„Wszystko jest aż za łatwe, kiedy da się przewidzieć następny ruch wroga”, czyli psychologia mafii na Księżycu

Luna: Nów to niestety wysoce prawdopodobna symulacja życia ludzi na Księżycu. Jedną z naczelnych zalet tej książki jest właśnie to, że autor w sfabularyzowany sposób snuje socjologiczny portret hipotetycznego społeczeństwa, a jego dokładność, przewidywalność i futurologiczna zręczność jest doprawdy imponująca. Wielokrotnie wydaje się, że prowadzenie narracji jest tutaj tylko koniecznością czy pretekstem do tego, aby przede wszystkim pokazać, kim człowiek stałby się na Księżycu. Dlatego czytając tę książkę, coraz intensywniej zaczynamy pragnąć tego, aby nigdy nie nadszedł czas, gdy człowiek ośmieli się kolonizować kosmiczne przestrzenie. Wraz z Ianem McDonaldem przenosimy się w dość bliską przyszłość, która o zgrozo stanowi idealne spotęgowanie wszystkich negatywnych cech znanej nam nowoczesności – kapitalizm sprowadzony jest tutaj do prostego prawa: nie pracujesz, nie żyjesz. Wszystko dzieje się w imię dynastii, zysku i władzy, a jakiekolwiek miłosierdzie czy humanizm są czymś równie niespotykanym, jak życie w komforcie ziemskiej atmosfery. Wszystkim rządzi pięć zaborczych korporacji, spośród których każda robi wszystko, byle tylko zachować swój monopol na jedną z najbardziej intratnych gałęzi księżycowej gospodarki.

Człowiek księżycowy z wizji McDonalda to ktoś, kto co prawda zachował w sobie pierwiastek człowieczeństwa i jest nadal w stanie zdobywać się na bezinteresowne gesty, ale przy tym jest zmuszony do tego, aby co chwila przekraczać „ograniczenia” swej natury. Z tych względów nie cofnie się przed niczym, aby sprostać księżycowemu „prawu dżungli”. Luna: Nów w głównej mierze dotyczy więc tego, jak ludzkość w imię partykularnych interesów jest w stanie swobodnie zawieszać wypracowywane od wieków ideały. Na porządku dziennym odbywają się tutaj walki zamiast sądowej wymiany argumentów, dokonuje się przewidywania przyszłości za pomocą algorytmów, człowiek upodobniany jest do zwierzęcia, a jego seksualność staje się zupełnie zmechanizowana i wyzbyta czegokolwiek „wyższego” nad zaspokajanie instynktów. Rzecz jasna najciekawszym aspektem tej książki jest to, jak McDonald prezentuje zdolności adaptacyjne ludzkiego ciała – wszystko, czego człowiek zapragnie, może zdobyć dzięki drukarce (najczęściej – o ironio – są to kreacje ziemskich projektantów XX wieku), a każdemu z mieszkańców Księżyca towarzyszy swoiste alter ego, zwane chowańcem, który jest ówczesnym odpowiednikiem osobistego i zautomatyzowanego komputera.

Przyszłość nie jawi się tutaj jako coś choć trochę pozytywnego – wszystko jest negocjowalne i przeliczalne, włącznie z uczuciami, czego kulminacją są kontrakty małżeńskie, wynajmowanie surogatek, permanentna inwigilacja i rozpad więzi międzyludzkich. Na Księżycu to, co organiczne jest niebezpieczne, a każde dobro, włącznie z powietrzem i wodą, jest skrupulatnie reglamentowane. Jednakże podporządkowanie sobie przez industrializację biologii nie doprowadziło do odejścia w niepamięć śmierci. Człowiek wciąż jest bardzo słaby i podatny na degradację. Pomimo to McDonald swą narrację skoncentrował na najbardziej optymistycznych aspektach wykreowanej przez siebie rzeczywistości. Większość z tych, którym czytelnik towarzyszy, to członkowie rodu najmniej uwikłanego w negatywne strony Księżyca lub ci, którzy są w jakimś stopniu „wygnańcami” z Ziemi – jednostki „niepasujące”, doświadczające nostalgii i zbyt wrażliwe na życie na Księżycu, w tunelach i pod kopułami. Dlatego opowieść o tym wszystkim przeradza się wielokrotnie w „thriller” o walce o przeżycie. Choć jest to bez wątpienia „ciemne” science fiction, to jednak McDonald pokazuje, że nawet sformułowanie sky is the limit straciło dziś na ważności. Istotne jest tylko, aby zamiast podawania w wątpliwość kosmicznych podbojów zastanowić się nad tym, co mogłyby przynieść one ludzkości. Z kolei, w razie przezwyciężenia negatywnych stron ewentualnych kolonizacji, wypadałoby uzmysłowić sobie, że nowe formy życia społecznego potrzebują nowej wykładni każdego wymiaru egzystencji. Przeniesienie człowieka w obce środowisko, bez dalekosiężnych modyfikacji, poskutkować może tylko katastrofą i moralnym upadkiem. Wartym docenienia aspektem tego jest sama konstrukcja Luny: Nów. McDonald, chcąc działać na wyobraźnię swoich odbiorców, z polotem odwzorowuje techniki wykorzystywane przez kino, dzięki czemu ta książka to istny kalejdoskop – wciąż doznajemy tutaj wzrostu napięcia, obserwujemy płynne przejścia między wątkami, a nawet „oczami wyobraźni” widzimy, jak w hipotetycznej ekranizacji można byłoby przedstawić psychologiczne zmagania bohaterów. Z drugiej zaś strony Luna: Nów to sfabularyzowany manifest, który „odczarowuje” współczesność – wolność jest tutaj przeżytkiem, a jakiekolwiek interpretacje świata czyni czymś równie przydatnym, jak antyczne mitologie. Bardzo zajmująca i porywająca książka, choć spod znaku zupełnie innej literatury niż najbardziej znane tomy „Uczty wyobraźni”.

Autor: Przemysław Koniuszy

Ian McDonald „Luna: Nów”, przekł. W. M. Próchniewicz, Wydawnictwo Mag, Warszawa 2016, s. 370

„Wszystko jest aż za łatwe, kiedy da się przewidzieć następny ruch wroga”, czyli psychologia mafii na Księżycu

„Nie pokona mrok światła i światło mroku nie zmoże, / nie ma w przestrzeni umysłu miejsca na żaden błąd”, czyli nie liczy się sposób mówienia, a uczucie

Piłat: Quid est veritas?  (Co to jest prawda?)

Jezus: Vir est qui adest (Człowiek, który stoi przed tobą)

– Ewangelia według św. Jana

Najnowszy tom Mirosława Mrozka rozgrywa się pomiędzy dwoma wierszami o jednobrzmiącym tytule – Oksymoron, które ustanawiają kompozycję klamrową i wyróżniają ewolucję jako rdzeń tej książki. W tym „fundamencie” metapoetycka refleksja jest znacząco przeorientowana względem Horyzontu zdarzeń. Tutaj „ja” liryczno-twórcze zyskuje samoświadomość nieuchronności, z jaką w egzystencji przychodzi mu się zmierzyć i – co najważniejsze – skali przystosowań, z jakimi będzie się musiał pogodzić, aby móc odnaleźć w sobie siłę do aktów perswazji i ekspresji. Siłą rzeczy wynika z tego lęk, gdyż przecież szereg ustępstw pociąga za sobą konieczność porzucenia idealistycznych wyobrażeń o wszechświecie i sztuce. Poeta, jako bezpośredni „następca” nierozpoznanego Boga i pośrednik jego objawień, nie jest tutaj kimś, kto dokonuje semantycznych rewolucji czy kreacji „światów nowych”, o wiele bliżej mu do kogoś, kto po odkryciu, że świat jest tekstem, czuje się skazany na scalenie z nim i w rezultacie – niepostrzeżone zaniknięcie w jego ogromie. Poezja zaś jest w Odpowiedzi retorycznej swoistym przekleństwem, czymś nieuchronnym do tego stopnia, że aż zawłaszczającym dusze swoich adwersarzy, a w niektórych uwarunkowaniach wręcz zmuszającym do z góry przegranej walki ze wszystkimi, którzy literaturą pogardzają. Każdy, kto dostrzega swe życiowe powołanie w liryzmie, w tym świecie jest już z góry stracony, gdyż jego jedynym przeznaczeniem, oczywiście o ile wybierze drogę uczciwości i autentyzmu, będzie mówienie o czymś co prawda istotnym i fundamentalnym, lecz zupełnie nieinteresującym potencjalnych odbiorców. Poeta współczesny jest więc jakimś odpowiednikiem „proroka we własnym kraju”. Problem jednak tkwi w tym, że tym krajem jest cały świat. Jednakże w Odpowiedzi retorycznej można odnaleźć jedną z możliwych ostoi dla poety, jaką jest poszukiwanie nowych sposobów wyrazu, bez względu na okoliczności, gdyż twórca widzi przecież znacznie więcej niż ci, którzy „powinni” liczyć się z jego słowami, choć i tak nie ochrania go to przed myśleniem o sobie jako o kimś, kto powinien nigdy się nie „wydarzyć”, bo ze swą naturą nie pasuje do aktualnie aprobowanego „oglądu” świata.

Z Odpowiedzi retorycznej wyłania się obraz rzeczywistości, która rządzi się zmiennymi, nieuchwytnymi prawami i dlatego przez poetę powinna być podważana i komentowana z ironicznym wydźwiękiem. Tworzenie poezji konkretnej, nieufundowanej na abstraktach, powiązane jest więc z pokładaniem zupełnie bezpodstawnej nadziei, że jednak żyje się po coś i dla kogoś, a choć poezja nie ma jakiegokolwiek znaczenia, to jednak trzeba wciąż hołdować hipotetycznej bezcelowości, gdyż być może jest się właściwym / rozwiązaniem innego równania. Ponadto poezja Mrozka skupia się na chwili – to, o czym mówi, jest oczywiście uniwersalne, ale za niewątpliwe świadectwo szaleństwa w tym mikroświecie uznaje się wiarę w to, że te wszystkie słowa, którym podporządkowało się życie, na pewno przetrwają. Tym bardziej że wszystko jest interpretacją, a cały świat to mieszanina ludzkich – najczęściej złudnych – wyobrażeń, co sprawia, iż cała sprawa jeszcze bardziej się komplikuje. Jak bowiem czegokolwiek poszukiwać, jeżeli się nie wie, czy jest to coś naprawdę godnego uwagi albo nawet, czy w ogóle istnieje to, co poszukiwane? Choć niewątpliwie poeta jest w tym wszystkim ubezwłasnowolniony, bo mało co jest zależne od niego, to w Odpowiedzi retorycznej równie znaczący jest także – rozgrywający się względem tego równolegle – jego dramat „wsobności”. Za każdym razem, gdy otwiera się na świat, ta przestrzeń błyskawicznie zamyka się na niego, zaś gdy świat stara się do niego „przemówić”, on zdaje się wówczas znajdować gdzieś zupełnie indziej. Poeta, kreowany tutaj na osobliwego masochistę, istnieje bowiem, jeżeli podejdziemy do problemu z przymrużeniem oka, ze względu na siebie i tylko dla siebie, bo spełnia się w swoim „obłędzie” przenoszenia nieskoordynowanych wrażeń i myśli w przeróżne, przeczące sobie nawzajem sfery wartości. Wydaje się to spowodowane przez fakt, że znaczenia w Odpowiedzi retorycznej są w świecie ukryte, zaś ich wyłanianie, choć pragmatycznie jest możliwe, to jednak i tak zdaje się skazane na porażkę, gdyż nigdy efekt tej pracy nie pociągnie za sobą widoku błysku zrozumienia w oku człowieka. Czytając ten tom warto pamiętać, że kluczowe jest tutaj zrównanie: tekst-ciało-człowiek. Każda z części tej „trójcy” istnieje tylko wtedy, gdy jest „myślane”, co jest nieco problematyczne, gdy dołączymy do tego wniosek z jednego z wierszy: ten wszechświat jest urojeniem obłąkanego Boga.

Podmiot tych wierszy rządzi terytoriami, których granic nie jest w stanie rozpoznać i dlatego wciąż błądzi, bezmyślnie wierząc w rozum i praxis, choć widzi, że tego rodzaju postępowaniem pogrąża się coraz głębiej w degrengoladzie swojego świata, zwanego tutaj światem złudzeń. Wynikający z tego problem zdaje się mieć swe źródło w splocie kilku równorzędnych okoliczności. Po pierwsze poezja, obnażając pozory i przez wzgląd na jej „ofiarność”, jest w wysoce niebezpieczny sposób bliska religijnemu poświęceniu, a transcendentalny wymiar tej aktywności jest przecież niemożliwy do rozstrzygnięcia w jakikolwiek autentyczny i artystyczny sposób. Tym bardziej że jest coraz częściej zawłaszczana przez teodyceę i ideologizowanie, które ma za zadanie przemieszanie perspektyw poznawczych, abyśmy dobro uznawali za jego przeciwieństwo, a zło za korzystną alternatywę. W Odpowiedzi retorycznej nie przyjmuje się świata takim, jaki on się przedstawia podmiotowi – każde wyznanie liryczne jest równoznaczne z wyzwaniem rzucanym rzeczywistości o prawdę i sens, który jest na tyle nieskonkretyzowany, że z pewnością nie istnieje, lecz należy się go trzymać, gdyż poszukiwanie go jest jedyną osiągalną perspektywą. Z ambicji rozprawienia się z przeróżnymi ambiwalentnymi sądami wynika więc pełen pesymizmu obraz cierpiącego świata, w którym wszystko zawładnięte jest przez idealizm, a codzienność przestaje istnieć jako przedmiot sztuki, czego zwieńczeniem jest myślenie o obecnej epoce jako czymś już a priori anachronicznym i skończonym jeszcze przed pełnym rozkwitem jej możliwości. I właśnie dlatego ewolucja jest tutaj czymś tak istotnym.

W Horyzoncie zdarzeń ważny był świat w sensie totalnym, zaś w Odpowiedzi retorycznej następuje zwrot w stronę zamknięcia się „ja” po to, aby w ramach haseł takich jak „sztuka dla sztuki” poszukiwać nadziei na rozwój swej samoświadomości. Przy czym warto dostrzec, że nie przeszkadza w tym nieprzystosowanie i obłęd przypisywany „ja” przez otoczenie, a być może nawet pomaga, bo uzasadnia buntownicze nastawienie i porzucenie wglądu w rzeczywistość, który forsowany jest przez nieuczciwych ludzi. Poezja w tym wszystkim jest jednak czymś, co przynależące do świata zmarłych, a więc mądrych metafizycznie, choć nie wiadomo, czy bardziej „prawdziwie”, a tworzący ją poeta, zakładnik paramnezji i tego, co pozostawili mu przodkowie i poprzednicy, dokonuje aktów „wskrzeszeń” i osądzenia tego, co być może kiedyś miało miejsce, a dziś stanowi wydarzenie-symbol i w gruncie rzeczy jego znaczenie jest zbyt rozmyte przez wielość „odczytań”. Odpowiedź retoryczna z każdego wersu emanuje przemożnym pragnieniem „ja” do bycia prawdziwie sobą, „ja” nieuwikłanym, które może, choć nie musi zawiązać nić porozumienia z Innym. U Mrozka zrozumienie nie jest niczym koniecznym, on do niego nie „zmusza”. W tym tomie podmiot-poeta postuluje literaturę, która nie znosi ujednolicenia i przyporządkowania – to czytelnicy powinni „dostąpić” poezji, a nie vice versa, bo jest ona najcięższym spośród wszystkich wytworów myśli człowieka, a jej lektura to patrzenie na wskroś duszy twórcy, przez jej najciemniejsze i najjaśniejsze zakamarki. W Odpowiedzi retorycznej pisanie jest jakimś wariantem męczeństwa, czymś aż fizjologicznym, bo doszczętnie wyniszczającym ciało. Podmiot tych wierszy uczy nie tyle pokory, ile przede wszystkim wrażliwości, której celem jest myślenie o człowieku w każdym możliwym aspekcie, nawet uwłaczającym mu przez zestawienie ze zwierzęciem właśnie po to, aby zobaczyć go naprawdę, w sposób niezaaranżowany i niemożliwy do zdefiniowania.

W Odpowiedzi retorycznej z pewnością dominuje lęk. Czytając kolejne z zebranych tutaj utworów, nie tyle szukamy jego źródeł, ile koncentrujemy się na byciu przez niego owładniętymi. Mirosław Mrozek pokazuje, że tworząc lub oddając światu część siebie, nie należy silić się na ustępstwa, choć wypadałoby w sposób paradoksalnie równoczesny wyjść poza przypisany sobie schemat i zastosować się do swojego przeznaczenia. Wszystko zawiera się tutaj w absurdzie: pisze się w poszukiwaniu sensu, ale przekonanym jest się o możliwości dostąpienia wyłącznie bezsensu, mówi się o życiu, gdy uznaje się samego siebie do życia nieprzystosowanym, żyje się w rzeczywistości, choć to życie, przestrzeń i samo istnienie uznaje się za niemożliwe i nie do spełnienia. I dzięki temu jest to tom godny uwagi, gdyż unaocznia nam, jak bardzo pamięć jest relatywna, a czas skupia się na tym, aby zafałszować jej wytwory i umiejscowić je w innym świetle. Na kartach tej książki klasyczna teoria prawdy jawi się największym fałszerstwem w dziejach świata. Tym bardziej że osnowę dla całości stanowi biologizm, jako jedna wielka metafora, która obejmuje sobą każdą możliwą odpowiedź i ewentualne na nią reakcje. Dlatego tak szokuje wyłaniająca się stąd „konkluzja”, zgodnie z którą ludzie o poecie nie pamiętają, lecz przyjdą czasy, gdy wielu zapragnie z nim kontaktu. Problem tkwi jednak w tym, że gdy próbujemy odpowiedzieć na pytanie, czy on wówczas będzie chciał tego rodzaju porozumienia, to zdajemy sobie sprawę, że jedyną możliwą odpowiedzią jest odpowiedź retoryczna, choć – być może – pytaniem o wiele zasadniejszym byłoby pytanie o to, czym ta odpowiedź retoryczna tak naprawdę jest lub wytworem jakiej manipulacji może się stać.

Autor: Przemysław Koniuszy

Mirosław Mrozek „Odpowiedź retoryczna”, Wydawnictwo FORMA, Szczecin, Bezrzecze 2016, s. 44

Kursywą zostały wyróżnione cytaty pochodzące z recenzowanej książki.

„Nie pokona mrok światła i światło mroku nie zmoże, / nie ma w przestrzeni umysłu miejsca na żaden błąd”, czyli nie liczy się sposób mówienia, a uczucie

„To są znaki minionych dni. / To są znaki dawnego świata”, czyli bezradność wobec końca jest dyskusyjna

Apokaliptyczne tony Nocy czerwi, najnowszej książki Tomasza Hrynacza, są dalekie od czarnego katastrofizmu, gdyż czymś nadrzędnym jest tutaj „oswajanie” nadchodzących klęsk człowieczeństwa, a więc nieprzyzwyczajanie się do nich, lecz zdystansowana obserwacja, która paradoksalnie powinna opierać się na tym, co szczegółowe i najmniej oczywiste. Zamilknięcie i unikanie ekspresji jest tutaj równoznaczne z całkowitym upadkiem. W opisanym świecie nie ma nic gorszego niż beznamiętne pogodzenie się z cierpieniem i uznanie za anachroniczne tego, co wyznacza intelektualne kamienie milowe nowoczesności. Poeci istnieją bowiem po to, aby ostrzegać, poruszać i przepracowywać zreifikowaną w realności pamięć. Problem tkwi jednak w tym, że rzadko kiedy udaje im się trafić w punkt i zostać przy tym zrozumianym zgodnie ze swoimi intencjami, gdyż ciągle są pomiędzy czymś rozdarci. Gdy jednak tak się dzieje, wówczas poezja wygrywa z całym światem, staje się gwarantem jego sensowności. I tak właśnie jest w Nocy czerwi. Jest tutaj bardzo wiele takich wierszy, w których perspektywa jednostki jest złudnie wyeksponowana na pierwszym miejscu, choć główną rolę w istocie odgrywa w nich cała ludzkość. Dzieje się tak dlatego, że Tomasz Hrynacz stara się dociec, w jakim stopniu przyszłość uzależniona jest od widm przeszłości i zaniku jakichkolwiek form życia powiązanego z duchowością, między innymi poprzez przepracowanie tradycji epigramatu oraz Miłoszowskiego „pamiętania” i „ocalania”. Wydaje się, że głównym problemem jest w uniwersum Nocy czerwi kompulsywne zaspokajanie swoich instynktów, odnajdywanie przyjemności w szerzeniu bólu i brak wrażliwości na zło, jakie dzieje się drugiemu człowiekowi. Na szczęście jest w tym postępowaniu odpowiednia ilość konstruktywnej zachowawczości.

Tomasz Hrynacz nie jest poetą, który sukcesywnie poszerza swą „niszę” i kreuje się na proroka czegoś, co sam stworzył. U niego nic nie dzieje się samoistnie, a dostrzegana przez wszystkich apokaliptyczna wymowa jego twórczości nie jest czymś, co istnieje samo dla siebie, dlatego dominuje tutaj wizja wielu „końców”. Rzeczywistość permanentnie upada, gdy ulegają rozkładowi naturalne więzi, a negatywizm przezwycięża to, co pozytywne. Jej odrodzenie zależne jest tylko od podmiotów, które potrafią otworzyć się na Innego i są potencjalnie zdolne do zjednoczenia z nim. W Nocy czerwi „ja” jest personą realizującą się w dwubiegunowości. Z jednej strony posiada w sobie imperatyw ustosunkowywania się wobec tego, co zewnętrzne i w rezultacie zaświadczające o jej istnieniu. Z tego właśnie wynika potrzeba nie tyle kumulowania w sobie sensorycznych doświadczeń, ile przede wszystkim postrzegania ich w sposób polifoniczny, jako wypadkowej przeżyć bytów równoległych i nieskończonej ilości poprzedzających je zjawisk. W ten sposób przypadek jest tutaj zniesiony na rzecz postulowanego zrozumienia związku przyczynowo-skutkowego i przyjęcie – jako jedynie słusznego – wyobrażenia siebie jako kogoś, kto żyje „wobec” świata i dlatego zmuszony jest porozumiewać się z nim w każdym praktykowanym przez niego „języku” obrazowania. Jakikolwiek podmiot Nocy czerwi, który odnajduje swój sens w pozostawaniu na małym, sam się staje kimś, kto nie dorasta do wielopostaciowości świata. Z drugiej zaś strony „ja” jest kimś w tym wszystkim samozwrotnym i wyrażającym się o wiele bardziej w tym, co ma ściśle wytyczony horyzont czasowy, niż w tym, co trwa bezustannie i nie nosi żadnych znamion zbliżającego się końca. Odnalezienie ukojenia w pozostawaniu pomiędzy tymi dwoma perspektywami jest dla „ja” możliwe tylko wtedy, gdy kieruje się nadzieją osiągnięcia czegoś, co niemożliwe, gdyż „ja” odbija w sobie świat, twór co najmniej istniejący w sposób wątpliwy i staje z nim równocześnie do walki o prawo konstruowania złudzeń. W realizacjach tych konceptów uderza zaakcentowanie, jak bardzo podmiot nie ma wpływu na charakter tego, co stanowi osnowę jego egzystencji i dlatego w sposób wysoce paradoksalny zdany jest w zupełności na to, co jest skierowane przeciwko niemu i jego indywidualizmowi.

Noc czerwi, zwielokrotniając wraz z każdą lekturą intensywność kolejnych obrazów i rozbudowując je w wyobraźni czytelnika, prezentuje wizję końca widmowego, opartego na niedopowiedzeniach, pełnego wyimaginowanych zjaw i wieloznacznych cieni. Ascetyczna formuła, w jaką to wszystko jest wpisane, zakłada przede wszystkim uwzględnianie historiozoficznego horyzontu, bez którego poezja współczesna istnieć nie może. Bardzo zaskakujące i poniekąd celowo prowokacyjne jest wynikające z tego kreowanie historii na coś, co zniewala swą odpornością na wikłanie jej w przeróżne konteksty, umiejscawianie w perspektywie historii prywatnej i bardzo wyostrzony aspekt antyludzki. W Nocy czerwi tym, co nadaje światu sens jest istnienie w nim człowieka-intruza, a więc kogoś, kto postrzega, dedukuje, syntetyzuje i zawłaszcza. Jednakże, gdy apokaliptyczne wizje się spełnią, to równocześnie z nimi świat przestanie istnieć w formie, jaką nadał mu człowiek, a więc także przestanie być „światem”. W tym tomie podmiot, pod wpływem presji i prześladujących go „koszmarów”, mierzy się ze śmiercią, „dorasta” do niej, a nawet ćwiczy przed wyzwaniami, jakie ona przed nim może postawić. W krzywym zwierciadle zaś pokazywane są czynności „jednokrotne”, niemożliwe do powtórzenia, a więc w sposób najbardziej autentyczny świadczące o człowieku, którego życiowym przeznaczeniem jest demaskacja życiowych wyobrażeń i ciągłe proszenie o litość. Z poszczególnych „symulacji” wynika tutaj bardzo dogłębna obawa podmiotu o to, czy coś, co jest dla niego przeszłością, naprawdę jest zakończone. Wieńczącą to wszystko myślą jest przekonanie, że nie należy przesadzać z poszukiwaniem końca. Tomasz Hrynacz, jako hipotetyczny głos „wołający” o apokalipsę, odgrywa zupełnie inną rolę niż dostrzegana przez jego czytelników na pierwszy rzut oka. Poeta nie jest w żadnym razie kimś, kto może kontrolować swoje przeznaczenie. On jest z góry do czegoś wybrany. W tym wypadku do tego, aby wyszczególniać powiązania pomiędzy fizyką a metafizyką i piętnować uznawanie czegoś za trwałe i nieprzemijalne, co może rozpaść się w mgnieniu oka. A to właśnie oko jest tutaj istotne, bo to do jego wnętrza wpada światło i prowadzi do zrozumienia, czy bardziej uzmysłowienia sobie, że liczy się w istocie tylko dobro skonkretyzowane, pozasłowne.

Autor: Przemysław Koniuszy

Tomasz Hrynacz „Noc czerwi”, Wydawnictwo FORMA, Szczecin, Bezrzecze 2016, s. 70

„To są znaki minionych dni. / To są znaki dawnego świata”, czyli bezradność wobec końca jest dyskusyjna

„Jak rzeczywiste jest to, co rzeczywiście jest? Złośliwie / uśmiecha się Hegel. My namalujemy mu brodę. / Już wygląda jak Stalin”, czyli poeci-naukowcy „wiecznie łaknący poznania” w krytycznym zwierciadle

Twórczość Hansa Magnusa Enzensbergera, po zaistnieniu w naszym kraju w ostatnim z ubiegłorocznych tomów „Literatury na Świecie”, dziś prezentowana jest w książce, która choć zbiera w sobie teksty nie do końca spójne, to jednak zmierzające do wykazania, jak często w dziejach świata i myśli nauka i literatura  nie były sobie obojętne.

Punktem wyjścia Eliksirów nauki jest paradoks. Wszystko w świecie jest powiązane z matematyką i prędzej czy później do niej się sprowadza, a nie sposób odnaleźć przyczyn, dla których jest to dziedzina tak znienawidzona przez ogół. Tym bardziej że każdy z nas ma choć śladowe predyspozycje do myślenia matematycznego i na dodatek, jak dowiadujemy się z słów Vladimira Nabokova, które tutaj służą za motto: There is no science without fancy and no art without facts[1]. Problematyczna jest, jak się wydaje, hermetyzacja nauk. Każda ze specjalistycznych dyscyplin stwarza swój zasób pojęć, których nieznajomość dokumentnie wyklucza kogoś z zewnątrz z jakichkolwiek prób  zrozumienia. Z drugiej strony matematyka, jako autonomiczna i abstrakcyjna, nie przynosi korzyści wymiernych ad hoc, stąd jej użyteczność jest najczęściej nieoczekiwana i mało kogo to pociąga. Enzensbergerowi chodzi więc o to, aby swoją książką wypracować nić porozumienia pomiędzy scjentyzmem a humanizmem, ponieważ w pierwszej dziedzinie jest wartość naddana w postaci rewolucyjnych odkryć, a w drugiej panuje nieskrępowany „marazm”, który tylko przez niektórych ukrywany jest pod pozorem intersemiotyczności i intertekstualizmu. Konieczne jest więc popularyzowanie, wprowadzanie każdego w arkana sztuk i tajemnice nauki po to, aby świat na nowo stał się w sposób naturalny heterogeniczny, a nie wymuszony przez ludzi lubujących się w przedkładaniu własnych sądów nad inne.

Enzensberger pokazuje, że humanistyka może umożliwić naukom wejście na wyższy poziom zrozumienia, gdyż poza wszystkim, co opisują liczby, znajdują się ludzie, którymi rządzi psychologia. To właśnie ona w obu nurtach aktywności człowieka pozwala badać progres, a więc motywy, jakie skłaniają człowieka do rewolucyjnych posunięć w znanej mu materii, specyfikę sposobów, z jakich korzystał przy analizie przesłanek mogących prowadzić do tego, co przez niego upragnione i przede wszystkim naturę celu, do jakich wynalazca lub rewizjonista dążył, a może również także czy w ogóle był świadom doniosłości tego, co robi i do czego to może prowadzić. Opis i historyczna periodyzacja, czy – jak to jest tutaj nazywane – historia naturalna techniki, pozwalają naukę „uczłowieczyć”. Uzmysłowić, być może również jej twórcom, że technicyzacja i modelowanie „nowego” człowieka wymusza przeniesienie akcentów dosłownie we wszystkim, co z kolei może prowadzić do konsekwencji, których – bez humanistyki – możemy w odpowiednim momencie nie dostrzec i po prostu ulec zagładzie.

Nie jest to wyrażone tutaj wprost, ale Eliksiry nauki dlatego są eliksirami, gdyż wielu, po ich „zażyciu”, w niezrozumiały sposób uległo zaczarowaniu i teraz nie widzi na przykład, wbrew zaistnieniu takich zjawisk, jak industrializacja świadomości przez tak zwane „nowe media”, że antropocentryzm nie jest ideologią zawłaszczającą świat, ale niekiedy jedyną naszą szansą na przetrwanie. Humanistyka unaocznia, że w świecie nic nie jest jednoznacznie neutralne. Zawsze trzeba uwzględniać poszczególne ambiwalencje, gdyż bezmyślny kult i fetyszyzacja wyłącznie zaślepiają. Tym bardziej że – jak pokazują Eliksiry nauki – nie czeka nas jedna przyszłość, gdyż jej warianty bezustannie się mnożą – co chwila docieramy do nowego punktu zwrotnego, który przeorientowuje nasze myślenie. Jest to tutaj wyraziste, gdyż Enzensberger krytykuje hipotetycznie dziś otoczoną kultem elastyczność, która w jego przekonaniu zdaje się człowieka przeistaczać w maszynę niewykraczającą poza teraźniejszość i autoryzującą swoją biernością rozdział pomiędzy wiedzą a praktyką. Wydaje się więc, że kolejnym etapem „zaczarowania” mogłoby być umiejscowienie nowoczesności i postępu tam, gdzie niegdyś znajdowała się tak uwielbiana przez wszystkich utopijna wizja przyszłości.

Czytając Eliksiry nauki możemy wielokrotnie odnieść wrażenie, że ta książka jest jedną wielką prowokacją. Trudno doszukać się logiki, która doprowadziła do złożenia tej książki z wierszy i prozy, która często nie wykracza poza upraszczające i nieuporządkowane prezentowanie kolejnych tez na temat nowoczesności. Od razu spostrzegamy, że Enzensberger jest przede wszystkim poetą, a nie naukowcem lub futurologiem. Podczas wartościowania najczęściej zdaje się kierować uprzedzeniami, gdyż jego oceny rzadko kiedy są czymś poparte, sprowadzają się do uproszczeń i w konsekwencji kreowany w ten sposób wywód meandruje w nierozpoznanym kierunku. Dlaczego więc, zamiast jednoznacznie skrytykować, piszę tutaj o prowokacji? Enzensberger, gdy pisze o wynalazkach, których przydatność jeszcze nie jest rozstrzygnięta, dwóch formacjach proroków mediów (apokaliptykach i ewangelistach), konieczności wypracowania nowych paradygmatów samoorganizacji, czy beznamiętnie krytykując globalizujący Internet i kapitalizm cyfrowy, wydaje się sposobem swej narracji symulować to, wobec czego wysuwa ostrze krytyki, jakby chciał uciec od dosadności i przy tym uwrażliwić nas na pewne aspekty rzeczywistości. Choć już z samej tej książki wynika, że czymś niezbędnym jest dążenie do stanu, w którym teoria, pod postacią eksplikacyjnego dyskursu, nie pozostaje w tyle względem praktyki, to trudno dopatrzyć się korzyści w praktykowanym przez Enzensbergera wynotowywaniu ciemnych stron pozytywnych zjawisk, czy w ogóle samej industrializacji, z równoczesnym pominięciem refleksji nad tym, czy czasem „zysk” znacząco nie przeważa nad tym, co negatywne. Oprócz tego trudno doszukać się pożytku poznawczego z obecnych tu osobliwych etykietyzacji, ideologizowania (neoliberalizm) i wpisywania teraźniejszości w modele marksistowskie.

Z tej perspektywy Enzensbergera moglibyśmy uznać za twórcę, który rozpoznał swe powołanie w piętnowaniu wszystkich złudzeń, jakie stoją za współczesnością. Jednakże nowa rzeczywistość powinna być oceniana przez pryzmat nowoczesnych metodologii, w których miejsce naczelne zajmują badania, symulacje, statystyka i dane. Tego wszystkiego w Eliksirach nauki brakuje. Książka, która być może miała za cel nam przekazać, że nauka nie może obyć się bez humanistyki robi to w sposób jak najbardziej dosadny – na własnym przykładzie. Inicjowanie dyskusji bez osadzenia jej na konkretnych przykładach, a nie fantazmatach, jest bezcelowe. Nie nastraja pozytywnie to, że w efekcie widzimy, iż nauka bez tej nadbudowy radzi sobie świetnie. I choć wielokrotnie nie sposób autorowi nie przyznać racji, to jednak pojawia się niesmak, gdy zamiast naświetlania technicyzacji przez humanistykę dostajemy do rąk doktrynerskie narzędzie do prezentacji konkretnych poglądów, w czym – być może – nie byłoby nic złego, gdyby były one oparte na zaprezentowanych czytelnikowi przesłankach i transparentne wynikałyby z każdorazowego zderzania ze sobą opozycyjnych wartości. Na korzyść Enzensbergera działa to, że jego interpretacja nowoczesności rozpoczyna się od dość kontrowersyjnego dostrzeżenia, że wielu ludzi w naukowcach upatruje postmodernistycznych zbawicieli, zaś on, jako poeta i człowiek zakorzeniony w przeszłości jest w pełni świadom tego, że żyjemy w wymiarze, który opiera się na niejednoznaczności i ciągłym przeplataniu tego, co nawzajem sprzeczne. W tym wszystkim dla niego najważniejszy jest czas, gdyż realność polega na ciągłym powrocie i zapętlaniu. Choć człowiek wciąż jest „poza” czasoprzestrzenią, bo konstytuuje go pamięć, to żadna struktura czasu nigdy powtórzyć się nie może i wbrew niektórym z przedstawionych tu idei często rozwój jest jedynym rozwiązaniem.

Drugi nurt Eliksirów nauki to tak zwana poezja nauki, część o wiele, wiele bardziej zasługująca na uwagę. Enzensberger dostrzega oczywisty fakt, że niegdyś ludzie parający się poezją także dokonywali osiągnięć w naukach ścisłych. Jednakże wówczas rozwój wielu dyscyplin nie był tak zaawansowany, jak dziś, gdy mamy do czynienia ze specjalizacją, która nie jest wymysłem, lecz wynikiem naturalnej ewolucji. Swoją poezją zdaje się więc pokazywać, jak bardzo poeta może przyczynić się do zrozumienia tego, co w scjentyzmie już miało miejsce i jak wiele może dokonać na polu poszerzania horyzontów przyszłości. Poezja, za pośrednictwem metafory, może przecież traktować o wszystkim, o całej złożoności świata, a zarówno naukowiec, jak i poeta nie muszą widzieć tego, co podlega ich refleksji, bo są ponad konwencjonalnymi wymiarami percepcji. Pytania o to, czy nauka lub poezja zyskuje na wymienności idei, czy można mówić tutaj o wtórności jednej dziedziny względem drugiej, pozostają otwarte, gdyż są w pełni zależne od specyfiki poszczególnych realizacji. Dla Enzensbergera poezja, która uruchamia naukowe obszary pojęć jest dowodem na potęgę ludzkiego intelektu, gdyż współczesna nauka, tak samo jak literatura, mówi o abstraktach, odkrywa nowe światy (na przykład wewnątrz atomu) i skupiając się na tym, co niedostrzegalne ludzkim okiem dociera do fundamentalnych prawd o materii i egzystencji, które najczęściej w trójwymiarze są zamaskowane.

Enzensberger zwraca uwagę na to, jak wielu geniuszy scjentyzmu lubowało się w doskonałości i precyzji, o które dbali z równą pieczołowitością, jak poeci o rytm i prozodię. Oprócz tego obu grupom pokrewne jest zdyscyplinowanie w sferze harmonii i absolutne podporządkowanie swojego „ja” postępowi naszego poznania. Skondensowanie tego wszystkiego przez Enzensbergera w wierszach pokazuje, że ujmowanie historii i tajemnic osobowości w formę wersów pozwala na wykroczenie poza aluzje, niuanse, zadawanie pytań i przede wszystkim uruchamia proces rozumienia sytuacji ludzi, którzy w imię miłości, dobroci i w zupełnym osamotnieniu dokonywali niemożliwego. Idée fixe całego tego biograficznego „nurtu” w Eliksirach nauki jest hipoteza o tym, że ciągle potęgujące się dążenia człowieka do ujarzmienia rzeczywistości w prawach, definicjach i wierszach skutkują wzmożoną aktywnością „świata” w oszukiwaniu nas przeróżnymi widmami. U Enzensbergera ratunkiem wobec tego jest wypracowywanie metod nieograniczonych – trwałych i przystosowanych do doskonalenia. Co ciekawe pojawiające się tutaj dość często osobliwości, jak nadmienienie, że Alan Turing zwykł jeździć na rowerze w deszczu z budzikiem kuchennym i włożoną maską gazową, służy właśnie temu, aby zwracać uwagę na to, jak bardzo geniusze nauki byli „inni”, jak bardzo wykraczali poza „tu i teraz” – zupełnie tak samo, jak twórcy poezji. Kolejnym powiązaniem poezji z nauką jest elegancja. Każdy matematyk dokonujący odkrycia nie chce tylko, aby wzór i twierdzenie odzwierciedlały to, co zbadane, lecz aby także dobrze „brzmiały”, cechowały się „gracją” i przede wszystkim działały na odbiorcę tak, jak arcydzieło malarstwa, a więc oszałamiało geniuszem. To zaś doprowadza do tego, że poezja i nauka wykraczają poza zamierzenia twórców i żyją własnym życiem.

Z wizji Enzensbergera wyłania się główna z prawd dotyczących współczesnej poezji i nauki. W obu tych dziedzinach wkroczyliśmy na poziom metapoznawczy. Jesteśmy już daleko od marzeń o użyteczności. Dziś liczy się wydajność, dlatego niemiecki poeta unaocznia nam, że myślenie o naszej epoce, jako o doskonalszej od czasów ją poprzedzających jest fantazmatem. Enzensberger jest twórcą automatów do tworzenia wierszy, dlatego tak dużo poświęca tutaj refleksji nad automatyką, jako czymś uwielbianym przez publiczność. Jednakże bardzo dużo jest w nim krytycyzmu wobec tego rodzaju aktywności, które są wymierzone wbrew ludzkości. Tym bardziej, że ceni wiersze, które w swej strukturze podobne są do zegara bez słów i zdają się wręcz sprzeciwiać nauce jako fundatorowi wielu halucynacji. U Enzensbergera, poza licznymi paradoksami, dominuje przekonanie o tym, że prawdziwie genialne mechanizmy ukryte są w naturze, nie ma możliwości powtórzenia ich w technice, a ich zrozumienie nie jest niczym niezbędnym. Problem polega jednak na tym, że przez industrializację nie odróżniamy prawdy od fikcji. Tu z kolei ma źródło kolejne podobieństwo nauki i poezji. Będący ich przedmiotem świat jest tekstem i rządzi się niepojmowalną gramatyką. Poeta i utożsamiany tutaj z demiurgiem badacz, gdy w odosobnieniu wnikają w cząstki dziwne i niewidzialne gołym okiem, nie uwzględniają perspektywy codzienności i wkraczają w zaświaty, oślepiają się matematycznymi baśniami i ulegają hipnotyzacji. Zaczynają wierzyć, że zobaczą więcej, poznają język / samych fenomenów a może nawet wyrażą to, co niewyrażalne. W Eliksirach nauki rozumienie jest rytuałem, obroną przeciwko światu i zasłonięciem się przed nim, a więc po prostu przeniesieniem akcentów z siebie na pozbawioną podmiotowości realność. Takie postępowanie u Enzensbergera oceniane jest bardzo radykalnie, gdyż sprowadzane jest do uświadomienia człowiekowi, że jest ulotną ciekawostką w nieskończonym wszechświecie, zaś wszelkiego rodzaju nasze jego „interpretacje” nie odzwierciedlają tego, czym może on naprawdę być – układem przypadków, którymi rzeczywistość się bawi, wystawiając nas na ich poznanie. Naukowiec i poeta to niekiedy w Eliksirach nauki ludzie amoralni, podlegający urojeniom, nieliczący się z niczym i chorobliwie upewniający się o tym, że świat naprawdę „jest”. Enzensberger jednak najbardziej zdaje się aprobować tych, którzy zadają pytania w rodzaju: Dlaczego wszystkie te wartości, jakie znamy o świecie są właśnie takie, a nie inne? Dlaczego wszystko ułożyło się we właśnie taki porządek? Dlaczego raczej nie jest mniej / albo więcej? I dlaczego raczej / nie jest nic?

Eliksiry nauki pokazują, jak bardzo nasz świat jest jednorodny. Pomimo niespójności nie sposób nie docenić tej książki za tak efektownie zapoczątkowywaną poezję nauki, która z dwóch, wydawałoby się opozycyjnych sobie dziedzin, wybrała dla siebie najszlachetniejsze cechy i przede wszystkim skonkretyzowała się jako medium „odczarowujące” współczesność. Postęp pociąga za sobą wiele niebezpieczeństw, a do ich zaistnienia nie potrzeba wielu starań. Enzensberger pokazuje więc, że zmiana jednego parametru implikuje przekształcenie równe rewolucji. Ważne jednak, aby być obserwatorem o wyostrzonej wrażliwości, gdyż w przeciwnym razie coś istotnego może przeminąć bez echa.

Autor: Przemysław Koniuszy

Hans Magnus Enzensberger „Eliksiry nauki. Spojrzenia wierszem i prozą”, przekł. S. Leśniak, wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2016, s. 290

[1] Nie ma nauki bez fantazji, ani sztuki bez faktów (przekł. własny).

Kursywą zostały wyróżnione cytaty pochodzące z recenzowanej książki.

„Jak rzeczywiste jest to, co rzeczywiście jest? Złośliwie / uśmiecha się Hegel. My namalujemy mu brodę. / Już wygląda jak Stalin”, czyli poeci-naukowcy „wiecznie łaknący poznania” w krytycznym zwierciadle

„Jesteś zadaniem. Jak okiem sięgnąć, nie widać ucznia”, czyli znikąd ratunku w miniaturach pełnych dobrego piękna

Wszystkie te przypowieści chcą właściwie rzec, że nie można uchwycić tego, co nieuchwytne, a o tym przecież wiedzieliśmy. Ale to, przy czym się codziennie trudzimy, to rzecz inna.O przypowieściach Franz Kafka

Na okładce dotychczas najobszerniejszego w Polsce wyboru opowiadań Franza Kafki znajduje się jego grafika z 1913 roku – Myśliciel (Der Denker). Choć jest to prawie niemożliwe, to jeżeli pewność obcowania z geniuszem narracji nie jest dla kogoś skuteczną rekomendacją lektury tej książki, to być może jest tym właśnie ten rysunek. Bo każdy, kto sięgnie po Opowieści i przypowieści, momentalnie przeradza się w takiego Myśliciela. Kogoś, kogo nie satysfakcjonują zagadki możliwe do rozwiązania, ale pytania najtrudniejsze, fundamentalne i wciąż otwarte. Kogoś, kto pod pozorem dziwności, groteski, komizmu i absurdu natrafia na błysk otwierający oczy na przestrzenie dotąd nieznane i unaoczniające, jak wiele dotychczas było poza zasięgiem jego percepcji.

Każde z opowiadań Franza Kafki wyrasta z przekonania, że w ludzkiej egzystencji zło może narodzić się w każdej chwili, szczególnie wtedy, gdy codzienność w przedziwny i niezależny od bohatera sposób przerodzi się w coś demonicznie nadzwyczajnego. Choć indywidualności jest tutaj co niemiara, to nie sposób oprzeć się przekonaniu, że tak naprawdę zawsze chodzi tutaj o człowieka i ludzkość par excellence, gdyż tym, co tutaj najbardziej zachwyca, przeraża i emocjonuje, nie są myśli protagonistów, które na dobrą sprawę mogłyby stać się udziałem każdego z nas, lecz wynikające z nich transformacje rzeczywistości, będące czymś co najmniej niespotykanym, surrealistycznym i zaświadczającym o klasie tej prozy. Dla Kafki wszystko to, co nas otacza jest swego rodzaju symulacją konstytuowaną przez mentalność. Stąd rzadko kto w jego utworach wie, kim tak naprawdę jest i jakie jest przynależne mu miejsce, ponieważ prawda zawsze przenika tutaj z wnętrza na zewnątrz, do świata i nigdy odwrotnie.

Rozwijając literacko myśl egzystencjalistów autor Jamy, z wręcz reporterskim zacięciem i precyzją, pokazuje nam, jak często rzeczywistość sprzysięga się przeciwko niewinności „prostego” człowieka, by spotęgować i tak już zaznawane przez niego cierpienie i nade wszystko skierować przeciw niemu z całą mocą nienawiść, jaka kłębi się w świecie opanowanym przez autorytaryzm i realizację chorobliwych instynktów. Stąd bohater ciągle się tutaj gdzieś śpieszy, co w żaden sposób nie wpływa na bieg opowieści, bo stany psychiczne i czas są dla Kafki co najmniej względne. Czymś nadrzędnym z kolei jest fatalizm i determinizm, których obecnością autor zdaje się sugerować swój model człowieczeństwa. Dla niego jesteśmy gośćmi w tym wymiarze, w którym omnipotencję sprawują siły natury, obecne co prawda w rzadko podlegającym opisowi tle, lecz zawsze odznaczającymi swą obecność w puencie – momencie decydującym i chwytającym za serce. Poza opowiadaniami, rzecz jasna tylko na pozór ilustrującymi jakąś (hipo)tezę, wiele jest także tekstów „błądzących”, rządzących się niemożliwą do rozpoznania logiką i paradoksalnie odkrywających najwięcej. Co ciekawe najczęściej są to teksty wyróżniane przez interpretatorów jako najbardziej reprezentatywne dla Kafki. Występujący tam wyrzuceni poza nawias świata bohaterowie są sami przez siebie uwikłani w przeróżne zniewalające konflikty, z których wyswobodzić się mogą za pośrednictwem autodestrukcji lub sprzeniewierzenia się światu. Odgrywają więc na naszych oczach z góry zaplanowany scenariusz, dlatego czymś najkonieczniejszym przy lekturze opowiadań Kafki jest przyjęcie racji bohaterów za swoje. To unaocznia, że w tych krótkich prozach całą uwagę narratora absorbuje reprezentacja, a nie waloryzacja.

W Opowieściach i przypowieściach nazywanie nie stwarza, nadaje tylko światu widmowość, buduje złudzenie i poszerza granice nicości. To właśnie widmo lub duch odgrywają tutaj rolę inicjatorów, gdyż materialność zanika lub wprost się buntuje. Rozmyślnie Kafka unika rzeczywistości na rzecz jej negatywnego odpowiednika, gdyż poszukiwanie przez bohatera własnej miary istnienia, na przykład poprzez dążenia do napotkania realności w formie literalnej, skutkowałoby pozbyciem się statusu kogoś, kto istnieje, a z kolei samo trwanie nie jest niczym pożądanym, w przeciwieństwie do celu nadrzędnego – radości z wiedzy o swoim byciu. Będące treścią tych miniatur uprzedmiotowienie człowieka, poprzez sprowadzenie go do właściwości czysto fizycznych, nie jest tylko aktem aksjologicznym, ale także czymś, co doprowadza do tego, że wówczas, jak to jest tutaj określane, człowiek podlega zużyciu. Kafka, podając w wątpliwość utylitarny wymiar egzystencji, akcentuje problem tego, jak bardzo jednostka żyje wobec siebie samego, a nie wobec innych, czego bezpośrednim odzwierciedleniem są nasze wyobrażenia o tym, co dzieje się w tekście. Choć rozumiemy rzeczywistość opowieści (rzecz jasna tylko wtedy, gdy nie szukamy uzasadnień stanu wyjściowego) i możemy rozpoznać rządzące nią prawa, to już w żaden sposób nie jesteśmy zdolni do logicznego myślenia o tym, co wynika z konfrontacji bohatera z tym wszystkim. Kafka pokazuje, że szeroko rozumiana i upraszczająca problem „dziwność” jest reakcją na ból, który wynika z konieczności wyrzeczenia się swojej natury wobec życia wśród innych. Hiperbolizacja służy tutaj spotęgowaniu brzemienia, z jakim bohaterom Opowieści i przypowieści przychodzi się mierzyć, gdy natrafiają na antagonizmy kolejnych wariantów rzeczywistości, spośród których żaden nie jest prawdziwie realny. Choć z pewnością część czytelników tej książki, sugerując się drugim członem jej tytułu, w wielu narracyjnych rozwiązaniach doszuka się ech biblijnych przypowieści, to jednak wydaje mi się, że Kafka idzie zupełnie inną drogą i korzysta z idiomatycznej dykcji, choć tę tradycję (wraz z kabalistyką) kontynuuje i pozwala jej niekiedy dojść do głosu. U niego zwrot do odbiorcy (dydaktyzm i moralizatorstwo) są co prawda obecne, lecz zawsze dopiero wtedy, gdy czytamy jego utwór. W sposób literalny jest zupełnie nierozstrzygalne, ile z tego, co odczuwamy, zostało przewidziane przez twórcę, a ile z jego intencji jest przez nas dokumentnie nierozpoznanych. W przedstawionych w Opowieściach i przypowieściach wyobrażeniach sytuacji człowieka, który odznacza się syndromem sztokholmskim, ulega presji zewnętrzności i dokonuje aktów na wpół samobójczych, nierzadko na pierwszy plan wysuwa się koncepcja świata jako jednego wielkiego spisku.

W Przemianie, w tekście najsłynniejszym spośród tutaj zgromadzonych, znaczące jest, że tytułowe zjawisko zachodzi bez udziału czytelnika, jest podane jako pewnik i teoretycznie nie podlega dyskusji, gdyż warunkuje cały tekst. Jednakże niezwykle wiele zachodzi u Kafki właśnie wtedy, gdy to, co rudymentarne, uznamy za prowokacyjny efekt metaforyzacji. Pokazuje to, że jego bohaterów definiuje system, do którego przynależą i respektowana przez nich ideologia, dlatego tak często jest tutaj mowa o bezużyteczności i pozorności człowieka. Wynika to z udaremniania istotności „ja” poprzez wizualizowanie, że jego opór wobec tego, co uznawane za jedynie słuszne hermetyzuje go, wyobcowuje i eksponuje właściwą mu wrażliwość na działanie monotonii świata i uzależnienie rzeczywistości od tego, co w sposób niewytłumaczalnie agresywny godzi w ludzkość. Człowiek Kafki, zakotwiczony w świecie zepsutym, wart jest tylko tyle, ile inni widzą w nim potencjalnych korzyści dla siebie. Światoodczucie jest tutaj zogniskowane na bezsensie, które wyznacza szereg anomalii kreowanego świata – liczy się tu koniunkturalizm, partykularyzm, mechanicyzm i witalizm, a nie bliskość, miłosierdzie, przywiązanie, egalitaryzm i humanizm. Jednostka nic nie znaczy wobec zaborczego ogółu. Choć każdy człowiek jest nikim bez ludzi, którzy go otaczają, to współczesny paradygmat zwraca uwagę tylko na nieokreślone masy, gdyż to je łatwo kontrolować i sprowadzać na drogę samozagłady. Poszczególnemu „ja” nic przecież, poza odczuciem w gruncie rzeczy „niepotrzebnego” komfortu, nie przychodzi z wiedzy o tym, jakie miejsce zajmuje w „układance”, jaką jest państwo, kto lub co nim rządzi, jakie ma się wobec niego plany lub czy przysługują mu jakiekolwiek prawa, rzecz jasna poza „prawem” do służenia nieokreślonemu przywódcy. Z drugiej strony jednak wielokrotnie i „między wersami” pojawia się tutaj hipoteza, że być może to sam cierpiący jest winny swej sytuacji, gdyż niegdyś usłuchał fałszywego dzwonka i teraz – za sprawą przeznaczenia – odbiera zapłatę za swe czyny. W Opowieściach i przypowieściach wszystkiemu można zapobiec, we wszystko można zaingerować, z wyjątkiem trwania człowieka w zamkniętym kole jego życia, w którym zło przeplata się z dobrem, Eden z piekłem, a wyjściem z tego wszystkiego jest tylko rozerwanie tego układu i nieodwracalny koniec. Co ciekawe Franz Kafka wiele atencji poświęca temu, abyśmy unaocznili sobie, że my przecież to wszystko przynajmniej połowicznie wiemy i jesteśmy w stanie w ogólnych zarysach rozeznać się w tych zabójczych i nienaturalnych mechanizmach, lecz jego bohaterowie znajdują się w zupełnie innej sytuacji – dla nich, najczęściej, dehumanizacja, nieskonkretyzowane niebezpieczeństwo i absurdalność są czymś, co zmuszeni są uznawać za normalność. Z tych względów narratorzy Franza Kafki są permanentnie represjonowani i trwają w strachu przed czymś, co mogłoby wybić ich z rytmu lub zdemaskować ich „świat”.

Opowieści i przypowieści Franza Kafki to wielkie metafory współczesności. Na kartach tej książki możemy odnaleźć przerażającą syntezę naszej kultury, która nawet nie aspiruje do statusu afektywnej, lecz wprost prezentuje się jako fasadowa, skoncentrowana na pustych gestach, wypaczającej ogląd ornamentyce i hołdująca temu, co zastane, a nie rewolucyjne w formie. Archetyp geniusza literatury jawi się tu jako ktoś, kto w bezinteresowny i bezkompromisowy sposób odwraca wszystkie „mity” na nice po to, aby pokazać komuś bliżej niesprecyzowanemu, gdyż przecież większość z tych tekstów nie ukazała się za życia autora i miała ulec zniszczeniu, jak bardzo wielkie ideologie oraz totalitaryzmy teraźniejszości i przyszłości będą chciały w sposób podprogowy zakorzenić w umysłach subiektywizm i fałsz pod pozorem obiektywizmu i prawd objawionych. Nie bez powodu nazwisko Józefa z Procesu zaczyna się na literę K i niejeden z bohaterów tych tekstów ma na nazwisko Kafka. Autor Mostu w każdym swym potencjalnym czytelniku i każdym człowieku, który cierpi, zdawał się widzieć samego siebie. Dlatego w Opowieściach i przypowieściach wszystko w jakiś sposób wynika i sprowadza się do oporu względem tego, co narzucone i przede wszystkim wobec posłuszeństwa ideom, których zasięg nie jest możliwy do objęcia umysłem przez jednostkę zniewoloną, a więc kogoś, kto w podporządkowaniu się widzi doniosły akt człowieczeństwa. Niejednokrotnie pojawia się tutaj pogląd na temat niemożliwości istnienia czegoś takiego jak wolność prawdziwa, gdyż Franz Kafka, dopuszczając w swych tekstach do głosu każdego, pragnie nam pokazać, że siła każdej społeczności i ludzkości w ogóle tkwi w tym, iż każdy może bezkonfliktowo hołdować swym obsesjom, maniom i pasjom. Gdy jest zgoła przeciwnie i wprowadza się hegemonię duchową czy totalitaryzm, to każdej wrażliwej istocie pozostaje tylko ucieczka od świata. Wolna wola jest tutaj czczym wymysłem, podobnie jak „zdrowe” szaleństwo, wewnętrzny spokój i ataraksja. W świetle tego warto spostrzec, że Kafka symptomów tych wszystkich negatywnych przemian doszukuje się poprzez faktografię, która prawie zawsze przeważa nad zmysłowością. Czymś nieodzownym dla niego jest także myślenie o jednostce w kontekście, na przykład stosunków rodzinnych, których rozkład w jego przekonaniu wydaje się w sposób bezsprzeczny udowadniać brak emocjonalności u człowieka współczesnego, co w zwielokrotnionej formie odnajduje tutaj wyraz w napiętnowaniu postrzegania humanizmu za anachronizm.

W jego miniaturach najbardziej pociągająca jest perspektywa. Na pozór nic nie ma tutaj początku i końca, wszystko zdaje się trwać w punkcie zerowym właśnie po to, aby oddać niedostateczność sądów człowieka o świecie, jego bezprzykładną bezmyślność i narastającą przez to bezsilność. Każdy z tych tekstów staje się pełnowymiarowym objawieniem, w którym życie pospolite przepuszczane jest przez filtr złudnego nihilizmu i otwiera nas na metafizykę. Obcując ze światem Kafki i zastanawiając się wraz z nim, jaka jest natura zdarzeń niespodziewanych, warto zadawać sobie pytania o to, czy to, co widzi bohater jest prawdziwe i czy to, czego nie widzi, a o czym niewątpliwie wie, rzeczywiście ma miejsce. Warto jednak przy tym pamiętać, by analogicznych pytań nie kierować wobec naszej egzystencji, gdyż cudem uzyskana samoświadomość w tej materii, w świetle lektury tych tekstów, zaowocowałaby jedynie zagładą.

Autor: Przemysław Koniuszy

Franz Kafka „Opowieści i przypowieści”, przekł. L. Czyżewski, R. Karst, A. Kowalkowski, J. Kydryński, E. Ptaszyńska-Sadowska, A. Wołkowicz, J. Ziółkowski, posłowie: Karol Sauerland, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2016, s. 632

„Jesteś zadaniem. Jak okiem sięgnąć, nie widać ucznia”, czyli znikąd ratunku w miniaturach pełnych dobrego piękna

„tlen połyka granatowe punkty świateł / w oknach widzianych z jedenastego piętra wieżowca”, czyli kosmiczne oko Boga dostępne dla każdego, gdy wielość w jedności i jedność w wielości stają się nierozdzielne

U źródeł najnowszego tomu Pawła Tańskiego znajduje się przekonanie, że cały świat wykreowany przez poezję, iluzorycznie odzwierciedlając realność, wpisuje ją także w sieć powiązań, które określane są tutaj zbiorczym mianem „kresek”. Tym samym wcześniej eksploatowana przez tego twórcę poetyka uzyskuje tutaj wspaniałe doprecyzowanie. Każda fraza i każdy motyw, o idealnie zasymulowanej przypadkowości istnienia i zespolone w układ znaczeń, w przedziwny sposób harmonijnie współgrają z innymi, nie tyle obecnymi w tym samym wierszu, ile także rozchodzącymi się echem po całym tomie, który sam w sobie jest bardzo spójny nie tylko dlatego, że autor prezentuje nam tutaj otwarty i permanentnie pączkujący system odczytań, lecz również dzięki temu, że czytelnik w trakcie lektury jest zarazem zupełnie niezależny od wizji twórcy, jak i w niezwykły sposób czuje się zachęcany do tego, by pogodzić to z podążaniem wyznaczonymi mu ścieżkami. Największą rolę odgrywają więc w Kresce połączenia i za ich pośrednictwem to, jak reagują ze sobą zmysłowość i duchowość, gdyż wszystko, o czym tutaj przeczytamy, choć ma różnoraką proweniencję i odznacza się nieskończonym zespołem odniesień, to zawsze jest powiązane z podmiotem, który pragnie nam unaocznić wiele zjawisk dotyczących relacji pomiędzy nim a światem. Poznawanie go w Kresce polega na obserwacji jego ustosunkowywania się wobec Innego i podejmowanych przez niego kolejnych aktów bliskości. Właśnie wobec tych konfrontacji i niejako za ich pośrednictwem powstaje ta poezja migotań, rozświetleń lub wypadkowej myśli o kimś, kto jest częścią nas, lecz zarazem stanowi byt zupełnie odrębny. Wszystko tutaj trwa w ruchu, zderza się ze sobą, eksploduje, by za chwilę się zatrzymać, przeformułować i wyruszyć w dalszą drogę w zmienionej formie. Dzięki temu każdy z tych tekstów uzurpuje sobie prawo do nazywania tego, co inni mają za „nienazywalne” lub przynależące do innego – wyższego względem słów używanych przez człowieka – kręgu myślenia. Nikt bowiem wcześniej – w tak efektowny i przemyślany sposób – nie wpadł na to, że aby mówić o tym, co czują nasze zmysły wcale nie trzeba silić się na uchwycenie tego wprost. Zawsze można bazować na tym, co powstaje pomiędzy dwiema płaszczyznami czy obrazami, gdyż czytelnik, jako współtwórca i towarzysz, będzie w stanie wszystko w swoim umyśle jeżeli nie odtworzyć, to z pewnością wcielić się w podmioty tych wierszy i odnieść ich odczucia do własnych doświadczeń, poniekąd zbieżnych z tym, co oferuje przeżywany tekst, który dzięki swej wieloznaczności otwarty jest na każdy wariant zrozumienia i za każdym razem skierowany jest do indywidualnego odbiorcy, a nie bezwładnego i nieokreślonego tłumu.

Kreska pełna jest fluktuacyjnych wyobrażeń, reminiscencji i ulotnych przeżyć, którym mimo wszystko, po ujęciu w hipotetycznie sztywną ramę wiersza, udaje się niekiedy wymknąć i stworzyć coś na wzór kamieni milowych, wyznaczających coś przełomowego dla tego tomu i zarazem współtworzących „twory” istniejące po to, aby względem nich orientowały się poszczególne „opowieści” i w konsekwencji oscylowały wokół  inne szeregi znaczeń o różnej intensywności i znaczeniu. Niezbędne jest tutaj zapośredniczenie i uzupełnianie. „Ja” liryczne nie tylko tutaj przeżywa „samo siebie”, lecz także tych, z którymi przyszło mu się zetknąć, co w praktyce wygląda tak, jakby podmiot był „rozmyty” w świecie lub wprost był tym światem. Enigmatyczne „wszystko” nie tylko go określa, co paradoksalnie jest nim samym i dlatego świat – percypowany przez różne jednostki – jest przez podmiot(y) Kreski replikowany i następnie na gorąco rekonstruowany w składających się na ten tom mikro-narracjach. Uzupełnianie zaś polega na tym, że czytając Kreski wpadamy w głąb siedmiu studni. Ujmując to kolokwialnie i obrazowo można byłoby uznać, że przemierzając je kolejno „zbieramy” elementy układanki niemożliwej do złożenia w całość, a po drodze gubimy wiele z nich, by potem je odnaleźć w czymś zupełnie niespodziewanym. W rezultacie cała ta książka stanowi zespół wtajemniczeń nas w alternatywny i skonstruowany wertykalnie świat, który pozostaje na przecięciu kilku dróg: tego, co konstytuuje „ja” liryczne i „ja” czytające oraz tego, co „autorskie”, niezamierzone i wprost zaczerpnięte z szeroko pojmowanej kultury, z jej dziełami, zarówno przynależącymi do tego, co niskie, jak i wysokie. Wyłaniająca się z tego metoda zawdzięcza swą oryginalność przezwyciężeniu zasad, które na ogół rządzą wyznaniem lirycznym. U Pawła Tańskiego jednoznaczność nie ukrywa głębi znaczeń, gdyż jest ona już a priori zasugerowana. Tutaj nie udaje się, że za pośrednictwem tego, co klarowne i pozornie przejrzyste mówi się o kwestiach znacząco skomplikowanych, ponieważ ten poeta daje nam najpełniejszy obraz: pozorne lub ewidentne skomplikowanie przeplata się tutaj z bezsprzeczną lub udawaną dosadnością. Chodzi więc o odzwierciedlenie mechanizmów, jakim podlega świat, przy czym warto dostrzec, jak bardzo podmioty tych wierszy wyczulone są na skojarzenia i analogie. Słusznie zauważają, że w gruncie rzeczy nie ma przeszkód do myślenia o świecie jako o czymś jednorodnym, czego zrozumienie nie musi przebiegać tylko w sposób bezpośredni, lecz również meandryczny, to znaczy uwzględniający w czymś aktualnie poznawanym wiedzę o czymś innym, być może odległym, ale odsłaniającym prawdę o nieznanym. W Kresce narzędziem do tego są rzecz jasna wielopiętrowe metafory – zaskakujące swą ożywczością konstrukcje, które nie znają żadnych granic w jednoczeniu opozycyjnych względem siebie sfer i uruchamianiu wyobraźni czytelnika.

To wszystko oswobadza poezję w każdym wymiarze. Dlaczego jednak tak istotny jest tutaj problem konturu i ograniczeń w kumulowaniu asocjacji? Podmioty tych wierszy chcą bowiem, aby ich fraza była jak najbardziej wyostrzona na to, jak rzeczywistość ulega rozproszeniu, co doprowadza do imperatywu wskrzeszania za pomocą poezji perspektywy scalającej, lecz jednakże akceptującej kompulsywną dynamikę i dalekiej od preparowania przedmiotu wyznania lub traktowania go w sposób powierzchowny. Paweł Tański zdaje się w tym upatrywać ratunku przed wszechogarniającą dziś obcością. Powoływane przez niego do istnienia podmioty urzeczowiają to, co mentalne, aby nie zatracić krytycyzmu wobec wszechświata i zdystansowania względem zastanych form. W Kresce liczy się więc świeżość spojrzenia. Stąd przypadkowość idealnie kamufluje obecną tutaj wewnętrzną organizację treści i z drugiej strony uzmysławia, jak korzystne poznawczo jest intuicyjne chwytanie świata w jego wybrakowanych przejawach i wszczepianie tego, co w ten sposób pozyskane w prywatną syntezę siebie. Lektura tego tomu jest fascynująca właśnie dlatego, że wszystko bazuje tutaj na wielości dostępnych desygnatów, jakie stoją za słowami i ich homonimiczności, co z kolei znajduje swe odbicie w snuciu rozważań nad tym, w jaki sposób rzeczywistość zależna jest od naszych jej interpretacji. W Kresce wszystko jest nazywaniem, jakby poeta chciał iść w sukurs tym, którzy twierdzą, jak bardzo ewidentnym i uwłaczającym atrybutem współczesności jest pozostawanie przy beznamiętnym zbywaniu każdej, nawet najbardziej niezbędnej części naszego świata upraszczającym słowem, które pozbawione jest magicznej funkcji stwarzającej odniesienia, uruchamiającej wyobraźnię i przede wszystkim unaoczniającej różnorodność. Istotą Kreski jest to, że nie jesteśmy w stanie na trwałe „przyszpilić” rzeczywistości w takim stopniu, aby pokazała swą prawdziwą naturę, dlatego ten tom angażuje wszystko to, co nosi znamiona produktywnego „mediatora” pomiędzy literaturą pretendującą do miana rewolucyjnej i tym, co dokoła nas domniemane i potencjalne. Wznawia się tutaj klasyczną ciekawość świata, która wyraża się poprzez zapełnianie białych plam na mapie, lecz z równoczesnym zakotwiczaniem się w tym, co już rozstrzygnięte. Jednak nie jest tutaj ważna przyległość ani podobieństwa. Wszystko jest wykoncypowane tak, by imitować rwący prąd wyobraźni, zawłaszczającej i kreującej światy inne, odległe i dotąd nieistniejące, choć w poezji wyznaczane przez echa realnej przeszłości i hologramy mowy.

Wszystko napędzane jest tutaj przez widzenie. Czytając ten tom wcielamy się w swego rodzaju obłąkanego pielgrzyma, który z powodu wyłączonego prądu w oku widzi znacznie więcej niż w stanie względnej normalności. Nie potrzebuje już aktów iluminacji, czy wejrzenia tam, gdzie nikt inny jeszcze nie „patrzył” w poszukiwaniu prawdy. W jego wariancie świata wszystko przeziera zza masek i poszczególnych kurtyn, gdyż nadrzędna jest demaskacja. Nic w Kresce nie jest ukryte do tego stopnia, aby mogło niepostrzeżenie umknąć: wszystko ma przynajmniej wyimaginowaną przyczynę i cel, do którego bezpardonowo zmierza, co jest spotęgowane przez ugruntowanie całości na metapoetyckości. To właśnie to ostatnie eksponuje, czym jest w Kresce zależność frazy od przedmiotu refleksji i koincydencja tego z tym, czym ich zespolenie skutkuje w umyśle czytelnika. Nie sposób oprzeć się przekonaniu, że wiele z tych poetyckich „strumieni wrażeń” kontaminuje w sobie kolejne obsesje, które w podmiotach wyzwalają niemożliwy do kontrolowania ciąg frustracji, wyobrażeń i nade wszystko obrazów wciągających nas w ten cały wir. W Kresce zaskoczenie wyzwala zrozumienie – każde połączenie pobudza do zastanowienia, jak bardzo nie chcemy słyszeć, gdy świat do nas „krzyczy”, wypowiadając słowa ucieleśniające się wprost przed naszymi oczami. Można byłoby uznać, że nieodzowne w prezentowanej tutaj przestrzeni są swego rodzaju transmutacje – akty przeistaczania cierpienia w coś metafizycznie „cennego”, uzasadnionego i definiowanego przez pryzmat porozumienia, do którego zaistnienia stwarza wiele możliwości. Jedną z największych zagadek Kresek jest to, czy główni „protagoniści”, a więc doktor Mieczysław i Teodor, w tym tomie po prostu są czy dopiero się stają, a więc urastają do statusu kogoś, kto nie żyje, lecz płynie i jest nieskazitelnie fikcyjnym symulakrum. Projekcji jest tutaj z pewnością wiele, jak i tego, co choć podawane jest za artefakt, to niekoniecznie nim w istocie jest, lecz nie brak tutaj także naturalnego uniwersalizmu. Rozumianego bardziej jako świadomość konieczności stworzenia u odbiorcy przekonania, że każdy z detali składających się na Kreskę jest immanentną częścią jakiejś „wspólnoty”, stanowiącej zresztą egzemplifikację tego, co względem niej zewnętrzne, a nie jako pragnienie zrealizowania postulatu poezji totalnej, obejmującej sobą wszystko. Nie bez powodu pojawia się tutaj z tak wysoką częstotliwością rekwizyt siedmiu języków, gdyż każda z tych wizji, fundujących przeorientowanie całego tomu z podmiotowości jednostkowej na podmiotowość polifoniczną, realizującą się w interakcjach, bardzo wiele zyskuje na tym, że w każdy możliwy i artystycznie uzasadniony sposób stara się uciekać od poezji, w której akcenty są rozłożone równomiernie i dąży się do tego, aby kwestie najbardziej podstawowe były już ad hoc jasne. W Kresce najistotniejsze są niewiadome, których poszukiwanie, co najważniejsze i niesamowicie frapujące, rzadko kiedy przynosi rezultat w postaci jakiegoś pewnika.

Autor: Przemysław Koniuszy

Paweł Tański „Kreski”, Wydawnictwo FORMA, Szczecin, Bezrzecze 2016, s. 60

„tlen połyka granatowe punkty świateł / w oknach widzianych z jedenastego piętra wieżowca”, czyli kosmiczne oko Boga dostępne dla każdego, gdy wielość w jedności i jedność w wielości stają się nierozdzielne