„Jeżeli trwaniu odbiorę początek i koniec, otrzymam nieskończoność”, bo każdy labirynt musi mieć swojego inscenizatora, czyli kawaler maltański jako Deus ex machina w tekście-wszechświecie

Niewątpliwie Rękopis znaleziony w Saragossie to jedna z najważniejszych powieści europejskiego Oświecenia. Jednakże dotychczas arcydzieło Jana Potockiego (1761-1815) – legendarnego podróżnika, historyka i aeronauty – funkcjonowało wyłącznie za sprawą edycji powstałych na podstawie zmanipulowanego i spreparowanego tłumaczenia – wątpliwego zresztą autorstwa – Edmunda Chojeckiego oraz słynnej ekranizacji Wojciecha Hasa, która ceniona jest przez gigantów światowego kina, spośród których warto wymienić Luisa Buñuela, Martina Scorsese, Davida Lyncha i Larsa von Triera. Dopiero dziś, dzięki odkryciom francuskich literaturoznawców, dostajemy do rąk wersję z 1810 roku, która w mistrzowskim tłumaczeniu Anny Wasilewskiej stanowi najpełniejsze odzwierciedlenie wizji autorskiej i pierwszą okazję dla polskojęzycznego czytelnika na zapoznanie się z tekstem, który od lat postrzegany jest jako dzieło formujące dla wielu artystów.

Tym, co wyróżnia Rękopis, jest z pewnością jego struktura, która z dzisiejszej perspektywy wskazuje na to, że Potocki swym geniuszem wyprzedził wszystkie najważniejsze tendencje prozy XX i XXI wiecznej. Z jednej strony mamy tutaj do czynienia z powieścią szkatułkową: 61 dni-rozdziałów zebranych zostało w 6 dekameronach, zaś prezentowana fabuła opiera się na przytaczaniu opowieści ludzi spotykanych przez głównego bohatera, których opowiadanie z kolei w głównej mierze opiera się na przytaczaniu niegdyś zasłyszanych przez nich historii. Tym samym jest to w niezwykły sposób wysublimowana gra z konwencją. Powtarzalność jednego chwytu w prawie niezmiennej formie sprawia, że czytelnik co prawda się do niego przyzwyczaja, jednak całe spiętrzenie tych wszystkich opowieści, które nawzajem się określają i równocześnie pozostają otwarte aż do ostatniej strony, powoduje, iż niekiedy wręcz niemożliwością jest niezatracenie się w nich. Potocki pokazuje w taki sposób, że w fikcji nie można doszukiwać się logiczności ad hoc. Aparat krytyczny, jaki zawiera niniejsze wydanie, pokazuje w jak wyszukany sposób autor „polemizuje” tutaj z faktami, a więc historią, topografią i ogólnie przyjętymi prawdami. Nie chodzi przecież o to, aby fabuła prozy stanowiła bezpośrednie odbicie świata, spełnienie marzeń miłośników mimesis i stawała się w taki sposób wykoncypowaną miniaturą wszystkiego, co otacza człowieka i składa się na jego osobowość. Celem powieściopisarza jest właśnie wykazanie nieuchwytności natury ludzkiej, niepojmowalności wszechświata i niemożliwości dostosowania naszych receptorów do powszechnej zmienności. Nasz umysł już z samego faktu funkcjonowania zakłada konieczność zakłamywania rzeczywistości, deprecjacji i upraszczania. Pełnia wrażeń z pewnością by nas zabiła, dlatego Rękopis w swej genialności stanowi szczyt osiągnięć w uchwyceniu tego, czym tak naprawdę jest życie. W tym kontekście warto również pamiętać, że Oświecenie to okres, który inicjuje w Europie szeroko rozumianą „systemowość”. Potocki pokazuje, że posługiwanie się jednym paradygmatem i właściwym mu zbiorem pojęć, znacząco oddala nas od poznania świata, które powinno opierać się na kojarzeniu ze sobą elementów niemających ze sobą nic wspólnego. Z drugiej strony jednak wszystko to oparte jest na klamrowości – początek i zakończenie zawiązują i rozwiązują intrygę, zaś najważniejsza część Rękopisu, która znajduje się pomiędzy nimi, stanowi dla czytelnika wyzwanie zmierzenia się z zawikłaniem egzystencji, jako eksperymentalnego (hiper)tekstu samego w sobie. Każda kolejna opowieść wywodzi się z poprzedniej, każda kolejna postać ma coś wspólnego z poprzednimi, nic nie pozostaje tutaj w oderwaniu od nadrzędnej intrygi, czyli głównej osi konstrukcyjnej, która w trakcie lektury w istocie musi zejść na plan dalszy. Zderza się tutaj w ten sposób strukturalizm z dekonstrukcjonizmem, konwencjonalność z awangardowością, ornamentacyjną „barokowość” z oświeceniowym uporządkowaniem, surrealizm z realizmem, konstrukcję narratora wszechwiedzącego ze strumieniem świadomości. Poza kwestiami dokumentnie literackimi podobnie rzecz się ma z różnymi światopoglądami religijnymi, filozoficznymi i politycznymi. Naprawdę bardzo dużo wysiłku wymaga odnalezienie w Rękopisie czegoś, czego w nim nie ma.

Wydawałoby się, że z konieczności w każdym omówieniu jakiejkolwiek powieści musi znaleźć się choć najmniejszy rys fabuły, to jednak w przypadku Rękopisu w sposób rzetelny jest to naprawdę niewykonalne. Jest to książka apokryficzna i totalna zarazem – w niej zawiera się wszystko i do niej wszystko się odnosi. Angażując czytelnika nie kryjąc się z tym, że nim manipuluje, próbuje wprowadzić go w błąd, uwikłać w coraz to bardziej skomplikowane konstrukcje i wreszcie daje mu (iluzoryczne) wrażenie współuczestnictwa w tworzeniu. Równocześnie jest to reakcja na francuskich Encyklopedystów, a więc Rękopis stanowi również sfabularyzowaną summę XIX-wiecznej wiedzy na temat świata i przewrotnie także sparodiowanie tego rodzaju działań w prawdziwie teatralnym stylu. W ten sposób Jan Potocki jawi się tutaj jako fundator umowności fikcji, który pokazał, że można w powieści, jako palimpseście i patchworku, połączyć ze sobą w jednorodnej formie polifoniczność, intertekstualizm, kabałę, mistycyzm, ironię, humor, tragizm i różne interpretacje terminu „chronologia”. Choć formuła tego wszystkiego jest bardzo jasna na pierwszy rzut oka, to jednak podróż w głąb fantastyczności i metafizyki jest w istocie bardzo dyskusyjna w Rękopisie, gdyż przyczynkiem do jego powstania było wykazanie, że niemożliwością jest wyłonienie cechy wspólnej dla każdego człowieka i nawet duchowość każdy rozumie na swój sposób. Pomieszanie tych wszystkich kategorii jest konsekwencją przeświadczenia, że w otaczającej nas przestrzeni interpretacje, a więc subiektywne odczytania fikcji, do tego stopnia są splecione z prawdą, iż nie sposób ich ostatecznie odseparować. Rękopis jest spektaklem w każdym calu – z jednej strony sprawia wrażenie, że jest spełnieniem marzeń ezoteryków i okultystów o dziele zawierającym w sobie klucz do świata tajemnego, który wykorzystać będą mogły tylko wybrane jednostki, zaś z drugiej stanowi projekcję rzeczywistości otwartej, wyróżniającej się skrajnym synkretyzmem, czyli połączeniem na jednej płaszczyźnie spirytyzmu, scjentyzmu i refleksji religijno-etycznych, które zgłębić może każdy. Stąd piękno tego zmyślnie skonstruowanego tekstu polega na przemierzaniu czegoś na wzór labiryntu, w którym stajemy się alter ego protagonisty powieści – człowieka impulsywnego, zniewolonego przez teorie spiskowe, bezskutecznie walczącego z dematerializacją znanego sobie świata i usiłującego obalić w zasłyszanych opowieściach kult wyobraźni.

Warto również zwrócić uwagę, że etykietyzowanie Rękopisu mianem „powieści szkatułkowej” prawie w ogóle nie eksponuje drugiego znaczenia zastosowanej tu konstrukcji. Mamy tutaj do czynienia przecież z szeregiem tautologii: mistyfikacją w mistyfikacji, fikcją w fikcji, powtarzalnymi sekwencjami zdarzeń, w których podważana jest nie tyle rzeczywistość, lecz przede wszystkim sama literatura. Choć każda kolejna fabuła ma jakieś swoje źródło w poprzedniej, to jednak nigdy nie wiadomo, gdzie konkretnie coś się zaczyna i kończy. Wszystko jest niesamowicie rozmyte, zniuansowane i opatrzone ironicznym cudzysłowem właśnie po to, aby „przepisać” cały świat na język obrazowania inny niż ten, który dotychczas był wykorzystywany przez powieściopisarzy, na czele z Cervantesem. Potocki chce w znacznej mierze oddziaływać na sam umysł czytelnika, przemienić go w maszynę, która z kolei jest kontrolowana i pobudzana do „działania” przez inną maszynę. Najciekawsze jednak w tym jest to, że uczynione nie jest to w zawoalowany sposób. Autor usilnie tutaj chce, aby odbiorca był świadom, jakim zabiegom jest poddawany przez nadrzędnego „sztukmistrza”, aby w konsekwencji zrozumiał, że literaturą jest również jego życie i także on – podobnie jak główny bohater – nie powinien być ostatecznie przekonany co do tego, że naprawdę istnieje. Czytanie Potockiego jest ciągłym błądzeniem i wątpieniem, które są permanentnymi work in progress. Nawet wtedy, gdy na każdym kroku zdaje nam się, że kolejny raz przejrzeliśmy intencje autora. Tego rodzaju strategie, które zakorzenione są w samym tekście, sprawiają, że ta narracja stanowi żywą strukturę, której nie sposób opanować. Wydaje się nawet, iż sam Potocki chciał, aby to imponujące dzieło wymknęło mu się z rąk i zaczęło żyć własnym życiem, gdyż przecież taki jest jeden z głównych tematów Rękopisu­ – powoływanie do życia opowieści i puszczanie ich w świat w poszukiwaniu kolejnych umysłów-machin podatnych na iluzoryczne zniewolenie.

Autor: Przemysław Koniuszy

Jan Potocki „Rękopis znaleziony w Saragossie”, opr. François Rosset, Dominique Triaire, przeł. Anna Wasilewska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015, s. 784

„Jeżeli trwaniu odbiorę początek i koniec, otrzymam nieskończoność”, bo każdy labirynt musi mieć swojego inscenizatora, czyli kawaler maltański jako Deus ex machina w tekście-wszechświecie

„Nawet czas przestał oddychać / jak tancerz uniesiony na palcach / gdy dyrygent na moment zatrzyma powietrze”, czyli podróż do przeszłości jest w istocie podróżą w głąb siebie, bo słowa unieśmiertelniają

Czytając wiersze Bogusławy Latawiec, zamieszczone w jej najnowszym tomie – „Zmowach”, przede wszystkim wzbudza podziw specyfika jej rzeczywistości poetyckiej, która polega na dominacji witalizmu i oscylacji wszystkich jej składników wokół nieokreślonego bytu. To właśnie on kontroluje status ontologiczny określającej tutaj wszystko natury, pobudza materię do szeregu metamorfoz i przede wszystkim wzbogaca świat o pierwiastek samoświadomości. W związku z tym dramat podmiotu tych wierszy polega na uzmysłowieniu sobie efemeryczności doznawanych wrażeń i permanentnego rozpadania się przestrzeni na coraz to mniejsze cząstki, które swą mikroskopijnością uniemożliwiają pełne ich zrozumienie za pomocą zmysłów. Najczęściej obierana tu perspektywa otwiera się na czas przeszły i zakorzenione w nim wspomnienia, stanowiące tu nie tyle utrwalone konstelacje przeżytych już emocji, lecz także osobliwe echo osobowości, której były udziałem. Naturalnie pojawiający się tutaj lęk przed przemijaniem nie jest konsekwencją swego rodzaju naiwnej wiary w to, że mentalne „fotografie” okażą się czymś więcej niż tylko paliatywem. O wiele bowiem znaczący jest tu problem źródła. Boimy się przecież naprawdę tylko tego, co jest bezprzyczynowe, czego istoty nie możemy opisać za pomocą powszechnie używanych kategorii. Poetka wciąż zderza ze sobą tutaj świat, z którego wywodzą się wzorce zwane dziś „klasycznymi” z rzeczywistością nam współczesną, czym zdaje się postulować myślenie o czasie jako o spójnej strukturze, której celem istnienia jest udzielenie pomocy podmiotowi w odnalezieniu swojego „ja” pośród chaosu myśli „fantomowych” (tj. dotyczących sfer istnienia już od dawna nieodtwarzalnych), deszyfrujących mechanizmów pamięci i wiedzy obcych, tzn. zewnętrznych obserwatorów, którzy kontestują wyjątkowość świata.

Przestrzeń, o której najwięcej jest w tym tomie mowa, można bez przeszkód utożsamić z czymś na wzór quasi-dystopii, jako „miejsca” wyróżniającego się spośród innych nade wszystko koniecznością porzucenia wolnej woli i posiadającego jeszcze ślady zewnętrznej ingerencji. W świetle tego poezja byłaby więc czymś, co owe „odpryski” działań Absolutu w sobie kondensuje i interpretuje w taki sposób, aby z nieokreśloności wyekstrahować jakieś namiastki hipotez poznawczych. W obliczu tego „ja” poetyckie jest tylko biernym obserwatorem przeróżnych metamorfoz, które do woli manipulują jego uczuciami, wystawiają go na przeróżne próby i przede wszystkim integrują przeszłość z przyszłością w nierozerwalną całość. Dlatego właśnie podmiot tych wierszy szuka ukojenia w przedmiotach jako tym, co ogniskuje w sobie wspomnienia, lecz nie natrafia na nic pozytywnego – pośród nich czekają go tylko powroty do poszczególnych „apokalips spełnionych”, czyli chwil, które już dawno powinny zostać wymazane z pamięci. Dzięki temu przeżycia chwili obecnej i reminiscencje przeszłości mogą się nawarstwić i stworzyć z siebie rzeczywistość poetycką, w której na próżno szukać jakichkolwiek rozgraniczeń.

Oprócz tego „Zmowy” wyróżniają się takim mówieniem o realności, by zawsze pozostawała ona w kontekście detali. Wszystko i wszyscy są tutaj przedstawiani w kontekście czegoś, co akurat ześrodkowało uwagę podmiotu, lecz nigdy nie jest to drugi człowiek explicite, co najwyżej za pośrednictwem jakiegoś nieożywionego elementu. Świadczy to o wysokiej wrażliwości poetki na obrazy zakorzenione w jej pamięci. Nie postępuje tak jak większość poetów, odzierających rzeczywistość z naturalnego jej zawikłania w wszelkiego rodzaju konwencje, lecz eksponuje swe emocje i uczucia w sposób zawoalowany, czyli za pośrednictwem przedmiotów lub zjawisk, które w konsekwencji przemawiają do odbiorcy o wiele intensywniej, niż ma to miejsce w przypadku innych twórców. Jeden z wierszy przynosi frapującą nazwę dla tej techniki – „odpominanie”, czyli odnajdywanie siebie obecnej w „gniazdach przestrzeni”, czyli wypracowanych przez przeszłość sfer pełnych skondensowanych znaczeń, które przy dużej wytrwałości mogą „odesłać” umysł do tego, co bezpowrotnie odeszło. Stosunek podmiotu (poetki?) do otoczenia opiera się na zazdrości. Widząc, że przestrzeń jest określana, a nie rozczłonkowywana przez przeciwstawne sobie emocje, osoba mówiąca w tych wierszach stopniowo zaczyna rozumieć, że to w niej samej kryje się rozwiązanie wszystkich zagadek, jakie nękają jej duszę:

„Wiem czai się tam jedynie papierowa pustka
która niczego poza własną bielą
nie rozjaśni

I wiem – to czas się tak zapętla wokół mnie
zawraca, okrąża, sunie po snach
po pamięci
jak po ślepej śnieżycy”

Większość z tych wierszy przywodzi na myśl twórczość Bolesława Leśmiana. Bogusława Latawiec ma z nim wspólne dążenie do subtelnego rozwarstwiania rzeczywistości, tzn. mówienie o niej w taki sposób, aby ukazywała się ona w pełni swego skomplikowania i owładnięta przez élan vital, jak ma to miejsce w jednym z wierszy: „nieprzeliczone są pszeniczne pola / wydzwonione przez skowronka”. Wynika z tego rzecz jasna nietypowa postawa artystyczna, która nie polega na „powielaniu iluzji trwania”, czyli zatrzymywania chwili hipotetycznie wartej zachowania, lecz ciągłej walce z wymykającym się pięknem. Estetyzm tego, co jest tutaj przedstawiane, zawsze jest nieskazitelny, gdyż w większości przypadków opiera się na pierwotności – rozwój cywilizacyjny nie jest tu negowany, choć pozostaje w niezauważalnym obwodzie. W punkcie centralnym tkwi zawsze człowiek i percypowana przez niego przyroda. Problemy wielości światów i alternatywnych rzeczywistości są tutaj podejmowane w najbardziej twórczy sposób, jaki dotychczas udało mi się zaobserwować. Nie mówi się tu o tym jako o abstrakcji bądź iluzji, gdyż Bogusława Latawiec prezentuje je jako coś nie tyle możliwego lub koniecznego, co naprawdę mającego miejsce. W jej świecie poetyckim wszystko się ze sobą miesza, poszczególne czasoprzestrzenie się ze sobą zazębiają, zaś podmioty liryczne nigdy do końca nie są pewne, gdzie i kiedy kończy się ich ciało, a zaczyna dusza, drugi człowiek lub świat w ogóle. Stąd mówienie o czasie w tej poezji jest nie do końca trafionym pomysłem – wszystko dzieje się tu na planie koła: przerażające wspomnienia splatają się niepostrzeżenie z absurdalnymi wizjami przyszłości, a to wszystko z kolei skonfrontowane jest ze statycznością chwili obecnej i tak „zmiksowane”, że czytelnik obcuje z niezwykle pociągającym tekstem pełnym znaczeń wciąż odsyłających gdzieś dalej, w kolejne meandry skojarzeń:

„Ten który szedł
niosąc lustro wody które się przechylało
(…)
gdy stopą dotykał kamieni
potknął się nagle
o pole martwego krzyku”.

Tom zamykają ekfrazy, utwory związane z malarstwem i tytułowy cykl. Bogusława Latawiec chce pokazać w tych utworach, że choć sztuka oddziałuje na zupełnie różne zmysły niż literatura, to jednak obie rządzą się tymi samymi prawami, operują korespondującymi ze sobą technikami, przekładają uniwersalizm nad aktualność i przede wszystkim opierają się na przenoszeniu teraźniejszości w „nietutejszą przyszłość” lub w „zaświaty malowane”, czyli przestrzenie integrujące w sobie realizm z wytworami imaginacji. Z kolei w finalnym cyklu tkwi esencja tego tomu, czyli permanentne podważanie prawdziwości tego, co jest odbierane przez nasze zmysły, dopatrywanie się podstępów w najbardziej elementarnych zjawiskach i nade wszystko doszukiwanie się w świecie szeregu konszachtów przeciw wrażliwemu człowiekowi. Wynika to z tego, że podmioty tych wierszy – będąc niemal pewnymi, że otoczenie przeciwko nim spiskuje – naturalnie nie są w stanie uchwycić istoty przedmiotów ani tym bardziej zwierząt i są zmuszone do ciągłego miotania się miedzy iluzoryczną wiedzą a podejrzeniami. Tym samym receptą na to wszystko jest gotowość do konfrontowania swojej małości z wszechstronnością świata i uzmysłowienie sobie, że ostatecznych rozstrzygnięć w tym wymiarze nie dokonamy nigdy. Nawet wtedy, gdy – trawestując jedną ze strof – „wszystkie dźwięki / łapiąc w pędzie swój pierwszy oddech / zestroją się z sobą i z nami / ponad / nami”.

Autor: Przemysław K.

Bogusława Latawiec „Zmowy”, wydawnictwo FORMA, Fundacja Literatury im. Henryka Berezy, Szczecin, Bezrzecze 2015, s. 68

——————————–

Cytat wykorzystany w tytule tego tekstu pochodzi ze strony s. 27.

„Nawet czas przestał oddychać / jak tancerz uniesiony na palcach / gdy dyrygent na moment zatrzyma powietrze”, czyli podróż do przeszłości jest w istocie podróżą w głąb siebie, bo słowa unieśmiertelniają