpińskiego, w Poemacie o Warszawie, w którym wrażliwość czasoprzestrzenna wyszczególnia, jak naturalizm egzystencji zderza się z industrializacją i jak wobec tego zmienia się perspektywa myślenia o człowieku. Co ciekawe autor Jesiennych sielanek, gdy mówi o życiu miasta i społeczeństwie, najczęściej wykorzystuje perspektywę ptaka unoszącego się nad dachami. To właśnie dachy romantyczne, staromodne dachy interesują go najbardziej, bo otwierają przestrzeń lirycznego namysłu i skutecznie skrywają złożoność tego, co wewnątrz toczy się swoim rytmem.

Twórczość Światopełka Karpińskiego stanowi stosunkowo małą „próbkę” oryginalności poezji pierwszej połowy XX wieku, choć jego niesamowicie wielka siła oddziaływania i szerokie spektrum poruszanych kwestii nie ma sobie równych. Tym bardziej że historia pozwoliła mu tylko na osiem lat aktywności twórczej. Wydaje się, że w głównej mierze różnorodność i rozpiętość jego poetyki mają swe źródło we wszechogarniającym wówczas niepokoju przed wojną, która nie jest przecież, jak w jednym ze znajdujących się tutaj wierszy, czymś na próbę lub karnawałem pełnym ferii barw, lecz konfliktem podważającym sens wszystkiego i wywracającym na nice każdą wizję poetyckiego zaangażowania w życie.

Autor: Przemysław Koniuszy

Światopełk Karpiński „Wiersze wybrane”, redaktor serii P. Mitzner, wybór i posłowie P. Matywiecki, Wydawnictwo Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”, Lublin 2015, s. 115

Kursywą zostały wyróżnione cytaty pochodzące z recenzowanej książki.

„A co to są obłoki? Myślę, proszę państwa, / że westchnienia poezji na niebach mieszczaństwa”, czyli genialny eklektyzm, przewrotny humor, bezprzykładna ironia i zaduma