„Jak niegrzeczne dzieci te światy niedorzeczne nagle wysmukłe jak parasole o świcie”, czyli reifikacja dźwięków, „renklodowe drzewa” i magia cyfry 7 jako osi konstrukcyjnej dla puzzli

Czytając wiersze z Spod siódmego żebra, najnowszego tomiku Pawła Tańskiego, wciąż przypomniałem sobie wypowiedziane niegdyś przez Tadeusza Różewicza niezwykle sugestywne w tym kontekście słowa: „Autora zaprząta forma, którą musi ulepić. Obiekt jest rzeczą drugorzędną”. Dykcja poetycka, z której reprezentacją tutaj obcujemy, jest zupełnym odzwierciedleniem tej koncepcji z równoczesnym poszerzeniem jej o wymiar indywidualny. Po pierwsze zwraca naszą uwagę palimpsestowość całej tej konstrukcji – słowa i poszczególne obrazy są zestawiane ze sobą w taki sposób, aby to tylko od czytelnika zależał końcowy efekt w postaci odczytania. Nie chodzi tu jednak o to, że autor lub podmiot liryczny zatracają swą władzę nad tekstem i w zupełności ufają formie otwartej, gdyż specyfika tej twórczości ma swe źródło w chronicznej alogiczności. Większość z fraz Pawła Tańskiego funkcjonuje na tyle indywidualnie, że jakiekolwiek próby zintegrowania ich ze sobą – nawet tych, które bezpośrednio sąsiadują – jest z góry skazane na porażkę, gdyż nie sposób odnaleźć ich wspólnego mianownika. Jest to przeprowadzone tutaj niezwykle sprawnie i estetycznie zachwycająco, ponieważ za sprawą tych mechanizmów język staje się żywym tworem, który wręcz na naszych oczach emanuje kolejnymi układami znaczeń. Tym bardziej że aluzje do światowych dzieł literatury, systemów filozoficznych i mowy potocznej wprost są konfrontowane z konkretnym wyznaniem, czyli tym co stanowi fundament danego tekstu i klamrę spajającą całość. W ten sposób poeta pokazuje, że piękno poezji nie musi mieć rodowodu czysto intelektualnego, gdyż czasami, aby powstało coś pociągającego, wystarczy po prostu poddać się żywiołowi, który przypadkowość wrażeń skojarzy z odrębnymi momentami olśnienia. W ten sposób w Spod siódmego żebra główną rolę odgrywa sieć zależności działająca na przestrzeni całego dzieła, co przejawia się ciągłym odnajdywaniem przez czytelnika elementów korespondujących z tym, co przeczytał wcześniej, a co z kolei rezonowało jeszcze z czymś innym.

Poza tym równie interesująco rzecz się ma, jeżeli chodzi o ów „obiekt”, który u Pawła Tańskiego pojawia się nie tylko pod postacią wyodrębnionego z realności przedmiotu o znaczeniu symbolicznym, lecz także pewnego rodzaju wytworu imaginacji podmiotu lirycznego. Sprawia to, że te kilkadziesiąt tekstów, jakie znajdziemy w tym tomie, to tylko wierzchołek góry lodowej tego, co w rzeczywistości możemy z tego wszystkiego uzyskać podczas lektury. Każdy przedmiot, zjawisko i myśl, jakie się tutaj pojawiają, stanowią tylko zewnętrzny przejaw czegoś o wiele bardziej złożonego i dowód na to, że w żadnym razie nie można tutaj mówić o koincydencji w ramach jakichkolwiek zestawień synestycznych obrazów. Wszystko to jest tak doskonale przemyślane i dopracowane, aby czytelnik – obcujący z kolejnymi „migawkami” i przebłyskami – zdawał sobie sprawę z polifoniczności całego tomu, która we wprost proporcjonalnym tempie do lektury jeszcze bardziej się potęguje i stwarza niesamowicie skomplikowany repertuar odczytań. Choć Miron Białoszewski jest tylko jedną z niezmierzonej ilości inspiracji tego poety to jego twórczość stanowi w tym kontekście bardzo pożądany kontekst. Mówiąc o Obrotach rzeczy przecież w głównej mierze mamy na myśli mechanizm artystyczny, który z zestawiania słów jest w stanie wydobyć coś na tyle zaskakującego, że wręcz predysponującego twórcę do odnalezienia w świecie dotąd niedostrzegalnych interakcji i poszerzenia horyzontów postrzegania świata przez czytelnika. Tutaj zaś mamy do czynienia z puentami, które zatracają swą jednorazowość – podsumowywanie staje się immanentną cechą poetyki Pawła Tańskiego i do tego stopnia wchodzi mu w krew, że każdy z jego wierszy składa się z kilku wariantów puent wykorzystywanych w dowolnym momencie w celu jeszcze większego zmobilizowania czytelnika do myślenia lateralnego. W ten sposób Spod siódmego żebra wciąż zaskakuje i to nawet przy pierwszej lekturze. Tym bardziej że strategie, jakie są tutaj wykorzystywane, są w takim stopniu oparte na antynomiach, aby zaakcentować niemożliwość ich ostatecznego ujarzmienia i konieczność poszerzenia poezji o bezpośrednie refleksje nad dźwiękiem w sztuce.

Wydaje się, że poezja zawdzięcza swój potencjał temu, iż najczęściej nie musi wyrażać czegoś wprost, a nawet może tak lawirować pomiędzy znaczeniami, aby czytelnik mógł dostrzec ich wielowarstwowość i był w stanie oddzielić narzucające się mu odczytania z tymi, które są pełnym odzwierciedleniem jego ustosunkowania się do danego tekstu. Spod siódmego żebra nieco podważa te prawidłowości z tego względu, że część rzeczywistości, która została tutaj opisana i zreinterpretowana, nie tyle rości sobie prawa do bycia całościową egzemplifikacją wszystkiego, co nade wszystko „psuje nam szyki” w jasnym wytyczeniu granicy pomiędzy elementami w pełni autorskimi a tymi, które stanowią wartość naddaną podczas lektury. Zachwycającym efektem tego jest hibernacja przestrzeni poetyckiej w celu wybierania z chaosu nieuwikłanych w żadne konflikty semantyczne przedmiotów, które ustawione w odpowiednim świetle i kontekście mogą powiedzieć nam o świecie coś więcej niż wtedy, gdy stanowią niedostrzegalny ad hoc element „zatłoczonego” pejzażu poetyckiego.

Spod siódmego żebra to z polotem zrealizowany projekt zakrzywiania czasoprzestrzeni. Na kartach tego tomu poeta stwarza swój własny system obrazów, które w trakcie lektury wciąż powracają w coraz to innych i bardziej pomysłowych kompozycjach, dlatego całość stanowi summę doświadczeń życiowych i wypadkową artystycznych aktywności autora. W ten sposób artysta udowadnia, że poetyka kolażu nie musi siłą rzeczy skupiać naszej percepcję na samej sobie i swej ewentualnej chaotyczności, gdyż wystarczy przecież umiejętnie nadać tekstom rytm, wesprzeć je quasi-refrenami i wreszcie sprzężyć ich znaczenia z systemem właściwym innej sztuce, jak na przykład wysokościami dźwięków, aby całość ze zdwojoną siłą trafiła do czytelnika. Wspólnym mianownikiem tego wszystkiego jest gra, nie tylko językiem, sensami i wszelkimi dostępnymi „instrumentami”, lecz także narracją, która odgrywa tutaj najważniejszą rolę przez takie jej prowadzenie, aby aż do złudzenia przypominała prowadzoną na gorąco, w samym centrum świata i toczących się metamorfoz. Spod siódmego żebra to wspaniała okazja na zapoznanie się z inną realizacją konceptu „jedności w wielości”, który tak popularyzował Witkacy i przede wszystkim sposób na zachwycenie się na nowo słowem samym w sobie, dostrzeżenie naturalnej mu antykonwencjonalności i magiczności.

Autor: Przemysław K.

Paweł Tański „Spod siódmego żebra”, wydawnictwo FORMA, Fundacja Literatury im. Henryka Berezy, Szczecin, Bezrzecze 2015, s. 50

„Jak niegrzeczne dzieci te światy niedorzeczne nagle wysmukłe jak parasole o świcie”, czyli reifikacja dźwięków, „renklodowe drzewa” i magia cyfry 7 jako osi konstrukcyjnej dla puzzli