„To było w innym śnie. Teraz nic nie widzi. A właściwie widzi za dużo i za szybko. Obojętnie, czy ma otwarte, czy zamknięte oczy”, czyli jak wyjść z labiryntu mając zawiązane oczy i cierpiąc na kompleks Elektry (Ezry?)

Rozwiązek Susan Taubes to jedna wielka zagadka. Kilka dni po jej opublikowaniu w 1969 roku wyłowiono ciało autorki w pobliżu Long Island i choć fikcja wielokrotnie rozmija się tutaj z faktami, to od razu zaczęło narastać wokół tej książki mnóstwo interpretacji powiązanych z biografią pisarki. Do granic możliwości to, czego dotyczy ta narracja, stanowi okrutne zwieńczenie jej niespełnionego życia i dowód na cały szereg nieszczęść, które były prawdopodobnie udziałem jej samej, jako kobiety wyobcowanej, zniewolonej i niezrozumianej. Susan Taubes urodziła się w Budapeszcie w 1928 roku jako córka psychoanalityka i wnuczka słynnego naczelnego rabina swojego miasta. Już od dzieciństwa zatem otoczona była przez opowieści o byciu wybraną i równocześnie odrzuconą, zaś obraz całości dopełniany był przez przeczucie nadchodzącego niebezpieczeństwa Holokaustu i wrażenie, że nie pasuje do miejsca, w którym przyszło jej żyć. W 1939 roku, prawie w ostatniej chwili, udało jej się wraz z ojcem opuścić Europę i przybyć do Ameryki, gdzie kilka lat później poznała Jacoba Taubesa – charyzmatycznego filozofa, w ówczesnym czasie wykładowcę na Harvardzie i autora Zachodniej eschatologii. Pod ich wpływem przez dłuższy czas pozostawała Susan Sontag, która swej imienniczce poświęciła Odprawę, jedno ze swych opowiadań i to właśnie dzięki niej wiemy, że Susan Taubes była „wyalienowana z życia”, gdyż nie tyle odrzuciła ciało na rzecz ducha, lecz przede wszystkim na pierwszy rzut oka nie widziała nic złego w pogodzeniu ze sobą zgody na bycie ranioną i lekceważoną przez mężczyzn z kreowaniem wokół siebie aury nieprzystępności, nieuchwytnej tajemnicy i wzbudzającego podziw piękna. Wydaje się więc, że tragizm jej egzystencji wykształcił się z powodu zupełnego zamknięcia na świat i ukrycia swej prawdziwej twarzy pod licznymi maskami. Jej życie wewnętrzne z pewnością było tak bogate i złożone, że od razu przytłoczyło jej percepcję i skazało na traktowanie rzeczywistości jako czegoś zastępczego i nieodzwierciedlającego tego, co naprawdę ją pociągało. Nie bez znaczenia wydaje się tutaj fakt, że jej intelektualną mistrzynią była Simone Weil, o której Albert Camus powiedział niegdyś, iż jest „jedynym wielkim duchem naszych czasów”. Tym samym sama Susan Taubes stanowi jej negatyw lub lustrzane odbicie, gdyż zuchwałość, aktywizm i bezpardonowość cechujące francuską filozof zastąpiła właściwymi sobie wycofaniem, skrytością i refleksyjnością. Jednakże odczytywanie Rozwiązku przez pryzmat tego wszystkiego nie jest zbyt dobrym rozwiązaniem. Wydaje się, że intencją autorki było to, aby czytelnik w pełni zaakceptował rzeczywistość tekstu, a nie opierał swej lekturę na transponowaniu na swe wrażenia wszelkiego rodzaju stereotypów. To, że na przykład dyskurs feministyczny zaangażował tę narrację do swoich celów, wszyscy posiłkują się w jej odczytaniu autobiografizmem, a autorka po jej wydaniu popełniła samobójstwo, wcale nie oznacza, że i my musimy podążyć za tymi tropami. W gruncie rzeczy przecież w tej narracji, jak w krzywym zwierciadle, odbijają się wszystkie problemy współczesności i na tym najbardziej warto się skupić.

Rozwiązek na ogół wpisuje się w tendencje postmodernistyczne. Choć czytamy tutaj w gruncie rzeczy o całym życiu głównej bohaterki, Sophie Blind, to w przeważającej mierze całość przypomina strumień świadomości: granice poszczególnych opowieści zacierają się, czas jest kompletnie względny, znaczenia są rozmyte, zaś każdy moment narracji może równie dobrze dotyczyć całej historii lub wyłącznie konkretnej chwili. Nawet sama Sophie wie, że istnieje „problem weryfikacji” i choć na początku „otwiera oczy”, to wciąż zdaje się śnić i powątpiewa w realność. Jej życie przypomina groteskowy spektakl, pełen zdehumanizowanych kochanków i sprymitywizowany przez jakiegoś mitycznego mężczyznę, który wszystko kontroluje. Taubes w efektowny sposób akcentuje tutaj paradoksalność małżeństwa, które bez głębszej refleksji zawiera przecież utalentowana intelektualistka, co prawda osaczona przez tradycję swojej rodziny i oszołomiona przez charyzmę „narzeczonego”, lecz zdolna przecież do krytycznego namysłu na przykład nad filozofią Spinozy. Tym samym Rozwiązek poddaje krytyce postulowaną wszechobecnie konieczność umotywowania przez człowieka każdego swojego czynu. Związek z Ezrą był dla Sophie przecież najzwyklejszym aktem eskapizmu. Po fakcie nie musiała już analizować swoich uczuć i zastanawiać się nad emocjami. Wystarczyło jej cieszyć się z tego, kultywować w sobie nienawiść i jeszcze bardziej oddalić się od świata.

Dziwność tego wszystkiego jest jeszcze wyższa, gdy uzmysłowimy sobie, że cały Rozwiązek stylizowany jest na wytwór szaleństwa, dowód na deprawację, lecz także dzieło pisane przez osobę zmarłą, której ciało, jako „miliardy komórek”, rozprzestrzeniło się po całym świecie i równocześnie zapośredniczyło go dla siebie. Dużo Susan Taubes zawdzięcza metakrytycyzmowi i ponowoczesnej poetyce przetwarzania. Czytając niniejszą książkę tak naprawdę obcujemy z osobliwą autobiografią, która została stworzona przez bohaterkę wcielającą się w swoje alter ego. W bardzo przemyślany sposób tego rodzaju strategia koresponduje z problematyką podejmowaną w Rozwiązku. Po pierwsze: samo małżeństwo, czyli w tym przypadku siłowe połączenie odmiennych temperamentów. Zarówno Sophie jak i Ezra pragnęli od życia zupełnie czegoś innego, niż mógł zaoferować im ich związek. On zakłamywał rzeczywistość, zaś ona pomimo to, że ceniła prawdę, przy pierwszej okazji porzuciła ją i wybrała kłamstwo. Ktoś wmówił im, jak ich życie powinno wyglądać, zaś oni – zamiast zaufać intuicji i spontanicznym wyborom – zawierzyli innym i to ich pogrążyło. Małżeństwo zdaniem Taubes „unieważnia’ człowieka, „wydrąża” jego jaźń, lecz także stanowi akt „tryumfu nad poprzednimi wersjami siebie”. Z drugiej zaś strony Rozwiązek uwydatnia, jak bardzo istotne współcześnie są słowa. To one w gruncie rzeczy kreują rzeczywistość i sprawiają, że zachodzą w niej metamorfozy. To właśnie dzięki nim narratorka tak może manipulować narracją, aby pokazać się w jak najkorzystniejszym dla siebie świetle i w konsekwencji stworzyć fikcję, która tylko nosi znamiona prawdy. Dlatego można uznać, że Susan Taubes napisała coś, co dalekie jest od formuły autoterapii. O wiele bardziej bliskie jest jej dążenie do wykazania, dlaczego niektórzy ludzie bez względu na okoliczności trwają w osobliwym stuporze, tak jak jej bohaterka, która nigdzie na trwałe nie może się zadomowić, bo bez najmniejszego sprzeciwu wobec męża podróżuje dla niego po całym świecie. Problemem nie jest tutaj oczywiście samo podróżowanie, lecz bezwarunkowe poddanie się woli drugiego człowieka, bezwzględne oddanie mu się i traktowanie siebie jako kogoś podrzędnego. Wypada jednakże zauważyć, że tak naprawdę znikomy procent tej książki dotyczy scen wywierania presji przez męża na bohaterce. Wszystko to często pozostaje w domyśle, a nawet jest zagłuszane przez samoobwinianie się Sophie Blind. Przez to w ogóle natura całego zniewolenia i w pewnym momencie również połowicznego wyzwolenia, jest tutaj zupełnie nieuchwytna. Tym bardziej, że nie brak tutaj fragmentów wprost traktujących o uldze, która doznawana jest w efekcie osaczenia przez męża, Ezrę Blinda.

Susan Taubes w swoim Rozwiązku bardzo dużo miejsca poświęca analizie, dlaczego najtrudniej człowiekowi przychodzi zrozumieć samego siebie. Z zarysowanego przez nią obrazu jasno wynika, że w świecie nie brakuje ludzi, dla których pytanie o sens życia jest pytaniem niezwykle niebezpiecznym, bo uwydatniającym perfidność ich działań względem tych, którzy obdarzają ich zaufaniem. To z kolei wysuwa na pierwszy plan nadrzędną hipotezę całości, zgodnie z którą wszyscy i wszystko jest wymyślone. Z punktu widzenia podmiotu inni ludzie nie istnieją. Jedynym paliatywem dla rzeczywistych interakcji są niezwykle skomplikowane sieci zależności, w jakie wplątywani jesteśmy w trakcie życia. Wobec powierzchownych interakcji, pełnych udawania i zbędnych słów, nikt nie może być w pełni sobą, gdyż jesteśmy zmuszani do kreowania swego wyobrażenia w oczach innych. Dla przedstawionej w Rozwiązku bohaterki śmierć i samo dążenie do uwolnienia się od toksycznej relacji z mężem stanowią tylko zasłonę dymną przed uzmysłowieniem sobie, że w zupełności utraciła duchowo-religijny wymiar swojej egzystencji. Z kolei obserwowanie przez nią swego własnego pogrzebu to tylko prowizoryczna osnowa wewnętrznej martwoty, która cechowała ją prawdopodobnie od zawsze, choć równie dobrze może być także echem ponowoczesnego lub psychoanalitycznego formatowania ludzkich umysłów, a więc wpisywania ich w unifikujące paradygmaty. Rozwiązek z tej perspektywy to wieloaspektowa krytyka teorii Freuda, która wielokrotnie jest tutaj kreowana na jedną wielką mistyfikację. Z jednej strony miała na celu umożliwić mężczyznom osiągnięcie pełni władzy nad kobietami, zaś z drugiej stanowi nieco surrealistyczną metodę interpretacji ludzkich zachowań, która opiera się na przekonaniu, że już sam sprzeciw wobec techniki jest już bezpośrednim dowodem jej skuteczności. Przejmującym zwieńczeniem tego wątku jest scena paranoidalnego i iście kafkowskiego procesu, w którym dokonuje się wejrzenie w umysł bohaterki za pośrednictwem lektury napisanych przez nią słów. Susan Taubes bardzo bliska jest tutaj idea karnawalizacji, którą niegdyś steoretyzował Bachtin. Choć uroczystości religijne wydają się tutaj stanowić epicentrum przeżyć bohaterki, to jednak bez skrupułów są przez nią samą od razu kontestowane jako bezcelowe „żydowskie rytuały”, które „były doniosłym krokiem na drodze do ujarzmienia antyspołecznych zapędów”. Podobnie rzecz się ma z determinantami całej powieści. Omawiane tutaj wykorzenienie, nieprzystosowanie i „zahibernowanie” bohaterki w formie przejściowej, choć prowadzą do efemerycznego wskrzeszenia przeróżnych światów utraconych, to jednak z miejsca przeciwstawiają się niemożliwości wypracowania jakichkolwiek punktów wspólnych pomiędzy „ja” teraźniejszym a „ja” utraconym. Rozwiązek koncentruje się więc na wykazaniu, że wyobrażenia nie są niczym godnym pochwały, gdyż ich późniejsze nagromadzenie i urzeczywistnienie pobudza liczne frustracje, co tym bardziej jest zrozumiałe, gdy uświadomimy sobie, że o wiele łatwiej uwierzyć w coś wyimaginowanego niż rzeczywiście doświadczanego i bolesnego.

Bohaterka Rozwiązku dlatego powtarza egzystencję swych przodków w skondensowanej i spotęgowanej formie, gdyż jej pamięć nigdy nie była w stanie wykształcić się jako autonomiczna struktura, bo została już z góry ufundowana na przeżyciach wszystkich, którzy poprzedzili jej istnienie. Tym samym Sophie Blind hołduje przemożnemu imperatywowi zadośćuczynienia. Z jednej strony chce „odkupić” winy swych przodków, zaś z drugiej próbuje ostatecznie utracić z nimi kontakt. Wydaje się, że jej nadzieja „rozwiązku” ze światem ma swój rodowód w przekonaniu, iż „Kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą”, jak mawiał pewien minister propagandy. Jednakże jest to bardzo wielobiegunowe, gdyż tego rodzaju podejście znajduje odzwierciedlenie w ciągłym rozszczepianiu przez bohaterkę swych problemów, które rzutują na jej ustosunkowywanie się do przeszłości. Dzięki temu na przykład Rozwiązek przepracowuje problem marzenia o przeistoczeniu się w bezimienną jednostkę aż do takiego stopnia, aby wtopić się w nieokreślony tłum, a także kwestie dotyczące tego, dlaczego w pewnym momencie bardzo bliscy sobie ludzie stają się sobie zupełnie obcy lub zawężają wspólny system wyobrażeń do najbardziej prymitywnych obrazów i rozstają się. Wynikającą stąd konkluzją jest przekonanie, że jakość naszej egzystencji zależy od tego, co uczynimy za jej nić przewodnią. Jedną z nich może być dążenie do zrozumienia, wybrane na przykład przez bohaterkę Rozwiązku, która w przeszłości szuka odpowiedzi na pytania teraźniejszości, chociaż skutkuje to tylko popadaniem jej umysłu w meandry nic nieznaczących symptomów kolejnych aktów jej alienacji. Sophie Blind staje się coraz bardziej nieostra, traci swą podmiotowość i tonie w odmętach nieświadomości, jakby przezwyciężała ją psychoanaliza ferowana przez ojca. Rozwiązek pokazuje w istocie, iż emanacje zewnętrzności świadczą o wewnętrznej słabości człowieka i uwydatniają brak jego wiarygodności. Wydaje się, że nie bez przyczyny zacytowane są tutaj słowa funkcjonujące u Schillera, Goethego i Freuda: „Der Starke ist am mächtigsten allein”, zgodnie z którymi silny człowiek jest najpotężniejszy właśnie wtedy, gdy jest samotny.

Rozwiązek uświadamia, jak istotne jest tłumaczenie ważnych dzieł literatury światowej na język polski. Susan Taubes porusza tutaj niesamowitą ilość problemów, które bez niniejszej książki nigdy w naszym kraju nie mogłyby zaistnieć. Jest tutaj wszystko, co dotyczy relacji międzyludzkich w kontekście radzenia sobie z przeszłością własną i całej rodziny. Począwszy od „wymazywania” z pamięci kolejnych okresów czasowych, przez łatwość, z jaką można skrzywdzić drugiego człowieka, aż po definiowanie sytuacji, w której ludzie stają się sobie do tego stopnia bliscy, że jeszcze intensywniej muszą ukrywać wzajemną nienawiść. Wciąż reagują tutaj ze sobą przeróżne konwencje, które uwydatniają, że za pomocą odpowiednich mechanizmów wszystko można sprowadzić do absurdu i komiczności. Poza tym największą zasługą tej książki jest to, że w praktyczny sposób pokazuje, iż zagadnienia, którymi na ogół zajmuje się teodycea i eschatologia, nie są tylko czymś transcendentalnym i rozgrywającym się w sferze metafizyki, lecz także osiągalnym na wyciągnięcie ręki, gdyż każdy przejaw codzienności już z samej swej natury unieważnia magiczny wymiar życia. Dzięki temu Rozwiązek w bardzo przekonujący sposób eksponuje anachronizm wielu prądów intelektualnych ubiegłego wieku, które zawsze krytykowane są w zawoalowanej formie, ukrytej pod szeregiem symboli i symptomatycznych toposów, jak niezrozumiałe na pozór lekceważenie przez bohaterkę kolejnych okazji zobaczenia Statuy Wolności.

Autor: Przemysław Koniuszy

Susan Taubes „Rozwiązek”, przekł. Magdalena Nowak, red. Grzegorz Jankowicz, Korporacja Ha!art, Kraków 2015, s. 350

„To było w innym śnie. Teraz nic nie widzi. A właściwie widzi za dużo i za szybko. Obojętnie, czy ma otwarte, czy zamknięte oczy”, czyli jak wyjść z labiryntu mając zawiązane oczy i cierpiąc na kompleks Elektry (Ezry?)

„Ruch i zmiana są sednem naszego bytu; sztywność to śmierć; przystosowanie to śmierć”, czyli ćmy (od upojenia do paroksyzmów śmierci) i czytanie (od ożywienia przeszłości do ekstazy zwykłego czytelnika), czyli mistrzostwo eseistyki w wykonaniu mieszkanki Monk’s House

Po wielu fenomenalnych przekładach, spośród których zdecydowanie wyróżnia się Jądro ciemności i wiersze Seamusa Heaneya, Magda Heydel podjęła się kolejnego monumentalnego dzieła, a więc przetłumaczenia i wyboru wraz z Romą Sendyką najbardziej reprezentatywnych przykładów esejów Virginii Woolf – genialnej pisarki angielskiego modernizmu. Dzięki temu dostajemy dziś do rąk kilkadziesiąt jej tekstów w mistrzowskim opracowaniu edytorskim Przemka Dębowskiego.

W esejach Virginii Woolf wszystko rozgrywa się na jednej płaszczyźnie, którą wyznaczają trzy nierozdzielne kwestie: życie, czytanie i pisanie. Spośród nich żadna nie może istnieć w oderwaniu od innych. Brak jednej od razu sprawia, że wszystkie inne tracą rację bytu.. Już na pierwszy rzut oka można rozpoznać dwie główne konswekwencje, jakie wynikają z takiego podejścia autorki Pani Dalloway – mówienie o którejkolwiek z tych części egzystencji jest tutaj równoznaczne z wypowiadaniem się na temat wszystkich innych, zaś niespotykane nigdzie indziej wyczulenie na detal, który pozwala dostrzec prostotę i specyfikę każdego zagadnienia, sprawiają, że obcowanie z każdym z zebranych tutaj tekstów jest nieustannym aktem oświecenia i wtajemniczania w tajniki rzeczywistości. Eseje wybrane pozwalają nam bowiem wciąż na nowo doznawać wrażenia, że w gruncie rzeczy skomplikowane problemy, które przez wielu kreowane są na nierozstrzygalne, w rzeczywistości są czymś niesłychanie przejrzystym i łatwym do zrozumienia. Tym samym główną bohaterką tej książki jest literatura, a raczej stojący za nią ludzie, zawarte w niej opowieści i przede wszystkim przeszłość, która zatrzymana w słowach nie tylko umożliwia nam poznanie już dawno zmarłych niesamowitych osobowości, lecz odnalezienie odpowiedzi na pytania nurtujące nas samych. Esej, jako forma wypowiedzi, nie jest jednakże dla Woolf sposobem na dostąpienie ekshibicjonistycznej przyjemności dzielenia się z innymi prawdą, którą się właśnie odkryło. Tutaj wszystko otoczone jest aurą tajemnicy. Rzadko kiedy jest dla niej coś ostatecznie obiektywne. Przez nikogo niepowstrzymywana snuje swe chwytające za serce i umysł opowieści, które wielokrotnie sprowadzają czytelnika w coraz to bardziej niezwykłe miejsca właśnie po to, aby pokazać mu, jak porzucenie swojego paradygmatu uruchamia proces rozumienia złożoności otaczającego nas świata. Jej erudycja i wrażliwość idealnie się w tym sprawdzają. Wystarczy cokolwiek, nawet najbardziej niepozorny przebłysk zrozumienia, aby już cała machina była wprawiana w ruch i od pozornie bardzo naukowego problemu przechodzi się do skrajnie prozaicznego obrazu. Z tego powodu dla Woolf najważniejsze jest, aby być czytelnikiem „zwykłym”, czyli świadomym i wymagającym, lecz również uczciwym i opierającym swą aktywność na instynkcie. Biorąc do ręki powieść należy zaufać autorowi, dać mu szansę i uwierzyć w jego możliwości. W przeciwnym razie, gdy nad hipotetyczną, bo jeszcze niesprawdzoną doświadczalnie, wartość dzieła przedłożymy opinie innych, uprzedzenia i stereotypy, to nigdy nie docenimy prawdziwego mistrzostwa, które polega na stworzeniu utworu spójnego i rządzonego wyłącznie przez jedną nadrzędną perspektywę. Czytając powieści powinniśmy być otwarci na poznawanie nowych światów i nowych wyobrażeń, gdyż wyłączne konfrontowanie „czytanego” z tym, co niegdyś przez nas przeżyte, nie prowadzi w istocie do niczego kształcącego i wzbudzającego kreatywność.

Tak samo rzecz się ma z rzeczami nazywanymi przez eseistkę „śmieciami” lub wszelkiego rodzaju dokumentami epoki, jak biografie, listy i książki zupełnie nieudane. Wszystko to „rozświetla okna przeszłości”, pozwala „ćwiczyć własne siły twórcze”i może nawet zachwycić. Stąd zawsze trzeba pamiętać, że „obok regału z książkami, z prawej strony, jest otwarte okno”. Najgorsze, co może przytrafić się człowiekowi według Woolf to intelektualny hermetyzm. Dlatego uważała, że nawet najwięksi entuzjaści prozy powinni często sięgać po poezję, gdyż wyłącznie jej autorzy są „zawsze nam współcześni” i dlatego są zdolni do oddania „ogromnego zakresu emocji”, zaś w jej przekonaniu największą zasługę dla rozwoju literatury należy przypisać czytelnikom a nie wszelkiego rodzaju „autorytetom” i krytykom literackim. To właśnie ci, którzy współtworzą „atmosferę, jaką oddychają pisarze” mają bardzo duży wpływ na jakość literatury. Z kolei krytyk, który „ma tylko sekundę na to, by naładować, wymierzyć i palnąć”, bardzo często się myli, gdyż przez wzgląd na pośpiech nie jest w stanie wykreować w sobie spójnego obrazu czytanej książki. W świetle tego Virginia Woolf dokonuje bardzo ważnego rozróżnienia. Dla niej czytanie jest wręcz przeciwne nauce, ponieważ zakłada zapominanie, wielokrotnie mierzenie się z tymi samymi arcydziełami i cykliczne odkrywanie „całkowitej ostateczności”, jaka zawarta jest w konkretnych tekstach. Ta powtarzalność lektury ma swoje odbicie także w bezcennych z dzisiejszej perspektywy hipotez, jakie autorka formułuje na temat różnic pomiędzy poszczególnymi pokoleniami angielskich pisarzy: Georgianami, Edwardianami i Wiktorianami. Okazuje się tutaj, że tym, co wyróżnia angielskich czytelników, jest zakorzenienie tradycji ich lektury w dramacie, która determinuje na nich imperatyw ujmowania książki jako całości i patrzenia na nią z pominięciem cech wyróżniających dane dzieło, co niekoniecznie zawsze łączyło się z ideałem przedstawianym tutaj przez Woolf. W jej przekonaniu należy przede wszystkim rozpoznać metodę danego pisarza, a następnie tak kształtować nasze wrażenia i emocje, aby były one zbieżne z zamiarami autora i nieśmiertelną formą jego narracji.

Obok tego rodzaju refleksji na temat czytania znajdziemy w Esejach wybranych również wiele na temat pisania. I tutaj geniusz Woolf dochodzi do takiego poziomu, który prawdopodobnie nie będzie osiągalny już nigdy dla żadnego z pisarzy. Mówiąc o przypadkowej kobiecie spotkanej w pociągu udaje jej się w zręczny sposób przedstawić całe sedno problemu. Dla niej najważniejsza jest sama postać, która zawsze powinna pozostawać w punkcie centralnym opowieści. Nie ma żadnych skrupułów w nieco prześmiewczym i nierzadko celnym krytykowaniu techniki narracyjnej swych kolegów po piórze. I tak możemy się na przykład dowiedzieć, że pytanie Herberta G. Wellsa, autora Wojny światów i Wehikułu czasu, o to, „jak pisać powieści”, niczym się nie różni od pytania „szewca o to, jak zrobić zegarek”. Jeżeli jednak do samej Woolf skierowalibyśmy to pytanie, to dowiedzielibyśmy się, że celem pisarza jest zaprzyjaźnienie się z czytelnikiem, pobudzenie jego wyobraźni i wreszcie zdobycie zaufania, a więc wejście z nim w swego rodzaju „zażyłość”. Nade wszystko jednakże w imię prawdy i piękna trzeba mówić to, co chce się powiedzieć, wpisać się w jakąś konwencję i być najprecyzyjniejszym, jak to tylko jest możliwe. Dopiero wtedy czytelnik uwierzy w przeczytaną historię i fikcja stanie się momentalnie częścią realności. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na wyrażoną już w 1924 roku prognozę o tym, że ówczesna Anglia znajduje się „na progu kolejnej wielkiej epoki w dziejach literatury”, której pierwszymi zwiastunami byli Eliot i Joyce. Pierwszemu w przekonaniu Woolf brakuje „szacunku dla słabych, zrozumienia dla tępych”, zaś lektura jego utworów polega na dokonywaniu „niebezpiecznych skoków” podczas przechodzenia do kolejnego wersu. Drugi, jako twórca „zrozpaczony” i przyduszony przez narzucaną wszechobecnie konwencję, w efektowny sposób wybija okno, gdyż wciąż „brakuje [mu] świeżego powietrza”. Sztuka pisania zdaniem Woolf zacznie więc coraz bardziej polegać na przeistaczaniu całej konstrukcji tekstu w formę, w której autor ukryje swe myśli, zaś w materii powieści, gatunku sobie najbliższym, pisarka przewiduje jeszcze większą dominację synkretyzmu, a więc czerpania przez powieściopisarzy z rozwiązań warsztatowych dramaturgów i poetów. Stąd wywodzi się przekonanie, że literatura dlatego odegrała tak znaczącą rolę w wielu przeszłych epokach, że w samej swej naturze ma zakodowaną konieczność odzwierciedlania zmian za pomocą słów, którym nigdy nie powinno się przypisywać na trwałe określonych znaczeń. Literatura to życie w jego wszystkich przejawach, metamorfozach i niejasnościach, a zatem modernizm Woolf polega na kulcie wolności w każdej sferze tworzenia, której istoty tak naprawdę nie można uchwycić, gdyż „teorie są niebezpieczne” i tak naprawdę do niczego nie prowadzą. Zarówno w przypadku czytania, jak i pracy pisarskiej, warto odnaleźć adekwatną dla siebie metodę, co miałoby polegać na wypracowaniu „środków pozwalających na uzyskanie wolności, by opisać to, co się chce opisać”. W związku z tym Woolf znów powołuje się na Ulissesa Jamesa Joyce’a, który „wtłacza nas w jaźń”, aby nam uzmysłowić, jak wiele „wykluczamy z pola widzenia lub ignorujemy”. Na podobne wyróżnienie zasługuje dla eseistki literatura rosyjska, której twórcy „niewątpliwie patrzą dalej, ich wizja nie jest ograniczona tak”, jak dokonania Anglików.

W pisaniu trzeba zawierzyć w zupełności temu, co oferuje los i własna nieświadomość. Idiomatyczna przenikliwość i skrupulatność autorki Fal nie pozwala jej na pominięcie kwestii, które dziś na pozór wydają się nam oczywiste, lecz ówcześnie przez wielu były niedostrzegane. Wobec krytyki koncentrującej się przede wszystkim na talencie pisarza i wynikającym z niego warsztacie, Virginia Woolf słusznie akcentuje fakt, że wielu twórców z pewnością nie byłoby geniuszami, gdyby nie dorastali w konkretnym środowisku, nie wywodzili się z danej klasy społecznej i nie zostali posłani do szkoły. To stwierdzenie samo w sobie nie jest rzecz jasna pociągające, lecz przywołuję je tutaj, aby zwrócić uwagę na to, że wynika ze sposobu, w jaki Woolf percypowała literaturę jako „terytorium wspólne”. O wiele bliższa była jej perspektywa pokoleń, epok i nurtów niż wybitnych indywidualności, które odznaczały się na tle innych. Takie postępowanie skutkuje tutaj wartościowym spojrzeniem na stan angielskiej literatury i zrozumieniem, którego pochodną jest metafora pisarzy z „krzywej wieży”. To oni, świadomi swego naznaczenia przez los i wyróżnienia przez edukację, nigdy nie są w stanie umiejscowić się w samym centrum klasy społecznej, o której mówi ich narracja. Wciąż są negatywnie nastawieni do społeczeństwa, jakby nie było – swojego żywiciela, To wspaniale obrazuje metodę eseistki. Choć w pełni dostrzega podstawy jakiegoś zjawiska, a nawet jest pewna, że musiało ono zaistnieć, to jednak nie waha się je napiętnować i skrytykować jako czegoś, co działa na szkodę ogółu. Poza tym, co chyba najważniejsze, zawsze podaje także sposób na wyjście z impasu, tak jak tutaj: „Życie i książki należy przyjmować w odpowiednich proporcjach, a przed użyciem wstrząsnąć”.

Kolejnym zagadnieniem, jakie podejmuje Woolf, jest „kres recenzenta”, który w jej przekonaniu wynika z wielogłosowości opinii na temat książek. Już w jej czasach znacząco zmniejszyła się wartość recenzji dla czytelnika, który z reguły woli na własną rękę zapoznać się z pozycją, niż polegać na opini kogoś, kogo nigdy nie miał okazji poznać, zaś sam autor, dla którego niegdyś tekst krytyczny stanowił odpowiedź na pytanie o jakość swej książki, teraz czuje się coraz bardziej skonfundowany nawzajem znoszącymi się opiniami i w konsekwencji zupełnie przestaje się nimi przejmować. Niemniej nie jest to dla eseistki coś godnego pochwały i swoim zwyczajem konstruuje kolejną metaforę, a mianowicie „system Ścinaj i Stemplewski”, za pomocą którego przedstawia przyszłość krytyki literackiej, jako aktywności polegającej na urzędniczym sporządzaniu krótkich not o książce i opatrywaniu ich „gwiazdkami i mieczykami” kolekcjonowanymi później przez wydawców. Dla Woolf wynika stąd postulat przeistoczenia recenzowania w coś, co będzie przynosiło korzyść każdej części ogniwa: pisarzowi, recenzentowi i czytelnikowi, a zatem tak naprawdę literaturze. Jako nieco ironiczny ideał jawi się więc dla niej konieczność potajemnego spotykania się artysty z opiniotwórcą, którego efektem powinna być bezpośrednia ekspresja krytycyzmu i przede wszystkim wzrost jakości pojawiających się na rynku dzieł. Dotychczasowy stan rzeczy zakładał przecież osłabienie sił twórczych autora i jawne szydzenie z niego, zaś wizja projektowana przez Woolf słusznie pokazuje, że najważniejsza jest dyskusja i stwarzanie „nowych rodzajów zainteresowania literaturą”, która powinna być czymś wspólnym, jednoczącym i umożliwiającym porozumienie.

Obok czytania i pisania koegzystuje tutaj oczywiście życie, a za jego pośrednictwem inne dziedziny sztuki, jak malarstwo i kino. Dzięki tekstom okolicznościowym, upamiętniającym śmierć Rogera Fry’a – bardzo bliskiego autorce malarza oraz wystaw Edmonda X. Kappa i siostry autorki – Vanessy Bell, mamy możliwość poznania sposobu postrzegania rzeczywistości przez Virginię Woolf, która zawsze realność umiejscawiała w kontekście dzieł sztuki i tworzących je osobowości. W związku z tym, że autorka Pani Dalloway w Polsce dotychczas znana była przede wszystkim ze swych powieści warto dostrzec, że Eseje wybrane dopełniają jej obraz jako artystki, która stawiała na korespondencję sztuk i przede wszystkim współistnienie różnych sfer ekspresji. W jej przekonaniu funkcjonowanie każdego wariantu wyobraźni powinno być usankcjonowane w odpowiednim tworzywie, gdyż to właśnie dzięki temu w udanych aktach kreacji artystycznej można przejrzeć się jak w lustrze i dostrzec prawdę o tym, kim tak naprawdę jesteśmy. Z tego powodu nawet prozaiczna wycieczka jest tutaj swego rodzaju sztuką. Człowiek, wędrując, doznaje wrażenia obcowania z żywiołem, którego piękno, spokój i niematerialność, dotychczas pozostawały tylko w sferze nigdy niezweryfikowanych domysłów. Eseje dotyczące tego należą do jednych z najpiękniejszych, jakie wyszły spod pióra Woolf. Nikt przed nią  nie potrafił i z pewnością nikt po niej nie zdoła w tak płynny i przejmujący sposób przejść z refleksji natury quasi-teoretycznej do przejmującego i onirycznego opisu polowania na ćmy w nocy, wykraczaniu poza niejednoznaczne „krawędzie rzeczywistości” podczas nocnego spaceru i wreszcie zmityzowanej wędrówki w poszukiwaniu ołówka po ulicach Londynu. Ta ostatnia „przygoda” opiera się na wejściu w życie innych poprzez podglądanie ich przez okna, przyglądaniu się „karlicy” w sklepie obuwniczym, wizycie w antykwariacie, zakupie ołówka w sklepiku prowadzonym przez skłócone małżeństwo i wreszcie powrocie do domu – magicznej ostoi, która przez cały czas nieobecności autorki trwała w zawieszeniu pomiędzy bytem i nicością.

Niesłychanie istotne miejsce w Esejach wybranych zajmują teksty podejmujące już w sposób bezpośredni problem „życiopisania”, a więc pisania i czytania biografii, które zdaniem Virginii Woolf potencjalnie mają o wiele większą siłę oddziaływania niż proza i poezja. Przede wszystkim bowiem są w stanie pobudzić wyobraźnię i nie muszą opierać się na fikcjonalności, gdyż bez większego trudu odzwierciedlają naturalnie obecne w rzeczywistości napięcie. W czytaniu biografii nie chodzi jednak o to, aby wyłącznie zapoznać się z czyimś życiem i zapamiętać najważniejsze zdarzenia, lecz pozwolić, aby nasz umysł dzięki niej stał się jeszcze bardziej twórczy i skłonny do doznawania coraz większej ilości przebłysków olśnienia. I tak bez względu na to, czy pojawiają się tutaj duety tak emocjonujące jak Geraldine Jewsbury i Jane Carlyle, czy postaci tak genialne jak ojciec autorki lub Montaigne, którego eseje autorka Pokoju Jakuba ceni za duchowość, antykonwencjonalność i niezależność, czy nawet osoby prawdopodobnie Polakowi nieznane, jak księżna Newcastle i Eleanor Ormerod, to za każdym razem dostajemy opowieść pasjonującą od pierwszej litery aż do ostatniej kropki. Naprawdę trudno odnaleźć w polszczyźnie superlatywy, które mogłyby zostać uznane za przesadzone w kontekście niniejszej książki. Potęga jej eseistyki ukryta jest właśnie w dematerializacji rzeczywistości, ironicznym wypowiadaniu się o kwestiach rozpatrywanych na samych szczytach intelektualnego dyskursu, wyczuleniu na meandry różnych zagadnień i wreszcie stwarzaniu klimatu opowieści, która dla wszystkich innych na zawsze pozostanie niepodrabialna. Dla niej życie jest kontaktem z bóstwem ukrytym w materii i dlatego postawienie jakiegokolwiek kroku czy kropki na końcu zdania w świecie tych esejów urasta do poziomu modlitwy lub uczestnictwa w procesji. Czytanie tej książki jest czymś niesamowitym i wręcz nie z tej ziemi. Choć czujemy, jak razem z autorką nasza jaźń stapia się ze światem i stwarza z nim jednorodną strukturę, to jednak wciąż dzięki jej towarzystwu udaje nam się dotrzeć do prawdy o przeróżnych racjonalnych kwestiach, które najczęściej okazują się jedynie pretekstem do czegoś znacznie większego i o wiele bardziej fenomenalnego, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka, a więc wejrzenia w „podszewkę świata”. Z każdego tekstu emanuje tutaj aktywizm. Woolf walczy o prawa swojej płci, zastanawia się nad rolą wykładu w edukacji akademickiej, sensownością nadmiaru „produkcji literackiej”, kategorią komizmu, mówi o fenomenie prozy pisanej przez kobiety, swej miłości do zwierząt, rozdźwiękiem pomiędzy treścią a formą, fascynacją ćmami, wyimaginowanym locie nad Londynem, przeżywanych emocjach podczas nalotów bombowych na Anglię, a nawet muzyce granej na ulicy.

Virginia Woolf to niewiarygodnie utalentowana outsiderka swoich czasów, zaś niedawno opublikowany tom jej Esejów wybranych to pokaz niesamowitej erudycji, która zawsze przekuta jest w formę przystępną dla czytelnika, pomysłową, precyzyjną i pełną humoru. Z dzisiejszej perspektywy niespełna wieku zebrane tutaj teksty nic nie straciły na wartości, a nawet wydają się jeszcze bardziej afirmować wolność myślenia i płynnego przechodzenia pomiędzy zagadnieniami, które powszechnie postrzegane są za opozycyjne i niemożliwe do skonfrontowania. I tak na przykład autorkę Pani Dalloway wyróżnia tutaj ciągle powtarzany proces przeistaczania się ekscytującego swą złożonością życia w niepojmowalną prostotę śmierci. Jednak odnoszę wrażenie, że nikomu nie udało się dotychczas tak celnie ująć istoty tego, czym powinien być esej, dlatego na koniec chciałbym oddać głos samej Woolf i przyznać, iż w pełni udało się jej spełnić własne wymagania. W jej przekonaniu bowiem esej „powinien sprawiać przyjemność. (…) Esej powinien od pierwszego słowa rzucać na nas czar, a po ostatnim powinniśmy się budzić odświeżeni. (…) Esej ma nas otulić i zaciągnąć zasłonę nad światem”.

Autor: Przemysław K.

Virginia Woolf „Eseje wybrane”, przekład: Magda Heydel, wybór i opracowanie: Magda Heydel i Roma Sendyka, posłowie: Roma Sendyka, wydawnictwo Karakter, Kraków 2015, s. 500

„Ruch i zmiana są sednem naszego bytu; sztywność to śmierć; przystosowanie to śmierć”, czyli ćmy (od upojenia do paroksyzmów śmierci) i czytanie (od ożywienia przeszłości do ekstazy zwykłego czytelnika), czyli mistrzostwo eseistyki w wykonaniu mieszkanki Monk’s House

„świat się rozpadł na tysiąc jeden / rozgwieżdżonych sylab // metafory / metabolizm wyobraźni”, czyli pozytywny eskapizm, dekonspiracja sensów, miłość i akrostychy

Po niezwykle ciepło przyjętych Powiekach przyszła pora na Widok z głębokiej wieży. Ten kolejny tom wierszy Zenona Fajfera znów udowadnia, że powszechnie znany teoretyk i popularyzator liberatury jest również bardzo uzdolnionym poetą.

Podobnie jak w przypadku Powiek także i tutaj niezwykle istotny jest tytuł całego zbioru. Widok z głębokiej wieży ma na celu zaprezentowanie świata jako czegoś, co swą strukturą aż do złudzenia przypomina hipertekst, a zatem – czytając tę książkę – wciąż mamy wrażenie, że obcujemy z nielinearnie prezentowanymi wizjami poetyckimi, których przeznaczeniem jest wniknięcie w głąb rzeczywistości, dotarcie w sam jej rdzeń i uwydatnienie asocjacji ustanawiających jej istnienie. W tym tkwi źródło mistrzowsko tutaj zastosowanej fragmentaryczności. To właśnie przez nią czytelnik znajduje się w rozdarciu pomiędzy projektowanym przez podmiot liryczny „teraz”  a własnymi „dygresjami” i dookreśleniami, które w trakcie lektury – niczym niepowstrzymywane i autonomiczne względem tekstu – powstają, zanikają i bez ostrzeżenia powracają w coraz to bardziej zaskakujących formach. Wynika więc stąd przekonanie, że świat naturalnie jest negatywnie nastawiony do naszych usilnych dążeń odkrycia ostatecznej tajemnicy jego powstania, zaś nasze wyobrażenia o możliwości poznania w tej materii jakiejkolwiek absolutnej prawdy są zupełnie absurdalne.

W świecie Widoku otoczenie i „zewnętrzność” są kompletnie relatywne, gdyż rządzi nimi prawo wielości interpretacji. Podmioty pewne są wyłącznie tego, co pojawia się w nich samych w wyniku zderzenia wrażeń dostarczanych przez receptory poznawcze z treściami niegdyś przed nimi starannie ukrytymi. Jednak i wtedy są skore do podawania w wątpliwość wszystkiego, co może świadczyć o ich egzystencji i przede wszystkim specyfice relacji z Innym. Niepewność jest tu tak zaawansowana w percypowaniu rzeczywistości i tak dużą rolę odgrywa tutaj przemożna awersja do bycia skrzywdzonym, że wciąż jesteśmy tutaj zaskakiwani kreacją kolejnych mikroświatów, powstających na użytek wyłącznie tego tomu i mających zaświadczać o tym, iż świat – przypominający tutaj małże, które nie pozwalają dotrzeć do swoich pereł – trzeba poznawać na wspak, wbrew jakimkolwiek związkom przyczynowo-skutkowym i zgodnie z prawami rządzącymi fikcją. W podejmowaniu tego rodzaju refleksji bardzo użyteczna jest dla Zenona Fajfera szeroko rozumiana perspektywa post.

Nieustannie odnosimy tutaj wrażenie, że mowa jest o rzeczywistości innej niż ta, z którą obcujemy na co dzień, lecz ta inność nie polega rzecz jasna na kumulacji różnych „dziwności” i w konsekwencji separowania się od realności samej w sobie. Tym, co wyróżnia tę książkę, jest właśnie umiejętne skumulowanie tendencji ponowoczesnych i również takich, które jeszcze nie uległy konwencjonalizacji, gdyż przez wielu obserwatorów, znacznie mniej dociekliwych od autora Powiek, są po prostu niemożliwe do dostrzeżenia. Stąd wiele z tych tekstów na jakimś poziomie zawsze odnosi się do problemu ograniczania zdolności poznawczych przez wszelkiego rodzaju manipulacje, które konstruowane są na podstawie myślenia o rzeczywistości jako o fantazmacie lub fantomie – swego rodzaju widmie i halucynacji. Jej sztuczność mogłaby wynikać z faktu, że obraz świata w pierwotnej formie został wyparty przez świadomość kulturową i to współcześnie doprowadza do „usypiania” ludzi, czyli mimowolnego utracenia przez nich bezpośredniego kontaktu z przestrzenią i oddania się w zupełne władanie interpretacji autorstwa innych, które zniekształcają ogląd całości wrażeń konkretnego podmiotu. W takim ujęciu Widok z głębokiej wieży jest zaproszeniem do tego, aby zakwestionować powszechnie przyjęty obraz świata, przeprowadzać niezależne projekcje swoich wyobrażeń na jego temat i wreszcie dokonać aktu transcendencji, jako wykroczenia poza obszar dotąd uważany za osiągalny dla ludzkich zmysłów i osiągnięcia stanu wyzwolenia spod wpływu surrealistycznego przekonania, że nieosiągalna prawda absolutna jest jednoznaczna.

Zdumiewające jest, że Widok z głębokiej wieży, jako dogłębnie przemyślany projekt artystyczny i niesłychanie udana realizacja wizji autorskiej, jest również dziełem, które pozostawia wiele swobody dla czytelnika. I tak możemy zastanawiać się, jak udało się autorowi pogodzić kwestię „jednorodności” chwili z fotograficznym ujmowaniem poetyckiego momentu, lecz równie dobrze i bez żadnych ograniczeń możemy podążać za swoimi intuicjami i doszukać się determinanty tej książki w antychronologii i bezczasowości. Takie podejście sprawia, że w większości z tych wierszy podmiot zastanawia się nad fenomenem słów – największego odkrycia naszej cywilizacji, które powołują do istnienia nowe światy, ustanawiają relacje dotychczas nieobecne w realności i nawet są w stanie nazwać nienazywalne w „czasie poza czasem / przestrzeni poza przestrzenią”. Choć, sugerując się tytułem, zasadne byłoby podejrzewanie, że w gruncie rzeczy ten tom zaprezentuje nam spójną i statyczną wizję świata, to jednak jest zupełnie przeciwnie i właśnie to stanowi o jego pięknie i oryginalności. Trudno tu nawet mówić o jakiejkolwiek zmienności perspektyw i wieloaspektowym podejściu do podejmowanych tematów. Wszystko jest tutaj płynne, podważalne i zastępowalne. Kolejne ujęcia przenikają się ze sobą i w rezultacie stwarzają na oczach czytelnika prawdziwy obraz realności, który niejednokrotnie przypomina melanż obiegowych przedstawień i znanych wszystkim fraz z niepowtarzalną dykcją artysty. Zenon Fajfer pokazuje bowiem, że świat nie składa się wyłącznie z wyabstrahowanych detali, gdyż jego istnienie sankcjonuje dopiero ich mistyczne skonkretyzowanie, które jest niezrozumiałe dla człowieka skazanego na poprzestawanie na projekcjach eksperymentalnych, czyli chwytających nadrzędny sens i reguły organizacji materii, lecz nie roszczących sobie prawa do bycia punktem odniesienia dla wszystkiego zawsze i wszędzie. Poezja jest zatem sztuką żywą, która równocześnie emanuje na czytelnika, rezonuje z niego niepojętą siłą i nade wszystko ciągle się „staje”, gdyż twórca-kreator wyłącznie wprawia w ruch trybiki maszyny, której nigdy nikomu nie będzie dane zatrzymać. To dopiero czytelnik „Zakrywa mowę, odkrywa wodospad. Analizuje / zbyt / wiele i aliteruje, tracąc równowagę”. W Widoku z głębokiej wieży to od nas lub od czystego przypadku zależy, co do siebie przyporządkujemy, co uznamy za metaforyczny podmiot a co za dopełnienie i co będzie przyciągało naszą uwagę przy kolejnych lekturach. Tym samym niepowstrzymany nurt, jakim jest życie, chwytany jest w Widoku w takiej okazałości, na jaką pozwala przedstawiające go tworzywo, zaś to, co rzeczywiście będzie je określać i świadczyć o jego jakości, jest już w zupełności w rękach odbiorcy.

Jedną z głównych idei, jakie zawarte są w Widoku z głębokiej wieży, jest przekonanie, że głównym zadaniem wszelkiego rodzaju hipertekstów jest uświadomienie ludzi, z jaką łatwością można formatować ich umysły i wpisywać je w kolejne spontanicznie konstruowane ciągi nieokreślonych wrażeń. Współczesna nam rzeczywistość ewoluuje tak intensywnie, że każdy świadomy swej roli twórca musi w swych utworach podejmować problematykę, która nigdzie jeszcze przez nikogo nie była rozpatrywana. Nowe przestrzenie i możliwości determinują fakt powstawania nowych form wypowiedzi, które będą wewnętrznie organizowane przez mechanizmy pokrewne tym, jakie obserwujemy w świecie realnym. Sztuka musi podążać za czasem, a nawet go wyprzedzać, zatem nie możemy sobie pozwolić na uruchamianie wciąż tych samych, anachronicznych formuł, do mówienia o sobie, naszym miejscu w świecie i przede wszystkim przyszłości. Dlatego Zenon Fajfer w Widoku wpisuje klasyczne motywy, alegorie i symbole w swą unikalną perspektywę myślenia o jutrze, w którym niekoniecznie musi zostać urzeczywistniona dehumanizacja i śmierć podmiotu. Pobocznym wątkiem dla tego jest hipoteza rzeczywistości jako złudzenia, w którym jakiekolwiek akty komunikacji są paliatywami, gdyż za ich pośrednictwem ludzie w ogóle nie konfrontują efektów swojego postrzegania z tym, co odczuwają inni. Przedstawiane jest to za pomocą metafory karpi, które tkwią w miednicy, „bezgłośnie otwierają usta”, lecz nie są w stanie wydobyć z siebie głosu i w konsekwencji się porozumieć. Wobec tego poezja jawi się jako narzędzie, które stwarza pozory odnalezienia kompensacji pragnień w nieokreślonym „gdzieś”, skąd do naszego wariantu świata emanuje wszechwiedza. Niestety nie jest to sytuacja idealna, gdyż jakikolwiek tekst nie może w obecnych warunkach zostać utożsamiony z myślami. Zawsze pozostanie coś, czego nie sposób zawrzeć w danym utworze, co może zostać za chwilę zdezaktualizowane, co wymknie się percepcji autora lub zostanie zignorowane przez odbiorcę. Jedyną płaszczyzną porozumienia pomiędzy światem i poznającymi go podmiotami jest hipertekst, którego nieodmiennie punktem centralnym musi być szeroko rozumiana „graficzność”. Tylko wtedy może dojść do spotkania „gdzieś w środku”, gdzie dowolność odczytań i ich przypadkowość mogą pozwolić zbliżyć się do samego rdzenia nurtujących nas i dotychczas niepojmowalnych kwestii. To specyficzne spełnienie w Widoku z głębokiej wieży Zenona Fajfera prowadzi także do wczucia się w „rytm algorytmu”, który organizuje „przeistaczanie” się wszystkich istnień. Podobnego rodzaju działania wydają się także mieć na celu uwydatnienie dokonującej się wszechobecnie wielogłosowości i nadmiaru pojęć, gdyż ludzie wciąż na nowo nazywają coś, co już dawno zostało nazwane i skonwencjonalizowane. Dlatego właśnie, jako generacje multimedialne i teoretycznie negatywnie ustosunkowane do tekstu, „wracamy do punktu wyjścia” i tracimy nadrzędny sens naszego życia. Widok z głębokiej wieży pokazuje, że słowa we współczesnym świecie aż do złudzenia przypominają motyle w formie imago – istoty doskonałe, efektowne i zachwycające, lecz po chwili już nieprzydatne i martwe. Niegdyś, gdy fraza „słowo stało się ciałem” miała rzeczywiste zastosowanie, wypowiedzenie tożsame było z kreacją, powoływaniem do istnienia i uruchomieniem całej figuratywności języka, zaś dziś rzucanie słów na wiatr to już nie pusty frazeologizm, lecz idealne zobrazowanie stanu, którego doznajemy. Obecnie wszystkim rządzi destrukcja, wymazywanie i hermetyzm. Stąd poezja, rozumiejąca świat jako quasi-hipertekst, musi odtworzyć ideę literatury jako czegoś dalekiego od wyabstrahowania, a zatem zawierającego się w przestrzeni realnej, wynikającego z niej i permanentnie się do niej odnoszącego.

Autor: Przemysław K.

Zenon Fajfer „Widok z głębokiej wieży”, wydawnictwo FORMA, Fundacja Literatury im. Henryka Berezy, Szczecin, Bezrzecze 2015, s. 106

„świat się rozpadł na tysiąc jeden / rozgwieżdżonych sylab // metafory / metabolizm wyobraźni”, czyli pozytywny eskapizm, dekonspiracja sensów, miłość i akrostychy