„Zawsze pojawia się ktoś, o kim ci się nigdy nie śniło”, czyli opowieść o człowieku, który „odkleił się od świata”, bo przypadek został zaplanowany

Wydana niedawno „Dublineska” to dzieło hiszpańskiego pisarza Enrique’a Vila-Matasy (rocznik 1948), mistrza w pisaniu dzieł pozwalających uzmysłowić sobie, czym tak naprawdę jest obsesja na punkcie literatury.

Koncept stanowiący fundament „Dublineski” wydaje się niesłychanie konwencjonalny – główny bohater, Samuel Riba, jest emerytowanym wydawcą, który całe swe życie poświęcił literaturze, a teraz, widząc jej upadek, popadając w dekadentyzm i będąc zupełnie bezradnym wobec utraty nadrzędnego celu, pragnie zorganizować pogrzeb „ery Gutenberga” w Bloomsday. Przyczyną tego jest rzecz jasna to, że w obecnym czasie swego rodzaju nowatorstwa w powieści dopatrujemy się przede wszystkim w jej konstrukcji, zaś tutaj całe zaskakujące piękno prozy ukryte jest w aluzjach umiejscowionych w każdym znaczącym miejscu w fabule. Okazuje się bowiem, że w tej powieści w istocie nie ma bohatera, gdyż nawet on sam postrzega siebie jako patchwork, wypadkową książek składających się na katalog jego wydawnictwa, co sprawia, iż czytany przez nas tekst nie jest opisem działań urzeczywistnianych przez autonomiczną świadomość, ponieważ w rzeczywistości wszystko to już miało miejsce w fikcji. Bywają jednak niekiedy momenty, w których do narracji wdziera się życie „prawdziwe”, jednak cóż z tego, skoro przez bohatera i tak percypowane jest ono przez pryzmat tego, co przeczytał, a często wręcz dosłownie „odczytuje” je tak samo jak tekst literacki.

Stąd jednym z naczelnych problemów tutaj poruszanych jest kwestia hikikomori – sytuacji, w której człowiek izoluje się od innych w swojej „twierdzy” i chorobliwie unika bezpośrednich kontaktów ze światem zewnętrznym. W „Dublinesce” ma to miejsce za sprawą literatury, która Samuela Ribę zupełnie odseparowała od wrażeń pozafikcjonalnych i równocześnie ukierunkowała go na wyłączne czerpanie wiedzy o świecie ze słów. Tym samym w momencie, gdy „era Gutenberga” została wyparta przez kult Google, główny bohater, człowiek minionej epoki, tylko na pozór na prawach naturalnej konsekwencji, zaczął percypować świat sprzed ekranu swojego komputera i rozpoczął „flirtowanie z samotnością”. W ten oto sposób Vila-Matas udowadnia, że absurdalne są jakiekolwiek działania mające na celu wytyczenie granicy pomiędzy sztuką i życiem, gdyż tylko angażując w ich ramach całą swą osobowość można uzyskać jakąś równowagę, która nie jest jednak możliwa do opisania. Samuel Riba odnalazł ją na przykład w rytualności, polegającej na przykład na odwiedzaniu rodziców tylko w określony dzień tygodnia, czym zdaje się zaprzeczać swojej wizji świata. Literatura, będąca dla niego czymś tożsamym egzystencji, w jego wyobrażeniach dąży przecież do wysublimowanego opisu dziwności, tzn. rażącego odbiegania od norm. Dlatego, gdy „Dublineska” wkracza w swą kulminacyjną fazę, wszystko zaczyna się rozpadać – dużo ulega zapomnieniu, lecz równie wiele elementów pojawia się znikąd. Stąd tekst właściwy powieści wielokrotnie zdaje się przypominać puzzle, w których nie sposób odnaleźć tych właściwe tylko Vila-Matasowi, gdyż wszystko zdominowane jest przez zmodyfikowane „fragmenty” dzieł Joyce’a, Becketta, Prousta, Szekspira, Nabokova, Austera, Larkina i wielu, wielu innych.

Drugim problemem spajającym „Dublineskę” jest zawoalowane zaabsorbowanie Samuela Riby teoriami dzieła literackiego, będącymi dla niego czymś poniekąd tożsamym „filozofii życia” i moralności. Podczas pobytu za granicą dokonuje nawet kodyfikacji autorskiej teorii, którą następnie ostentacyjnie „dekonstruuje”. W jego przekonaniu „powieść przyszłości”, która jak się wydaje miałaby funkcjonować już poza „erą Gutenberga”, musi zawierać pięć elementów: „intertekstualność, związki z wysublimowaną poezją, świadomość upadku moralności, nieznaczną przewagę formy nad fabułą, pisanie widziane jako zegar, który nigdy nie staje”[1]. Co ciekawe, gdy po przeczytaniu całości powraca się do tego fragmentu, który niegdyś wydawał się co najmniej enigmatyczny, ten staje się jeszcze bardziej zawikłany, bo „Dublineska” sama w sobie zdaje się stanowić jakąś – uzurpującą sobie prawo do statusu protoarcydzieła – formę pośrednią pomiędzy narracją anachroniczną a powieścią „przyszłości”.

Te wnioski z kolei uzmysławiają, że w świecie wykreowanym przez Vila-Matasa opisywanie jest równoznaczne z niszczeniem, stąd egzystencja człowieka we współczesności nie jest tutaj rozpatrywana wyłącznie w obrębie „kultury śmierci”, polegającej na sprowadzeniu ludzkości do spójnego organizmu nieustannie coś gromadzącego, lecz także przez pryzmat odrzucania od siebie tego, co przed chwilą zdawało się stanowić immanentną część osobowości i pozwalało jeszcze bardziej otworzyć się na przyszłość. Tym samym lektura „Dublineski” to niesamowita przygoda – czytelnik wciąż zmuszony jest do zastanawiania się, co jest fikcją tylko w ramach tego dzieła, a co stanowi „fikcję w fikcji”, gdyż nawet podróże są tutaj odbywane w myślach, wyobraźnia nie ma żadnego odniesienia do rzeczywistości, zaś wszystkie kluczowe elementy świata ulegają kompletnej dewaluacji w obliczu pojęć poniekąd je spajających, lecz w istocie wprowadzających czytelnika w stan niespodziewanego zadziwienia, że w książce wydającej się tak nieskomplikowaną udało się autorowi ukryć nieskończoną ilość zagadek. Czym bowiem tak naprawdę w świecie powieściowym są na przykład „entuzjazm”, „nawracanie się” lub „niezbadany wymiar”? Jednak wszystko to, czego na szczęście nie można tu jednoznacznie określić, co fenomenalnie wymyka się jakimkolwiek próbom uchwycenia, zdaje się oscylować wokół kwestii nasuwania się w powieści na „fikcjonalną rzeczywistość” świata alternatywnego, a szczególnie duchów, które z biegiem czasu osaczają bohatera i starają się korespondować ze snami, stanowiącymi z kolei poszczególne „objawienia”.

Choć życie Riby i przeczytane przez niego niegdyś fikcyjne opowieści są tak ściśle ze sobą splecione, że aż wydają się stanowić całość, to jednak niesłychanie intensywnie oddziałują na niego kolejne koincydencje pomiędzy tymi płaszczyznami, co wysuwa na pierwszy plan postulat Vila-Matasy, skrzętnie ukryty w tej książce, którego głównym założeniem jest pisanie powieści w taki sposób, by ich na pozór schematyczna fabuła stanowiła ściśle zaplanowany proces konfrontacji prawdy i wyobrażeń bohaterów z profetycznymi znakami, sugerującymi odbiorcy ciąg dalszy W tym wypadku wszystko to realizowane jest przez świadomość Samuela Riby tego, że uczestniczy właśnie w jakimś eksperymencie, a może nawet ktoś pisze o jego przeżyciach powieść, czyli po prostu stwarza go na użytek fragmentarycznego dzieła, co sugerowane jest mu przede wszystkim wtedy, gdy jego autor próbuje w wykreowanym świecie pozostawić bezpośredni znak obecności swojej osoby lub pod zasłoną fikcji zakorzenia swoją osobowość w tym, co stanowi o specyfice świadomości Samuela Riby.

Główne skrzypce odgrywają w „Dublinesce” ewoluujące napięcia pomiędzy poszczególnymi myślami bohatera, zgodnie z którymi w obliczu determinującego istnienie procesu odchodzenia w zapomnienie człowiekowi pozostaje tylko się załamać lub popaść w autyzm. Dotychczas były wydawca, choć dorastał w Hiszpanii, w zupełności pozwolił, by to kultura francuska zdominowała jego mentalność. Teraz, gdy doznał swoistego olśnienia dzięki przypomnieniu sobie pierwiastka genialności tkwiącego w „Ulissesie”, decyduje się na „angielski skok”, który siłą rzeczy jeszcze bardziej poszerza jego horyzonty, jakby dopiero teraz dorósł i stał się zdolny do równoczesnego podziwiania Dublina i Nowego Jorku, czyli miejsc funkcjonujących dla niego jako urzeczywistnione idylle. Co istotne, mimo tej rodzącej się fascynacji, Riba zupełnie nie zna angielskiego, za pośrednictwem czego Vila-Matas uwydatnia jego wyobcowanie i chorobliwe zanurzenie w fikcji. Jeżeli bowiem nie posiada on głównego narzędzia, wręcz niezbędnego w funkcjonowaniu w ramach rzeczywistości, do której chce „wskoczyć”, to w istocie udaje się on w bezdenną otchłań, obrazowaną z kolei przez powrót do alkoholizmu, nałogu jeszcze bardziej potęgującego jego wyalienowanie i zawładnięcie przez jednowymiarowe obrazy zrodzone przez fikcję. Tym samym główną przyczyną ekscytacji, jaką odczuwa się czytając „Dublineskę”, ma swe źródło w takim kreowaniu tutaj rzeczywistości, by aż do złudzenia przypominała dzieło malarza, w którym – chcąc uchwycić jego nadrzędną istotę – koniecznie należy skoncentrować się na odszukiwaniu zaszyfrowanych komunikatów. Dopiero wtedy, gdy to sobie uzmysłowimy, staje się oczywiste, że podróż do Dublina dla Riby nie jest „wycieczką” w głąb siebie, która ma coś konkretnego na celu, gdyż tutaj najistotniejsze jest to, aby przekształciła się ona w „pielgrzymkę odbywaną zawsze po prostej, do niemożliwego punktu w nieskończoności, jak linia, która biegnie niepewnie w nicość”[2]. W tym właśnie kryje się mania „centrum” głównego bohatera, jakby był on w rzeczywistości świadom, że właśnie tkwi w epicentrum właśnie konstruowanej intrygi i był zazdrosny względem tych, którzy dążą do wstąpienia na zdominowany przez niego pierwszy plan, gdzie „nie zmieści się nikt więcej”[3].

Poza dwiema oczywistymi prawdami, zgodnie z którymi człowiek nigdy nie zdoła poznać samego siebie, a piękno sztuki kryje się w eksplorowanej przez nią symbolice, „Dublineska” przynosi coś znacznie bardziej ciekawszego. Vila-Matas udowadnia tutaj, że odbiorca dzieła nigdy nie może mieć pewności, że to, z czym obcuje, nie jest wytworem szaleńczego eksperymentu, gdyż na przykład przekonanie, iż bez trudu można odnaleźć w tej powieści wiele przesłanek wskazujących na szaleństwo głównego bohatera, nie może prowadzić do ostatecznych konkluzji i przypisania mu całego szeregu idei wypracowanych przez inne utwory wprost dotyczące chorób psychicznych. Jednym z owych przesłanek jest tutaj wnikliwe opisanie problemu transformacji osobowości Riby w „nieskończony strumień słów”, co z kolei uświadamia, że „Dublineska” jest celowo tak napisana, by każdy czytelnik odczytał ją inaczej dzięki temu, że cała fabuła skupiona jest wokół prozaicznych elementów o niewątpliwym znaczeniu dla wymowy całości. Wszystko jest tutaj co najmniej względne. Tak jest na przykład z deszczem, który w powieści pada prawie nieprzerwanie i łączy się z konceptem pewnej wystawy będącej hołdem dla „pozostałości po wielkim kataklizmie, resztek po końcu świata”[4] i swego rodzaju dowodem na cykliczność „dziania się” w rzeczywistości, czym łączy się z kwestią wzajemnego korespondowania ze sobą pogrzebu Paddy’ego Dignama z „Ulissesa” i pożegnania „ery Gutenberga” z „Dublineski”.

Z pewnych względów, w tym przypadku niewyimaginowanych, Samuel Riba jest człowiekiem skazanym na wyobcowanie i „sobą” może poczuć się tylko tam, gdzie w rzeczywistości nie go ma wcale. Stąd ciągle podąża za iluzorycznymi metaforami i wszystkie interpretuje jako realnie istniejące komunikaty, które mają pomóc mu zrozumieć świat pozostający zupełnie poza jego percepcją. W istocie więc na kartach tej książki dokonuje się jego anihilacja i quasi-samobójstwo. Nie ma w tej powieści miejsca na „zbieg okoliczności” – bohater jest bowiem pewien, że wciąż jest obserwowany, a każdy jego ruch jest skrzętnie odnotowywany. Niewątpliwie tkwi w tym chorobliwa frustracja. Pojawiła się ona, gdy Riba uświadomił sobie, że przez całe życie kolejni artyści zakorzenili w jego umyśle błędną wizję świata, który w istocie okazał się być czymś zupełnie innym: „Jaka jest logika rzeczy? Tak naprawdę nie ma żadnej. To my szukamy jej między jednym a drugim segmentem życia. Jednak owa próba nadania formy temu, co jej nie ma, nadania kształtu chaosowi, udaje się wyłącznie pisarzom”[5].

Kolejnym elementem, który w „Dublinesce” nieustannie się przewija jest powiązana z tym kwestia poszukiwania przez bohatera nieokreślonego geniusza, który miałby stworzyć ową „powieść przyszłości”, tj. tekst oparty na ideach dotąd nigdzie niespotykanych. Co ciekawe tym geniuszem mógłby być sam Riba, który niestety swą genialność utracił już w dzieciństwie, gdy została ona wyparta przez pomysłowość innych i stworzone przez nich dzieła. W ten sposób Vila-Matas pokazuje swe przekonanie, że w istocie każdy człowiek jest na swój sposób genialny, gdyż każdy opisuje percypowany przez siebie świat w sposób choć minimalnie pokrewny technikom wykorzystywanym przez artystów. Rzecz w tym jednak, by nie utracić ciekawości świata, wciąż być wyczulonym na wszelkie nieścisłości i nie pozwolić przytłoczyć się ponętnymi fikcjami. Akompaniamentem dla tego jest ubolewanie nad wtórnością wielu współczesnych dzieł literackich. Vila-Matas pokazuje, że nawet posługując się intertekstualizmem można stworzyć coś niesłychanie kreatywnego, jednak jest to osiągalne tylko wtedy, gdy tego rodzaju działania są wyraźnie zasugerowane. Wykorzystywanie niegdyś nowatorskich pomysłów w nowych konstelacjach nie może przecież wywołać jakiegokolwiek progresu w sztuce. W świetle tego widać, że istotna jest w „Dublinesce” również obsesja bohatera nad malarstwem, a szczególnie kwestią jego odzwierciedlania rzeczywistości. To właśnie w nim Samuel Riba pragnie doszukać się projekcji swoich złudzeń, jakby naprawdę przypuszczał, że jest bohaterem dzieła Becketta, głównym aktorem w sztuce, która zostanie później zaklasyfikowana do „teatru absurdu”, co sugerowane jest przez Vila-Matasa absurdalnością requiem dla odchodzącej epoki, „przemieszczaniem” się Riby bez względu na tkwienie ciągle w tym samym miejscu, widzeniem przez niego tego, co nie jest nawet częścią fikcji i identyfikowaniem się z tym, co zdaje się po prostu nie istnieć. Samuel Riba nie zdaje sobie sprawy, że poszukując „esencji irlandzkości” równocześnie wykorzenia się z tego, co dotychczas stanowiło fundament jego postrzegania, a mianowicie idei kształtujących kulturę francuską, co sprawia, iż świat powieściowy nie tyle się rozpada przez wzgląd na starzenie się bohatera, co po prostu się zatrzymuje, jakby „czas utknął tu w miejscu, uwięziony i kompletnie martwy”[6]. Wszystko to z kolei pokazuje, że „Dublineska” prowadzi także do zadania sobie przerażającego pytania o to, czy świat istnieje tylko wtedy, gdy człowiek na niego spogląda, a gdy opuszcza powieki, bądź zostaje owładnięty przez obrazy podawane przez wyobraźnię, dany wariant rzeczywistości po prostu znika.

Skoro większość z problemów, które poruszane są w „Dublinesce”, dotyczy również niej samej, to wypada również zaznaczyć, że w przekonaniu Vila-Matasa ze sztuki należy wyekstrahować jej negatywną odmianę, antysztukę, rozumianą tutaj jako aktywność na pokaz. Ze względu na istotność tego postulatu autor zdecydował się, aby konsekwentnie wszystko w jego utworze było podporządkowane indywiduum, które zostało owładnięte przez ideę literatury jako kurtyzany, co pozwoliło z kolei nie tyle zobrazować, jak wygląda dzieło literackie od podszewki, lecz nade wszystko w jakiś nieokreślony sposób umożliwiło wyobrażenie sobie, jak naprawdę doszło do przejścia od kwestii „śmierci autora” aż do tezy „odeszli wszyscy”.

„Dublineska” to genialna powieść – pełna tajemnic, ślepych uliczek i wielu zagadek pozostawionych dla czytelnika, który podobnie jak Samuel Riba powinien bezgranicznie zanurzyć się w fikcji i bezpowrotnie ją wchłonąć w swój umysł. Vila-Matis celowo w duchu „Ulissesa” uczynił ze swej książki dzieło sprawiające wrażenie, jakby ciągle było w trakcie tworzenia, co pozwala nam na obcowanie w tej powieści z nieskończoną ilością anegdot, które poza tym, iż razem zdają się tworzyć logiczny układ, stanowią rdzeń tej powieści i są zupełnie otwarte na odbiorcę – Samuel Riba w żaden sposób nie interpretuje tego, co stanowi sedno jego egzystencji, całą przyjemność pozostawia „światu” zewnętrznemu. Vila-Matas wie, że w obecnej rzeczywistości jedynym ratunkiem przed ostatecznym upadkiem jest jedynie parodia i komizm, co w jego przypadku przerodziło się w zabawną sytuację – pisarz ten, mówiąc w swym dziele o arcydziełach, sam stworzył jedno z nich i na dodatek tym samym wykazał, że fikcja nie zawsze musi rozmijać się z rzeczywistością, a literatura nie zawsze musi sprowadzać się do poruszania tych samych egzystencjalnych problemów.

Autor: Przemysław K.

Enrique Vila-Matas „Dublineska”, przekł. Katarzyna Okrasko, wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2015, s. 350

——————————–

[1] s. 11

[2] s. 30

[3] s. 97

[4] s. 50

[5] s. 106

[6] s. 146

Cytat wykorzystany w tytule tego tekstu pochodzi ze strony 89.

„Zawsze pojawia się ktoś, o kim ci się nigdy nie śniło”, czyli opowieść o człowieku, który „odkleił się od świata”, bo przypadek został zaplanowany

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *