„Wszystko poza śmiercią jest farsą”, czyli dialog Dehnela z Bernhardem w kontekście monologu Krivoklata-Bohlmanna, proroka we własnym kraju

Choć Jacek Dehnel, wraz z upływem czasu i publikacją kolejnych swych książek, stał się postacią pod adresem której kieruje się zarówno wiele superlatyw, jak i krytycznych komentarzy, to z pewnością nie sposób odmówić mu talentu, erudycji i nieszablonowych pomysłów. Jednym z ostatnich i być może najwyrazistszych dowodów na to jest jego ostatnia powieść Krivoklat, którą młody prozaik stara się zmierzyć z coraz intensywniej w naszym kraju obecną twórczością Thomasa Bernharda. Można oczywiście sformułować tutaj zarzut, że jest to swego rodzaju profanacja, gdyż autor Wymazywania urasta u nas nierzadko do rangi geniusza, jednak w tym przypadku byłoby to zupełnie chybione.

Biorąc za punkt wyjścia coś, co wielu postrzega za arcywz­­ór prozy, Dehnel stworzył nową jakość i przede wszystkim swój własny styl strumienia świadomości. Dzięki temu Krivoklat może funkcjonować jako pastisz wielu absurdów współczesności, jak na przykład podsycania przez media „informacyjne” przeróżnych obsesji, nieudolność edukacji artystycznej w szkołach, uwielbienie dla kiczu (uosabiane tutaj przez znienawidzonego Renoira), bezpowrotne zatracenie przez snobistyczne społeczeństwo gustu i system leczenia psychiatrycznego, który zamiast wydobywać pacjenta z choroby, jeszcze bardziej w nią go pogrąża. Nie ma w tym jednak ani grama przesady. Tylko na pozór wydaje się, że Krivoklat to pamflet totalny, ale po lekturze całości widać, że ostrze krytyki wymierzone jest tutaj niezwykle precyzyjnie. Czytając tę książkę uderza nas konsekwencja, obserwowana nie tylko w warstwie stylistycznej, lecz również w podejściu do wyznaczników prozy Bernharda. Jego poetyka powtórzeń, refrenowość, ośrodkowanie uwagi czytelnika na z góry ustalonych elementach, zapętlanie, melodyjność i kompulsywny charakter zdań imitujących chaos panujący w myślach uzyskują u Dehnela wymiar wyjątkowy, który ujawnia, że w tej na poły szaleńczej metodzie narracji jest jakaś metoda. Niemiłosiernie wciąga ona czytelnika w wartki nurt opowieści i nie opuszcza nawet wtedy, gdy wreszcie lub niestety za szybko docieramy do ostatniej kropki.

Krivoklat opiera się na przekonaniu, że w psychice każdego człowieka ukryte jest przemożne pragnienie niszczenia, które mało kto ma odwagę urzeczywistnić. Główny bohater jest właśnie jednym z takich wybrańców, który wybrane lub przeznaczone sobie zadanie uznał za coś znacznie istotniejszego od swych partykularnych potrzeb i życia w ogóle. Zdaje się aż do tego stopnia owładnięty przez miłość do arcydzieł malarstwa, że zaczyna się ona przekształcać u niego w nienawiść, przekonanie o konieczności ich narażenia w imię ofiary i postulowanego przebudzenia z marazmu. Krivoklat, nazywający siebie szanującym się ikonoklastą, z oblewania arcydzieł malarstwa kwasem siarkowym uczynił pełnowymiarową sztukę, mającą w sobie poniekąd coś z awangardy i stąd całe jego wyznanie jest w gruncie rzeczy współczesnym odpowiednikiem oświeceniowego bildungsroman, której konstrukcję Dehnel w mistrzowski sposób odwraca i do pewnego stopnia dekonstruuje. Obserwujemy tutaj bowiem człowieka, który starzejąc się, tak naprawdę dojrzewa do bycia artystą dalekim od wysublimowania i coraz bardziej dręczonym przez szereg wątpliwości co do tego, czy sposób, w jaki realizuje swoje powołanie, jest rzeczywiście stosowny. Wszystko skupia się tutaj wokół problemu skuteczności realizacji, gdyż tytułowa postać, jakby w odpowiedzi na brak metod, które jego samego mogłyby wyleczyć, postanawia sam leczyć społeczeństwo metodą co najmniej wstrząsową i stanowiącą wzniosły akt rozpaczy.

Jacek Dehnel daje nam Krivoklatem szalenie ciekawą zagwozdkę: Czy tworzenie kończy się wtedy, gdy artysta kończy malowanie i zaczyna się proces recepcji, czy może dopiero wtedy, kiedy dzieło na trwałe zakorzeni się w pamięci kulturowej i zacznie istnieć jako symbol pewnych idei tę kulturę fundujących? Znamiennym przykładem tego jest środowisko Centrum Medycznego Zamek Immendorf, w którym bohater siłą rzeczy pozostaje pomiędzy kolejnymi „aktami ekspresji”, gdy poprzez symulowanie wyzdrowienia dąży do uzyskania przepustki. Choć stwarza się tam pozory, że leczy się sztuką, to równocześnie się tą sztuką gardzi, skrupulatnie tępi się działania kogokolwiek, kto chce tworzyć na własną rękę, spuszcza zasłonę milczenia na van Gogha, a innych opatruje kurtuazyjnymi frazesami, poza którymi w umysłach je wypowiadających obecna jest tylko intelektualna pustka. Tym samym zanik uczuć wyższych  i powszechny upadek, który niewątpliwie w Krivoklacie jest przewidywany, ma nadejść z powodu bezrefleksyjnego podejścia do tego, co powinno stanowić rdzeń procesu formowania się tożsamości kulturowo-narodowej. Dlatego bohater tej powieści, pragnąc uzmysłowić innym, jak bardzo się mylą, pokonuje cały ten system od wewnątrz, posługując się jego metodami, pozornie je akceptując, przezwyciężając i w ten sposób działając mu na przekór. Nie pozwala mu to jednak uniknąć konfliktu racji. Choć chce coś wskrzesić poprzez zniszczenie, to także nieobce jest mu przekonanie o tym, że niektóre rzeczy warto od tej destrukcji mimo wszystko ocalić. Choć jest przekonany o ewidentności swojego zdrowia psychicznego, to maniakalnie kryguje siebie, aby wobec innych udawać „normalnego”. W ten sposób, piętnując zadufanie innych, staje się parodią samego siebie.

Dehnel swą najnowszą powieścią pokazuje, że darząc pogardą sztukę i wszelkiego rodzaju narzędzia, jakie są niezbędne do jej uprawiania, tak naprawdę gardzi się człowiekiem i sprowadza się go do poziomu bezmyślnego mechanizmu. Obrazy w Krivoklacie, choć występują najczęściej przy okazji planowania kolejnego aktu wandalizmu, stanowią coś na wzór „zwierciadeł” odbijających w spotęgowanej i teoretycznie nieprzemijalnej formie to, co dane społeczeństwo trapi, co czyni je w ogóle spójną zbiorowością, w której ramach możliwe jest względne porozumienie. Główny akcent kładzie się więc tutaj na to, aby arcydzieł Rembrandta, Tintoretta, Vermeera i wielu innych nie sprowadzać do dekoracji i szumnych komunikatów medialnych o zawrotnych kwotach, za jakie zostały sprzedane na kolejnej aukcji, lecz dostrzec, na czym w istocie polega ich bezcenność. Te zjawiska stanowią dla Dehnela idealne uosobienie tego, że społeczeństwo (po?)nowoczesne, kreowane tutaj na składające się w głównej mierze z idiotów i łajdaków, choć patrzy, to tak naprawdę nic nie widzi. Jest estetycznie upośledzone i na własne życzenie zrezygnowało z możliwości udoskonalania się poprzez bardzo szerokie spektrum wrażeń i idei wyższych, jakie oferowane są przez sztukę. Wciąż pozostaje przed jego „oczami” bezładna otchłań, w której wszystko zawłaszczone jest przez popkulturowy bełkot.

Problem, zdaniem Krivoklata, polega na tym, że obecnie wszyscy obawiają się wysiłku, zaś obcowanie z dziełami, nazywane tutaj znacząco spotykaniem się z nimi, zawsze skutkuje byciem pożeranym przez nie i bezpowrotnym wchłonięciem w przestrzeń, gdzie oczekuje na nas zrozumienie, którego w rzeczywistości mało kto pragnie. Według niego, tak jak niegdyś człowiek wydobył się ze stanu natury i wstąpił do stanu kultury, tak teraz jest z niego wręcz wyrzucany, gdyż sztuka określająca jego istnienie i ułatwiająca porozumienie między ludźmi została wpompowana w społeczną kanalizację, uległa profanacji oraz wyrugowaniu przez niewspółmierne namiastki. Tym, co motywuje jego działania, jest więc opór wobec tego, aby obsesja pieniądza przestała już wysysać z rzeczy ich dotychczasową wartość. Chodzi więc tutaj o to, aby powrócić do bezzałożeniowego myślenia o rzeczywistości i znów patrzeć na nią jako na coś samego w sobie już istotnego. W przeciwnym razie, nawet jeżeli coś będzie obecne w świecie, jak wciąż powracający tu autoportret Dürera, ale nie zostanie przez kogoś ujawnione i naznaczone wartościowaniem, to w konsekwencji ulegnie zapomnieniu, jak mówi bohater: skoro czegoś nie da się opisać, to choćby istniało, nie istnieje; to, czego nie da się nikomu pokazać, na czym nie da się położyć palca i powiedzieć to, zatraca w naszych oczach nie tylko wartość, ale w ogóle egzystencję. Arcydzieła zdaniem Krivoklata powinny rozbłyskiwać jak spadająca gwiazda, uzmysławiać ludziom coś fundamentalnego i potem niepostrzeżenie znikać w doskonałej symetrii, co jednakże nie oznacza, że konieczne jest zapominanie o nich i poszukiwanie na ich miejsce czegoś nowego.

Krivoklat nie jest książką, która wynika ze zrozumienia. Tutaj wciąż się do niego dąży i traktuje sztukę jako łamigłówkę, której nie sposób rozwiązać. Nie brak tu przecież, obok opowieści mogących spowodować pojawienie się uśmiechu na twarzy czytelnika, także poważnych dyskusji na temat natury procesu twórczego, który powinien być daleki od mimesis i jak najbliższy creatio, gdyż zdaniem Zeyetmayera, drugiego spiritus movens Krivoklata, sztuka musi uciec od odwzorowywania na rzecz stwarzania rzeczywistości osobnej.  Podobnie rzecz się ma z głównym bohaterem. Z jednej strony można uznać go za szaleńca, który z premedytacją wciąż przekonuje nas o jasności swojego umysłu, zaś z drugiej nie sposób oprzeć się przekonaniu, że jego działania są w pełni logiczne, gdyż sam jest świadom niemożliwości zrealizowania tego, co sobie zamierzył. Jest to także opowieść o tym, jak bardzo względne jest wszystko, co uznajemy za normalne, gdyż żadne pojęcie nie posiada jednoznacznych konotacji.

Krivoklat marzy o przebudzeniu, nie tylko samego siebie z koszmaru trwania w zamkniętym kole, lecz także ogółu ze stanu aberracji, gdyż wciąż w dekadencki sposób przypomina, że zbiorowość jest bezmyślna, pamięć umiera wraz z jednostką, a człowiek jest jedynie epizodem w trwaniu arcydzieła. Z tego względu to właśnie obraz, bez względu na to czy poznawany z głową nabitą, wywietrzoną, czy zatrzaśniętą, może pozwolić społeczeństwu na rozmowę z samym sobą, na uszanowanie odrębności drugiego poprzez dostrzeżenie niezmierzalnego daru, jaki bezinteresownie oferuje kultura w swoim jednoczeniu duchowości z pięknem. Zetknięcie się z arcydziełem to nie tylko wchłonięcie go, ale także bezpowrotne oddanie mu części siebie. Biorąc pod uwagę istotność tych wszystkich podejmowanych tu problemów warto docenić sprawność, z jaką Jackowi Dehnelowi udało się stworzyć udaną i spójną wariację na temat dzieł Bernharda i przy tym nie tyle uniknąć poprzestania na kontestacji, wplatania w swój tekst kolejnych analogii oraz zatracenia się w wielkim poprzedniku, ile przede wszystkim uciec od niebezpieczeństwa przybrania wystudiowanej maniery kogoś, kto waży się na inspirację. Nie mam wątpliwości, że Krivoklat to jedna z najlepszych książek Jacka Dehnela, kolejny etap na drodze jego rozwoju i niezwykle efektowny krok do tekstów jeszcze bardziej poruszających.

Autor: Przemysław Koniuszy

Jacek Dehnel „Krivoklat”, wydawnictwo Znak, Kraków 2016, s. 240

Kursywą zostały wyróżnione cytaty pochodzące z recenzowanej książki.

„Wszystko poza śmiercią jest farsą”, czyli dialog Dehnela z Bernhardem w kontekście monologu Krivoklata-Bohlmanna, proroka we własnym kraju