„tlen połyka granatowe punkty świateł / w oknach widzianych z jedenastego piętra wieżowca”, czyli kosmiczne oko Boga dostępne dla każdego, gdy wielość w jedności i jedność w wielości stają się nierozdzielne

U źródeł najnowszego tomu Pawła Tańskiego znajduje się przekonanie, że cały świat wykreowany przez poezję, iluzorycznie odzwierciedlając realność, wpisuje ją także w sieć powiązań, które określane są tutaj zbiorczym mianem „kresek”. Tym samym wcześniej eksploatowana przez tego twórcę poetyka uzyskuje tutaj wspaniałe doprecyzowanie. Każda fraza i każdy motyw, o idealnie zasymulowanej przypadkowości istnienia i zespolone w układ znaczeń, w przedziwny sposób harmonijnie współgrają z innymi, nie tyle obecnymi w tym samym wierszu, ile także rozchodzącymi się echem po całym tomie, który sam w sobie jest bardzo spójny nie tylko dlatego, że autor prezentuje nam tutaj otwarty i permanentnie pączkujący system odczytań, lecz również dzięki temu, że czytelnik w trakcie lektury jest zarazem zupełnie niezależny od wizji twórcy, jak i w niezwykły sposób czuje się zachęcany do tego, by pogodzić to z podążaniem wyznaczonymi mu ścieżkami. Największą rolę odgrywają więc w Kresce połączenia i za ich pośrednictwem to, jak reagują ze sobą zmysłowość i duchowość, gdyż wszystko, o czym tutaj przeczytamy, choć ma różnoraką proweniencję i odznacza się nieskończonym zespołem odniesień, to zawsze jest powiązane z podmiotem, który pragnie nam unaocznić wiele zjawisk dotyczących relacji pomiędzy nim a światem. Poznawanie go w Kresce polega na obserwacji jego ustosunkowywania się wobec Innego i podejmowanych przez niego kolejnych aktów bliskości. Właśnie wobec tych konfrontacji i niejako za ich pośrednictwem powstaje ta poezja migotań, rozświetleń lub wypadkowej myśli o kimś, kto jest częścią nas, lecz zarazem stanowi byt zupełnie odrębny. Wszystko tutaj trwa w ruchu, zderza się ze sobą, eksploduje, by za chwilę się zatrzymać, przeformułować i wyruszyć w dalszą drogę w zmienionej formie. Dzięki temu każdy z tych tekstów uzurpuje sobie prawo do nazywania tego, co inni mają za „nienazywalne” lub przynależące do innego – wyższego względem słów używanych przez człowieka – kręgu myślenia. Nikt bowiem wcześniej – w tak efektowny i przemyślany sposób – nie wpadł na to, że aby mówić o tym, co czują nasze zmysły wcale nie trzeba silić się na uchwycenie tego wprost. Zawsze można bazować na tym, co powstaje pomiędzy dwiema płaszczyznami czy obrazami, gdyż czytelnik, jako współtwórca i towarzysz, będzie w stanie wszystko w swoim umyśle jeżeli nie odtworzyć, to z pewnością wcielić się w podmioty tych wierszy i odnieść ich odczucia do własnych doświadczeń, poniekąd zbieżnych z tym, co oferuje przeżywany tekst, który dzięki swej wieloznaczności otwarty jest na każdy wariant zrozumienia i za każdym razem skierowany jest do indywidualnego odbiorcy, a nie bezwładnego i nieokreślonego tłumu.

Kreska pełna jest fluktuacyjnych wyobrażeń, reminiscencji i ulotnych przeżyć, którym mimo wszystko, po ujęciu w hipotetycznie sztywną ramę wiersza, udaje się niekiedy wymknąć i stworzyć coś na wzór kamieni milowych, wyznaczających coś przełomowego dla tego tomu i zarazem współtworzących „twory” istniejące po to, aby względem nich orientowały się poszczególne „opowieści” i w konsekwencji oscylowały wokół  inne szeregi znaczeń o różnej intensywności i znaczeniu. Niezbędne jest tutaj zapośredniczenie i uzupełnianie. „Ja” liryczne nie tylko tutaj przeżywa „samo siebie”, lecz także tych, z którymi przyszło mu się zetknąć, co w praktyce wygląda tak, jakby podmiot był „rozmyty” w świecie lub wprost był tym światem. Enigmatyczne „wszystko” nie tylko go określa, co paradoksalnie jest nim samym i dlatego świat – percypowany przez różne jednostki – jest przez podmiot(y) Kreski replikowany i następnie na gorąco rekonstruowany w składających się na ten tom mikro-narracjach. Uzupełnianie zaś polega na tym, że czytając Kreski wpadamy w głąb siedmiu studni. Ujmując to kolokwialnie i obrazowo można byłoby uznać, że przemierzając je kolejno „zbieramy” elementy układanki niemożliwej do złożenia w całość, a po drodze gubimy wiele z nich, by potem je odnaleźć w czymś zupełnie niespodziewanym. W rezultacie cała ta książka stanowi zespół wtajemniczeń nas w alternatywny i skonstruowany wertykalnie świat, który pozostaje na przecięciu kilku dróg: tego, co konstytuuje „ja” liryczne i „ja” czytające oraz tego, co „autorskie”, niezamierzone i wprost zaczerpnięte z szeroko pojmowanej kultury, z jej dziełami, zarówno przynależącymi do tego, co niskie, jak i wysokie. Wyłaniająca się z tego metoda zawdzięcza swą oryginalność przezwyciężeniu zasad, które na ogół rządzą wyznaniem lirycznym. U Pawła Tańskiego jednoznaczność nie ukrywa głębi znaczeń, gdyż jest ona już a priori zasugerowana. Tutaj nie udaje się, że za pośrednictwem tego, co klarowne i pozornie przejrzyste mówi się o kwestiach znacząco skomplikowanych, ponieważ ten poeta daje nam najpełniejszy obraz: pozorne lub ewidentne skomplikowanie przeplata się tutaj z bezsprzeczną lub udawaną dosadnością. Chodzi więc o odzwierciedlenie mechanizmów, jakim podlega świat, przy czym warto dostrzec, jak bardzo podmioty tych wierszy wyczulone są na skojarzenia i analogie. Słusznie zauważają, że w gruncie rzeczy nie ma przeszkód do myślenia o świecie jako o czymś jednorodnym, czego zrozumienie nie musi przebiegać tylko w sposób bezpośredni, lecz również meandryczny, to znaczy uwzględniający w czymś aktualnie poznawanym wiedzę o czymś innym, być może odległym, ale odsłaniającym prawdę o nieznanym. W Kresce narzędziem do tego są rzecz jasna wielopiętrowe metafory – zaskakujące swą ożywczością konstrukcje, które nie znają żadnych granic w jednoczeniu opozycyjnych względem siebie sfer i uruchamianiu wyobraźni czytelnika.

To wszystko oswobadza poezję w każdym wymiarze. Dlaczego jednak tak istotny jest tutaj problem konturu i ograniczeń w kumulowaniu asocjacji? Podmioty tych wierszy chcą bowiem, aby ich fraza była jak najbardziej wyostrzona na to, jak rzeczywistość ulega rozproszeniu, co doprowadza do imperatywu wskrzeszania za pomocą poezji perspektywy scalającej, lecz jednakże akceptującej kompulsywną dynamikę i dalekiej od preparowania przedmiotu wyznania lub traktowania go w sposób powierzchowny. Paweł Tański zdaje się w tym upatrywać ratunku przed wszechogarniającą dziś obcością. Powoływane przez niego do istnienia podmioty urzeczowiają to, co mentalne, aby nie zatracić krytycyzmu wobec wszechświata i zdystansowania względem zastanych form. W Kresce liczy się więc świeżość spojrzenia. Stąd przypadkowość idealnie kamufluje obecną tutaj wewnętrzną organizację treści i z drugiej strony uzmysławia, jak korzystne poznawczo jest intuicyjne chwytanie świata w jego wybrakowanych przejawach i wszczepianie tego, co w ten sposób pozyskane w prywatną syntezę siebie. Lektura tego tomu jest fascynująca właśnie dlatego, że wszystko bazuje tutaj na wielości dostępnych desygnatów, jakie stoją za słowami i ich homonimiczności, co z kolei znajduje swe odbicie w snuciu rozważań nad tym, w jaki sposób rzeczywistość zależna jest od naszych jej interpretacji. W Kresce wszystko jest nazywaniem, jakby poeta chciał iść w sukurs tym, którzy twierdzą, jak bardzo ewidentnym i uwłaczającym atrybutem współczesności jest pozostawanie przy beznamiętnym zbywaniu każdej, nawet najbardziej niezbędnej części naszego świata upraszczającym słowem, które pozbawione jest magicznej funkcji stwarzającej odniesienia, uruchamiającej wyobraźnię i przede wszystkim unaoczniającej różnorodność. Istotą Kreski jest to, że nie jesteśmy w stanie na trwałe „przyszpilić” rzeczywistości w takim stopniu, aby pokazała swą prawdziwą naturę, dlatego ten tom angażuje wszystko to, co nosi znamiona produktywnego „mediatora” pomiędzy literaturą pretendującą do miana rewolucyjnej i tym, co dokoła nas domniemane i potencjalne. Wznawia się tutaj klasyczną ciekawość świata, która wyraża się poprzez zapełnianie białych plam na mapie, lecz z równoczesnym zakotwiczaniem się w tym, co już rozstrzygnięte. Jednak nie jest tutaj ważna przyległość ani podobieństwa. Wszystko jest wykoncypowane tak, by imitować rwący prąd wyobraźni, zawłaszczającej i kreującej światy inne, odległe i dotąd nieistniejące, choć w poezji wyznaczane przez echa realnej przeszłości i hologramy mowy.

Wszystko napędzane jest tutaj przez widzenie. Czytając ten tom wcielamy się w swego rodzaju obłąkanego pielgrzyma, który z powodu wyłączonego prądu w oku widzi znacznie więcej niż w stanie względnej normalności. Nie potrzebuje już aktów iluminacji, czy wejrzenia tam, gdzie nikt inny jeszcze nie „patrzył” w poszukiwaniu prawdy. W jego wariancie świata wszystko przeziera zza masek i poszczególnych kurtyn, gdyż nadrzędna jest demaskacja. Nic w Kresce nie jest ukryte do tego stopnia, aby mogło niepostrzeżenie umknąć: wszystko ma przynajmniej wyimaginowaną przyczynę i cel, do którego bezpardonowo zmierza, co jest spotęgowane przez ugruntowanie całości na metapoetyckości. To właśnie to ostatnie eksponuje, czym jest w Kresce zależność frazy od przedmiotu refleksji i koincydencja tego z tym, czym ich zespolenie skutkuje w umyśle czytelnika. Nie sposób oprzeć się przekonaniu, że wiele z tych poetyckich „strumieni wrażeń” kontaminuje w sobie kolejne obsesje, które w podmiotach wyzwalają niemożliwy do kontrolowania ciąg frustracji, wyobrażeń i nade wszystko obrazów wciągających nas w ten cały wir. W Kresce zaskoczenie wyzwala zrozumienie – każde połączenie pobudza do zastanowienia, jak bardzo nie chcemy słyszeć, gdy świat do nas „krzyczy”, wypowiadając słowa ucieleśniające się wprost przed naszymi oczami. Można byłoby uznać, że nieodzowne w prezentowanej tutaj przestrzeni są swego rodzaju transmutacje – akty przeistaczania cierpienia w coś metafizycznie „cennego”, uzasadnionego i definiowanego przez pryzmat porozumienia, do którego zaistnienia stwarza wiele możliwości. Jedną z największych zagadek Kresek jest to, czy główni „protagoniści”, a więc doktor Mieczysław i Teodor, w tym tomie po prostu są czy dopiero się stają, a więc urastają do statusu kogoś, kto nie żyje, lecz płynie i jest nieskazitelnie fikcyjnym symulakrum. Projekcji jest tutaj z pewnością wiele, jak i tego, co choć podawane jest za artefakt, to niekoniecznie nim w istocie jest, lecz nie brak tutaj także naturalnego uniwersalizmu. Rozumianego bardziej jako świadomość konieczności stworzenia u odbiorcy przekonania, że każdy z detali składających się na Kreskę jest immanentną częścią jakiejś „wspólnoty”, stanowiącej zresztą egzemplifikację tego, co względem niej zewnętrzne, a nie jako pragnienie zrealizowania postulatu poezji totalnej, obejmującej sobą wszystko. Nie bez powodu pojawia się tutaj z tak wysoką częstotliwością rekwizyt siedmiu języków, gdyż każda z tych wizji, fundujących przeorientowanie całego tomu z podmiotowości jednostkowej na podmiotowość polifoniczną, realizującą się w interakcjach, bardzo wiele zyskuje na tym, że w każdy możliwy i artystycznie uzasadniony sposób stara się uciekać od poezji, w której akcenty są rozłożone równomiernie i dąży się do tego, aby kwestie najbardziej podstawowe były już ad hoc jasne. W Kresce najistotniejsze są niewiadome, których poszukiwanie, co najważniejsze i niesamowicie frapujące, rzadko kiedy przynosi rezultat w postaci jakiegoś pewnika.

Autor: Przemysław Koniuszy

Paweł Tański „Kreski”, Wydawnictwo FORMA, Szczecin, Bezrzecze 2016, s. 60

„tlen połyka granatowe punkty świateł / w oknach widzianych z jedenastego piętra wieżowca”, czyli kosmiczne oko Boga dostępne dla każdego, gdy wielość w jedności i jedność w wielości stają się nierozdzielne