„dzielę siebie na części, by złożyć ten strój / w sobie i by jemu sprostać jako przekładaniec, / figura życia słowem”, czyli jak infernalność Kalkwerku może sprawić, że uległość nie będzie rozwikłaniem zagadki, lecz popadnięciem w odmęty wariantywności tradycji

kspnTwórczość Karola Samsela (rocznik 1986) prezentuje niezwykle angażujący wyobraźnię miraż swego rodzaju rewersu romantyzmu, sprzeciwiającego się narosłym przez dekady uproszczeniom i wynikającego z prawdziwego zrozumienia tendencji zakorzenionych w tej tradycji; oraz licznych wyrazów przekonania, że w istocie najważniejszym problemem współczesnej polskiej poezji są fantomowe bóle po formach, które przez ogół zostały uznane za anachroniczne, czemu przeczy twórczość najnowszych generacji – w niej przecież jawią się jako nie tyle „jeszcze żywe”, co w praktyce bardzo sprawne i będące w stanie udźwignąć tematykę aktualną. W moim przekonaniu główną ideą „Prawdziwie noc” jest uwydatnienie prawdy o powszechnym dziś sposobie percypowania świata, który już z samej swej natury pozbawia rzeczywistość kilku istotnych wymiarów tylko dzięki temu, że po prostu je ignoruje i uważa za „dziwne”, dlatego zadaniem poety jest przypomnienie tym co bardziej wrażliwym, że wszystkie te wyparte niegdyś sfery nadal gdzieś istnieją i to wokół nich w istocie oscyluje nasze istnienie. Na szczęście nie oznacza to, że w tym tomie powracamy do zamierzchłej przeszłości, martyrologia znów zyskuje na znaczeniu i wszystko zaczynamy rozpatrywać w taki sam sposób, w jaki czynili to ludzie pierwotni. Po prostu kreowana jest tutaj wizja normalności nieurojonej, która uzmysławia, jak wiele zatraciliśmy na drodze postępu „intelektualnego”.

Jeżeli w świetle tego przyjmiemy, że poezja jest czymś, co za jedną ze swych licznych ról ma wykazywanie istnienia świata ponadzmysłowego, to „Prawdziwie noc” uznać również można za sprzeciw popadania w coraz mniej kontrolowany bezwład i niedostrzeganie kryzysu martwej „mowy” liryki, która w gruncie rzeczy dla wielu słusznie jest ograniczeniem wizji poetyckiej, bo uniemożliwia otwarcie się na cokolwiek, co jest wyobcowane. Tu zaś pojawia się problem tradycji. W tym tomie jest ona istotna z tego powodu, że interpretowana jest przez pryzmat konfliktów, w jakie wchodzą ze sobą konkretne podmioty, które uznają wzorce z przeszłości za coś, z czym warto prowadzić konstruktywną polemikę albo coś co może sprowadzić na twórcę nimi zafascynowanego same niebezpieczeństwa. W kreowanym na kartach tego tomu poetyckim świecie najważniejsze jest jednak bycie wiernym swojemu światopoglądowi i manifestowanie rozdarcia tylko wtedy, gdy jest to bezwzględnie niezbędne dla pełnej ekspresji. Jest to słuszne podejście, ponieważ jakiekolwiek ograniczenia w sztuce wynikają oczywiście wyłącznie z granic, jakie sami sobie wytyczamy zamykając się przy tym w ramach wygodnych dla nas paradygmatów. Obiektywnie nie ma bowiem żadnych ograniczeń dla tego, by eskalacja wulgarności sąsiadowała z jakimś wariantem duchowo-religijnej iluminacji. Wszystko zależy tylko od tego, jakie rejestry ekspresji jest w stanie człowiek zaakceptować jako te, które do niego przemawiają i wpisują się w spektrum doświadczeń jego generacji.

Wobec tego w „Prawdziwie noc” pojawia się kilka interesujących figur i tropów. Na pierwszy plan zdecydowanie wysuwa się „Pan”, swego rodzaju Bóg tego świata i nadrzędny punkt odniesienia dla każdego z obrazów. To za pośrednictwem jego ekspansji poeta przedstawia co jest sednem dualizmu jego rzeczywistości i demistyfikuje zasady na ogół rządzące metaforami w polskiej poezji. Sednem tego wszystkiego jest „nazywanie”, które zawsze w jakimś stopniu alegorycznie odnosi się do sfery sacrum, a w szczególności jej wymiarów najczęściej manipulujących symboliką, czego wyłonienie na pierwszy plan może sugerować, że celem tego tomu jest rozpoczęcie łagodnej rewolucji w myśleniu o wszelkich „izmach” dominujących w literaturze XX wieku. Jasne jest przecież, że sensem uprawiania poezji samej w sobie nie powinno być umiejscawianie określonych elementów w przypisanym im kontekście i wtłaczanie ich w upraszczające kalki myślowe, zaś jakakolwiek nowatorskość i inwencja pod żadnym pozorem nie może przecież przejawiać się wyłącznie w topografii końcowej konstelacji oraz intensywności ekspozycji czytelnika na działanie aluzji. Za równie absurdalny pomysł można uznać także trwałe przyporządkowywanie zjawisk do jakichś nurtów, gdyż u samych fundamentów funkcjonowania literatury tkwi konieczność projektowania takich wizji, które sprowadzają całość do ekstremum, czyli miejsc granicznych, które z oczywistych względów są nie tyle efemeryczne, co stale zmieniające swe położenie i wyrazistość projekcji.

Podmioty „Prawdziwie noc” pragną wątpić i w swym uzewnętrznianiu się widzą potencjalne oczyszczenie, jakby wiwisekcja umysłu i odseparowanie go od nieczystych myśli miała w konsekwencji pozwolić im znaleźć się ponad tym wszystkim, co hipotetycznie doprowadziłoby ich do stanu ataraksji i nirwany. Uzasadnione byłoby uznanie, że ową wyzwolicielką jak i autorytatywnym władcą jest poezja, ponieważ to w niej najbrutalniej ścierają się wszelkiego rodzaju opozycje i z tych niezliczonych konfrontacji wynika zarówno cierpienie jak i radość, które następnie w zawoalowanej formie stanowią habitat kolejnych utworów. Wszystko to jest o tyle ciekawe, że możemy dopatrzeć się w tym także wypowiedzi dotyczących aktu lektury, który zawsze, bez względu na preferowane przez danego poetę tony i jego uwarunkowania semiotyczne, sprowadza się do podróżowania w miejsce na tyle niebezpieczne, że mogące w każdej chwili przeistoczyć się w bezkresną otchłań. To uzmysławia, że poezja Karola Samsela w tym wydaniu ma bardzo wiele wspólnego z estetyką utraty – ciągle coś tutaj się rozpada, podmioty wciąż o czymś zapominają, znaczenia ulegają anihilacji, a czas jest aż tak relatywny, iż mamy tylko ciągłe trwanie i brak jakiejkolwiek statyczności. Dynamizm „Prawdziwie noc” poza tym, że odważnie weryfikuje wiarę w ideały, wyraziście pokazuje ważną prawdę o współczesnej literaturze – to właśnie w niej ogniskuje się przede wszystkim życie codzienne a nie wydumane konkluzje o naturze wszechrzeczy, gdyż człowiek sam dla siebie stanowi przedstawienie i jego życiową rolą jest uzyskanie równowagi pomiędzy samoobserwacją, egotyzmem a przekonaniem o przypadkowości własnego istnienia jako mikroskopijnego trybiku w niewyobrażalnie gigantycznej maszynie. Z tych to powodów poezja Samsela stanowi wypadkową prawdy i fikcji, czyli niepojmowalne zmysłami narzędzie do myślenia o świecie w kategoriach nieprzejrzystego zwierciadła uczuć człowieka, jako jego współkreatora i tego, który jest w stanie w mglisty sposób oddać uniwersalny wymiar imaginacji. Ciekawym posłowiem dla tego są pojawiające się w tym tomie „miejsca mityczne”, zarówno te nazywane i pomijane przez poetę, ponieważ stanowią w tym poetyckim świecie odpowiednik hiperłączy, czyli elementów wskazujących na rzeczywiste istnienie korelacji pomiędzy danym elementem a czymś, co może stanowić jego dopełnienie lub odnieść do zupełnie innych wymiarów myślenia o danej kwestii, a tym samym poszerzyć zakres rozumienia źródła.

Kwintesencją tych wszystkich emanacji jest mówienie w tym tomie o języku, który rzecz jasna nie stanowi tylko narzędzia do komunikacji, lecz nade wszystko jest uwikłany w tradycję literacką, gdyż słowa oczywiście zwykły mieć konotacje związane z określonymi emocjami i przekonaniami, jakie towarzyszyły im u ich zarania, dlatego celem poety – zdaniem Karola Samsela – jest równoczesne zaakceptowanie tego uwarunkowania jak i dokonywanie odważnych prób wyekstrahowania ze źródłosłowów prawdziwego sensu, czyli bezpowrotne wnikanie w głąb ewokowanych przez słowa fantazmatów. Ciekawe jest także jak ten autor mówi o „peryferiach” języka, które w jego optyce są czymś, co może zintegrować ze sobą konieczność mówienia o antyestetycznym wymiarze rzeczywistości z postulatem petryfikacji w świadomości czytelników konkretnych antywzorców, dzięki czemu myślenie o tradycji polskiej literatury być może kiedyś przestanie być zdominowane przez entuzjazm niepotrzebujący argumentów do zachwytu.

„Prawdziwie noc” czyni wyłom w naszym systemie percepcji sztuki w sposób bardzo przemyślany, nie tyle implementując w miejsce eskalacji agresji ideę rewolucyjnego podejścia do tego, co zastane i nieużywane, lecz przede wszystkim angażując do tego obrazy mające na celu nam uzmysłowić, że w istocie ciągle jesteśmy na nowo zniewalani. Wydaje się, że istotne jest dla tego poety pojęcie Weltliteratur, które wiąże się z szeroko rozumianą cyrkulacją wszelkich figur, które w „Prawdziwie noc”, przez wzgląd na swe upowszechnienie i tendencję zawężania ekspresji, prezentowane są jako bardzo wygodne dla wielu twórców. Sensem tworzenia w XXI wieku jest bowiem gra w „krzyżówki piękna”, czyli zręczna polemika z tym, co zdążyło już odejść do przeszłości, jednak z włączeniem do tego wszystkiego pierwiastka indywidualności, który dzięki swej autonomiczności może zaświadczyć o jakościach wizualnych świata „tu i teraz”. Kolejną przyczyną, dla której obserwowane jest tutaj tak intensywne sprzężenie refleksji o „Panie” z myśleniem o języku, jest prezentacja sprzeczności stanowiących fundament europejskiego postrzegania poezji, czyli medium z niewiadomych przyczyn na różnych płaszczyznach jawiące się zarówno jako coś, co służy do komunikacji, oszczędnego przekazywania myśli i zawoalowanej „perwersji” intelektualnej, jak i to, co nie powinno sprowadzać się do odnalezienia sensu ostatecznego i zamierzonego przez pisarza, gdyż celem obcowania z nią nie jest przecież przeniknięcie wszystkiego, prześcignięcie poety i kompleksowe zrozumienie jego strategii stwarzania napięć semantycznych.

Z tych oto powodów „Prawdziwie noc” jest dla mnie quasi-poematem o bólu, którym przeważnie owładnięta jest wybitna indywidualność, rozdarta pomiędzy opozycyjnymi sobie siłami (poetykami) i próbująca poradzić sobie z tym godząc ze sobą wszystko to, co przez innych ujmowane jest jako zupełnie sprzeczne. Na szczęście autorowi tego tomu udało się tego dokonać, przede wszystkim dzięki zjednywaniu sobie estetycznych wrogów, otwartości na wielość interpretacji i niesłabnącej wierze w potencjał obrazotwórczy tradycji poetyckiej. Symptomatyczne jest więc tutaj wyczulenie Karola Samsela na „rozbijanie” i destrukcję, które w jego poetyckim świecie zawsze są aktami kreacji – rozkładając na czynniki pierwsze wszelkiego rodzaju „monumenty” literatury za każdym razem natrafić przecież można na jakiś element mogący stanowić spoiwo nowej wizji.

Autor: Przemysław K.

Karol Samsel „Prawdziwie noc”, wydawnictwo FORMA, Szczecin, Bezrzecze 2015, s. 88

——————————–

Cytat wykorzystany w tytule tego tekstu pochodzi ze strony 62.

„dzielę siebie na części, by złożyć ten strój / w sobie i by jemu sprostać jako przekładaniec, / figura życia słowem”, czyli jak infernalność Kalkwerku może sprawić, że uległość nie będzie rozwikłaniem zagadki, lecz popadnięciem w odmęty wariantywności tradycji