„Nie ucieknę / Jak uciec kiedy kręcę się wkoło”, bo wobec „całej wieczności / liter” „miał być poemat / jestem / ja”, czyli jak pogodzić myślenie w śnie o Bogu z dziwnością tego, co dzieje się na jawie

W tomie „Treny Echa Tropy” Tomasz Majzel stara się dociec, kiedy tak naprawdę przeszłość staje się przeszłością, kiedy teraźniejszość przeradza się w coś, co bezpowrotnie przestaje należeć do chwili obecnej. Choć poeta nie podaje tu oczywiście ostatecznej odpowiedzi, gdyż o wiele wartościowsze jest dla niego podążanie za czytelnikiem w „poszukiwaniu” prawdy i oscylujących wokół niej iluzji, to zamiast tego uzmysławia nam bardzo ciekawą rzecz – czas jest w swej istocie przestrzenią, w której można dostrzec nieskończoną ilość linii będących w rzeczywistości połączeniami pomiędzy następującymi po sobie kolejno momentami istnienia świata. Rolą sztuki i poezji w szczególności powinno być więc wyczucie odpowiedniej chwili, w której przeszłość interesująca odbiorcę dzieła zostanie na trwałe zakorzeniona w tej osobliwej „mapie” i opatrzona owymi połączeniami, pozwalającymi twórcom nie tyle do nich dotrzeć i w pełni ująć ich naturę, lecz przede wszystkim dopatrzeć się w niej aluzji do innych wariantów danego czasu i specyfiki indywidualności chcącej zrozumieć swoją przeszłość.

Stąd kluczową rolę odgrywa tu metaforyka znaków i śladów. To przecież za ich pośrednictwem poeci, mówiąc o życiu codziennym, docierają do kwestii fundamentalnych i formułują swe poglądy na temat wszechświata. W tym tomie celowo przybiera to niekiedy formy dość surrealistyczne, jak wtedy, gdy poszukuje się tu tego, co jest pozbawione sensu lub w chwili, gdy myśl owładnięta skojarzeniami myli koniec z początkiem i vice versa. Za każdym razem jednak jest to uzasadnione. Dla Tomasza Majzela mówienie o widoku jakiegoś przedmiotu i umiejscawianie go w samym centrum konstrukcji poetyckiego świata zawsze sprowadza się do tego, co we współczesnej poezji powinno być najbardziej cenione – wiedzy. Z tych powodów tom ten został tak napisany, aby wyeksponować przeróżne rejestry opowieści o wymykającej się rzeczywistości, która nie jest czymś, co na przekór nam w chwili obserwacji traci wyrazistość konturów, lecz stanowi po prostu niezależny od nas organizm, który determinuje istnienie swą fluktuacyjnością. Oznacza to, że nie jest tylko czymś wciąż zmiennym i efemerycznym. O wiele istotniejszy jest bowiem tutaj sposób w jaki są inicjowane przez nią relacje. Są one dlatego zawsze przepełnione delikatnością, mglistością i nieokreślonością, aby wykazać, że w świecie nic nie jest ustalone raz na zawsze, czego winnymi jesteśmy my sami, gdyż – jak twierdzi poeta – to ludzie zwykli określać mianem nienaturalnego tego, co było nam znane od zawsze. Rzecz ma się tak samo w przypadku mówienia o całości, gdy dyskutuje się o czasie, co w poetyckim świecie „Trenów Ech Tropów” jest postrzegane co najmniej za absurdalne.

Jak się ma zatem trwanie poezji, narastanie wokół niej kolejnych interpretacji, wobec możliwości dostąpienia za jej pomocą kontaktu ze światem ponadzmysłowym, który rządzi się zupełnie innymi prawami niż nasza rzeczywistość? Tomasz Majzel w przenikających się na kartach tego tomu wielu cyklach i tendencjach precyzyjnie zawarł nurtującą odpowiedź na to zapytanie. W jego przekonaniu w głównej mierze trzeba zwrócić uwagę na problem widzenia. Istnieje bowiem rażąca różnica pomiędzy widzeniem czegoś „tu i teraz”, a postrzeganiem za pośrednictwem wyobraźni, wspomnień i wszelkiego rodzaju mentalnych transpozycji. Ów problem dotyczy zatem przekłamania, jakie jest kultywowane przez wiele stuleci naszej kultury, która utożsamia widzenie z wiedzą pomijając przy tym kwestię ulotności tego, co zawarte w pamięci. Dla tego poety najważniejsze jest, aby docenić indywidualność. Nie sposób doszukać się sensu we wprowadzaniu przeróżnych klasyfikacji i rozróżnień oraz wskazywaniu ludziom, jakie myślenie jest z reguły pozbawione przeinaczeń. Przecież tylko człowiek ma wpływ na to, co stanowi rdzeń jego kontaktów ze światem i dlatego każdy z nas sam przecież musi zdecydować, czy chce rzeczywistość percypować przez pryzmat immanentnego rozbratu prawdy i fałszu, czy może nie przeszkadza mu wiara w iluzję i wręcz widzi w tym jakąś korzyść dla swej autonomicznej psychiki.

W świetle tego „Treny Echa Tropy” pokazują, że w konsekwencji manifestowania się w świecie obcości i petryfikacji idei musiała wysunąć się na pierwszy plan kwestia wielości i równoległości światów, których koniec nie będzie czymś jednostkowym i niemożliwym do powtórzenia, stąd prawdziwy zmierzch naszego wariantu „tu i teraz” nigdy nie będzie miał miejsca. Te konkluzje z kolei pozwalają podmiotom tych wierszy zastanowić się nad relacją swych osobowości do czasu, czyli pojęcia tu nadrzędnego. Okazuje się zatem, że myślenie o swej przeszłości i wręcz antycypowanie jej skutkuje zapoczątkowaniem osobliwego procesu: im coś bardziej jest nam odległe, tym bardziej rzutuje na nas w chwili obecnej, dlatego wyobraźnia, jako szafarz wszystkich znaczeń, ma tak silny wpływ na stopień myślenia o sobie jako o czymś, co istnieje. Sprawia to, że im gwałtowniej rzeczywistość pozbawiana jest punktów, które niegdyś pobudziły nas do kreacji światów „wyobrażonych”, to znaczy stanowiących odpowiedź na zło ówczesnej teraźniejszości, tym bardziej nie możemy być pewni, czy czasem już nie znaleźliśmy się w jakieś pustce i po prostu przestaliśmy istnieć w znaczeniu, jakie zakorzeniła w nas kultura i tradycja. Tutaj pojawia się o wiele ważniejszy od poprzedniego cel poezji – dla tego poety najistotniejsza jest przecież świadomość, zatem jego twórczość powinna w jego przekonaniu stwarzać narzędzia do uzmysłowienia sobie, czy nie jesteśmy właśnie oszukiwani przez nasz własny umysł i kreowane przez niego obrazy. Takie postępowanie nie jest oczywiście pozbawione pewnej dozy niebezpieczeństwa, a mianowicie operując słowami równocześnie oddalamy się od „cielesności” i zmysłowego wymiaru świata. Cóż z tego – zdaje się pytać poeta – że znajdziemy odpowiedzi, skoro będą one zupełnie zanurzone w abstrakcji i nigdy nie będziemy mogli ich wykorzystać w praktyce, gdyż będą efektem rozwoju pozazmysłowych podobieństw i skojarzeń?

Wszystko to można sprowadzić do przekonania, że główną ideą „Trenów Ech Tropów” jest wyrażenie nadziei, aby jutro miało miejsce to, co rzeczywiście zostało zaplanowane na ten czas w dziejach świata i żeby podmiotowość nigdy nie została stłamszona przez rządzące nią uczucia. Z tego powodu twórczość Tomasza Majzela cechuje się refleksyjnością o wiele bardziej intensywną, niż ma to miejsce w przypadku tomów autorstwa jego rówieśników. Ten poeta nie tyle otwiera się na czytelnika i zapośredniczane przez niego znaczenia, co wręcz stwierdza, że istnienie „Ja” i wszelkiego rodzaju podmiotów w jego wierszach jest możliwe tylko wtedy, gdy ktoś z zewnątrz także zacznie się zastanawiać nad tym, co to tak naprawdę znaczy móc powiedzieć o sobie „Istnieję”. Bez tego kontaktu, który opisywany jest tu jako „pulsowanie”, nie ma możliwości, by w poezji cokolwiek zaistniało w sferze znaczeń, topografii świata poetyckiego oraz rozdźwięku pomiędzy „tu” i „tam”. Dlatego ten poeta nie widzi żadnego sensu w pisaniu o czymś, co w jakimś stopniu lub „wystarczająco” istnieje, gdyż głównym sensem pisania jest kreacja czegoś niezrozumiałego, nieuchwytnego i właśnie „stającego się” właśnie w taki sposób, aby zyskać jakiś wymiar zrozumienia i doznać oporu świata przed naszym dostąpieniem bycia.

Autor: Przemysław Koniuszy

Tomasz Majzel „Treny Echa Tropy”, wydawnictwo FORMA, Szczecin, Bezrzecze 2015, s. 56

——————————–

Cytaty wykorzystane w tytule tego tekstu pochodzą ze stron 41, 47 i 54.

„Nie ucieknę / Jak uciec kiedy kręcę się wkoło”, bo wobec „całej wieczności / liter” „miał być poemat / jestem / ja”, czyli jak pogodzić myślenie w śnie o Bogu z dziwnością tego, co dzieje się na jawie