„Osobowość artysty wkracza do samej narracji i niczym żywe morze opływa jej postaci i wydarzenia”, czyli polemika z grecką paideią w kontekście wyboru drogi, który wymusza tempo jej przemierzania i pamięci spojrzenia ukochanej, nadzwyczajnego w swej zwyczajności

– Trudno cię spotkać wśród ludzi.

– Tak. Mam naturę mnicha.

– Boję się, że raczej heretyka.

– A bardzo się boisz?

Niekiedy pojawiają się głosy, że o poezji nie należy pisać, ale ją czytać. Jest to pogląd dość kontrowersyjny i nie sposób mi z nim się zgodzić, gdyż poezja tylko zyskuje na dyskutowaniu o niej, jednak znajduje on zastosowanie w trochę innym przypadku, a mianowicie wczesnej powieści najwybitniejszego innowatora narracji w dziejach – Portrecie artysty w wieku młodzieńczym Jamesa Joyce’a, która ze swą wieloaspektowością, nieprzejrzystością i przede wszystkim manifestacyjnym charakterem zasługuje przede wszystkim na czytanie, rozkoszowanie się zagadkowością i dopiero później – w drodze wyjątku – komentowanie. Czymś niemożliwym jest uchwycenie geniuszu w formie dalekiej od trywializacji, lecz warto się tego podjąć na przykład tutaj, by inicjować dyskusję na temat tego niewątpliwego fenomenu. W Portrecie widzimy Joyce’a jako kogoś, kto jawnie wkracza na poziom „meta”, na którym nie tyle opowiada się historię, lecz także pokazuje się, czym inne opowieści są i jak wiele dotychczas nam z nich umykało. Tym samym Portret sam w sobie stanowi dowód na potwierdzenie tez, które opisane są na jego stronach. Jego niewątpliwe piękno jest takim układem elementów, których ułożenie i rozwiązanie „zagadki” nie przynosi radości i zaspokojenia, gdyż najbardziej kuszące jest ciągłe poszukiwanie i przemierzanie tego labiryntu wciąż na nowo. Tak samo jak Stephen Dedalus dojrzewa w Portrecie, tak równolegle w nas dojrzewa poczucie estetyki w stosunku do powieściopisarstwa, co znajduje swe odbicie w epizodyczności tej narracji, jakby Joyce – tworząc portret „osnuty” wokół swoistych punktów orientacyjnych i odchodząc od metodycznej faktografii – chciał nam pokazać, że człowiek kształtuje się w kulminacyjnym momencie danego etapu, a momenty „pomiędzy” to tylko chwile pełne oczekiwania. Wartość naddaną przynosi tylko obcowanie z dziełami fundamentalnymi dla rozwoju nowożytnego myślenia o świecie. Właśnie takimi jak Portret.

W Portrecie Joyce’a rolę nadrzędną odgrywa paralelne traktowanie dziejów kształtowania się artysty i wszechświata. Proces wykształcania się osobowości poety zdominowany jest z tego względu przez niekończące się powroty do przeszłości, postawę ciągłego oporu wobec presji z zewnątrz i poszukiwanie jakiejś samotni, w której można pozwolić wewnętrznemu głosowi na pełną ekspresywność. Jest to wizja negatywna, siłą rzeczy obarczona przez konieczność zmagania się rzeczywistości z kimś, kto w sposób deterministyczny i nieświadomy zbliża się do uzmysłowienia sobie, kim tak naprawdę jest. Z drugiej strony usytuowane jest wiele konfliktów na płaszczyźnie pomiędzy światem i artystą, który musi w niepojęty sposób pogodzić powinności związane z życiem prywatnym, a więc wobec rodziny, społeczeństwa i samego siebie; z powinnościami konstytuowanymi przez wielkie idee, jakim jest przeznaczony. Stąd wszystko w tej powieści ze sobą współgra. Echa tego możemy nawet odnaleźć w samej fabule, gdy bohater, podpisując podręcznik, umiejscawia siebie w hierarchicznej strukturze, której zwieńczeniem jest Wszechświat. W konstrukcji Portretu jest podobnie. Możemy wyróżnić tutaj kilkanaście części, które wraz z rozwojem narracji są iluzorycznie coraz bardziej „dopracowane”, dlatego czytając ją przechodzimy od dziecięcego gaworzenia i bajki aż do stanowczej i dojrzałej deklaracji artystycznej. Jednakże wspólnym mianownikiem każdego etapu jest walka z czarnymi dziurami pamięci, podejmowanie prób odkrycia swych predyspozycji, prześladowanie przez demony przeszłości i nade wszystko poszukiwanie równowagi pomiędzy ekspresywnością i impresywnością sztuki.

Za jedną z największych zasług Joyce’a dla literatury jest zapewne stworzenie języka modernizmu – takiego mechanizmu, który dzisiaj jest przez nas wykorzystywany do mówienia i myślenia o świecie (po)nowoczesnym. Prototypem tego jest właśnie Portret, w którym już możemy zaobserwować, że tego rodzaju literatura, będąca zarazem wytworem geniuszu i wyzwalających intelekt tendencji, rozgrywa się nie w monumentalnych opowieściach i pełnych detali opisach, ale pośród i niejako mimochodem napływu poszczególnych słów. Dzięki ich obserwacji i odnajdywaniu dalekosiężnych konsekwencji ich reagowania pomiędzy sobą możemy odkryć, czym w przekonaniu Joyce’a jest dojrzewanie artysty. Przede wszystkim wszystko jest tutaj zależne od środowiska silnie religijnej Irlandii, w której największą władzę sprawują księża a życie zdominowane jest przez marzenia o narodowej niepodległości. Przez wzgląd na to nie jest to opowieść w literalny sposób poświęcona kształtowaniu się, lecz bardziej traktująca o podejmowaniu kolejnych prób wyzwolenia z okowów przedsądów o rzeczywistości, jakie zostały wtłoczone w chłonny umysł dziecka. Jednakże nie sposób oprzeć się przekonaniu, że Stephen Dedalus stał się być może poetą właśnie dzięki buntowniczej postawie, która siłą rzeczy musiała stać się jego udziałem przez kształcenie w opresyjnych jezuickich szkołach, wtłaczanie jego duchowości w schemat myślowy narzucany przez modlitwy oraz brak możliwości odnalezienia środka ciężkości pomiędzy swym wnętrzem a narastającymi nieprzerwanie opowieściami o mękach piekielnych, jakie być może go czekają. W ten sposób zderzają się tutaj ze sobą dwa porządki: oficjalny i nieoficjalny. Ten pierwszy wymusza podporządkowanie się i w żaden sposób nie troszczy się o zrozumienie praktyk, jakie z nieznanych względów są „niezbędne” do stania się kimś wartościowym. Ten drugi z kolei pozwala otworzyć się na inne sposoby myślenia o świecie, łączy się z kompulsywnie zaznawaną radością, doszukiwaniu się dzięki wyobraźni magicznych sił w naturze i wreszcie z dogłębną niejednoznacznością tego, czy przynależy bardziej do świata wyznaczonego przez Erosa, czy Tanatosa. Dzięki temu ostatniemu losy Stephena Dedalusa przypominają kalejdoskop zdarzeń, które w wymiarze autonomicznym zdają się go ukierunkowywać, lecz w ramach sieci współzależności, jaką tworzą, zdają się go dezorientować, jakby młody umysł nie mógł wyłonić siebie i rozpoznać specyfiki swego usposobienia z kolejnych przebłysków: fascynacji cielesnością, melancholii, poczucia odmienności i przekonania o poczuciu przynależności do sfery wizyjności. Co ciekawe żaden z tych przebłysków nie jest zamknięty puentą, nie jest uwięziony w mechanizmie, którego stanowi immanentną część. Każdy z nich istnieje bardziej wobec siebie niż dla innych, stąd Portret w żaden sposób nie jest rozgraniczony, nawet pomimo tego, że stanowi coś na wzór sfabularyzowanej biografii, gdyż mamy cały czas wrażenie, jakbyśmy nie byli predysponowani do współuczestnictwa w tym wszystkim wraz z bohaterem, bo to opowieść ciągle w przedziwny sposób „trwająca” i otwarta. Zbyt intymna, by mogła być poznawana bez uczucia dokonywania czegoś niestosownego.

O naturze rzeczywistości Portretu mówią nam zachodzące w niej koincydencje pomiędzy tym, co w danym momencie dzieje się w duszy bohatera a tym, co dominuje w jego otoczeniu, dlatego pojawiające się w najwcześniejszym okresie moralne konflikty  Dedalusa najczęściej są skorelowane z dźwiękiem, na przykład kijów do krykieta: pik, pak, pok, puk, niczym kropli wody w fontannie spadających delikatnie do wypełnionej po brzegi misy. Odgłosy najbardziej „niewinne” budzą w jego umyśle „mroczne” instynkty, których realizacji tak później będzie pragnął. Są to momenty najbardziej antycypujące Ulissesa, jednakże przy tym w zaskakujący sposób odcinające się od tego, gdyż tu spełniają swą funkcję jako coś bliskiego epifaniom lub aktom iluminacji, które wprost prowadzą do dramatu samorozpoznania i swoistego zniewolenia przez pragnienie spotkania w rzeczywistym świecie tego niematerialnego wizerunku, który nieustannie widział oczami duszy. Powtarzanie przez Dedalusa słów, których nie pojmował, zamyślanie się nad wizerunkiem na wpół wyimaginowanej ukochanej lub budowanie makiety jaskini na cudownej wyspie wprost z Hrabiego Monte Christo, projektują jego habitus i obraz świata, który artykułowany jest naprędce w ramach poetyzacji tego, co wymyka się jego poznaniu. Pisarz w Portrecie jest więc kimś, kto nie może istnieć w oderwaniu od świata. Choć przeważnie jest wyobcowany, cierpi z braku akceptacji i czuje, że nie pasuje do tłumu, to jego zadaniem jest doprowadzić do tego, aby dzieło odzwierciedlało w subtelnych tonach czasy, w jakich powstało i stało się w głównej mierze demaskacją epoki, ale żeby także było przesiąknięte osobowością twórcy. Warto jednak zauważyć, że wszelkie granice pomiędzy podmiotem twórczym, dziełem i światem są tutaj co najmniej płynne. Prawdopodobnie dlatego wciąż natrafiamy na momenty nieuchwytne i po prostu niezrozumiałe w takim wymiarze, do jakiego przyzwyczaili nas inni twórcy, gdyż każdy „epizod” nie jest tutaj kolejnym elementem „układanki”, bo nie sposób dopatrzyć się tutaj żadnych zapędów objaśniających. Wszystko po to, aby Stephen Dedalus – owładnięty przez kuszenia, zniechęcenie i nawiedzany przez widma – jawił nam się jako proto-prorok lub z pewnością ktoś, kto żyje tak, jak jeszcze nikt przed nim się nie odważył i to nie z własnej woli, tylko pragnienia czegoś nadrzędnego względem człowieka, jakiegoś ducha czasów, który pragnie literackiej emanacji. Stąd nasz umysł, mierząc się z tą narracją, wciąż ulega pewnemu semiotycznemu zabiegowi i zadaje sobie pytania w rodzaju: Czy naprawdę należy wypatrywać jakichś znaczeń w tym, że bohater, po zaprzestaniu pracy nad wierszem, być może z obawy przed trywializacją, rysuje figury geometryczne? A jeżeli tak – to jakie i jak je połączyć z innymi obrazami, równie pociągającymi, sugestywnymi i zarazem kłopotliwymi dla tych, którym wydaje się, że pisarza można przejrzeć na wskroś?

Osnowę wszystkich opowieści, składających się na Portret, stanowi wyobrażenie, że bunt, jaki artysta musi podjąć w swych dziełach jest na wskroś daremny i najzwyczajniej wyzbyty z czegoś, co mogłoby nadawać egzystencji jakiś kierunek. Brak akceptacji wobec podzielanych powszechnie wartości w żaden sposób nie znajduje przełożenia na znajdywanie dla nich alternatyw. Wzrost oporu wobec reguł rządzących światem nie przynosi w Portrecie ukojenia wewnętrznego. Stephen Dedalus w tej książce wprost krzyczy, gdy z poziomu wyobrażenia o swej predestynacji do uważnej obserwacji rzeczywistości w całkowitym milczeniu dochodzi do wniosku, że został do tej przestrzeni wtłoczony i z tego powodu nic nie jest go w stanie naprawdę poruszyć, bo wszystko jest puste lub stanowi jakiś nieprzekonujący paliatyw, jakby jego prawdziwym przeznaczeniem byłaby pełnowymiarowa fikcja lub wprost – życie samą fikcją w przekonaniu o byciu wytworem czyjegoś umysłu. Jego jedyną reakcją na to jest obojętność, przemieszana niekiedy z bezradnością i rozpaczą wynikającą z bezsilności, która znajduje swe odbicie w awersji do prozy społecznie zaangażowanej. Ulega to później spotęgowaniu przez dostrzeżenie, co przeziera zza maski, jaką mają na twarzach ludzie składający się na twór zwany „społeczeństwem”, będący w jego mniemaniu bezkształtną i bezmyślną masą. I to, co jest poza Stephenem, jest właśnie taką maską, która zwykła po pewnym czasie scalać się z tym, co pod nią i później nie sposób mu oddzielić „prawdy” od jej zakłamanej nadbudowy.

Problematyczne jest tutaj to, że chcąc stworzyć coś mającego natrafić na podatny grunt należy uprzednio zbliżyć się do zrozumienia ludzi, do których skieruje się swoje dzieło, zaś w przypadku bohatera Portretu mamy tylko ekscytowanie się kolejnymi lubieżnościami, zwanymi tutaj orgiastycznymi szaleństwami oraz lubowanie się w poruszaniu się wśród wypaczonych obrazów zewnętrznego świata. Przez rozpamiętywanie swych występków Stephen Dedalus rozszczepia się, jak gwiazda przeistaczająca się w pył, co prawda gwiezdny, lecz już przynależący do kategorii bytów zjednoczonych pod względem chaotyczności istnienia. Z tej perspektywy ciekawym aspektem tej powieści jest to, jak bardzo Joyce swoją wizję rozwoju artystycznego ducha, wyrażającego się w sposób nieograniczenie wolny, wpisał w problem heretyckich poglądów Dedalusa, który w pewnym momencie stwierdza na przykład, że niemożliwe jest, by [dusza] kiedykolwiek się zbliżyła do Boga. Można w tym upatrywać dokonującego się w Portrecie przełomowego przejścia od twórczości w pełni umotywowanej religijnie lub duchowo do tworzenia, które stanie się wprost kreacyjne i w ten sposób – rzecz jasna w przerysowanej formie – będzie przypominało wywyższenie ponad Boga, a więc także jakieś przywłaszczenie „boskiej iskry” natchnienia

Przeciwwagą dla tego są emocje, jakie targają Dedalusem, a którym w istocie poświęcony jest cały Portret. Dociera on do najgłębszych otchłani eschatologii, w której poza wyzbyciem się gniewu i pogłębieniu swej pychy względem świata, jako labiryntu znaczeń i konglomeratu różnorakich „migawek” z innych (równoległych?) przestrzeni, staje się kimś, kto mimowolnie, choć niekiedy bardzo trafnie, wytyka społeczeństwu determinanty jego stosunku do szeroko rozumianego „ducha”. Epicentrum tej książki są rekolekcje, które spajają dwie zasadnicze partie „autorefleksji”, skądinąd w gruncie rzeczy o bardzo nieustalonym statusie, gdyż niekiedy mamy wrażenie, że quasi-narrator nie mówi nam „prawdy”, lecz to co „chcemy” przeczytać lub że demontuje realność na rzecz prezentacji prefabrykowanych „miniatur” ze znacznie większej i niedostępnej nam całości. Obecność tutaj czegoś takiego, co u wielu zostałoby uznane za zbyt hermetyczne do przekazania w powieści, przynosi wiele korzyści w narracji traktującej o intelektualno-artystycznym rozwoju. Stephen Dedalus – opanowany przez mrok spowijający jego myśli i niezgadzający się na kult posłuszeństwa – nie wierzy w sugerowaną przez teksty objawione pierwotną niewinność ludzi. Jeżeli w Portrecie mielibyśmy rozpoznać niepodważalne źródło, z którego będzie wypływać sztuka tworzona przez głównego bohatera, to z pewnością czymś najważniejszym jest dla niego lawirowanie pomiędzy interpretacjami słów zapisanych w tekstach świętych, a więc także odnajdywanie siebie pomiędzy chwilami wyznawania wiary w istnienie nawrócenia lub momentami pełnymi przekonania w to, że ulega permanentnej indoktrynacji. Wszystko to może zbliżyć czytelników Portretu do odczytywania go jako przepracowania biblijnego zwrotu „słowo stało się ciałem” lub „na początku było Słowo”, lecz najbardziej prawdopodobne jest to, że Joyce na samym początku swej artystycznej drogi szukał tutaj odpowiedzi na pytanie: W jaki sposób słowo w narracji stwarza świat tak naprawdę „alternatywny”?

Dla Dedalusa świętość duszy jest swoistym fantazmatem, zaś potępienie czymś „naturalnym” w sensie negatywnym. Ratunkiem mogłaby być tutaj miłość w swym wariancie zbliżonym do „idei” lub tym nie do przecenienia, któremu w ramach wdzięczności należy składać hołd, tak samo jak wszystkiemu, w co się wierzy, warto oddać nie tylko swoje poczucie godności, ale też życie. Jednak cóż z tego, skoro Każdy osioł, co łazi po ulicach, sądzi, że ma idee? Rozwijane przed nim wizje Sądu Ostatecznego uświadomiły mu, że dusza ma potrzebę odnajdywania ukojenia w odnowie i radości z przyszłego zbawienia, a nie w pogrążaniu się w umartwianiu nad swą marnością przez zjednoczenie z ciałem i w uleganiu obawie przed wiecznym cierpieniem w ogniach piekielnych. Jako immaterialista, który został upokorzony przez frenetyczne obrazy opisywane przez księży, zdaje sobie sprawę, że większość ludzi nie wie, co stoi za słowami, jakimi na ogół posługują się, gdy mówią i myślą o realności lub zaświatach. Stąd jego poświęcenie dla sztuki, w której nie ma miejsca na rozprawianie się z dylematami na temat pospolitości zła i sensem istnienia kogoś „wybranego” przez Boga w jego planie opatrznościowym. Joyce pokazuje tutaj, że bezprzedmiotowe jest uleganie wyobrażeniu, że celem człowieka jest unaocznianie sobie własnej odległości od ideału, lecz wprost przeciwnie – dostrzeganie go w zasięgu ręki, dążenie do niego, lecz nieupajanie się tym. Pociągające jest, że mówiąc o tym wszystkim – oczywiście w sposób zawoalowany – narrator mówi o świecie jako teoremacie Boskiej mocy, miłości i powszechności, co akcentuje zawężony i w tym wypadku dla Dedalusa intuicyjny zakres świata, do którego treść tej powieści się odnosi.

W Portrecie najistotniejsze jest przeznaczenie. W tym świecie, jaki prezentuje nam Joyce, są ludzie przeznaczeni do wszczynania rewolucji, lecz są też tacy, którzy odnajdą sens swojego życia w utwierdzaniu starego porządku. Co ciekawe trudno tutaj o konsekwentną waloryzację tych grup, gdyż najczęściej akcentowana jest powinność człowieka dojrzałego do ucieczki od infantylizmu i upatrywania wiary tam, gdzie liczy się to, co buduje wnętrze innych ludzi. Dzięki temu Stephen Dedalus jest anty- i aspołeczny, z czym w przedziwny sposób zbieżne jest korzystanie przez niego z dziedzictwa scholastyki i budowanie swego życia na kanwie sentencjonalności, czyli „wyjątków” z życia lub pism łacińskich, które jednakże nie oddalają go od przekonania, że nie ma gotowego sensu. Dlatego więc, że sens trzeba stwarzać i myśl ograniczają jej prawidła, Joyce pozwala czytelnikom Portretu co prawda obserwować, jak Dedalus miota się pomiędzy pięknem materialnym a pięknem moralnym, jak rozwodzi się na temat niebezpieczeństwa jako konsekwencji piękna lub jak jego uczuciowość rozmija się ze szczerością, lecz w żaden sposób nie sugeruje rezultatu, jaki może uwieńczyć „wieczne stawanie się” artysty. W ramach dopełnienia warto także zauważyć, że w przekonaniu Dedalusa Artysta, jak Bóg Stwórca, pozostaje wewnątrz swojego dzieła lub za nim, lub obok niego, lub ponad nim, niewidzialny, oczyszczony z wszystkiego, co wiąże go z rzeczywistością. Oprócz pytań fundamentalnych dla Portretu pojawia się więc pytanie poboczne, lecz być może najbardziej nurtujące miłośników Ulissesa: Gdzie w tej powieści kryje się Autor? I czy w ogóle poszukiwanie na nie odpowiedzi ma jakikolwiek sens?

Autor: Przemysław Koniuszy

James Joyce „Portret artysty w wieku młodzieńczym”, przekł. J. Jarniewicz, Biuro Literackie, Stronie Śląskie, Wrocław 2016, s. 276

Kursywą zostały wyróżnione cytaty pochodzące z recenzowanej książki.

„Osobowość artysty wkracza do samej narracji i niczym żywe morze opływa jej postaci i wydarzenia”, czyli polemika z grecką paideią w kontekście wyboru drogi, który wymusza tempo jej przemierzania i pamięci spojrzenia ukochanej, nadzwyczajnego w swej zwyczajności

„Gdy wypowiedziała się nauka, to należy tylko milczeć”, czyli prehistoria w obiektywie nowoczesności

Podróż do wnętrza Ziemi to swego rodzaju wizytówka powieściopisarstwa Juliusza Verne’a. Znajdziemy w niej wszystko to, co dzisiaj pozwala nam uznać go za prekursora science fiction lub co najważniejsze i bardziej adekwatne: kreatora prawdziwie nowatorskiego sposobu narracji, u którego fundamentów kryje się przekonanie, że wszelkiego rodzaju fikcja napędza realność i z tego względu możliwe jest urzeczywistnienie tego, co zrodzone przez wyobraźnię. Jako trzecia część monumentalnego cyklu Niezwykłe podróże wyznacza zasadniczą ideę myślenia Verne’a o swojej roli jako pisarza-wizjonera. W Podróży jest on bowiem nie tylko kimś, kto przemierza terytoria dotychczas często nawet nieuznawane za możliwe do eksploracji, lecz przede wszystkim mówi o omnipotencji człowieka i potędze jego wolnej woli, a więc ośmiela ludzi do burzenia racjonalistycznych barier i wykraczania myślą tam, gdzie nie sięga wzrok.

Z przymrużeniem oka można nawet uznać tę książkę za inspirujący i wiarygodny przewodnik. Czytając ją, choć świadomi jesteśmy absurdalności opisywanego w niej doświadczenia, zdajemy się coraz bardziej wierzyć w to, że bohaterowie są nie tylko fabularnymi konstruktami. Z biegiem czasu zaczynamy przejmować ich wizję za swoją i rzeczywiście prędzej czy później zaczyna nam się wydawać, że gdybyśmy naprawdę chcieli, to bez żadnych problemów możemy wyruszyć na Islandię i stamtąd, przez krater wulkanu, z powodzeniem dotrzeć do wnętrza Ziemi, gdzie być może odnajdziemy ukryte tam odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie nurtują ludzi obawiających się niebezpieczeństw stojących za empirią i zmuszonych przez rozum do poprzestawania na abstraktach. W świecie Verne’go ludzi nic nie ogranicza, dlatego rozwój jest tutaj zależny wyłącznie od samego imperatywu lub myśli, że jest on możliwy. Tym samym najbardziej zaskakujące jest to, w jaki sposób zostało tutaj przedstawione zniesienie późno romantycznego elitarystycznego myślenia o jednostce w kontekście zbiorowości na rzecz nieco pozytywistycznego egalitaryzmu i redukcjonizmu. Bezpośrednim tego odzwierciedleniem jest starcie dwóch równorzędnych protagonistów powieści – profesora mineralogii Otto Lidenbrocka z jego bratankiem Axelem, a za ich pośrednictwem: pełnej optymizmu scjentystycznej erudycyjności, nierzadko bazującej na przypuszczeniach i bliskiej naiwności ze sceptyczną wiarą w to, co dotychczasowe, refleksyjnością i tendencją do ciągłej weryfikacji tego, co przynosi chwila.

Znaczące jest, że Verne za Heglem uważa, że jeśli fakty przeczą teorii, tym gorzej dla faktów i vice versa, gdyż Podróż bardzo ukierunkowana jest na poznawanie „na gorąco” i myślenie spekulatywne. Jakikolwiek przebłysk czegoś, co mogłoby kiedyś doprowadzić do wysnucia jakiejś hipotezy a dopiero później wniosku, tutaj funkcjonuje a priori jako niepodważalny dowód na to, że świat jest ujednoliconą strukturą i wszystko w nim jest na prawach statystyki równomierne, jakby materia, o której mówią bohaterowie, zastanawiając się nad powstaniem świata, wciąż się mieszała i tworzyła spójną masę poznawaną przez absolutny rozum. Stąd kombinacyjny charakter narracji, która co prawda stanowi nieprzerwany ciąg kolejnych wtajemniczeń i samoistnych epizodów, znoszących się pod względem istotności, ale opierającej się w istocie na wtłoczeniu tego wszystkiego w schemat mistrzowsko przeplatający ze sobą momenty statyczne z niesłychanie dynamicznymi, którymi Verne apeluje do nas o bezwzględną „czujność”. Sprawia to, że czytając Podróż tempo opowieści staje się dla nas niezwykle zwodnicze, gdyż poszczególne halucynacje i łamigłówki, z jakimi mierzą się bohaterowie, sugerują nam kierunek, w jakim to wszystko zapewne podąży, lecz zdumieniom nie ma tutaj końca. Być może jest w tym jakiś pogłos organicyzmu, który Verne przepracowuje w Podróży tak, aby zwizualizować nam, jak funkcjonuje nauka i jak łatwo można podważyć każdy paradygmat. Nigdy w istocie nie można być w pełni przekonanym bez doświadczenia czegoś na własną rękę, czy treści docierające do nas od „proroka” lub jakiegoś autorytetu są niedorzecznymi spekulacjami szaleńca, czy może naukowymi wywodami geniusza, które przesuwają granice pomiędzy prawdą i zmyśleniem.

Podróżą Verne podważa wiele konfliktów poznawczych, którymi zajmowała się literatura do jego czasów. U niego kluczem do poznania człowieka, zarówno jego intelektu, jak i emocjonalności, jest Ziemia, rozumiana jako wielka metafora, którą można wprost odczytywać i jakby w ramach nowożytnego odpowiednika parabazy wchodzić w nią coraz głębiej, mierzyć się z kolejnymi jej sferami i wraz ze wzrostem głębokości-skomplikowania zdawać sobie sprawę, czym jest humanizm wobec potęgi żywiołów przyrody. Bohaterów obowiązuje tutaj zasada ograniczonego zaufania dla tych, którzy myślą o świecie w sposób abstrakcyjny i zdominowany przez konstruowanie systemów przekonań opartych nie na autopsji, ale fantazmatach. Dlatego w świecie powieściowym są uprzywilejowani i choć wyrzekają się siebie w imię idei, to cokolwiek by ich nie doświadczało, zawsze są w pełni przekonani, że mimo kolejnych przeciwności nic im nie grozi i ze wszystkiego wyjdą cało. Jest to niezbędny składnik całej Podróży, jako opowieści przekazującej nam wizję Ziemi, w której zewnętrzna warstwa – ze wszystkimi już i tak niesłychanie pięknymi oceanami i kontynentami – jest niczym wobec piękna tego, co kryje się pod tym wszystkim, co przez ignorantów uznawane jest za jedynie osiągalne przez człowieka. I tak samo, gdy czujemy się nieusatysfakcjonowani, gdy inni opowiadają nam o zachwycie, jakiego doznali widząc coś niewyobrażalnie cudownego, tak i przed wyruszeniem z Verne’m w Podróż do wnętrza ziemi warto nie zapoznawać się z opowieściami tych, którzy już jej doświadczyli i mogą nam powiedzieć, na jakie osobliwości  natknęli się jej bohaterowie, Kolumbowie podziemnych krain. Warto wraz z nimi, bez niczyjej pomocy, zaznać, czym jest ekscytacja i samotność odkrywcy, który wyrusza w nieznane.

Autor: Przemysław Koniuszy

Juliusz Verne „Podróż do wnętrza Ziemi”, przekł. A. Zydorczak, Wydawnictwo Jamakasz, Ruda Śląska 2015, s. 315

Na w pełni zasłużone uznanie zasługuje edytorska pieczołowitość, z jaką zarówno ta książka, jak i pozostałe tomy dzieł Verne’a zostały wydane w wydawnictwie Jamakasz – kilkadziesiąt ilustracji Édouardo Riou, rzetelne opracowanie tekstu i estetyczne wydanie to rzeczy, które podkreślają wartość artystyczną prozy Verne’go.

„Gdy wypowiedziała się nauka, to należy tylko milczeć”, czyli prehistoria w obiektywie nowoczesności