„To było w innym śnie. Teraz nic nie widzi. A właściwie widzi za dużo i za szybko. Obojętnie, czy ma otwarte, czy zamknięte oczy”, czyli jak wyjść z labiryntu mając zawiązane oczy i cierpiąc na kompleks Elektry (Ezry?)

Rozwiązek Susan Taubes to jedna wielka zagadka. Kilka dni po jej opublikowaniu w 1969 roku wyłowiono ciało autorki w pobliżu Long Island i choć fikcja wielokrotnie rozmija się tutaj z faktami, to od razu zaczęło narastać wokół tej książki mnóstwo interpretacji powiązanych z biografią pisarki. Do granic możliwości to, czego dotyczy ta narracja, stanowi okrutne zwieńczenie jej niespełnionego życia i dowód na cały szereg nieszczęść, które były prawdopodobnie udziałem jej samej, jako kobiety wyobcowanej, zniewolonej i niezrozumianej. Susan Taubes urodziła się w Budapeszcie w 1928 roku jako córka psychoanalityka i wnuczka słynnego naczelnego rabina swojego miasta. Już od dzieciństwa zatem otoczona była przez opowieści o byciu wybraną i równocześnie odrzuconą, zaś obraz całości dopełniany był przez przeczucie nadchodzącego niebezpieczeństwa Holokaustu i wrażenie, że nie pasuje do miejsca, w którym przyszło jej żyć. W 1939 roku, prawie w ostatniej chwili, udało jej się wraz z ojcem opuścić Europę i przybyć do Ameryki, gdzie kilka lat później poznała Jacoba Taubesa – charyzmatycznego filozofa, w ówczesnym czasie wykładowcę na Harvardzie i autora Zachodniej eschatologii. Pod ich wpływem przez dłuższy czas pozostawała Susan Sontag, która swej imienniczce poświęciła Odprawę, jedno ze swych opowiadań i to właśnie dzięki niej wiemy, że Susan Taubes była „wyalienowana z życia”, gdyż nie tyle odrzuciła ciało na rzecz ducha, lecz przede wszystkim na pierwszy rzut oka nie widziała nic złego w pogodzeniu ze sobą zgody na bycie ranioną i lekceważoną przez mężczyzn z kreowaniem wokół siebie aury nieprzystępności, nieuchwytnej tajemnicy i wzbudzającego podziw piękna. Wydaje się więc, że tragizm jej egzystencji wykształcił się z powodu zupełnego zamknięcia na świat i ukrycia swej prawdziwej twarzy pod licznymi maskami. Jej życie wewnętrzne z pewnością było tak bogate i złożone, że od razu przytłoczyło jej percepcję i skazało na traktowanie rzeczywistości jako czegoś zastępczego i nieodzwierciedlającego tego, co naprawdę ją pociągało. Nie bez znaczenia wydaje się tutaj fakt, że jej intelektualną mistrzynią była Simone Weil, o której Albert Camus powiedział niegdyś, iż jest „jedynym wielkim duchem naszych czasów”. Tym samym sama Susan Taubes stanowi jej negatyw lub lustrzane odbicie, gdyż zuchwałość, aktywizm i bezpardonowość cechujące francuską filozof zastąpiła właściwymi sobie wycofaniem, skrytością i refleksyjnością. Jednakże odczytywanie Rozwiązku przez pryzmat tego wszystkiego nie jest zbyt dobrym rozwiązaniem. Wydaje się, że intencją autorki było to, aby czytelnik w pełni zaakceptował rzeczywistość tekstu, a nie opierał swej lekturę na transponowaniu na swe wrażenia wszelkiego rodzaju stereotypów. To, że na przykład dyskurs feministyczny zaangażował tę narrację do swoich celów, wszyscy posiłkują się w jej odczytaniu autobiografizmem, a autorka po jej wydaniu popełniła samobójstwo, wcale nie oznacza, że i my musimy podążyć za tymi tropami. W gruncie rzeczy przecież w tej narracji, jak w krzywym zwierciadle, odbijają się wszystkie problemy współczesności i na tym najbardziej warto się skupić.

Rozwiązek na ogół wpisuje się w tendencje postmodernistyczne. Choć czytamy tutaj w gruncie rzeczy o całym życiu głównej bohaterki, Sophie Blind, to w przeważającej mierze całość przypomina strumień świadomości: granice poszczególnych opowieści zacierają się, czas jest kompletnie względny, znaczenia są rozmyte, zaś każdy moment narracji może równie dobrze dotyczyć całej historii lub wyłącznie konkretnej chwili. Nawet sama Sophie wie, że istnieje „problem weryfikacji” i choć na początku „otwiera oczy”, to wciąż zdaje się śnić i powątpiewa w realność. Jej życie przypomina groteskowy spektakl, pełen zdehumanizowanych kochanków i sprymitywizowany przez jakiegoś mitycznego mężczyznę, który wszystko kontroluje. Taubes w efektowny sposób akcentuje tutaj paradoksalność małżeństwa, które bez głębszej refleksji zawiera przecież utalentowana intelektualistka, co prawda osaczona przez tradycję swojej rodziny i oszołomiona przez charyzmę „narzeczonego”, lecz zdolna przecież do krytycznego namysłu na przykład nad filozofią Spinozy. Tym samym Rozwiązek poddaje krytyce postulowaną wszechobecnie konieczność umotywowania przez człowieka każdego swojego czynu. Związek z Ezrą był dla Sophie przecież najzwyklejszym aktem eskapizmu. Po fakcie nie musiała już analizować swoich uczuć i zastanawiać się nad emocjami. Wystarczyło jej cieszyć się z tego, kultywować w sobie nienawiść i jeszcze bardziej oddalić się od świata.

Dziwność tego wszystkiego jest jeszcze wyższa, gdy uzmysłowimy sobie, że cały Rozwiązek stylizowany jest na wytwór szaleństwa, dowód na deprawację, lecz także dzieło pisane przez osobę zmarłą, której ciało, jako „miliardy komórek”, rozprzestrzeniło się po całym świecie i równocześnie zapośredniczyło go dla siebie. Dużo Susan Taubes zawdzięcza metakrytycyzmowi i ponowoczesnej poetyce przetwarzania. Czytając niniejszą książkę tak naprawdę obcujemy z osobliwą autobiografią, która została stworzona przez bohaterkę wcielającą się w swoje alter ego. W bardzo przemyślany sposób tego rodzaju strategia koresponduje z problematyką podejmowaną w Rozwiązku. Po pierwsze: samo małżeństwo, czyli w tym przypadku siłowe połączenie odmiennych temperamentów. Zarówno Sophie jak i Ezra pragnęli od życia zupełnie czegoś innego, niż mógł zaoferować im ich związek. On zakłamywał rzeczywistość, zaś ona pomimo to, że ceniła prawdę, przy pierwszej okazji porzuciła ją i wybrała kłamstwo. Ktoś wmówił im, jak ich życie powinno wyglądać, zaś oni – zamiast zaufać intuicji i spontanicznym wyborom – zawierzyli innym i to ich pogrążyło. Małżeństwo zdaniem Taubes „unieważnia’ człowieka, „wydrąża” jego jaźń, lecz także stanowi akt „tryumfu nad poprzednimi wersjami siebie”. Z drugiej zaś strony Rozwiązek uwydatnia, jak bardzo istotne współcześnie są słowa. To one w gruncie rzeczy kreują rzeczywistość i sprawiają, że zachodzą w niej metamorfozy. To właśnie dzięki nim narratorka tak może manipulować narracją, aby pokazać się w jak najkorzystniejszym dla siebie świetle i w konsekwencji stworzyć fikcję, która tylko nosi znamiona prawdy. Dlatego można uznać, że Susan Taubes napisała coś, co dalekie jest od formuły autoterapii. O wiele bardziej bliskie jest jej dążenie do wykazania, dlaczego niektórzy ludzie bez względu na okoliczności trwają w osobliwym stuporze, tak jak jej bohaterka, która nigdzie na trwałe nie może się zadomowić, bo bez najmniejszego sprzeciwu wobec męża podróżuje dla niego po całym świecie. Problemem nie jest tutaj oczywiście samo podróżowanie, lecz bezwarunkowe poddanie się woli drugiego człowieka, bezwzględne oddanie mu się i traktowanie siebie jako kogoś podrzędnego. Wypada jednakże zauważyć, że tak naprawdę znikomy procent tej książki dotyczy scen wywierania presji przez męża na bohaterce. Wszystko to często pozostaje w domyśle, a nawet jest zagłuszane przez samoobwinianie się Sophie Blind. Przez to w ogóle natura całego zniewolenia i w pewnym momencie również połowicznego wyzwolenia, jest tutaj zupełnie nieuchwytna. Tym bardziej, że nie brak tutaj fragmentów wprost traktujących o uldze, która doznawana jest w efekcie osaczenia przez męża, Ezrę Blinda.

Susan Taubes w swoim Rozwiązku bardzo dużo miejsca poświęca analizie, dlaczego najtrudniej człowiekowi przychodzi zrozumieć samego siebie. Z zarysowanego przez nią obrazu jasno wynika, że w świecie nie brakuje ludzi, dla których pytanie o sens życia jest pytaniem niezwykle niebezpiecznym, bo uwydatniającym perfidność ich działań względem tych, którzy obdarzają ich zaufaniem. To z kolei wysuwa na pierwszy plan nadrzędną hipotezę całości, zgodnie z którą wszyscy i wszystko jest wymyślone. Z punktu widzenia podmiotu inni ludzie nie istnieją. Jedynym paliatywem dla rzeczywistych interakcji są niezwykle skomplikowane sieci zależności, w jakie wplątywani jesteśmy w trakcie życia. Wobec powierzchownych interakcji, pełnych udawania i zbędnych słów, nikt nie może być w pełni sobą, gdyż jesteśmy zmuszani do kreowania swego wyobrażenia w oczach innych. Dla przedstawionej w Rozwiązku bohaterki śmierć i samo dążenie do uwolnienia się od toksycznej relacji z mężem stanowią tylko zasłonę dymną przed uzmysłowieniem sobie, że w zupełności utraciła duchowo-religijny wymiar swojej egzystencji. Z kolei obserwowanie przez nią swego własnego pogrzebu to tylko prowizoryczna osnowa wewnętrznej martwoty, która cechowała ją prawdopodobnie od zawsze, choć równie dobrze może być także echem ponowoczesnego lub psychoanalitycznego formatowania ludzkich umysłów, a więc wpisywania ich w unifikujące paradygmaty. Rozwiązek z tej perspektywy to wieloaspektowa krytyka teorii Freuda, która wielokrotnie jest tutaj kreowana na jedną wielką mistyfikację. Z jednej strony miała na celu umożliwić mężczyznom osiągnięcie pełni władzy nad kobietami, zaś z drugiej stanowi nieco surrealistyczną metodę interpretacji ludzkich zachowań, która opiera się na przekonaniu, że już sam sprzeciw wobec techniki jest już bezpośrednim dowodem jej skuteczności. Przejmującym zwieńczeniem tego wątku jest scena paranoidalnego i iście kafkowskiego procesu, w którym dokonuje się wejrzenie w umysł bohaterki za pośrednictwem lektury napisanych przez nią słów. Susan Taubes bardzo bliska jest tutaj idea karnawalizacji, którą niegdyś steoretyzował Bachtin. Choć uroczystości religijne wydają się tutaj stanowić epicentrum przeżyć bohaterki, to jednak bez skrupułów są przez nią samą od razu kontestowane jako bezcelowe „żydowskie rytuały”, które „były doniosłym krokiem na drodze do ujarzmienia antyspołecznych zapędów”. Podobnie rzecz się ma z determinantami całej powieści. Omawiane tutaj wykorzenienie, nieprzystosowanie i „zahibernowanie” bohaterki w formie przejściowej, choć prowadzą do efemerycznego wskrzeszenia przeróżnych światów utraconych, to jednak z miejsca przeciwstawiają się niemożliwości wypracowania jakichkolwiek punktów wspólnych pomiędzy „ja” teraźniejszym a „ja” utraconym. Rozwiązek koncentruje się więc na wykazaniu, że wyobrażenia nie są niczym godnym pochwały, gdyż ich późniejsze nagromadzenie i urzeczywistnienie pobudza liczne frustracje, co tym bardziej jest zrozumiałe, gdy uświadomimy sobie, że o wiele łatwiej uwierzyć w coś wyimaginowanego niż rzeczywiście doświadczanego i bolesnego.

Bohaterka Rozwiązku dlatego powtarza egzystencję swych przodków w skondensowanej i spotęgowanej formie, gdyż jej pamięć nigdy nie była w stanie wykształcić się jako autonomiczna struktura, bo została już z góry ufundowana na przeżyciach wszystkich, którzy poprzedzili jej istnienie. Tym samym Sophie Blind hołduje przemożnemu imperatywowi zadośćuczynienia. Z jednej strony chce „odkupić” winy swych przodków, zaś z drugiej próbuje ostatecznie utracić z nimi kontakt. Wydaje się, że jej nadzieja „rozwiązku” ze światem ma swój rodowód w przekonaniu, iż „Kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą”, jak mawiał pewien minister propagandy. Jednakże jest to bardzo wielobiegunowe, gdyż tego rodzaju podejście znajduje odzwierciedlenie w ciągłym rozszczepianiu przez bohaterkę swych problemów, które rzutują na jej ustosunkowywanie się do przeszłości. Dzięki temu na przykład Rozwiązek przepracowuje problem marzenia o przeistoczeniu się w bezimienną jednostkę aż do takiego stopnia, aby wtopić się w nieokreślony tłum, a także kwestie dotyczące tego, dlaczego w pewnym momencie bardzo bliscy sobie ludzie stają się sobie zupełnie obcy lub zawężają wspólny system wyobrażeń do najbardziej prymitywnych obrazów i rozstają się. Wynikającą stąd konkluzją jest przekonanie, że jakość naszej egzystencji zależy od tego, co uczynimy za jej nić przewodnią. Jedną z nich może być dążenie do zrozumienia, wybrane na przykład przez bohaterkę Rozwiązku, która w przeszłości szuka odpowiedzi na pytania teraźniejszości, chociaż skutkuje to tylko popadaniem jej umysłu w meandry nic nieznaczących symptomów kolejnych aktów jej alienacji. Sophie Blind staje się coraz bardziej nieostra, traci swą podmiotowość i tonie w odmętach nieświadomości, jakby przezwyciężała ją psychoanaliza ferowana przez ojca. Rozwiązek pokazuje w istocie, iż emanacje zewnętrzności świadczą o wewnętrznej słabości człowieka i uwydatniają brak jego wiarygodności. Wydaje się, że nie bez przyczyny zacytowane są tutaj słowa funkcjonujące u Schillera, Goethego i Freuda: „Der Starke ist am mächtigsten allein”, zgodnie z którymi silny człowiek jest najpotężniejszy właśnie wtedy, gdy jest samotny.

Rozwiązek uświadamia, jak istotne jest tłumaczenie ważnych dzieł literatury światowej na język polski. Susan Taubes porusza tutaj niesamowitą ilość problemów, które bez niniejszej książki nigdy w naszym kraju nie mogłyby zaistnieć. Jest tutaj wszystko, co dotyczy relacji międzyludzkich w kontekście radzenia sobie z przeszłością własną i całej rodziny. Począwszy od „wymazywania” z pamięci kolejnych okresów czasowych, przez łatwość, z jaką można skrzywdzić drugiego człowieka, aż po definiowanie sytuacji, w której ludzie stają się sobie do tego stopnia bliscy, że jeszcze intensywniej muszą ukrywać wzajemną nienawiść. Wciąż reagują tutaj ze sobą przeróżne konwencje, które uwydatniają, że za pomocą odpowiednich mechanizmów wszystko można sprowadzić do absurdu i komiczności. Poza tym największą zasługą tej książki jest to, że w praktyczny sposób pokazuje, iż zagadnienia, którymi na ogół zajmuje się teodycea i eschatologia, nie są tylko czymś transcendentalnym i rozgrywającym się w sferze metafizyki, lecz także osiągalnym na wyciągnięcie ręki, gdyż każdy przejaw codzienności już z samej swej natury unieważnia magiczny wymiar życia. Dzięki temu Rozwiązek w bardzo przekonujący sposób eksponuje anachronizm wielu prądów intelektualnych ubiegłego wieku, które zawsze krytykowane są w zawoalowanej formie, ukrytej pod szeregiem symboli i symptomatycznych toposów, jak niezrozumiałe na pozór lekceważenie przez bohaterkę kolejnych okazji zobaczenia Statuy Wolności.

Autor: Przemysław Koniuszy

Susan Taubes „Rozwiązek”, przekł. Magdalena Nowak, red. Grzegorz Jankowicz, Korporacja Ha!art, Kraków 2015, s. 350

„To było w innym śnie. Teraz nic nie widzi. A właściwie widzi za dużo i za szybko. Obojętnie, czy ma otwarte, czy zamknięte oczy”, czyli jak wyjść z labiryntu mając zawiązane oczy i cierpiąc na kompleks Elektry (Ezry?)