„Czy ujdę z życiem z tego zamętu? Trzeba być dobrej myśli, chociaż pewności, po prawdzie, nie ma na to żadnej”, czyli prawdziwa powieść nadal jest możliwa, bo zło będzie eskalować zawsze

W literaturze polskiej, aż do czasu renesansu, odczuwalny był przemożny głód eposu, jako dzieła mającego stanowić fundament tożsamości narodowej i przeistoczyć zbiorowość obcych sobie ludzi we wspólnotę. Było wtedy rzecz jasna wiele prób stworzenia utworu, który mówiąc o wydarzeniach przełomowych dla naszej społeczności miał równocześnie kreować wśród ludzi świadomość swego rodzaju ciągłości historycznej. Jednak jedyną namiastką eposu, jaka się wówczas pojawiła, było tłumaczenie „Jerozolimy wyzwolonej” Torquata Tassa, którego podjął się Piotr Kochanowski. Dziś jest podobnie, choć o hipotetycznym spełnieniu tych pragnień barbarzyństwem byłoby powiedzieć jako o „namiastce”. Wielu ludzi jest bowiem przekonanych, że o wysokiej klasie polskiej literatury będziemy mogli mówić dopiero wtedy, gdy pojawi się wielowymiarowa powieść stanowiąca – cokolwiek miałoby to znaczyć – syntezę „polskości”. Opublikowana niedawno powieść Macieja Hena (rocznik 1955) uświadomiła mi w tej materii wiele prawidłowości, które do czasu „Solfatary” były prawie niedostrzegalne i poza tym w szerszej skali uwidoczniła absurdalność wcześniejszych oczekiwań. Okazuje się, że szkopuł tego problemu tkwi tutaj nie w tym, co znajduje się w zewnętrznej warstwie narracji, jak miejsce akcji, bohaterowie i specyfika świata przedstawionego, gdyż najistotniejsze jest to, co za tym wszystkim stoi. Kwintesencją powieści, tym, co zaświadcza o sile jej oddziaływania, są przecież poruszane przez nią problemy, rozpracowywane idee i poszczególne zdarzenia wpisujące się w szeroko zakrojone w fabule historie ludzi – nie tylko bohaterów, gdyż nie jest istotne gdzie oni mieszkają, jak się nazywają i w jakim języku wyrażają swe myśli, ponieważ powieść ma nade wszystko na celu wykreować niezwykle uniwersalny i ponadczasowy obraz. Tym samym wydaje się, że jeżeli w tej książce – stanowiącej zarówno intelektualne wyzwanie jak i czytelniczą rozrywkę – czytamy o XVII-wiecznym Neapolu, w którym najniższe warstwy społeczne wszczynają powstanie wobec ciemiężących ich Hiszpanów, szlachcie i drakońskim podatkom, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby w trakcie jej lektury przywoływać w swej pamięci liczne polskie powstania, współczesną sytuację naszego kraju, a nawet Holokaust i II wojnę światową. Widać zatem, że Maciej Hen, pisząc „Solfatarę”, nie stworzył powieści historycznej, która ma swe odniesienie tylko gdzieś w nieokreślonej przeszłości, gdyż czytając ją na każdym kroku natykamy się na obrazy przemawiające wprost do współczesnego odbiorcy, choć ogromny talent tego prozaika pozwolił napisać mu dzieło tak idealne i mistrzowsko dopracowane, że naprawdę – mając w pamięci utwory XVII-wieczne – niemożliwością jest mówić o „Solfatarze” jako o ich „kopii” czy odwzorowaniu. Autor tak wnikliwie zgłębił się w historię tamtych czasów, mentalność żyjących ówcześnie ludzi i na milimetr wręcz zbliżył fikcję do realności, że można wręcz zaryzykować stwierdzenie, iż ta powieść równie dobrze mogłaby ukazać się w tamtych czasach jako utwór mówiący o wydarzeniach rzeczywiście mających wówczas miejsce.

Konceptem sprzęgającym to wszystko ze sobą jest konstrukcja samej powieści. Jest rok 1647 i w ludziach, za sprawą rewolucji, budzą się zwierzęce instynkty – miasto spływa krwią, do niedawna panujący porządek odchodzi w zapomnienie, a każdy może zostać w każdej chwili powieszony. Z tym wszystkim obcuje Fortunato Petrelli, nieco sędziwy wydawca regionalnej gazety, który jako doświadczony w podobnych zawirowaniach człowiek jest w pełni świadom, jakimi prawami rządzi się rewolucja. Dlatego postanawia nie tyle spisać wszystkie aktualne wydarzenia, lecz przekazać całą historię swojego życia potomności i także unieśmiertelnić wszystkie powiązane z nią opowieści. To uświadamia z kolei, że „Solfatara” jest także hołdem dla właśnie odchodzącej epoki opowieści, kiedy to fabuła bez problemów współgrała z wszelkiego rodzaju eksperymentami narracyjnymi. Dlatego całe piękno tej powieści kryje się w tym, że stanowi ona zręcznie skonstruowaną układankę, której genialność polega na płynnym kojarzeniu ze sobą elementów z dwóch sfer: rozpiętego pomiędzy przeszłością i teraźniejszością życia oraz sztuki, jako czynnika łączącego tutaj ze sobą wszystko w godną podziwu kunsztowną całość. Obcując z nią na pozór mogłoby się wydawać, że na przykład jeżeli chodzi o kobiety Maciej Hen wyłącznie piętnuje ich próżność i niestałość w uczuciach, lecz z biegiem czasu widać, że tyle samo miejsca poświęca na poszukiwanie istoty ich subtelnego estetyzmu i przede wszystkim z równą intensywnością ostrze swej krytyki wymierza także w mężczyzn. Nie mogłoby być inaczej, skoro „Solfatara” ma tak dogłębne podłoże historyczne, co najintensywniej widoczne jest właśnie, gdy zwrócimy w tej powieści uwagę na postaci kobiece, które na kartach tej książki są po prostu wskrzeszane, by zachwycać swą tajemniczą osobowością. Nie inaczej jest z głównym bohaterem, który autorowi posłużył do zilustrowania bardzo pociągającego problemu: Co sprawia, że człowiek, będący nikim przez wzgląd na nieznajomość swych rodziców, tak naturalnie kształtuje swego artystycznego ducha, że powoli, lecz skutecznie staje się niezwykle wrażliwy na piękno otaczającego go świata? Właśnie za sprawą owego rodzącego się w „Solfatarze” artyzmu mamy okazję obcować z na tyle wirtuozowskimi opisami przedstawień teatralnych, dzieł malarskich i poezji, że aż ich energia staje się na naszych oczach wręcz uchwytna zmysłami.

Jak na monumentalną powieść przystało na próżno można szukać tu elementów, o których autor zapomniał konstruując swój świat. Jest tutaj wszystko – począwszy od refleksji nad różnymi rodzajami miłości i przyjaźni, przez wnikliwy opis środowiska kurtyzan, artystów i trup teatralnych, aż po rozważania nad naturą dziennikarstwa i absurdalnością problemów wynikających z podziałów religijnych. Poza tym niewątpliwe mistrzostwo Hena znalazło swój najpełniejszy wyraz w oddaniu realiów ówczesnego życia – „Solfatara” jak żadne inne dzieło potrafi z zadziwiającą wyrazistością oddać klimat tamtych lat, a w szczególności tamte smaki, zapachy i dźwięki, o których mówi się tu z taką naturalnością, że czytelnik wręcz dosłownie przenosi się do Neapolu z XVII wieku. Wobec tego nie mogło tutaj zabraknąć motywu niestałości fortuny. Maciej Hen jest w pełni świadom, że chcąc napisać powieść wyjątkową należy silnie zaakcentować rozdział pomiędzy tym, co dzieje się w duszy człowieka przez wzgląd na targające nim emocje, a tym, co dzięki manipulacjom nieuczciwych ludzi narzuca mu się z zewnątrz. Dlatego główną ideą tej powieści jest to, że wszystko to, co na początku jawi się jako najtrwalsze i tak najszybciej upadnie, gdyż zawsze będą istniały w świecie siedliska zła, czego symbolem jest tutaj tytułowy wulkan – miejsce, za pośrednictwem którego wszystko się w tej powieści splata w logiczną całość.

W „Solfatarze” najistotniejsze jest indywidualne odczytanie, gdyż jest to powieść w zupełności oparta na sieci przeróżnych zagadek, spośród których niewiele jest w rezultacie w pełni rozwiązane, czym Maciej Hen uzmysławia nam, że powieść w swej istocie nie powinna podawać odbiorcy gotowych rozwiązań, gdyż o wiele frapujący będzie dla niego postulat niemożliwości wytłumaczenia tego, co właśnie się w fabule dzieje. Przykładem na to jest zdominowanie tej powieści przez refleksje nad tak zwaną „mądrością tłumu”, jego obłudą i przewrotnością w materii sympatii względem przywódców. To ostatnie pokazuje, iż „Solfatara” nie jest tajemnicza wyłącznie w kwestii fabuły, ponieważ jej wielopłaszczyznowość rzutuje także na uwarunkowania gatunkowe. Widać, że to dzieło jest wypadkową wielu różnych gatunków, by wymienić tylko powieść płaszcza i szpady, co sugerowane jest przez zawziętość Fortunata Petrellego w dążeniu do celu oraz  powieść awanturniczą, przez wzgląd na ciągłe trzymanie czytelnika w napięciu i transformację aktu lektury w podążanie za bohaterem w rozwikływaniu kolejnych zagwozdek. „Solfatara” to nie tylko powieść o tym, że sława przemija równie szybko, jak się pojawia, gdyż w zabiegu spiętrzania opowieści, w którym miłuje się Maciej Hen, kryje się o wiele więcej znaczeń, niż to się na pierwszy rzut oka wydaje. Nie przez przypadek przecież tak wiele mówi się tutaj o cielesności i zjawach z przeszłości, co jeszcze spotęgowane jest przez fakt odżywania na kartach tej powieści niegdyś rzeczywiście tworzących intelektualistów: Giambattisty Marina, François de Nomé, Didiera Barry i Giambattisty Della Porty. Tym samym chcąc zmierzyć się z logiką mistrzowsko skonstruowanych połączeń fabularnych, które do złudzenia przypominają muzyczne kontrapunkty i przeczytać powieść napisaną z prawdziwym wyczuciem należy zrobić nic innego, jak tylko wniknąć w świat „Solfatary” i cierpliwie przemierzać jego kolejne kontynenty.

Autor: Przemysław K.

Maciej Hen „Solfatara”, wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2015, s. 920

——————————–

Cytat wykorzystany w tytule tego tekstu pochodzi ze strony 5.

„Czy ujdę z życiem z tego zamętu? Trzeba być dobrej myśli, chociaż pewności, po prawdzie, nie ma na to żadnej”, czyli prawdziwa powieść nadal jest możliwa, bo zło będzie eskalować zawsze