„Czemu raz cisza jest przed burzą, / a kiedy indziej tylko ciszą? // To błyskawice są za wcześnie, / czy może grzmoty się spóźniają? // I drżącym głosem pohukują, / by pokryć wstyd, że nie zdążyły? // Czy błyskawice kiedyś pojmą, / że nie usłyszą swoich gromów”, czyli poeta jako synestetyk literatury chory na „amnezję wsteczną” z powodu „niedoszacowania zagrożeń”

Jeżeli w kwartalniku „Zeszyty Literackie” lub w powiązanym z nim wydawnictwie publikuje się debiut, to pewne jest, że w trakcie jego lektury w naszym umyśle zapanuje wyłącznie bezkresny zachwyt.     W tym wypadku nie jest inaczej, gdyż mamy do czynienia z dziełem „Ars amandi, vita brevis” autorstwa Szymona Żuchowskiego (rocznik 1983), o którym wiadomo tylko tyle, że poza zmaganiami z poetycką materią zajmuje się tłumaczeniem i graniem, a niegdyś ukończył lingwistykę stosowaną.

Co świadczy o klasie tego tomu i samego poety? Szymon Żuchowski, z poziomu refleksji nad ruchem ciał niebieskich, których ogromu nie jest przecież w stanie pojąć żaden umysł, w szerokopasmowości swoich wyznań, dociera do takich zagadnień jak wieloznaczność słów i ich homonimiczność. Nie bez wpływu na to rzecz jasna pozostaje – oczywiście pozbawiona kontroli – tendencja do łączenia się codziennie obserwowanych przedmiotów w symbole, wprost odnoszące się do irracjonalności. Dlatego właśnie wiele z tych wierszy przywodzi na myśl taniec młodych ludzi, nie troszczących się o naukowe dysputy nad naturą świata, jakby chcieli za pośrednictwem żywiołowości, intensywności i nieprzewidywalności swoich ruchów wykazać, jak bardzo teraźniejszość przypomina bańkę mydlaną. Codzienność nie sąsiaduje tutaj z najwyższymi kategoriami estetycznymi, jak to dzieje się w przypadku wielu poetów młodego pokolenia, lecz w „Ars amandi, vita brevis” zostały one na trwałe zintegrowane i w rezultacie stanowią jeden, doskonale funkcjonujący organizm.

Ta poezja wiele zawdzięcza zmianom perspektyw. Szymon Żuchowski wciąż przechodzi ze sfery subiektywistycznych doświadczeń i uczuć, jakimi darzą przestrzeń i czas osoby „mówiące” w jego wierszach, do poziomu fundamentalnych w swej naturze refleksji, które były bliskie już poetom renesansowym i średniowiecznym, co tutaj także jest zasygnalizowane. Z tego powodu tom ten nie zawiera w sobie utworów, z którymi „Trzeba się trochę namęczyć”, aby wzorem włoskich klasyków „wyśledzić i dojrzeć”[1] prawdziwą i egzystencjalną w swej istocie melodyjność, sugestywnie zwracającą uwagę na konieczność skoncentrowania życia na celowości działań oraz koincydencji dosłowności z wieloznacznością, jak czytamy w jednym z wierszy: „mam pewność graniczącą niemal z podejrzeniem / że kłamiesz czyli pewnie słusznie podejrzewasz / że się nie zmienisz i że się nie zmienię”[2]. W związku z tym, że – jak pisze poeta – „Z alternatyw, z koniunkcji niewiele wynika, / A cokolwiek wynika, to zaraz znika”[3] wszystko to, o czym przeczytamy w tej książce, próbuje dostąpić statusu pewnika, czyli prawdy niepodważalnej, która jest tutaj na każdym kroku na nowo definiowana i przeformułowywana, dzięki czemu objawia się w coraz to bardziej zaskakujących konstelacjach, jak te mówiące o „wariantach wydarzeń”, teoretycznie „bezbłędnych”, ale jednak wciąż funkcjonujących jako hipotezy. Jakiekolwiek znaczenia, stworzone w umyśle czytelnika podczas lektury, są w tym przypadku wprost proporcjonalne do emocji, z jakimi podmiot liryczny i jednoczący się z nim odbiorca, będą obserwować znaki pojawiające się przed nimi za sprawą kultury i nauki.

„Ars amandi, vita brevis” to wypadkowa szeroko rozumianych interpretacji, pozostających w ścisłych relacjach z wieloznacznościami, nieporozumieniami i osobliwymi powtórzeniami (np. „ostatecznie coś nareszcie / następuje po prowizorce / soli życia ziemi nie dzielę / soli fizjologicznej nie dzielę”[4]), zawdzięczającymi swe istnienie „działaniu ubocznym snu podostrej jawie z kiepskim rokowaniem”[5], dzięki czemu z kolei Szymon Żuchowski nie musi porzucać naturalnej dla siebie dosadności na rzecz podtrzymywania pozorów. Z uporem podważa się zatem tutaj relacje składniowe, wytykając im nielogiczność, co pozwala poecie na wyodrębnienie ze społeczeństwa człowieka pragnącego obcować z bezgranicznym szczęściem, chcącego na dodatek nawiązać kontakt z kimś, kto byłby w stanie ograniczyć ilość przynależnych mu sytuacji pełnych trwogi i zła. Rozmarzony podmiot surrealistycznie dociera tylko do jednego rozwiązania – należy stworzyć nowy „gatunek” aniołów, tym razem będący lekami dla osób chorych psychicznie.

Za pomocą takich technik, dotąd nie spotykanych w takim natężeniu, Szymon Żuchowski pozbawia życie „fasadowości” i dociera do „dna”, w sensie jak najbardziej pozytywnym i bez zrzekania się „podmiotowości” narzucającej subiektywizm, czyli do granic percypowania, gdzie przestrzeń pojmowalna „Jest sama przez się, jeśli w ogóle (…) jest”[6]. Tym samym na kartach tego tomu udowadnia się, że nasza koegzystencja ze światem nie jest sprzężona z czasowością i przypadkowością przebywania w tym wymiarze, gdyż znaczącą rolę odgrywa w nim nade wszystko zmienność perspektyw, jak czytamy w jednym z utworów: „czekam dygocąc bo zmarzłem z nadzieją / że nadzieję ochotę spotkać się ze mną / znowu ma”[7]. W świetle tego Szymon Żuchowski jawi się jako poeta doświadczony, nie potrzebujący kilkunastu tomów, aby wyrazić swój manifest, na który składa się marzenie o „Trójwymiarze” w poezji oraz konfrontacja (połączona z zestawianiem) humanizmu z fizycznością, wykazująca zdumiewającą nieprzystawalność tych pojęć: „Powietrza jednak nie zwalniam, zwalniam tylko kroku. / Krok za krokiem, wciąż z niezawiązanymi oczyma, / Oczom nie wierzę, ale idę. Od neonów”[8]. Per analogiam pozostaje mu tylko zadanie retorycznego pytania: W jakich relacjach i związkach pozostają rozważania konkretnej osoby na temat problemu bolesnych doświadczeń z działaniami innych, zupełnie autonomicznie funkcjonujących osób? Wobec tego egotyczna słabość, której nadejście wielu geniuszy poetyckich ubiegłego wieku tak intensywnie przewidywało, u Szymona Żuchowskiego staje się niesamowicie rzeczywista, wręcz wszechobecna i przeorganizowująca dostępne narzędzia poznawcze, a to wszystko rozgrywa się wobec świadomości przerażającego faktu „starzenia się dzisiejszych pieśni”[9].

Cała ta mnogość znajduje swe odwzierciedlenie w mistrzowskim tytule, w którym „Ars amatoria’ Owidiusza i fragment maksymy Hipokratesa z Kos wraz z wymową całości łączą się w twór zaskakujący swą ożywczością, medycznym współczuciem i odwagą w mówieniu o uczuciach, co jeszcze raz wprost odsyła do słów tego drugiego myśliciela: „Vita brevis, ars longa, occasio praeceps, experimentum periculosum, iudicium difficile” (tj. „Życie krótkie, sztuka długa, okazja ulotna, doświadczenie niebezpieczne, sąd niełatwy”) zwracającą uwagę czytelników Szymona Żuchowskiego na konieczność kreowania sztuki przekraczającej granice zmysłowości pojedynczego człowieka. I realizacją takich założeń jest właśnie „Ars amandi, vita brevis” – dzieło muzyczne, pełne tańca, poszukujące harmonii, zadające pytania oraz pozostawiające odpowiedzi i zagadki dla przyszłych pokoleń.

Autor: Przemysław K.

Szymon Żuchowski „Ars amandi, vita brevis”, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2014, s. 52

——————————–

[1] s. 9

[2] s. 11

[3] s. 13

[4] s. 21

[5] s. 19

[6] s. 25

[7] s. 29

[8] s. 37

[9] s. 38

Cytat wykorzystany w tytule tego tekstu pochodzi ze strony 23.

„Czemu raz cisza jest przed burzą, / a kiedy indziej tylko ciszą? // To błyskawice są za wcześnie, / czy może grzmoty się spóźniają? // I drżącym głosem pohukują, / by pokryć wstyd, że nie zdążyły? // Czy błyskawice kiedyś pojmą, / że nie usłyszą swoich gromów”, czyli poeta jako synestetyk literatury chory na „amnezję wsteczną” z powodu „niedoszacowania zagrożeń”