„To jest tak, jakby naginano sztywną sprężynę, z musu jedynie robię każdą najmniejszą rzecz, której nie podpowiada mi ta jedna myśl. I z musu także zwracam uwagę na cokolwiek, co żyje albo nie żyje, i nie jest związane z tą jedną, wszystko ogarniającą ideą. Mam tylko jeden cel, i cały mój byt, i wszystkie moje władze dążą do wypełnienia go”, czyli angielska powieść jako antyczytadło na tropie demona tkwiącego w mistycyzmie postapokaliptycznej przestrzeni

„Wichrowe Wzgórza” to jedyna powieść autorstwa Emily Jane Brontë (1818-1848), jednej ze słynnych sióstr Brontë. Opublikowana pierwotnie w 1847 roku, pod enigmatycznym pseudonimem Ellis Bell, stała się jedną z najbardziej znanych powieści wszechczasów i na trwałe wpisała się do kanonu literatury. W naszym kraju dotychczas znana była za sprawą tłumaczenia Janiny Sujkowskiej i funkcjonowała od 1929 roku pod wiele mówiącym tytułem „Szatańska miłość”. Niniejsze wydanie, oparte na tłumaczeniu Piotra Grzesika, znacząco poprawione i udoskonalone, wydaje się być najbardziej zbliżone do oryginału, dlatego jest to książka warta naszej uwagi, gdyż dopiero teraz możemy w pełni uchwycić mroczny klimat, mistycyzm i polifoniczność „Wichrowych Wzgórz”, którymi zachwyca się cały świat.

W przypadku powieści klasycznych z XIX wieku wielokrotnie obcujemy z książkami, które wydają się niezbyt skomplikowane, ponieważ w większości zostały one oparte na fundamencie linearnej fabuły, przypominającej wędrówkę w kierunku rozwikłania tajemnicy, rysującej się przed czytelnikiem w trakcie lektury oraz uwydatnieniu różnic charakterologicznych i polaryzacji głównych bohaterów. Z tej krzywdzącej perspektywy mówiące o cierpieniu i niesprawiedliwości „Wichrowe Wzgórza” tylko na pozór wydają się być zjawiskiem zwyczajnym, gdyż jest to utwór do głębi hipnotyzujący i skłaniający do zastanowienia się nad własnym postrzeganiem literatury samej w sobie. Emily Brontë z uporem poszukuje granic człowieczeństwa, zastanawia się nad realnością współistnienia dobra i zła we wszechświecie oraz dokonuje egzegezy dzieciństwa – okresu w życiu rozumianego tutaj jako kwintesencja wszystkich późniejszych zachowań człowieka. Koncept, w którym swe źródło ma cała opowieść, w swej prostocie i „naiwności” (jak wielu dziś by niesłusznie powiedziało) wydaje się być niesamowicie genialny, bo w niezauważalny sposób przygotowujący klamrę kompozycyjną. Rzecz zaczyna się w 1801 roku, kiedy to bogaty pan Lockwood postanawia odwiedzić właściciela wynajmowanej przez siebie posiadłości – Thrushcross Grange. Przybywa zatem do Wuthering Heights, gdzie czuje się zupełnie zagubiony i osaczony, a co gorsza nikt nie jest skłonny wyswobodzić go z matni w jakiej się znalazł. Bowiem na tym pustkowiu, które dla niego jest „pozbawioną zgiełku i towarzystwa”[1] utopią, spotyka niesamowite indywidua o niemożliwym do określenia statusie społecznym. Zupełnie niezrozumiała grubiańskość, nieokrzesanie, mroczność i brak manier nie zrażają go jednak do powtórzenia swej wizyty już następnego dnia. Dzięki temu o wiele lepiej poznaje swojego gospodarza Heathcliffa, jego synową Cathy i Haretona Earnshawa. Jednak do prawdziwej inicjacji i uświadomienia sobie funkcjonowania niesamowitej tajemnicy w zasiedlonym przez demony uniwersum (małą ojczyzną podniesioną przez Emily Brontë do rangi centrum wszechświata) dochodzi dopiero w nocy, kiedy Lockwood z powodu oczywistego zagrożenia – związanego z powrotem do domu w trakcie słynnego, w tym regionie, obfitego opadu śniegu – zmuszony jest pozostać na noc w Wuthering Heights. Błyskawicznie nawiedzony zostaje przez błagającego o wpuszczenie do domu ducha skrzywdzonej na ziemi Catherine Linton. Po powrocie do Thrushcross Grange Lockwood już wie, że jego obowiązkiem jest poznać całą tajemnicę zakorzenioną w tych opuszczonych przez ludzi i Boga wrzosowiskach, na których jedynymi panami były naturalne żywioły. Jego zadanie jest tym bardziej ułatwione, iż jego obecną gospodynią jest pani Nelly Dean, która snując swą opowieść mimowolnie staje się główną narratorką „Wichrowych Wzgórz”.

Tym samym dochodzi do retrospekcji. Trzydzieści lat wcześniej w Wuthering Heights mieszkali pan Earnshaw oraz jego dzieci: Catherine i Hindley. Pewnego dnia gospodarz postanawia wyruszyć w pieszą wędrówkę do Liverpoolu. Jednak zamiast przynieść swoim dzieciom obiecane prezenty przychodzi do domu z bezdomną sierotą, osobliwym „darem od Boga” wyglądającym „jakby pochodziło od diabła”[2]. W błyskawicznie krótkim czasie cygańskie dziecko, nazwane Heathcliffem, w oczach ojca zastąpiło Hindleya. W taki oto sposób Emily Brontë do pozornie harmonijnej przestrzeni, pełnej dobra i spokoju, wprowadza pierwiastek zła, które powoli, acz skutecznie, zaczyna coraz gwałtowniej eskalować. Skutkiem tego Catherine i Heathcliff zaprzyjaźniają się – można nawet powiedzieć, że zaczyna się kształtować pomiędzy nimi miłość, nieznosząca sprzeciwu i na dodatek niemożliwa do zwalczenia – a syn pierworodny zmuszony jest do wyjazdu. Jego pobyt poza domem nie trwał jednak zbyt długo. Pan Earnshaw umiera, a Hindley wraca do Wuthering Heights, tym razem ze swoją żoną Frances. Z tego powodu Heathcliff z faworyta i pupila staje się najniżej usytuowanym w hierarchii sługą. Nieopodal w Thrushcross Grange mieszkają natomiast państwo Linton, u których dziwnym zbiegiem okoliczności trochę czasu spędza Catherine, zupełnie oczarowana ich dobrymi manierami i arystokratycznym zachowaniem. Teraz w duszy młodej dziewczyny dokonuje się bolesny rozłam – oddala się od Heathcliffa i coraz bardziej zbliża się do Edgara Lintona, aż wreszcie młoda para postanawia się pobrać. Ten pierwszy, nie mogący poradzić sobie ze swym upokorzeniem i degradacją, postanawia wyjechać. To jednak nie jest koniec „Wichrowych Wzgórz”, a tylko zalążek przyszłych miłości, śmierci i nienawiści rozwijających się pod czujnym okiem demonów, sprowadzonych pewnego niczym nie wyróżniającego się dnia do tej – jak się okazuje – dystopii.

„Wichrowe Wzgórza” to opowieść o demonie, jakim bez wątpienia był Heathcliff – bohater „byroniczny”, stale ewoluujący, powstały – jakby się wydawało – tylko po to, aby uwydatnić powszechne w literaturze tamtych czasów przekonanie o konieczności zaistnienia „jakiejś egzystencji, która jest nasza, ale jest poza nami”[3]. Sytuacja niemogącej dokonać samookreślenia Catherine jest tu tylko urywkiem, jednym z wielu przykładów na to, że każda istota odczuwająca i wpływająca na odczucia innych prędzej czy później natknie się na kogoś, kto stanie się kwintesencją jej przeżywania, w kim zawrzą się wszystkie przeciwności – kochania jednego i znienawidzenia drugiego. To właśnie w takiej konkluzji należy doszukiwać się przyczyn kreowanej przez tę bohaterkę wizji, skoncentrowanej na metamorfozie świata w twór przypominający nieogarnionego „wielkiego nieznajomego”, stanowiącego idealne przeciwieństwo idei holistycznych. Choć jest to smutne, to jednak zrozumiałe – bez zła wszechświat przestałby istnieć, gdyż nasze bycie tu i teraz opiera się na równowadze, tj. współistnieniu przeciwieństw. To także refleksja nad miłością doprowadzoną do ostateczności, zupełnego zespolenia się z ukochanym i stawania się jednym, bez względu na otoczenie racjonalnie postrzegające całą sytuację. Uczucie to – rzecz jasna wyłącznie z perspektywy bohaterki – przypomina wyrzeczenie się widzialnego piękna, porzucenie estetyzmu na rzecz niezastąpienia i niepowtarzalności „własnej istoty”, co znajduje swe odzwierciedlenie w najbardziej jednoznacznym zdaniu całej powieści, wypowiedzianym przez Catherine: „Ja jestem Heathcliffem”[4]. Emily Brontë, wypowiadając się tutaj na temat konsekwencji osamotnienia, powszechnego w jej czasach uczynienia ze swojego domu (świata) hermetycznego organizmu (opartego na kłamstwie i nienawiści) i różnych sposobach radzenia sobie z tragediami, nade wszystko zwraca uwagę na czynniki obecne u wszystkich kobiet, jednak objawiające się dopiero w chwili zagrożenia i niemożliwości oswobodzenia się z wpływów szeroko rozumianego zła. Dlatego Catherine, znajdująca się w godnej pozazdroszczenia sytuacji przez wiele swoich rówieśniczek, zamiast walczyć o życie i rozważać wszystkie ewentualności skupiła się na wmawianiu sobie, że bliscy nią gardzą, nienawidzą i darzą ją odrazą. W takiej sytuacji w świecie Brontë jedynym wyjściem z sytuacji jest „spotkanie śmierci” i pozbawienie innych brzemienia swej osoby, która zamiast współistnieć z kochającymi ją ludźmi, celowo zafascynowała się tajemniczością dostępną na wyciągnięcie ręki za pośrednictwem sług zła. W taki oto sposób „Wichrowe Wzgórza” wpisują się w nurt literatury pokazującej, że każdy człowiek ma możliwość arbitralnego i autonomicznego decydowania o sobie, nie pomijającej przy tym jednak oczywistości faktu odpowiadania za swoje czyny przez tego, kto był ich głównym inicjatorem. Z każdej strony tej powieści emanuje dekadencka z natury rozpacz nad tym, jaki pozostawimy po sobie świat, czy rzeczywiście – jak to się stało w tej powieści – stanie się on „zrujnowanym więzieniem”, gdyż egzystencja bohaterów jest tutaj przecież skupiona na postrzeganiu „przez łzy, niby przez mgłę”[5], czyli zmysłowym i niestety celowym zastąpieniem naturalnie obecnego dobra w zło. To drugie, w świecie „Wichrowych Wzgórz”, jest jednak możliwe do pokonania, gdyż Heathcliff tak samo ulega metamorfozie – przestrzeń ulega odrealnieniu, odrębność staje się surrealistyczna, a otaczający go domownicy w pewien sposób „wstępują” w ramy jego świata i dlatego ich „obecność wzbudza w (…) [nim] tylko takie uczucia, które doprowadzają (…) do szału”[6]. Dla niego natomiast miłość jest zastąpieniem otaczającej przestrzeni w nieokreśloność, która ciągle przypomina zmarłą ukochaną i bezustannie uświadamia jak bardzo to właśnie on był przyczyną jej nieszczęścia, jak sam w przypływie szaleństwa mówi: „Świat cały jest przerażającą kolekcją świadectw, że ona istniała i żem ją stracił”[7]. Z tej perspektywy „Wichrowe Wzgórza” jawią się jako powieść o destrukcji, jako koncepcie opierającym się na niszczeniu dla samego niszczenia oraz poszukiwaniu w tej aktywności szczęścia na swoją miarę, w tym wypadku można by było powiedzieć: miarę demoniczną, co objawiło się między innymi tym, że funkcjonowanie Heathcliffa, jako bohatera literackiego, nie miało (szczęśliwego) zakończenia mającego wytknąć (unicestwić) stworzone przez niego dzieło zła, gdyż w chwili największego apogeum stwierdził on, iż „Zbyt jestem szczęśliwy, a jednak nie dość jeszcze. Błogość mej duszy zabija ciało, ale siebie samej nie zaspokaja”[8]. Nie bez przyczyny wielu w tym miejscu może przypomnieć się zjawisko solipsyzmu. W świecie wykreowanym na kartach tej mrocznej powieści, opartej w znacznej mierze na śmierci kolejnych bohaterów, za każdym razem, gdy ktoś umiera wszystko ulega całkowitemu przemianowaniu, redefinicji i przemianie w jakąś inną formę, rządzącą się już całkowicie innymi prawami. Jest to tym bardziej znaczące, gdy jeszcze uświadomimy sobie intertekstualne relacje tej powieści z dziełem Wagnera „Pierścień Nibelunga” (na co zwrócił uwagę także tłumacz w posłowiu), czym jeszcze bardziej – m.in. za sprawą zasygnalizowania przez Heathcliffa istnienia piekła jako „swojego nieba” – zbliżymy się do uznania dzieła Emily Brontë za rozważania nad istnieniem duszy i możliwości powierzenia jej komuś oraz za niespotykane gdziekolwiek indziej „zmitologizowanie”. Catherine możemy przecież utożsamić z „duszą ludzkości” (jej transcedentalnym sumieniem), a Heathcliffa z „duszą świata” (jako organizmu skłonnego do monomanii – zupełnego i bezmyślnego podporządkowania się jednej idei).

Kilkanaście dekad recepcji „Wichrowych Wzgórz” to walka z określeniami, jakby wielu czytelników prozy Emily Brontë chciałoby w niej odnaleźć anty-love story, od dawna poszukiwany antagonizm „Romea i Julii”, kamienia milowego angielskiej literatury. To, co wydaje się nam być miłością w istocie jest tutaj zemstą za przygarnięcie, pozbawienie możliwości obcowania z życiem, jakie zaoferował Heathcliffowi ślepy los, a które czysto hipotetyczne miało być czymś zupełnie przeciwnym od tego „zrujnowanego”. Chęć jakiegokolwiek poprawnego sklasyfikowania tej powieści tym samym odbyć się może wyłącznie na poziomie rozdzielenia pomiędzy fabułą, a ogólną wymową powieści, gdyż prawdziwe jej piękno kryje się poza tym, co oczywiste i możliwe do bezpośredniego odczytania i ujęcia, jak przygody bohaterów. Na pierwszy rzut oka jest to powieść krytyczna, poddająca w wątpliwość wszystkie idee (w większości wiktoriańskie), w które wierzyli ludzie tamtych czasów, począwszy od tego najbardziej bezpośredniego wymiaru (reprezentowanego przez służącego Josepha, bezrefleksyjnie i bez zrozumienia powołującego się na Biblię), aż do kwestii czyniących z „Wichrowych Wzgórz” dzieło kontrowersyjne, odważne i pełne rozmachu, gdyż Emily Brontë jako jedna z pierwszych w tak dosadny sposób rozprawiła się z niesprawiedliwością (społeczną i płciową), ludzką obłudą, błędnym pojmowaniem moralności i niezrozumiałym dążeniem do wzbogacania się. To książka-symbol, pewnego rodzaju część podświadomości każdego człowieka, dla którego literatura jest sztuką analogii, przekazywania i ciągłej wiwisekcji metafor. „Wichrowe Wzgórza” osadzone zostały na urzekającym swą rozłożystością wachlarzu przeróżnych tematów; mowa tu o dwóch współistniejących ze sobą sytuacjach (porzuceniu człowieka przez bogów i vice versa), co jeszcze wydatniej pretenduje nas do uznania tej powieści za głos sprzeciwu wobec coraz agresywniej postępującego spierwotnienia i deprawacji egzystencji, tj. jej intelektualnego spłycenia do przesyconych brutalnością najgorszych form ludzkiego istnienia. Jest to zrozumiałe, gdyż to właśnie w przeciwieństwach tkwi siła prawdziwej literatury, a na pewno moc prawdziwych powieści, bezpardonowo docierających do konsekwencji ulegania żądzom. W ten sposób z kolei Emily Brontë uwydatnia swój postulat konieczności powrotu do tradycji, czyli uczynienia z człowieczeństwa warunku istnienia świata i współtworzenia kultury w ramach społeczeństwa (spójnego organizmu), jako nieustannego uzasadniania funkcjonowania otaczającej nas przestrzeni.

„Wichrowe Wzgórza” bezapelacyjnie prześcignęły swoją epokę, nie jednak – jak to działo się w przypadku wielu genialnych modernistów – w sferze technik opowiadania, lecz znaczeń, jakie można zapośredniczyć i ukryć w fabule oraz wymowie całości. Wręcz niemożliwością jest odnalezienie w epoce Emily Jane Brontë kogoś równie mistrzowsko podchodzącego do prozy skupiającej się na psychice kobiet i ich sytuacji w społeczeństwie. Tym bardziej jeżeli uświadomimy sobie jak dużą rolę odgrywa tutaj mistycyzm, mitologia oraz metafizyka, dzięki którym autorka dokonuje osobliwego eksperymentu. Jest to przecież książka usiłująca dowiedzieć się, jak wyglądałby świat do głębi deistyczny, kiedy to na własne życzenie pozbylibyśmy się na dobre humanizmu i humanitaryzmu, a miejsce istot boskich zajęłyby zaborcze jednostki. Z tej perspektywy twórczyni „Wichrowych Wzgórz” to niesamowicie wirtuozersko podchodząca do tkanki prozy prekursorka egzystencjalizmu, która równać się może – jeżeli przyjrzymy się wyznawanym przez nią ideom – nawet Sørenowi Kierkegaardowi. Snuta na kartach tej książki hipnotyzująca opowieść jest dziełem otwartym, ujawniającym swe skomplikowanie tylko tym, którzy nie zadowalają się obcowaniem z oczywistościami, dlatego Howard Phillips Lovecraft pisał o niej jako o „kosmicznym” utworze o „wypaczonych egzystencjach”, na dodatek mającym na celu urzeczywistnienie koncepcji grozy jako „pełnego napięcia wyrazu przenikniętej dreszczem reakcji człowieka wobec Nieznanego”[9].

Autor: Przemysław K.

Emily Brontë „Wichrowe Wzgórza”, przełożył i posłowiem opatrzył: Piotr Grzesik, Wydawnictwo MG, Warszawa 2014, s. 448

——————————–

[1] s. 10

[2] s. 49

[3] s. 101

[4] s. 102

[5] s. 195

[6] s. 391

[7] s. 392

[8] s. 404

[9] s. 445

Cytat wykorzystany w tytule tego tekstu pochodzi ze strony 393.

„To jest tak, jakby naginano sztywną sprężynę, z musu jedynie robię każdą najmniejszą rzecz, której nie podpowiada mi ta jedna myśl. I z musu także zwracam uwagę na cokolwiek, co żyje albo nie żyje, i nie jest związane z tą jedną, wszystko ogarniającą ideą. Mam tylko jeden cel, i cały mój byt, i wszystkie moje władze dążą do wypełnienia go”, czyli angielska powieść jako antyczytadło na tropie demona tkwiącego w mistycyzmie postapokaliptycznej przestrzeni