„Dzieje się / jednym słowem, wystarczy je wypowiedzieć, a już rusza kosmogonia / anarchii, jedno słońce wyżera drugie słońce, poi się czarna dziura, / karmi się wir, w jaki wpada filozofia, nauka i pastylki na doła”, czyli budujący „siatki konstruktywistów” detalista o „orientacji afirmatywnej” usilnie „pragnie zostawić parę uwag na marginesie większej całości zdarzeń, / ciągu sprzyjających okoliczności”, aby uchwycić mrugnięcie oka w „koncyliacji / z okolicznościami”

Opublikowane niedawno „Dokąd bądź” Krzysztofa Siwczyka (rocznik 1977) to ambitna walka ze wszystkim, co dotychczas stanowiło o poezji, udana próba ustanowienia swojej niezależności jako artysty i rozdzielenie siebie od dekadentyzmu ubiegłej epoki. To traktat nie mający sobie równych jeżeli chodzi o nihilistyczne i odważne, lecz konstruktywne podejście do tkanki wiersza, chyba tylko inny geniusz „efemeryczności”, Tomasz Różycki (szczególnie za sprawą „Dwunastu stacji” i „Księgi obrotów”), mógłby w tej materii jeszcze coś zdziałać. Obserwowane na jego kartach zderzenie z wielkimi zjawiskami (m.in. Fryderykiem Nietzsche, Nową Falą, postmodernizmem) dokonuje się za pośrednictwem antyselektywnego podejścia do percypowania kultury, której potęga jak się okazuje nie polega na odrzucaniu niedoskonałości, lecz inkorpowaniu przy jej współudziale czynników zbliżonych do najczystszych idei. Mylą się ci, którzy twierdzą, że „Dokąd bądź” jest książką trudną w odbiorze, gdyż jest to poezja wynikająca z przekonania o niemożliwości nazwania wszystkiego w naszym świecie, świecie postindustrialnym, dlatego wciąż powraca się tu do koncepcji hipostazy, rozwijanej m.in. przez Plotyna.

To poezja, w której wszystko koncentruje się wokół problemu indywidualizmu, reprezentowanego tutaj przez „kontakt z własnym wyobrażeniem”[1], a w otaczającej nas rzeczywistości – zdaniem poety – siłą rzeczy stanowiącego o swym istnieniu na podstawie sztucznie wykreowanej możliwości i naszych pragnień, będących w istocie projekcją iluzorycznych wytworów aspiracji „na opak”. Poematy tutaj zebrane, ze względu na swoją dynamikę, porywczość i ożywcze żonglowanie perspektywami, przypominają strumienie świadomości wrażliwego artysty, poszukującego podobnych sobie osób, obarczonych tak jak on zamiłowaniem do „przeskakiwania” z przedmiotu na przedmiot (z równoczesnym pominięciem jakichkolwiek form osobowych), a nade wszystko „nie widzących więcej powagi w wydukanym przebiegu kariery życia”[2], niż jest to konieczne. Z tej pośredniej interakcji wyniknąć może tylko dążenie w kierunku abstrakcji, popkulturowych prezentacji nieuchwytnych obrazów i projekcją tego, co niegdyś zagnieździło się w naszej (pod)świadomości, czym można wyjaśnić, następującą zaraz po tych elementach, najbardziej kontrowersyjną i najcelniejszą ocenę w „Dokąd bądź”: „nowa literatura przyszła, / sporo w niej dorzecznego idiomu, jest temat i opracowanie, mocny autor, / indywidualny jak telewizja śniadaniowa”[3].

Choć tak wiele zawdzięcza się tutaj szeroko rozumianym możliwościom, to czytając tę książkę i wręcz obserwując przesuwające się klisze fotografii nie sposób oprzeć się przekonaniu, że wciąż pojawiające się tutaj wybory zostały w znacznej mierze zawężone do kilku kategorii, a w najbardziej skrajnych przypadkach nawet do jednej, w ramach której człowiek może regulować wyłącznie intensywność czynnika wcześniej narzuconego z zewnątrz. W ten sposób kreowany tutaj świat „stonowanej afirmacji” wzbogaca percepcję odbiorcy o coraz gwałtowniej postępującą desakralizację, nowe znaczenia oraz świadomość w materii „kontinuum opowieści, podtrzymywanej / już tylko farmakologicznie”[4]. Wobec tego aluzyjność jest w „Dokąd bądź” tak rozwinięta, że pojawiające się przed nami konstrukty nie są już ściśle zespolone z określoną zasadą lub tokiem myślenia, a zatem w konsekwencji nie wymagają doszukiwania się w nich nieracjonalności, gdyż powaga kreacji poetyckiej została tu zastąpiona celową przypadkowością w wyborze kierunku w jakim „powinno” się zmierzać. I to właściwie stanowi nową jakość wprowadzaną przez Krzysztofa Siwczyka do polskiej literatury.

Uzasadnione jest także przekonanie, że tom ten to zbiór tez o kondycji człowieka skazanego na pozostawanie we wciąż zwężających się kręgach autonomicznych pojęć, nie znajdujących odzwierciedlenia w świecie o wiele bardziej ważniejszym, bo dostępnym innym użytkownikom języka. Świat zewnętrzny, o którego istnieniu jest się poniekąd przekonanym, lecz w rzeczywistości pozostającym na peryferiach pojmowania, Krzysztof Siwczyk ujmuje zarówno w perspektywie makro: „Zmienił się nam plan wieczności, teraz to wyraźne ujęcie fabryk azotu, / drzazgi podawane z ust do ust jak piegi z odpustu, transmisja przez dyktę”[5], jak i ujęciu jednostkowym, pozostającym w ścisłej korelacji z całością:

nie bierze się już pod uwagę swojego ja,

w całości zaangażowanego po stronie altruistycznej presji,

jaką wywieramy na innych, w pełnym poczuciu wyższości, artykułując

wyrazy współczucia[6].

W „Dokąd bądź” urzekające są metamorfozy, rzecz jasna nie polegające na zupełnym przeformułowaniu elementów składających się na konstruowany tutaj świat, lecz jak się wydaje na przerysowaniu tego, co już zostało osiągnięte i zaprezentowane, szczególnie dotyczy to modeli i schematów na co dzień dezintegrujących interpretowanie rzeczywistości. Zaakcentowanie ich sztuczności, przechodzącej wielokrotnie w kicz, u Krzysztofa Siwczyka skutkuje pojawianiem się przejmujących pejzaży, celowo zdegenerowanych do kilku elementów sygnalizujących pozostawanie w szerszym kontekście. Dlatego tak wiele tom ten zawdzięcza inspirującemu romansowi eksperymentalizmu z klasycyzmem. Przeważnie w tego typu realizacjach moglibyśmy obserwować jak to poeta przyporządkowuje się obowiązującym regułom lub kreuje je na swoją miarę, zaś tutaj owa relacja ze „schematycznością” nie ma znaczenia. Dopiero po dłuższym obcowaniu z tekstem można dostrzec jak jest to rozmyte i nieokreślone, gdyż autor mimowolnie prezentuje się tutaj jako ten, dla którego „liczy się skala upokorzenia potwierdzająca gotowość / nowego początku, w jakim już czeka nowa galera, nowy ląd w ramionach / nowych ludzi”[7], a jak wiadomo to, co jest dziełem przypadku przeważnie jest najbardziej zbliżone do ideałów obiektywizmu. Tym samym Krzysztof Siwczyk jawi się tutaj jako uważny obserwator autentyzmu w świecie.

Bohaterką tych wersów jest nicość, najczęściej tożsama z utratą, która najburzliwiej daje znać o sobie w formie enigmatycznej „kultury wymarcia”, charakteryzowanej na wzór zdehumanizowanego molocha skazanego na ciągłe pozostawanie w stanie autodestrukcji ze względu na swój ironiczny i

arbitralny gest

oszczędzający nam uczucia nieprzyjemnego zawodu, jaki zawsze pojawia się

w obcowaniu ze sztuką wyczerpującą nasze życie do cna[8].

Wobec takich figur Krzysztof Lisowski wydaje się być poetą świadomym wagi doświadczenia poszukiwania „kierunku”, przy czym nie ulega trendom nakazującym odnalezienie złotego środka, który co prawda mógłby zbliżyć nas do tego, co popkultura rozumie pod pojęciem szczęścia. On zauważa konwencjonalność powszechnego dziś „udawania zaangażowania w fundamentalny konflikt znikomości”[9], dlatego obok tego stara się problematyzować kolejne kryzysy: sensu, nadziei i „tonacji trwogi”. Odwoływanie się do obrazów natury nie przeszkadza poecie czerpać inspiracji z fundamentalnych kodów kultury, choć trzeba przyznać, iż korzysta on z nich w sposób dość „awangardowy” i dekonstrukcjonistyczny, co czyni z tych utworów prawdziwą poezję. Poezję, która poszerza granice naszego świata i otwiera umysły na nowe doznania. Relacje międzyludzkie i zasady nimi rządzące są zupełnie pozbawione wartości w tym świecie poetyckiej refleksji, w którym o wiele frapującą kwestią jest to czym tak naprawdę jest „rejon aktywności bażanta”[10], niż w jaki sposób „śmierć / w wyniku powikłań po ukąszeniu egzotycznego pająka”[11] może wpłynąć na stopień zaawansowania przyporządkowywania idei przedmiotom. Najwięcej w „Dokąd bądź” dzieje się, gdy mowa o „optymalnie bezcelowej” przeszłości, stanowiącej osobliwy punkt kulminacyjny dla każdego z utworów, dzięki czemu poeta może bez żadnych przeszkód powoływać się na zewnętrzne „instancje”, stwierdzając np., że „zostawić należy w spokoju truchło siebie jak grosz w fontannie”[12].

Trudno zatem jednoznacznie stwierdzić czy celem tej książki jest sproblematyzowanie pewnych zagadnień (w ramach wychwalanej tutaj kuszącej i „przyjaznej atmosfery oraz poczucia pustki wobec jednoznaczności metafory”[13]), wokół których koncentrują się formułowane przez nas na co dzień komunikaty, jak czytamy: „prawdziwy kubizm, zlał się z pejzażem / rzepaku”[14]. Kwestia transpozycji znaczeń przenosi nas na inny równie ważny aspekt tego tomu, a mianowicie to w jaki sposób Krzysztof Siwczyk, mówiąc o powszechnej zmienności i ruchu, kreuje tak determinującą całość stagnację, co również znajduje swe odzwierciedlenie w samym tekście:

w szczególności zaś ciekawi mnie zaświat, który należy wymyśleć

w sytuacji indywidualnej, bez sięgania na półeczkę z instrukcjami,

i do czego może się przydać żywy, skoro martwym dodaje powagi[15].

Specyficzną cechą prezentowanego tutaj spojrzenia na świat jest ciągłe podważanie zaakceptowanych już dawno pewników, dlatego walka z „losowymi przypadkami”, „przyjemnym oportunizmem” i „bezprzykładową nędzą wegetacji”[16] zawsze kończy się metamorfozą osoby mówiącej w „sabotażystę przyjemności”, a zatem jedynym wyzwaniem w życiu, jakie należy w istocie podjąć w myśl poezji, jest popadnięcie w stan odrętwienia, zupełną apatię, a nawet bezwład.

Filozoficzny wydźwięk „Dokąd bądź” pretenduje do skupienia się na tym, co zdaniem poety powinno być poruszane w literaturze, czyli czynnikami wpływającymi na światopogląd czytelnika, który po „rytuale monotonii nazywanej, zrządzeniem losu, ścieżką katorżnika, / bez patosu”[17] nie tyle zmieni swoje podejście do świata, co prawdopodobnie zacznie go interpretować w kategoriach „frywolnej egzystencji”, fenomenu i metafizyki. Ujmowanie człowieka jako wypadkowej jakiejś klęski i dostrzeżenie „standaryzacji emocji” w „Dokąd bądź” są jednymi z wielu elementów większego projektu, jakim jest wykazanie w jak dużym stopniu jesteśmy zakorzenieni w „hipnozie nadziei i oczekiwania”[18], czyli – jak się zdaje mówić poeta – uspokajającej nicości i heterogeniczności wszechświata. Wszystko to, co urzeka w tym tomie zawsze jest w jakiejś mierze pokłosiem zadziwienia człowieczeństwem, które jako jeden z lekceważonych czynników swojego istnienia ustanowiło bunt i owe zaskoczenie jest właśnie wytworem nieokreślonej podświadomości, wciąż nie mogącej się nadziwić dlaczego mamy do czynienia z nigdy nieurzeczywistnionymi marzeniami o rewolucji:

nie widzieć powodu

do buntu oto przywilej rezygnacji, jaka okazywała się bardziej wyrafinowaną metodą

oporu[19].

Nie jest to oczywiście tom, w którym wszystko można wyjaśnić per analogiam lub na prawach tautologii, wręcz przeciwnie – znajduje się tu wiele konkluzji celowo prowadzących donikąd lub do doświadczeń odbiorcy, jak np. kwestia intensywności przejawów niezależności, które poeta zawiera w dwóch konceptach: „bezmyślnej akceptacji” oraz „metafor dopełniaczowych”[20], zrozumiałych dopiero w szerszym kontekście całości. Tym samym Krzysztof Siwczyk wykazuje absurdalność generowania schematów przy operowaniu wieloma zmiennymi, co we współczesnej literaturze nie jest rzadkością.

Dużo miejsca poświęca się tu słowom samym w sobie, a nade wszystko ich znaczeniu jako nośników pamięci, która w „Dokąd bądź” ulega równocześnie stereotypizacji jak i poszerzeniu:

modele bez zastosowań, pomysły porzucone w zalążku, nie wiem,

skąd się wziąłem na warsztacie, co ze mnie zrobił marny czas,

jak się zmieniłem i w stosunku do czego odnieść zmianę[21].

Przełomowość tego dzieła przejawia się przyjmowaniem perspektywy ludzi wierzących w realność fikcji, a na dodatek zupełnie absorbujących swe perceptory na – jak to metaforycznie określa poeta – „błądzenie beznadziejne po zakamarkach słowników”, byleby tylko nie zetknąć się z drugim człowiekiem i uczuciami, pojmowanymi tutaj jako „majestat niewysłowionej otchłani”[22]. Ten kontekst jest o tyle symptomatyczny, jeżeli uświadomimy sobie, że pierwsze siedem poematów jest aluzyjnie „bezosobowych” (tj. obecna jest jakaś nieokreślona instancja pośrednicząca, lecz w przypadku tego tomu nie może być oczywiście mowy o czymś tak wymuszającym schematyczność jak kategoria podmiotu w obecnym rozumieniu), dopiero w ósmym tekście („Głosy z zewnątrz”) pojawia się „ja”, czyli „świadek naoczny własnej abdykacji”, czego uzasadnienie wydaje się być bardzo klarowne, gdyż to właśnie w tym utworze dochodzi do (anty)klasyfikacji: uznania najwyższej kategorii (prawdy) za „całą naszą produktywną mitomanię”[23]. Wobec tego sztuka, jako zakładniczka frustracji i nieodgadnionych sensów, będzie polegać na angażowaniu się z „harmonią / i figuracją”[24] w teatrze zażenowania, atropii i degrengolady, w której aktorzy kuszeni są romansem „z estetyką przejęcia, z kiczem przesady”[25]. Dominująca tu melancholia i przerażenie nie wykluczają poruszania kwestii najbardziej rudymentarnych, wśród których na pierwszy plan wciąż wysuwa się miłość, jako ciągłe syntetyzowanie „bibliografii naszych fantazmatów” pozostających w bezpośredniej korelacji z „obowiązkowymi dramaturgiami powagi”[26].

„Dokąd bądź” Krzysztofa Siwczyka to jedna z najjaśniejszych gwiazd polskiej poezji ostatnich lat. To dzięki takiej poezji literatura się rozwija, przestaje być tworem powielającym wciąż te same elementy w zmiennych konfiguracjach, staje się żywym odzwierciedleniem wyartykułowanej tutaj koncepcji, jak stwierdza poeta: „język usłyszymy raz jeszcze, stare słowa przysłużą się nowym / znaczeniom”[27]. Zebrane tutaj poematy stanowią surrealistyczny kontrapunkt lustra odbijającego wszechświat, dlatego każdy z odbiorców odczyta w nich coś zupełnie innego, a nawet zetknie się z ideami właściwymi tylko sobie, być może nawet sprzecznymi z tymi, które staną się doświadczeniem innego czytelnika. To manifest człowieka świadomego, że istota literatury nie tkwi w formułowaniu zgrabnych odpowiedzi, lecz nade wszystko konieczne jest problematyzowanie tego, z czym stykamy się na co dzień.

Autor: Przemysław K.

Krzysztof Siwczyk „Dokąd bądź”, Wydawnictwo a5, Kraków 2014, s. 87

——————————–

[1] s. 5

[2] s. 7

[3] s. 9

[4] s. 13

[5] s. 15

[6] s. 17-18

[7] s. 20

[8] s. 23

[9] s. 24

[10] s. 29

[11] s. 32

[12] s. 34

[13] s. 37

[14] s. 38

[15] s. 43

[16] s. 45-46

[17] s. 53

[18] s. 58

[19] s. 60

[20] s. 61

[21] s. 64

[22] s. 65

[23] s. 68

[24] s. 70

[25] s. 72

[26] s. 78

[27] s. 74

Cytaty wykorzystane w tytule tego tekstu pochodzą ze stron 55, 73, 33

„Dzieje się / jednym słowem, wystarczy je wypowiedzieć, a już rusza kosmogonia / anarchii, jedno słońce wyżera drugie słońce, poi się czarna dziura, / karmi się wir, w jaki wpada filozofia, nauka i pastylki na doła”, czyli budujący „siatki konstruktywistów” detalista o „orientacji afirmatywnej” usilnie „pragnie zostawić parę uwag na marginesie większej całości zdarzeń, / ciągu sprzyjających okoliczności”, aby uchwycić mrugnięcie oka w „koncyliacji / z okolicznościami”