„Nawet czas przestał oddychać / jak tancerz uniesiony na palcach / gdy dyrygent na moment zatrzyma powietrze”, czyli podróż do przeszłości jest w istocie podróżą w głąb siebie, bo słowa unieśmiertelniają

Czytając wiersze Bogusławy Latawiec, zamieszczone w jej najnowszym tomie – „Zmowach”, przede wszystkim wzbudza podziw specyfika jej rzeczywistości poetyckiej, która polega na dominacji witalizmu i oscylacji wszystkich jej składników wokół nieokreślonego bytu. To właśnie on kontroluje status ontologiczny określającej tutaj wszystko natury, pobudza materię do szeregu metamorfoz i przede wszystkim wzbogaca świat o pierwiastek samoświadomości. W związku z tym dramat podmiotu tych wierszy polega na uzmysłowieniu sobie efemeryczności doznawanych wrażeń i permanentnego rozpadania się przestrzeni na coraz to mniejsze cząstki, które swą mikroskopijnością uniemożliwiają pełne ich zrozumienie za pomocą zmysłów. Najczęściej obierana tu perspektywa otwiera się na czas przeszły i zakorzenione w nim wspomnienia, stanowiące tu nie tyle utrwalone konstelacje przeżytych już emocji, lecz także osobliwe echo osobowości, której były udziałem. Naturalnie pojawiający się tutaj lęk przed przemijaniem nie jest konsekwencją swego rodzaju naiwnej wiary w to, że mentalne „fotografie” okażą się czymś więcej niż tylko paliatywem. O wiele bowiem znaczący jest tu problem źródła. Boimy się przecież naprawdę tylko tego, co jest bezprzyczynowe, czego istoty nie możemy opisać za pomocą powszechnie używanych kategorii. Poetka wciąż zderza ze sobą tutaj świat, z którego wywodzą się wzorce zwane dziś „klasycznymi” z rzeczywistością nam współczesną, czym zdaje się postulować myślenie o czasie jako o spójnej strukturze, której celem istnienia jest udzielenie pomocy podmiotowi w odnalezieniu swojego „ja” pośród chaosu myśli „fantomowych” (tj. dotyczących sfer istnienia już od dawna nieodtwarzalnych), deszyfrujących mechanizmów pamięci i wiedzy obcych, tzn. zewnętrznych obserwatorów, którzy kontestują wyjątkowość świata.

Przestrzeń, o której najwięcej jest w tym tomie mowa, można bez przeszkód utożsamić z czymś na wzór quasi-dystopii, jako „miejsca” wyróżniającego się spośród innych nade wszystko koniecznością porzucenia wolnej woli i posiadającego jeszcze ślady zewnętrznej ingerencji. W świetle tego poezja byłaby więc czymś, co owe „odpryski” działań Absolutu w sobie kondensuje i interpretuje w taki sposób, aby z nieokreśloności wyekstrahować jakieś namiastki hipotez poznawczych. W obliczu tego „ja” poetyckie jest tylko biernym obserwatorem przeróżnych metamorfoz, które do woli manipulują jego uczuciami, wystawiają go na przeróżne próby i przede wszystkim integrują przeszłość z przyszłością w nierozerwalną całość. Dlatego właśnie podmiot tych wierszy szuka ukojenia w przedmiotach jako tym, co ogniskuje w sobie wspomnienia, lecz nie natrafia na nic pozytywnego – pośród nich czekają go tylko powroty do poszczególnych „apokalips spełnionych”, czyli chwil, które już dawno powinny zostać wymazane z pamięci. Dzięki temu przeżycia chwili obecnej i reminiscencje przeszłości mogą się nawarstwić i stworzyć z siebie rzeczywistość poetycką, w której na próżno szukać jakichkolwiek rozgraniczeń.

Oprócz tego „Zmowy” wyróżniają się takim mówieniem o realności, by zawsze pozostawała ona w kontekście detali. Wszystko i wszyscy są tutaj przedstawiani w kontekście czegoś, co akurat ześrodkowało uwagę podmiotu, lecz nigdy nie jest to drugi człowiek explicite, co najwyżej za pośrednictwem jakiegoś nieożywionego elementu. Świadczy to o wysokiej wrażliwości poetki na obrazy zakorzenione w jej pamięci. Nie postępuje tak jak większość poetów, odzierających rzeczywistość z naturalnego jej zawikłania w wszelkiego rodzaju konwencje, lecz eksponuje swe emocje i uczucia w sposób zawoalowany, czyli za pośrednictwem przedmiotów lub zjawisk, które w konsekwencji przemawiają do odbiorcy o wiele intensywniej, niż ma to miejsce w przypadku innych twórców. Jeden z wierszy przynosi frapującą nazwę dla tej techniki – „odpominanie”, czyli odnajdywanie siebie obecnej w „gniazdach przestrzeni”, czyli wypracowanych przez przeszłość sfer pełnych skondensowanych znaczeń, które przy dużej wytrwałości mogą „odesłać” umysł do tego, co bezpowrotnie odeszło. Stosunek podmiotu (poetki?) do otoczenia opiera się na zazdrości. Widząc, że przestrzeń jest określana, a nie rozczłonkowywana przez przeciwstawne sobie emocje, osoba mówiąca w tych wierszach stopniowo zaczyna rozumieć, że to w niej samej kryje się rozwiązanie wszystkich zagadek, jakie nękają jej duszę:

„Wiem czai się tam jedynie papierowa pustka
która niczego poza własną bielą
nie rozjaśni

I wiem – to czas się tak zapętla wokół mnie
zawraca, okrąża, sunie po snach
po pamięci
jak po ślepej śnieżycy”

Większość z tych wierszy przywodzi na myśl twórczość Bolesława Leśmiana. Bogusława Latawiec ma z nim wspólne dążenie do subtelnego rozwarstwiania rzeczywistości, tzn. mówienie o niej w taki sposób, aby ukazywała się ona w pełni swego skomplikowania i owładnięta przez élan vital, jak ma to miejsce w jednym z wierszy: „nieprzeliczone są pszeniczne pola / wydzwonione przez skowronka”. Wynika z tego rzecz jasna nietypowa postawa artystyczna, która nie polega na „powielaniu iluzji trwania”, czyli zatrzymywania chwili hipotetycznie wartej zachowania, lecz ciągłej walce z wymykającym się pięknem. Estetyzm tego, co jest tutaj przedstawiane, zawsze jest nieskazitelny, gdyż w większości przypadków opiera się na pierwotności – rozwój cywilizacyjny nie jest tu negowany, choć pozostaje w niezauważalnym obwodzie. W punkcie centralnym tkwi zawsze człowiek i percypowana przez niego przyroda. Problemy wielości światów i alternatywnych rzeczywistości są tutaj podejmowane w najbardziej twórczy sposób, jaki dotychczas udało mi się zaobserwować. Nie mówi się tu o tym jako o abstrakcji bądź iluzji, gdyż Bogusława Latawiec prezentuje je jako coś nie tyle możliwego lub koniecznego, co naprawdę mającego miejsce. W jej świecie poetyckim wszystko się ze sobą miesza, poszczególne czasoprzestrzenie się ze sobą zazębiają, zaś podmioty liryczne nigdy do końca nie są pewne, gdzie i kiedy kończy się ich ciało, a zaczyna dusza, drugi człowiek lub świat w ogóle. Stąd mówienie o czasie w tej poezji jest nie do końca trafionym pomysłem – wszystko dzieje się tu na planie koła: przerażające wspomnienia splatają się niepostrzeżenie z absurdalnymi wizjami przyszłości, a to wszystko z kolei skonfrontowane jest ze statycznością chwili obecnej i tak „zmiksowane”, że czytelnik obcuje z niezwykle pociągającym tekstem pełnym znaczeń wciąż odsyłających gdzieś dalej, w kolejne meandry skojarzeń:

„Ten który szedł
niosąc lustro wody które się przechylało
(…)
gdy stopą dotykał kamieni
potknął się nagle
o pole martwego krzyku”.

Tom zamykają ekfrazy, utwory związane z malarstwem i tytułowy cykl. Bogusława Latawiec chce pokazać w tych utworach, że choć sztuka oddziałuje na zupełnie różne zmysły niż literatura, to jednak obie rządzą się tymi samymi prawami, operują korespondującymi ze sobą technikami, przekładają uniwersalizm nad aktualność i przede wszystkim opierają się na przenoszeniu teraźniejszości w „nietutejszą przyszłość” lub w „zaświaty malowane”, czyli przestrzenie integrujące w sobie realizm z wytworami imaginacji. Z kolei w finalnym cyklu tkwi esencja tego tomu, czyli permanentne podważanie prawdziwości tego, co jest odbierane przez nasze zmysły, dopatrywanie się podstępów w najbardziej elementarnych zjawiskach i nade wszystko doszukiwanie się w świecie szeregu konszachtów przeciw wrażliwemu człowiekowi. Wynika to z tego, że podmioty tych wierszy – będąc niemal pewnymi, że otoczenie przeciwko nim spiskuje – naturalnie nie są w stanie uchwycić istoty przedmiotów ani tym bardziej zwierząt i są zmuszone do ciągłego miotania się miedzy iluzoryczną wiedzą a podejrzeniami. Tym samym receptą na to wszystko jest gotowość do konfrontowania swojej małości z wszechstronnością świata i uzmysłowienie sobie, że ostatecznych rozstrzygnięć w tym wymiarze nie dokonamy nigdy. Nawet wtedy, gdy – trawestując jedną ze strof – „wszystkie dźwięki / łapiąc w pędzie swój pierwszy oddech / zestroją się z sobą i z nami / ponad / nami”.

Autor: Przemysław K.

Bogusława Latawiec „Zmowy”, wydawnictwo FORMA, Fundacja Literatury im. Henryka Berezy, Szczecin, Bezrzecze 2015, s. 68

——————————–

Cytat wykorzystany w tytule tego tekstu pochodzi ze strony s. 27.

„Nawet czas przestał oddychać / jak tancerz uniesiony na palcach / gdy dyrygent na moment zatrzyma powietrze”, czyli podróż do przeszłości jest w istocie podróżą w głąb siebie, bo słowa unieśmiertelniają