„metafizycznie / z niczego w niczym / liczba jedyny bóg / widomie traci moc / wstępuje do piekieł”, czyli odchodzenie jako metafora klęski człowieczeństwa w zmaganiach z Sodomą i Gomorą mentalności

Współcześni poeci zwykli w swej twórczości zawężać świat, sprowadzać go do spektrum dla siebie najwygodniejszego lub najbardziej odpowiadającego obranej konwencji. Zupełnie inaczej jest w przypadku „Zgrzytów”, ostatniego tomiku Henryka Berezy (1926-2012), w którym ten jeden z najwybitniejszych krytyków literackich naszych czasów i jak się okazuje również nowatorski poeta otwiera się zupełnie na wszystko to, co domaga się jego uwagi podczas percypowania świata przez pryzmat nurtujących go w danej chwili problemów.

Niniejszy tom jest bez wątpienia dziełem wyjątkowym. Nie tylko dlatego, że w wstrząsający sposób zwieńczył „milknięcie” poety znanego z tego, że każdy z kolejnych jego tomów był jeszcze bardziej minimalistyczny i wysublimowany od poprzedniego, lecz przede wszystkim przez wzgląd na to, iż czytając tę książkę mamy okazję zapoznać się z kolejnym gatunkiem stworzonym przez Henryka Berezę. Owe zgrzyty są bowiem rezultatem wtłaczania świata w formę, w której bezgraniczną władzę posiadł bezsens. Dlatego każdy, kto się z nimi zetknie, prędzej czy później dochodzi do wniosku, że ten tomik jest pożegnaniem ze światem, który nigdy nie był na tyle łaskaw, aby wyłonić na światło dzienne jakąkolwiek prawdę o istnieniu. „Zgrzyty”, jako metafory mąk piekielnych, składają się na przerażający manifest, w którym na próżno szukać jakichkolwiek upomnień o zbyt intensywne kultywowanie konsumpcjonizmu. Tutaj wszystko jest już jasne – wobec zbliżającej się śmierci nie ma żadnej ucieczki przed uzmysłowieniem sobie, że nadrzędnej zasady otaczającej nas przestrzeni nie możemy uchwycić po prostu dlatego, że nigdy ona nie istniała, zaś wszystkie kategorie, jakimi posługujemy się opisując ją, są sztucznymi i wybrakowanymi konstruktami, które nie mają żadnego odzwierciedlenia w prawach naturalnie predysponowanych do manipulowania cyklicznością i wanitatywnością świata.

Wyłaniająca się z tego wszystkiego przestrzeń metafizyczna i ponadzmysłowa nie pozostaje względem nas w żadnej relacji, jakbyśmy tu i teraz zostali pozostawieni sami sobie tylko po to, abyśmy bezwładnie zanurzyli się w odmętach zniewalającej substancji, jaką jest czas i podporządkowane mu pragnienie bezgranicznego progresu. W tym miejscu powinno zatem pojawić się fundamentalne pytanie: W jakim miejscu poetyckiego świata Henryka Berezy możemy odnaleźć dowody na nasze zniewolenie? Wydaje się, że najbardziej racjonale byłoby poszukiwanie w ramach wierzeń ludów pierwotnych. To oni zainicjowali przecież proces nakładania rzeczywistości coraz to bardziej surrealistycznych „masek”, w których zastępczo można było dopatrzeć się jakiejś teleologicznej struktury i wreszcie wyjaśnienia otaczającego nas chaosu. W świetle tego najbardziej interesujące jest to, że podmioty tych wierszy nieustannie ginąc ciągle pragną swego unicestwienia. Ta celowa tautologia uwidacznia, że w „Zgrzytach” kluczowe jest przekonanie o funkcjonowaniu świadomości jako autonomicznego organizmu, którego proces dojrzewania nigdy nie jest zakończony przez ciągle nawarstwiające się traumy, powstające oczywiście podczas interakcji z przeróżnymi przejawami zła i refleksję nad różnicą pomiędzy byciem winnym a obojętnością. Henryk Bereza dopuszcza możliwość wyrugowania ze świata zła tylko w ramach iluzji – pozbycie się kogoś, kto niedawno sprzeniewierzył się moralności, skutkuje wyłącznie eskalacją i kulminacją sił demonicznych. Nie jest możliwa ich rzeczywista anihilacja. W tej sferze „Zgrzyty” dalekie są od ostateczności – realne jest tylko wieczne trwanie i walka z tym, co niemożliwe do pokonania. Jakby na marginesie tego pojawia się refleksja nad projekcjami w świecie idei rudymentarnych, jak szczęście, prawda i dobro. W przekonaniu Henryka Berezy, w świetle nowoczesnych „technik” dochodzenia do faktów, nikt tak naprawdę nie może być pewny o urzeczywistnieniu tych idei, wszyscy bowiem skupiamy się na ich kolejnych przejawach a nie ciągu przyczynowo-skutkowym, dzięki któremu ich pojawienie się było możliwe. Głównym przesłaniem „Zgrzytów” byłoby więc to, że nasza cywilizacja już od swych początków opiera swoje istnienie na tym, czego nie tyle nie rozumie, co o istnieniu czego wciąż jest nieprzekonana. Dowodem na to miałby być wszechobecny tu motyw odchodzenia – rozpacz prawdziwej utraty zdaniem tego poety nigdy nie pobudzi wrażliwości „Innego”, możliwa jest tylko fikcja i ciągłe rozczarowywanie, gdyż najbardziej naturalnym stanem dla człowieka jest wyobcowanie, pozostawanie z samym sobą i utyskiwanie nad stanem, w którym niemożliwe już jest podzielenie się z kimś swą udręką.

Choć w poetyckim świecie kreowanym na kartach „Zgrzytów” wszystko kołem się toczy, język jest nicowany i wszystko dzieje się na wspak, to zdecydowanie żałoba nie jest tutaj czymś, co bezkonkurencyjnie dominuje, ponieważ w każdym z zaprezentowanych tu „obrazów” obecne są tony pełne przekonania o tym, że zostaliśmy oszukani i powinno być zdecydowanie inaczej, niż jest teraz. W istocie bowiem Henryk Bereza mówi tutaj o tym, że na tyle gwałtownie odseparował od siebie dwie swoje natury, że teraz, gdy przychodzi pora stać się jednością i odejść, nie jest w stanie ich ze sobą pogodzić, ponieważ w obecnej chwili wszystko jest do góry nogami, nie można choć na chwilę odnaleźć początku i końca, bo wszystko się poplątało: „czym jest dobro / czym zło / pomyśleć nie sposób”. Tu ukryty jest właśnie „istny zgrzytu rdzeń”, czyli za sedno ferowanej tutaj formy powinniśmy uznać niezgodę na wszelkiego rodzaju niezgodności, która powinna być odważnie prezentowana światu. Niejako podsumowując to wszystko Henryk Bereza wręcz wprost żegna się z nami, pozostawiając nas w przestrzeni, w której trzeba by było być przynajmniej szaleńcem, aby dopatrzeć się choć pierwiastka porządku, skoro „chorzy do zdrowych / po zdrowie / martwi do żywych / po życie” chodzą.

Tym samym należy uznać „Zgrzyty” za wyraz dezaprobaty wobec tych, którzy popularyzują pogląd, zgodnie z którym znany nam świat jest najlepszym z możliwych, co jest sporym nadużyciem, gdyż przecież każdy widzi, że w naszym wymiarze Nic przechodzi w Nicość, a wszystko znów i znów „traci moc”. Mówi się, że jest to cykl niedokończony, lecz w moim przypadku nie może być tutaj mowy o jakimkolwiek dokończeniu, gdyż istotą „Zgrzytów” jest ich powtarzalność, stąd obserwujemy tu rozczłonkowanie tego quasi-poematu, występowanie „refrenów” i przede wszystkim trzy kropki na końcu – symptomatyczny dowód tego, że choć ten człowiek już odszedł to doświadczane przez niego męczarnie bezustannie będą dawały się we znaki kolejnym pokoleniom, zaś ich ewentualną reakcją będą tylko zgrzyty, rozpacz i płacz.

Autor: Przemysław Koniuszy

Henryk Bereza „Zgrzyty”, posłowie: Bohdan Zadura, wydawnictwo FORMA, Fundacja Literatury im. Henryka Berezy, Szczecin, Bezrzecze 2014, s. 52

——————————–

Cytat wykorzystany w tytule tego tekstu pochodzi ze strony 17.

„metafizycznie / z niczego w niczym / liczba jedyny bóg / widomie traci moc / wstępuje do piekieł”, czyli odchodzenie jako metafora klęski człowieczeństwa w zmaganiach z Sodomą i Gomorą mentalności